Minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel chce rozwiązania Polskiego Związku Łowieckiego. Mówi, że myśliwi myśliwi nie walczą skutecznie z ASF, bo zabijają za mało dzików. Ale masowy odstrzał jest bez sensu. Skoro tak, to i rozwiązanie PZŁ nie ma znaczenia dla sprawy. Jurgiel po prostu próbuje zrzucić winę za własną porażkę w walce z afrykańskim pomorem świń

Nieczęsto strona internetowa ministerstwa bywa przestrzenią dla publicystycznej ekspresji. Tak się zdarzyło w przypadku Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, na którego stronie 6 czerwca pojawił się komunikat szefa tego resortu Krzysztofa Jurgiela.

„Polski Związek Łowiecki żali się w mediach na moją krytykę i jednocześnie się wychwala jaki to jest dobry dla państwa i dla rolników. Szczyt hipokryzji. Ten relikt ‚słusznie minionej epoki’ nie zdał egzaminu w walce z afrykańskim pomorem świń” – napisał minister.

Afrykański pomór świń (ASF) nie jest zagrożeniem dla ludzi. Ale dla świń to śmiertelna choroba, której wirus dotarł już do centralnej części kraju. Jak podała „Wyborcza”, do chwili obecnej znaleziono 2226 dzików padłych na ASF, a od 2014 r. pojawiło jest 116 ognisk tej choroby w hodowlach.

W przypadku stwierdzenia choćby jednego chorego osobnika w stadzie, trzeba zabić wszystkie świnie, a ich ciała spalić. W ubiegłym tygodniu taki los spotkał np. 6 tys. świń z hodowli we wsi Szczyty-Nowodwory pod Bielskiem Podlaskim. Wszyscy boją się, że wirus dotrze w końcu do zachodniej Polski, gdzie są największe hodowle. To będzie oznaczało miliardowe straty finansowe.

Zdaniem ministra Jurgiela i rządu PiS remedium jest masowy odstrzał dzików, które zawlokły ze wschodu ASF do Polski w 2013 r. Według rządowych planów na 1 km kw. ma przypadać tylko 0,1 dzika. Oznacza to, że z kilkuset tysięcy dzików ma zostać nieco ponad 30 tys. tych zwierząt.

Według ministra Jurgiela myśliwi jednak zawiedli, zabijają za mało dzików i dopuścili „do tak ogromnego wzrostu populacji”. Chce on Polski Związek Łowiecki (PZŁ) rozwiązać i zastąpić go konkurującymi ze sobą stowarzyszeniami łowieckimi, które będą się wywiązywały z obowiązków, jakie stawia przed myśliwymi gospodarka łowiecka.

Ale odstrzał dzików nie rozwiąże problemu ASF w Polsce. Tak samo likwidacja PZŁ. Propozycja Jurgiela jest próbą zrzucenia odpowiedzialności z jego resortu, który kompletnie nie radzi sobie z sytuacją.

Zresztą z tego powodu nad głową ministra od miesięcy gromadzą się czarne chmury. Nieoficjalnie mówi się, że jego dni w rządzie są policzone.



W swoim tekście Jurgiel podaje oczywistą nieprawdę:


Zdaniem ekspertów głównym wektorem przenoszenia wirusa ASF są dziki. Dlatego też podejmowane są decyzje o depopulacji tych zwierząt.

Krzysztof Jurgiel, komunikat Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi - 06/06/2018

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta


Nieprawda. Winę za epidemię ASF ponoszą ludzie, nie dziki


W innym zaś miejscu dodaje: „Co zatem robił związek do momentu pojawienia się ASF? Dlaczego dopuścił do tak ogromnego wzrostu populacji dzików?”.

PZŁ się wywiązuje

Na oskarżenia ministra Jurgiela o „nic nie robienie” PZŁ odpowiedział już miesiąc temu. W komunikacie organizacji z 16 maja podano, że w sezonie łowieckim 2017/2018 zabito („pozyskano”) 339 tys. 637 dzików, a w tym celu myśliwi na polowanie wyszli aż 4 mln 311 tys. 242 razy.

„Liczba pozyskanych dzików w sezonie 2017/2018 była rekordowa w porównaniu do sezonów poprzednich (o 20 proc. wyższy odstrzał gatunku niż w sezonie 2016/2017)” – czytamy. Dodano też, że

„myśliwi prowadzą zintensyfikowany odstrzał dzików nakładem własnych środków finansowych, w wolnym czasie, często kosztem osób najbliższych i obowiązków służbowych”.

Wygląda więc raczej na to, że zgodnie z ostrzeżeniami ekspertów depopulacja dzików, czyli skrajne ograniczenie ich liczebności, nie jest efektywną odpowiedzią na rozprzestrzenianie się ASF.

Dziki nie chodzą w odwiedziny do świń

Owszem, to dziki zawlokły chorobę do Polski zza wschodniej granicy. Ale to nie one są odpowiedzialne za przeniesienie wirusa do hodowli świń. Za to winę ponosi człowiek. Dlatego to nie dzik jest głównym czynnikiem ekspansji afrykańskiego pomoru świń.

Obrazowo ujął to kiedyś (były już) minister środowiska Jan Szyszko: „Nie widziano, by dzik przychodził do chlewni i zarażał w ten sposób świnie”. I zaznaczył, że „bioasekuracja […] to klucz do likwidacji ASF w Polsce”, czyli ochrona sanitarna hodowli i pilnowanie by człowiek nie przenosił wirusa. Ale masowego odstrzałowi polskich dzików się nie sprzeciwił.

Brak podstaw naukowych

Decyzja o masowym odstrzale opiera się na założeniu, że będące jej efektem niższe zagęszczenie dzików przełoży się na wolniejsze naturalne rozprzestrzenianie się tej choroby. „Ale nie ma żadnych badań, które by pokazywały że rzeczywiście istnieje taka zależność” – mówił OKO.press badacz dzików dr Tomasz Podgórski z Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży.

„Nie znamy bowiem pułapu zagęszczenia populacji dzików, poniżej którego rozprzestrzenianie się wirusa zostanie zahamowane” – dodał. Dlatego wspomniane założone przez rząd docelowe zagęszczenie dzików – 1 dzik na 1 tys. ha – jest wzięte z przysłowiowego „sufitu”.

Istnieje też ryzyko, że masowy odstrzał przyniesienie skutki odwrotne od zamierzonych. „Badania pokazują, że w rejonach, w których intensywnie polowano na dziki, wzmógł się ruch tych zwierząt” – mówił OKO.press dr hab. Krzysztof Schmidt z Instytutu Biologii Ssaków PAN.

Zwierzęta zaczęły migrować na większe dystanse i w spokojniejsze okolice. Poszczególne grupy rodzinne zaczęły się ze sobą bardziej mieszać. Gdyby były zarażone ASF, to – paradoksalnie – zwiększony odstrzał może sprzyjać rozprzestrzenianiu się choroby.

Polowania są częścią problemu ASF

Wreszcie, sami myśliwi mogą sprzyjać rozprzestrzenianiu się choroby, o czym Jurgiel już nie wspomniał. Co prawda, PZŁ dysponuje specjalną instrukcją mówiącą o biosekuracji po zabiciu przez myśliwego dzika.

„Powinien wykopać odpowiednio głęboki dół, w którym zostaną umieszczone niejadalne części tuszy, powinien to zrobić możliwie blisko w miejscu pozyskania tej tuszy, żeby nie było trzeba transportować jej na większą odległość. Powinien także zastosować środek biobójczy do spryskania tych ‚patrochów’ i następnie zakopać i ubić ziemię w tym miejscu, tak żeby inne zwierzęta się do tego nie dobrały” – mówił „Wyborczej” Piotr Zygmunt Ławrynowicz, prezes Okręgowego Zarządu Polskiego Związku Łowieckiego w Gdańsku.

Bywa jednak tak, że wnętrzności i innych pozostałości po oprawieniu zwierzęcia nie da się zakopać, bo np. teren jest podmokły. A takiej sytuacji wspomniana instrukcja już nie przewiduje. Wtedy myśliwy musi przebrać się w jednorazowy kombinezon, zabrać patrochy w plastikowym worku i zawieść je do najbliższego zakładu utylizacyjnego, czasem oddalonego o 100-200 km od łowiska. I tak szczątki potencjalnie zarażonego zwierzęcia opuszczają teren polowania, co stwarza dodatkowe zagrożenie epidemiologiczne.

„Sami myśliwi będą ten wirus ciągle rozprzestrzeniać, jeżeli każdy z nich wraz z psem i samochodem nie będzie każdorazowo i kompletnie zdezynfekowany przed powrotem z polowania. Wątpię, czy da się to zrealizować” – mówił prof. prof. dr. hab. Andrzej Elżanowski, zoolog i bioetyk z Uniwersytetu Warszawskiego.



Dla walki z ASF liczba organizacji łowieckich nie ma znaczenia

Kończąc swój wywód, minister Jurgiel napisał:


W mojej ocenie w obecnej formie PZŁ powinien ulec likwidacji, a w to miejsce powinno powstać kilka podmiotów, które będą konkurowały na rynku i realnie odpowiadały za realizacje polityki łowieckiej.

Krzysztof Jurgiel, komunikat Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi - 06/06/2018

Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta


Z punktu widzenia skuteczności walki z ASF to bez znaczenia


Ta propozycja w kontekście wyzwania, jakim jest afrykański pomór świń, jest kompletnie bez znaczenia.

Jeśli intensywny odstrzał dzików nie jest skuteczny w walce o zatrzymanie pochodu ASF przez Polskę, to nie gra roli, czy wykonuje go tylko PZŁ, czy więcej organizacji łowieckich. Nawet jeśli te ostatnie – czego nie wiemy – byłyby efektywniejsze w prowadzeniu odstrzałów niż istniejący łowiecki monopolista.

W rzeczywistości minister Jurgiel próbuje przerzucić odpowiedzialność z siebie i prowadzonego przez siebie resortu za kompletne fiasko w walce z ASF na myśliwych.

Płotem w dziki

Jak dotąd jedynym pomysłem szefa Ministerstwa Rolnictwa jest budowa płotu z metalowej siatki przeciw dzikom na wschodniej granicy Polski, który ma nas chronić przed dzikami ze wschodu. Płot ma mieć blisko 1200 km długości, biec od Mierzei Wiślanej aż po Bieszczady, z pominięciem granicy z Litwą. I kosztować 235 mln zł na starcie, potem trzeba będzie dokładać na jego konserwację.

Nic dziwnego, że rząd nie pali się do realizacji pomysłu Jurgiela. Miał nad nim debatować 22 maja, ale ten punkt niespodziewanie wypadł z obrad.

Jaki jest sens budowy płotu przeciwko dzikom potencjalnie zarażonym ASF, skoro choroba jest już w centralnej Polsce?

Ponadto, eksperci podkreślają, że ogrodzenie nie będzie szczelne tam, gdzie będą cieki wodne (dziki świetnie pływają) i  podatne na uszkodzenia. A ekolodzy i naukowcy wskazują na to, że przetnie szlaki migracyjne innych gatunków zwierząt.

Więcej o płocie Jurgiela OKO.press pisało tu:



Dziennikarz i publicysta. Członek zespołu redakcyjnego „Dzikiego Życia”. Jeśli czegoś nie pisze lub nie czyta, to najpewniej siedzi gdzieś w lesie. Instruktor sztuki przetrwania.
W OKO.press pisze o ekologii (w tym o działalności min. Szyszki) i dokonaniach komisji smoleńskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym