"Nam i naszym dzieciom nie jest do śmiechu. Nasze dzieci boleśnie odczuły skutki reformy Anny Zalewskiej i będą odczuwać je przez lata. Nie rozwiązują one żadnego problemu polskiej szkoły, wywołują za to szereg nowych" - Dorota Łoboda z ruchu Rodzice Przeciwko Reformie Edukacji ocenia pierwszy rok reformy

Kończy się rok szkolny, w którym rozpoczęło się wdrażanie reformy edukacji. Czas na podsumowanie. Ministra udzieliła kilku wywiadów w sprzyjających rządowi mediach, ogłaszając sukces. Słuchając jej wystąpień, nie sposób nie odnieść wrażenia, że

Anna Zalewska żyje w zupełnie innej czasoprzestrzeni niż nauczycielki, nauczyciele, rodzice i dzieci, którzy na co dzień mierzą się z efektami wdrażanych zmian.

Na pozór wydaje się, że wszystko się poukładało, nie ma większych protestów, szkoły działają, dzieci i młodzież otrzymały świadectwa

Część społeczeństwa zauważa tylko najbardziej spektakularny element reformy, czyli likwidację gimnazjów. Ci, którzy związani są z edukacją wiedzą, że likwidacja gimnazjów to tylko jedna kostka domina, która popchnięta przez Annę Zalewską sprawiła, że przewracają się kolejne.

Kostka pierwsza – podniesienie wielu szkolnego do siedmiu lat

Jej wyciągniecie jeszcze nie powoduje katastrofy, choć będzie miało w przyszłości niebagatelne skutki. Poprzedniej ekipie nie udało się przekonać Polek i Polaków do korzyści wynikających z obniżenia wieku szkolnego, więc wyjęcie tej kostki w 2016 roku przeszło bez społecznych protestów. Alarm podnieśli głównie samorządowcy. Słusznie przewidzieli, że pozostawienie sześciolatków w przedszkolach sprawi, że zabraknie tam miejsc dla trzylatków.

Dużo gorszym skutkiem tego ruchu jest jednoczesne wycofanie obowiązku przedszkolnego dla dzieci pięcioletnich. Widać, bowiem, że

już w 2016 roku tzw. uprzedszkolnienie w tej grupie wiekowej spadło o 5 proc., a w 2017 o kolejne 5 proc.

(dane prezentowane przez Leszka Rutkowskiego z Fundacji Nowoczesna Edukacja podczas konferencji w Sejmie 19 czerwca 2018). To fatalny trend, ucierpią na nim dzieci ze środowisk defaworyzowanych. Im bowiem wcześniejsza edukacja, tym większa szansa na zniwelowanie różnic społecznych.

Ośmielona brakiem protestów, wzmocniona wynikami sondaży, w których większość badanych popiera planowaną reformę, Anna Zalewska pewnym ruchem przewraca drugą kostkę. Wywoła ona lawinę konsekwencji, które odczują nauczycielki, nauczyciele, a przede wszystkim nasze dzieci.

Kostka druga – likwidacja gimnazjów

Jej popchnięcie sprawia, że przewracają się wszystkie elementy systemu, a rok szkolny 2017/2018 staje się rokiem chaosu w oświacie na niespotykaną skalę. Likwidacja gimnazjów wywołuje zwolnienia nauczycieli, skrócenie czasu obowiązkowej edukacji ogólnej, zmianę podstaw programowych we wszystkich typach szkół, nowe siatki godzin, druk nowych podręczników, pospieszne dostosowywanie budynków, zmianę obwodów szkół, przenoszenie dzieci między szkołami, zmiany zasad rekrutacji do szkół ponadpodstawowych, zmiany w systemie kształcenia w szkołach artystycznych.

Z gimnazjów odchodzą nauczyciele, uczennicom i uczniom zmieniają się wychowawcy. Do ich szkół, do tej pory przeznaczonych dla nastolatków, wkraczają maluchy. Szkoły przestają nazywać się gimnazjami, stają się szkołami podstawowymi. Pechowcy, którzy nie otrzymali promocji do klasy drugiej w ubiegłym roku szkolnym, trafiają znowu do podstawówek, chociaż już raz je skończyli. Nastolatkom często trudno się odnaleźć w tej sytuacji. Społeczność gimnazjum ma poczucie, że jest już niepotrzebna i niewarta uwagi. Kolejne miesiące tylko nasilają to uczucie.

W tym samym czasie szkoły podstawowe, w których pozostawiono siódme klasy, próbują dostosować się do nowej sytuacji. Zbyt krótki czas przeznaczony na wdrożenie reformy sprawił, że we wrześniu wiele szkół nie jest gotowych na dokonującą się zmianę. Trwają remonty, część szkół nie zdąża z przygotowaniem pracowni przedmiotowych (część nie ma ich do dzisiaj), podręczniki nie docierają na czas, nie wszędzie udaje się znaleźć nauczycieli od nowych przedmiotów – biologii, geografii, fizyki i chemii. Szkoły są przepełnione, wzrasta zmianowość, lekcje odbywają się na korytarzach, w bibliotekach i szkolnych stołówkach. Przepełnione są szatnie i świetlice, czas na zjedzenie obiadu skraca się do kilku minut. Część samorządów jest zmuszona do przenoszenia całych klas do innych budynków – przeczy to całkowicie idei reformy, która zakładała pozostawanie dzieci w tym samym środowisku przez osiem lat.

Wydaje się, że wrześniowy protest nauczycieli i rodziców zorganizowany pod hasłem „Mamy dość” to ostatni akord buntu przeciwko reformie. Wrzesień upływa na próbach dostosowania się do nowej sytuacji. W październiku odzywają się pierwsze głosy rodziców siódmoklasistek i siódmoklasistów. Te głosy nie ucichną do końca roku szkolnego. I słusznie. Bo ta grupa dzieci ucierpi na reformie najbardziej. Na przykładzie tej grupy można pokazać wszystkie wady reformy, to na siódmoklasistkach i siódmoklasistach przeprowadza się eksperyment i to oni płacą za niego przemęczeniem, stresem i frustracją.

Uczennice i uczniowie siódmych klas uczą się według nowych podstaw programowych, które nie tylko są przeładowane i zakładają opanowanie olbrzymiej ilości wiedzy encyklopedycznej, ale również są niedopasowane do tego, czego uczyły się dzieci w poprzednich klasach. Program biologii i geografii zakłada znajomość materiału z klasy 5. i 6.

Problem polega na tym, że ten rocznik (i dwa kolejne) nie miały tych przedmiotów w poprzednich latach, wobec czego rozpoczynają ich naukę od środka.

Podobnie niedopasowany jest program historii, której nauczanie rzekomo ministra Zalewska przywróciła. Klasa szósta kończy się omówieniem wieku XX, gimnazjum rozpoczynało się omawianiem epok od początku w porządku chronologicznym. Tymczasem klasa siódma zaczyna się od Kongresu Wiedeńskiego. Przy zmianie podstaw zagubiono szczegółowe omówienie epok od średniowiecza po wiek XVIII. Z kolei materiał z fizyki i chemii, który do tej pory realizowany był w trzy lata nauki w gimnazjum wtłoczono w dwa lata, czyli klasy 7 i 8.

Siatka godzin dla klas siódmych to od 34 do 40 godzin lekcyjnych w tygodniu. Dzieci pracują jak dorośli, ale na nauce w szkole ich dzień się nie kończy – nauczycielki i nauczyciele, nie wyrabiając się z realizacją programu na lekcjach, przerzucają część materiału na naukę w domu. Dzieci uczą się z podręczników, które w wielu przypadkach są wierną kopią dotychczasowych podręczników gimnazjalnych.

Naukę dodatkowo utrudnia brak e-podręczników do nowej podstawy programowej. Dzieci są ponad miarę obciążone nauką nie mają czasu na realizację własnych pasji i odpoczynek. W listopadzie interweniuje Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak. Bezskutecznie.

Stres potęguje widmo kumulacji roczników w 2019 roku, kiedy obecni siódmoklasiści i siódmoklasistki zderzą się w rekrutacji do szkół średnich z ostatnim rocznikiem opuszczającym gimnazjum. Co prawda obie grupy będą kształcić się według dwóch różnych ścieżek edukacyjnych, ale miejsc w szkołach średnich nie przybędzie. Dostanie się do wymarzonego liceum w 2019 roku będzie trudniejsze niż dotychczas. O problemie pisze do Anny Zalewskiej Rzecznik Praw Obywatelskich. Bez efektu.

Część rodziców decyduje się na przeniesienie dzieci do szkół prywatnych, licząc na to, że te placówki lepiej poradzą sobie z chaosem wywołanym reformą. W roku 2017/2018 liczba uczniów w szkołach niepublicznych wzrosła o 48 proc. Jeśli ten trend się utrzyma spowoduje znaczny wzrost nierówności edukacyjnych.

Obok głównego nurtu rozgrywa się dramat dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Wbrew zapewnieniom ministerstwa, że przepisy nie dyskryminują tej grupy, dzieci z niepełnosprawnościami stopniowo są zamykane w domach. Ogranicza się im możliwość kształcenia na terenie szkół.

Ostatnia kostka domina – trzylatki

Ich pozornie reforma nie dotyczy. Jednak popchnięcie kostki z napisem „likwidacja gimnazjów” sprawiło, że w w szkołach podstawowych pozostały siódme klasy. Szkoły, broniąc się przed przepełnieniem, rezygnują z organizowania na swoim terenie zerówek. Sześciolatki nie idą też do klas 1., bo pierwszym ruchem „reformatorów” było podniesienie wieku szkolnego do siedmiu lat. Rocznik 2011 zostaje w przedszkolach, co sprawia, że brakuje tam miejsc dla trzylatków. Tymczasem od września 2017 roku samorządy zobowiązane są do zapewnienia miejsca w przedszkolu wszystkim chętnym dzieciom. Co, zatem, się dzieje? Mamy oddziały trzylatków tworzone w… wygaszanych gimnazjach, bo to często jedyne budynki przeznaczone na cele oświatowe, w których są wolne przestrzenie.

Powróćmy na chwilę do kampanii „Ratujmy maluchy” prowadzonej przez ściśle współpracujące z MEN małżeństwo Elbanowskich. Głównym jej motywem było podkreślenie, jak szkodliwe dla dzieci będzie przebywanie w jednym budynku sześciolatków i dwunastolatków. Teraz mamy szkoły, które muszą zapewnić bezpieczną i przyjazną edukację trzylatkom i szesnastolatkom. Wydaje się to Państwu absurdalne? Owszem.

Podobnie absurdalna w całym tym chaosie jest wypowiedź Anny Zalewskiej z konferencji prasowej na zakończenie roku szkolnego: „Uśmiechać będę się dalej, dlatego że staram się być sympatyczna i po prostu lubię ludzi”.

Nam i naszym dzieciom nie jest do śmiechu. Nasze dzieci, wbrew temu co twierdziła ministra, nie tylko zobaczyły różnicę, ale również boleśnie ją odczuły. Skutki reformy Anny Zalewskiej będziemy odczuwać przez lata. Najgorsze, że nie wiadomo, czemu wdrażane zmiany mają służyć, bowiem nikt na etapie planowania nie przedstawił ich celu. Nie rozwiązują one żadnego problemu polskiej szkoły, wywołują za to szereg nowych.

Gniew części rodziców jest olbrzymi, bo życie naszych dzieci podporządkowane zostało politycznej grze rządu Prawa i Sprawiedliwości. Nasze dzieci nie są, jednak, pionkami w grze ani kostkami domina. Nie zapomnimy Annie Zalewskiej, że właśnie tak je potraktowała.

"Takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"
OKO pisze o edukacji. Wesprzyj nas.

Radna Warszawy, jedna z liderek ruchu Rodzice Przeciwko Reformie Edukacji, członkini Rady Programowej Kongresu Kobiet, prezeska fundacji Rodzice Mają Głos.


Masz cynk?