0:00
05 maja 2020

Młoda lekarka o sytuacji w ochronie zdrowia: "Koszmar. Wszyscy się wykończymy" [ROZMOWA]

Wirus będzie z nami jeszcze półtora roku, personel medyczny jest zmęczony, rozczarowany i wściekły. Młoda lekarka: "Zarówno ja, jak i wielu znajomych, rozważamy poważnie wyjazd za granicę po zakończeniu tej przyjemności"

Wydrukuj

Kilkanaście dni temu na oddziale chirurgicznym jednego z dolnośląskich szpitali znalazł się pacjent zakażony koronawirusem. Lekarze z oddziału zostali odesłani w dość dziwnych okolicznościach do domu. Są w tej grupie znajomi naszej rozmówczyni - lekarki, która prosiła o zachowanie anonimowości.

Sławomir Zagórski, OKO.press: Nie można porozmawiać bezpośrednio z którymś z pani kolegów?

Dr Katarzyna Kowalska*: Nikt się nie zgodzi. Oni się boją rozmawiać z mediami. Szczególnie rezydenci, bo potem to się kończy różnymi represjami.

Rozumiem, że w tej historii doszło do nieprawidłowości. Jakich?

Otóż część lekarzy z oddziału rzeczywiście miało kontakt z zakażonym pacjentem, część nie. Nikt jednak w to nie wnikał. Zostali potraktowani grupowo, czyli jako tzw. zgłoszenie grupowe. Tymczasem część z tych ludzi nie wchodziła do sali, w której przebywał pacjent, a przez poprzedni tydzień w ogóle nie było ich w szpitalu, bo pracowali wtedy w systemie rotacyjnym.

No i potem została na nich nałożona kwarantanna. Poinformowano ich w niedzielę, 26 kwietnia, że – uwaga! - kwarantanna oficjalnie zaczęła się w środę, 22 kwietnia. Wcześniej padły co prawda jakieś słowa szpitalnego epidemiologa, żeby nigdzie nie chodzili, ale to było tylko zalecenie, nie oficjalny rozkaz, a to są dwie zupełnie różne rzeczy.

Jeżeli uważamy, że to są ludzie z kontaktu, to znaczy, że powinni być w kwarantannie od 22. Tymczasem część z nich została w domu, część poszła pracować gdzie indziej, a większość poszła do Biedronki.

Najwyraźniej miały miejsce jakieś przepychanki w sprawie tej kwarantanny - sanepid nie chciał chyba jej nakładać, ale szpital nalegał.

Koniec końców wylądowali na tej kwarantannie, jednego nawet sprawdzała policja. Ale w systemie się „nie świecą”, tzn. nikt ich nie wpisał na oficjalną listę osób objętych odosobnieniem.

Typowy polski bałagan czy raczej kwestia oszczędności?

Z początku myślałam, że to drugie. Bo jeżeli kilkudziesięciu pracownikom kliniki trzeba by zrobić w szpitalu drugie wymazy (pierwsze zrobiono wcześniej, ale potrzebne są kolejne, bo testy wykazują obecność wirusa dopiero po kilku dniach od zakażenia, a zanim ktoś wróci do pracy trzeba mieć pewność, że nie zakaża), to w takim wypadku są duże koszty.

Jeżeli pracownik szpitala zostaje objęty kwarantanną, to jego testowanie - tzn. nie tylko pobieranie wymazu, ale także płacenie za badanie - już jest na głowie sanepidu.

Ostatecznie skończyło się tym, że i tak te drugie wymazy robił szpital. Sadzę więc, że nie chodziło tu o pieniądze. Że to raczej kwestia gigantycznego bałaganu.

Natomiast faktem jest, że ktoś naciskał na sanepid. Jak się zapyta pracujące tam panie, czy były jakieś naciski, reagują śmiechem. A ludzie pytali, dlaczego w Polsce stosuje się kwarantannę wsteczną, wskazując, że to niebezpieczny proceder.

O bałaganie ludzie piszą do nas codziennie. Ale i sytuacja z testami jest wciąż kuriozalna. Rzecznik ministerstwa zdrowia codziennie powtarza, że testów może być więcej, tylko lekarze nie kierują. Z tego co Pani mówi, ma tu też miejsce jakaś przepychanka między szpitalami a sanepidem.

Na początku epidemii było jeszcze gorzej. Jak się dzwoniło do sanepidu, żeby zgłosić pacjenta, nikt nie chciał robić testu. Choć muszę przyznać, że trochę to zależało od tego, kto odbierał telefon. Jak wiadomo czynnik ludzki liczy się w każdej sytuacji.

Sanepid nie chciał (i nadal nie bardzo chce) testować z braku funduszy czy też mocy przerobowych?

Nie wiemy. Panie (bo tam są głównie panie) pracujące w sanepidzie nie chcą rozmawiać. Są urzędnikami państwowymi i boją się utraty pracy. Szczerze mówiąc wypowiedziałabym się z przyjemnością pod własnym imieniem i nazwiskiem, ale nie chcę tego robić, właśnie z uwagi na ich bezpieczeństwo.

Sądzi Pani, że koledzy w ogóle niepotrzebnie siedzą na tej kwarantannie?

To, że siedzą jest w sumie logiczne. Nielogiczne natomiast jest to, że ktoś nakłada kwarantannę wstecz, że nikt nie przeprowadza dokładnego wywiadu epidemiologicznego. Nielogiczny jest kompletny brak informacji, czy oni w końcu są, czy nie są w tej kwarantannie. No bo jeżeli ktoś „nie świeci” w systemie, to znaczy, że teoretycznie może latać po mieście i przyjmować pacjentów.

Decyzję o kwarantannie podjęła dyrekcja szpitala czy sanepid?

Do końca nie wiadomo. Dowiedzieli się, że mają siedzieć i tyle. Taki poziom bałaganu jest, podejrzewam, w wielu miejscach.

A jeśli chodzi o sanepid, to przez lata jego pracownicy zajmowali się sprawdzaniem czy np. długość rurki w pojemniku do dezynfekcji jest wystarczająca. Dlatego jak się tam teraz dzwoni, np. z SOR, trudno się dogadać. Jest sporo niekompetentnych osób.

Byli i są słabo opłacani. Nikt w nich przez lata nie inwestował.

Toteż ja nie mam pretensji do ludzi. Oni się zajmowali tym, co im zlecano. Ale z pewnością nie zostali przygotowani na sytuację, w jakiej znaleźliśmy się dziś.

Pani pracuje w szpitalu zakaźnym?

Nie. Pracuję w kilku miejscach, jak większość polskich lekarzy. Głównie na SOR-ach, Izbach Przyjęć, w pogotowiu. Tam zawsze może być jakaś niespodzianka. To nie są tzw. jednoimienne miejsca, ale takie, gdzie przychodzi człowiek z ulicy i nigdy nie wiadomo, co się zdarzy.

Pogotowie dzisiaj jest podzielone na COVID-owe i zwykłe?

Tak, jest osobna karetka COVID-owa. Ja pracuję w tej zwykłej.

Ale jest Pani zabezpieczona?

Jestem, ale nie tak, jak do COVID-u. Mam na sobie flizelinowy fartuch, maskę, którą sobie sama kupiłam i przyłbicę.

Wyprzedzając pana pytanie o środki ochrony osobistej, powiem, że wszystkie pogotowia, które znam sama czy przez znajomych, są pod tym względem dobrze wyposażone. Ja mam swoją maskę, bo wolałam mieć lepszą.

W pogotowiu czy na SOR-ze czuje się Pani bezpiecznie?

Jestem młodą osobą bez obciążeń, więc nie czuję się szczególnego zagrożona. Naturalnie odczuwam pewien niepokój, natomiast nie mam jakichś czarnych myśli. Nie mieszkam z żadną starszą osobą, z dzieckiem, więc to jest inne podejście. Ci, którzy mają dzieci, zrezygnowali z większości prac.

A co Panią po kilku tygodniach epidemii najbardziej martwi, denerwuje?

To, że w większości miejsc, jakie znam nie działają planowe przyjęcia. Tworzą się więc opóźnienia. Opóźnienie diagnostyki czy zabiegu o miesiąc na ogół nie szkodzi, ale jeśli się to będzie ciągnąć przez następne pięć miesięcy, to już może być duży problem.

Po drugie pacjenci przyjeżdżają za późno. Boją się wezwać karetkę, boją się też przyjechać do szpitala. W efekcie bardzo często docierają już w ciężkim lub bardzo ciężkim stanie, co sprawia, że trudniej, albo nawet wręcz nie sposób im pomóc.

Teleporady lekarzy rodzinnych mają różną skuteczność, bo przez telefon nie da się wszystkiego powiedzieć. Uważam, że takie porady powinny pozostać, bo w wielu sytuacjach lekarz rodzinny nie musi oglądać człowieka, żeby wystawić receptę. Ale jak kogoś boli brzuch, lepiej byłoby dotknąć pacjenta, niż udzielać porady przez telefon. Są lekarze rodzinni, którzy nadal przyjmują pacjentów stosując odpowiednie zabezpieczenia.

Ale trzeba też pamiętać, że niektórzy chorzy okłamują. Mówią, że nie mają gorączki, a potem zjawiają się z gorączką. I trudno się dziwić, że lekarze POZ boją się ich przyjmować.

Dla jakich pacjentów zwlekanie z wezwaniem karetki jest najbardziej niebezpieczne?

Chorych na serce. Dzieje się tak też dlatego, że oni są zwykle przyzwyczajeni do swoich dolegliwości. Niektórych coś zakłuje, zaboli i mija. Ale często na SOR przyjeżdżają też tacy, którzy ból w klatce piersiowej odczuwają nieustannie od trzech dni. I to jest na pewno szkodliwe.

W Polsce udało się osiągnąć bardzo dobre wyniki w leczeniu ostrych zawałów. W tzw. pracowniach hemodynamicznych rozszerza się zwężone chorobowo naczynie i po zawale. Dziś te pracownie działają?

Jak najbardziej. W jednoimiennych [czyli przerobionych na zakaźne] szpitalach też. Z tej strony nie ma większego problemu. Natomiast jest problem z przyjazdem na czas.

To jednak wspaniale, że akurat na 2 miesiące przed epidemią doczekaliśmy się e-recept. Trudno sobie wyobrazić, co by było, gdyby teraz ludzie przyjmujący stale jakieś leki, a takich są miliony, musieliby biegać do lekarzy po papierowe recepty.

To prawda. Dziś w wielu sytuacjach wystarczy jeden telefon. Dużo szybciej i znacznie mniej ryzykownie. Warto też pamiętać, że nie tylko koronawiurs zaraża. Jest jeszcze parę innych chorób zakaźnych, więc to się bardzo przyda także po epidemii.

Pozytywne jest również to, że nagle się okazało, że przeziębienia da się leczyć w domu, że jak ktoś się stuknie w kostkę, to nie musi lecieć na SOR o 01:00 w nocy, tuż po zdarzeniu.

Epidemia sprawiła, że na SOR-ach jest wyraźnie mniej pacjentów. Szkoda jednak, że – jak mówiłam – przy okazji z przyjściem zwlekają też ci, którzy nie powinni.

Denerwuje mnie straszenie nakazami pracy

Pracuje Pani w kilku miejscach. Wszędzie jest tak dobrze ze środkami ochrony osobistej jak na pogotowiu?

Niestety nie. Pracuję w małych szpitalach i - wbrew pozorom – tam jest lepiej. Nie ma takiego wydzielania materiałów, a jak ludzie szyją maseczki i ofiarowują je placówce, to trafiają bezpośrednio do nas. Natomiast z tego, co słyszę, w dużych miastach często jest tak, że szef mówi: „Jest obowiązek noszenia maseczek, tyle, że ja ich nie mam, więc załatwcie sobie sami”. A te darowane w dużej placówce często gdzieś wyparowują.

Dyrektor małego szpitala powiatowego, z którym często rozmawiam, przekonuje, że epidemia jeszcze bardziej pogorszyła ich - i tak bardzo trudną - sytuację.

Ta trudna sytuacja uderza też w lekarzy pracujących na kontrakcie. Jeśli pacjentów jest mniej, spada liczba zabiegów. Ludzie, którzy pracowali pięć dni w tygodniu, nagle pracują tylko przez jeden dzień. A często mają na utrzymaniu rodzinę.

I teraz słyszymy coraz częściej o nakazie pracy w jednym miejscu. Życzę powodzenia, bo cały nasz system opiera się na lekarzach, pielęgniarkach i ratownikach pracujących w kilku miejscach naraz.

W sytuacji epidemii taki nakaz z jednej strony jest zrozumiały, chodzi bowiem o to, żebyśmy przechodząc z jednej pracy do drugiej, nie roznosili wirusa. Ale gdyby wszędzie były środki ochrony, nie stanowilibyśmy żadnego zagrożenia dla pacjentów. A najczęściej miejsca, gdzie wybuchają małe ogniska, to właśnie te, w których tych środków nie ma.

Pytał pan, co mnie dziś denerwuje. No więc denerwuje mnie to straszenie, że będziemy dostawali nakaz pracy w szpitalu jednoimiennym za półtora pensji podstawowej.

Dla kogoś z innej branży, kto z racji epidemii stracił pracę, to pewnie brzmi atrakcyjnie, ale ja dziękuję bardzo. Mam wolny zawód i nikt mnie nie zmusi, żebym gdzieś jechała. No z jakiej racji.

Ile z tego jest tylko straszeniem? Ktoś z kolegów dostał taki nakaz?

Tak. Były takie sytuacje, że ktoś pojechał i w ogóle nie wiedzieli na miejscu, co z nim zrobić. I były takie, że wzywano osoby, mające kogoś pod opieką. Media donosiły też o matkach karmiących, itd.

Taki nakaz oznacza zawsze dodatkowe narażenie zdrowia i utratę dochodu.

Medycyna jest wolnym zawodem, ale w sytuacji nadzwyczajnej nie jesteście chyba do końca panami własnego losu.

I tu przechodzimy do punktu, w którym nie jesteśmy ani w stanie wojny, ani nikt nie ogłosił stanu nadzwyczajnego.

W specustawie jest jednak mowa o nakazach i karach finansowych za niestawienie się.

To prawda. Te kary są zdaje się do 30 tys. Ale one mogą być nakładane wielokrotnie.

Specustawa precyzuje też, kto nie podlega takim nakazom, a więc m.in. wspomniane matki karmiące czy też rodzice dzieci do pewnego wieku.

Natomiast w sytuacji, w której nie jest to ani stan wojenny, ani nadzwyczajny, nie rozumiem kierowania w ten sposób lekarzy w miejsce, gdzie za odpowiednią stawkę znajdą się bez problemu inni ludzie.

Powiem szczerze, że jeżeli ktoś zapewni mi taki miesięczny dochód, jaki mam teraz, tylko w godzinach 8-16, to nie ma problemu. Mogę pracować w zagrożeniu, nie ma sprawy, ale za te same pieniądze. Przecież ludzie mają kredyty.

A zdarzają się propozycje pracy w większym zagrożeniu, ale za dobrą stawkę?

Ja tego nie śledzę, możliwe, że tak. To indywidualne decyzje dyrektora, ile pieniędzy przeznacza na pracownika. Natomiast, jak mi koledzy powiedzieli, że im zaproponowali COVID-ową karetkę za 15 zł za godzinę, to się tylko spytałam czy dodatku, co i tak się wydawało śmieszne. Ale okazało się, że nie - po prostu za 15 zł za godzinę.

Wielokrotnie w różnych miejscach czytałam, że hydraulik pracuje za podwójną moją dniówkę. A ostatnio pani, która myła u mnie okna wzięła więcej niż wynosi moja dniówka za mniej godzin pracy. Więc o czym my mówimy?

Co Pani czuje, jak ogląda na ekranie konferencje z ministrem Szumowskim?

Unikam oglądania, bo za każdym razem, jak obejrzę kawałek, to się irytuję.

Minister cieszy się sporym poparciem społecznym. Choć przez to, iż poparł przeprowadzenie majowych wyborów, chyba trochę poparcia straci.

Jako lekarz nie powinien stawać po stronie przeprowadzania jakichkolwiek wyborów, bo ani czas, ani miejsce, ani da się tego zrobić dobrze.

Są nagrania pani Pawłowicz, która kiedyś mówiła, że nie da się tego zrobić.

Więc skoro nie byliśmy w stanie zorganizować wyborów korespondencyjnych przez pięć lat, to jakim cudem mamy je teraz zorganizować w miesiąc?

W jakiejkolwiek formie by to nie było, to jest narażanie ludzi. Dlaczego mówicie nam, że mamy zostać w domach, dlaczego ludzie boją się iść do szpitala, a mają się nie bać otworzyć drzwi listonoszowi, który był w przed chwilą w kilkudziesięciu domach i coś mu przekazywać?

Epidemia spowoduje więcej zgonów z innych powodów niż koronawirus?

To już jest widoczne. To nie jest jeszcze policzone, ale z tego co mówią koledzy kardiolodzy tak się już dzieje.

Liczba osób cierpiących z powodu braku przyjęć planowych – jak mówiłam – rośnie. Ja oczywiście rozumiem, że trzeba było te przyjęcia radykalnie zmniejszyć czy wręcz całkowicie wstrzymać, ale teraz trzeba je też w strategiczny sposób otwierać. Jeśli ktoś miał brzydkiego pypcia na plecach, to może jeszcze z nim pochodzić, ale jeśli ma groźną zmianę do wycięcia, to trzeba ją usunąć. To są drobne rzeczy, ale są też inne, np. przepukliny, cholecystektomie [usuwanie woreczka żółciowego]. Teraz nie kieruje się pacjentów na takie zabiegi.

Ale to nie jest jakiś odgórny zakaz?

Nie sądzę, bo są miejsca, w których pobiera się pacjentom wymazy i potem się ich przyjmuje w trybie planowym. Można zrobić wymaz rano, odstawić tych ludzi w jakiejś miejsce, żeby czekali, a po 6 godzinach, kiedy mamy wynik testu, ich przyjąć. Może nie masowo, ale przyjęcia planowe na małą skalę, to moim zdaniem dobry pomysł.

Wymaz jest konieczny? Nie wystarczy deklaracja pacjenta i pomiar temperatury?

To wystarcza przy przyjęciu ostrodyżurowym, bo w tym momencie jest zagrożenie życia. Ale przy tzw. planówkach powinno się robić testy, bo to zapewnia bezpieczeństwo wszystkim, także innym pacjentom.

Czuje Pani dziś większą solidarność wśród kolegów lekarzy?

Nie wiem czy my kiedykolwiek byliśmy solidarną grupą zawodową. I nie wiem z czego to wynika. Myślę, że medycy, jako tacy, łącznie z ratownikami, pielęgniarkami i wszystkimi innymi zawodami medycznymi, to chyba nigdy nie była taka solidarna grupa w całości.

Każda grupa zawodowa ma swoje interesy.

Lekarz ma zawsze możliwość dorobienia w godzinach popołudniowych. Niektóre z usług specjalistycznych są dobrze opłacane. Młodzi lekarze pracują na SOR-ach, w pogotowiach, a starsi prywatnie. Takich możliwości nie ma natomiast ani ratownik, ani pielęgniarka. Bo w publicznych placówkach to wszyscy mamy g….ane pensje. Zawsze tak było i tak prawdopodobnie będzie.

Myślę, że każdy z nas powinien zarabiać godnie.

W tej chwili, jak ktoś jest na kwarantannie, a inny ma małe dziecko, nie pracuje, musicie się zastępować.

Taka akurat solidarność jest. Z grafikami zawsze sobie jakoś radzimy. Natomiast na pewno jest też mnóstwo stresu i napięcia, bo wszystko się dzieje w bałaganie. Nie wiadomo czy i na ile kwarantanna. Nie wiadomo co zrobić z pacjentem, gdy nie można się dodzwonić do Sanepidu. Niektóre oddziały są stłoczone, bo trzeba było wykombinować miejsce na inny oddział, itp., itd.

Co zrobić, żeby nie było bałaganu?

Wreszcie tak naprawdę dofinansować ochronę zdrowia.

Ludziom trzeba po prostu płacić. Jeżeli chce się mieć dobrze wykonaną robotę, to się płaci. Nikt się jakoś szczególnie nie oburza, że musi zapłacić za dobre wykonanie domu, za porządny materiał i ekipę budowlaną.

A my wszyscy jesteśmy po prostu niedofinansowani. Personel jest przemęczony i zirytowany. Ci sami ludzie zachowywaliby się zupełnie inaczej, gdyby byli bardziej wypoczęci. Żaden inny zawód tak nie pracuje.

Jak wyglądają Wasze rozmowy w czasie epidemii?

Często mówimy o tym jak jesteśmy zmęczeni. Na to nakłada się przewlekły stres. Na SOR-ach zawsze się zdarzały pojedyncze sytuacje stresowe. Ale teraz ten stres nie mija. Nie wiemy, czy pacjent kłamał, nie wiemy co z nim robić, czy dodzwonimy się do Sanepidu, czy mamy go gdzie odesłać. Nerwówka cały czas.

Powinniście może dostawać dodatkowe dni wolne, żeby się zregenerować?

Szczerze mówiąc nie widziałam takich rozwiązań. Jeśli zapada decyzja, żeby pracowała mniejsza ekipa, to zwykle dzieje się to kosztem pracowników kontraktowych. Czyli we wtorek może nie przyjść do pracy, ale też nie zarabia. To żadne rozwiązanie.

Z jakim nastawieniem idzie Pani rano do pracy?

Przyznam, że coraz mniej mi się chce.

Ten wirus będzie z nami jeszcze półtora roku...

Koszmar. Nie wiem jak to będzie. Wszyscy się wykończymy począwszy od nas – lekarzy, a skończywszy na ludziach, którzy w tym momencie stracili pracę. Dodam jeszcze, że zarówno ja, jak i wielu moich znajomych, rozważa poważnie wyjazd za granicę po zakończeniu tej przyjemności.

To smutne, jeżeli będą wyjeżdżać mądrzy, wykształceni ludzie.

Tym bardziej, że jest nas mało. I jak gremialnie opuścimy Polskę, to będzie katastrofa.

Może po pandemii przyjdzie otrzeźwienie?

Nie wydaje mi się. Myślę choćby o takiej sytuacji, że wcześniej były brawa, a teraz pielęgniarce ludzie oblewają samochód farbą, bo się boją.

Spotyka się Pani z gestami sympatii od nieznajomych? Czy ludzie raczej odsuwają się ze strachu?

Sąsiedzi nie wiedzą kim jestem z zawodu. Unikam takich zwierzeń jak ognia, żeby przypadkiem po południu nie mieć jeszcze dodatkowych 15 konsultacji sąsiedzkich. Nie miałam też takiej sytuacji, żeby ktoś źle zareagował.

Ale z nieznajomych to chyba tylko ludzie na stacjach benzynowych wiedzą jaki mam zawód, bo jak biorę fakturę na paliwo pokazuję NIP praktyki lekarskiej. A inna sprawa, to ja od dwóch albo i trzech miesięcy nigdzie nie byłam poza Żabką i Biedronką.

Zawsze uważałem, że medycyna to najwspanialszy zawód świata.

Jak szłam na studia i robiłam specjalizację, też mi się tak wydawało. Dziś coraz bardziej tracę to poczucie.

*Dr Katarzyna Kowalska jest młodą lekarką, jej prawdziwe personalia są znane redakcji.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne