0:00
Prawa autorskie: Thomas Schmidt netActionThomas Schmidt netAc...
10 lipca 2022

Mobbingowe dziennikarskie #MeToo. Czyli co powinno wynikać z tzw. afery Tomasza Lisa [SIEDLECKA]

Tak jak kobiety molestowane seksualnie przez szefów dopiero dzięki akcji #MeToo zobaczyły, gdzie trzeba postawić granicę, tak teraz widzą to mobbingowani dziennikarze i dziennikarki. Jak zobaczyli to kiedyś molestanci, tak może być teraz z mobberami

Wydrukuj

Na zdjęciu: Wieżowiec Axel Springer w Berlinie, w tym newsroomie ok. 400 osób przygotowywało Die Welt, Welt am Sonntag, Welt kompakt i Berliner Morgenpost. 2012 rok. Foto: Thomas Schmidt (NetAction). Na licencji Creative Commons

Temat mobbingu rozlewa się jak sławna akcja #MeToo. Kolejne osoby informują, że były mobbingowane przez swoich szefów (dobre podsumowanie Piotra Głuchowskiego w „Wyborczej”).

Wojciech Staszewski, były dziennikarz „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka”, napisał na swoim profilu na FB, że był mobbingowany przez Renatę Kim, gdy ta wcześniej ujawniła, że złożyła skargę na mobbingowanie jej przez Tomasza Lisa. Kiedy to ujawniła, odwagi pogratulowało jej mnóstwo osób.

W tym Aleksandra Klich, dawniej szefowa Magazynu Świątecznego „Wyborczej" (obecnie to "Wolna Sobota"), teraz kieruje "Wysokimi Obcasami": „Renato, jesteś wspaniała, że to zrobiłaś. Wbrew strachowi, wbrew środowisku, który wspiera mobbingujących. Bez względu na to, czy mobberem jest szef, szefowa, kolega, koleżanka, czy podwładny, podwładna (tak, tak, też się to zdarza), ofiara najczęściej zostaje sama – ludzie orientują się na tego, który jest wyżej w hierarchii dziobania. Szczególnie w takich środowiskach jak nasze: naukowe czy dziennikarskie, gdzie rządzi ego i poklask, gdzie łatwo tworzą się środowiskowe koterie i salony… i wymarzona praca staje się piekłem”.

Ten wpis zainspirował byłego dziennikarza „Gazety Wyborczej” Łukasza Długowskiego do napisania, że był mobbingowany przez Aleksandrę Klich. Zachęcił innych, których mobbingowała, do ujawnienia tego.

Dawne traumy wychodzą

I tak to się rozkręca. Ludzie – jak w akcji #MeToo – ujawniają dawne traumy. Bo z ofiarą mobbingu zwykle jest tak, że nie chce się przyznać przed samą sobą do bycia ofiarą. Zaprzecza temu i nie wie, gdzie postawić granicę, na jakie zachowanie nie powinna się już zgodzić.

W dodatku w Polsce o mobbingu mówimy od niedawna. To 20-, 30-latkowie wiedzą, jak się go rozpoznaje, i że mają prawo go zgłaszać. Wiedzę przywożą z zagranicy lub biorą z filmów. Ci, którzy pracują w redakcjach (i nie tylko) od kilkunastu, kilkudziesięciu lat, do niedawna w ogóle nie myśleli w tych kategoriach.

A już na pewno nie sądzili, że szefowie łamią prawo. Mało tego: panował obyczaj znoszenia takich zachowań. Mówiło się: on/ona już taki jest, ale za to jest świetnym dziennikarzem/redaktorem.

Tak jak kobiety molestowane seksualnie przez szefów dopiero dzięki akcji #MeToo zobaczyły, gdzie trzeba było postawić granicę, tak teraz widzą to mobbingowani dziennikarze i dziennikarki. Jak zobaczyli to kiedyś molestanci (i nieraz mocno się zdziwili), tak może być teraz z mobberami. Wszyscy się uczymy. To dobrze. Tylko żeby z tego coś wynikło na przyszłość!

Zmiana mentalności i zachowania pracodawcy

Na pewno zaczynają się zmiany w mentalności. Ale, moim zdaniem, to za mało. Problem leży w mentalności, ale też w interesach. Konkretnie w interesie pracodawcy. Mobberami są często osoby dla pracodawcy cenne, a przynajmniej mające silną pozycję, w przeciwieństwie do osób mobbowanych.

Wojciech Orliński w felietonie w Dużym Formacie zwraca uwagę (koncentrując się na sprawie Lisa), że za mobbing według prawa pracy odpowiada nie mobber, ale pracodawca, który takie zachowania toleruje. Ale trzeba udowodnić, że toleruje.

I tu jest pies pogrzebany. Nie tylko, jeśli chodzi o odpowiedzialność za mobbing, ale przede wszystkim o walkę z tym zjawiskiem. W tym o podnoszenie świadomości społecznej, jakie zachowania są niedopuszczalne i gdzie są granice.

Mobbing w Kodeksie Pracy

Teoretycznie stawia je kodeks pracy, bo wprowadzono do niego definicję mobbingu: „Mobbing oznacza działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników”.

Ale, jak pisze Orliński, nie jest łatwo taką sprawę o mobbing wygrać w sądzie, bo są trudności dowodowe, a współpracownicy nie chcą zeznawać w procesie przeciwko pracodawcy.

Wyjściem byłoby, żeby w każdej firmie były oficjalnie ogłoszone i dostępne procedury zgłaszania przypadków mobbingu. Żeby było wiadomo, do kogo personalnie się z tym idzie, w jakiej formie składa skargę i w jaki sposób ma być ona badana.

To badanie powinno być sformalizowane, osoby wskazane przez pokrzywdzonego jako świadkowie powinny być wezwane i wypytane, a z takiej czynności powinna powstać notatka służbowa. Procedura powinna być poufna, a osoba zgłaszająca mobbing i świadkowie – chronieni przez firmę.

Sprawa powinna się zamknąć konkretnymi, spisanymi ustaleniami. Także konsekwencje, jakie mogą być wobec mobbera wyciągane, powinny być w procedurze precyzyjnie zapisane. I działania naprawcze: np. mediacja pomiędzy ofiarą a sprawcą.

Komu służy dział HR

W ramach obecnej antymobbingowej akcji #MeToo odezwał się dziennikarz „Polityki”, a niegdyś „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka” Rafał Kalukin (skorzystał z facebookowego konta żony). Napisał, że Tomasz Lis posłużył się działem HR „Newsweeka”, żeby go zdyscyplinować.

Wydawca „Newsweeka” Ringier Axel Springer Polska twierdzi, że ma procedury antymobbingowe. To, co ujawnił Rafał Kalukin, pokazuje, że pracownicy są wobec działu, który powinien rozpatrywać skargi na z góry gorszej pozycji niż szefowie. A więc procedury antymobbingowe jeśli są – nie działają.

Kodeksy wewnętrzne uwzględniające mobbing są w wielu firmach, ale tę sprawę traktują pro forma, to zwykłe „dupokrytki”.

Dlatego kodeks pracy nie powinien zalecać wprowadzania procedur antymobbingowych, ale je nakazywać. Egzekwować powinna to Państwowa Inspekcja Pracy, a brak powinien być karany wysokimi grzywnami.

Jeśli zaś dojdzie do mobbingu – pracownik, który odda sprawę do sądu, wygrywałby z automatu, jeśli po jego skardze do pracodawcy procedura antymobbingowa nie została uruchomiona. Lub jeśli jej nie było.

Odpowiedzialność za zaniedbanie

W prawie cywilnym istnieje także rodzaj odpowiedzialności „na zasadzie ryzyka”. Do uznania winy „na zasadzie ryzyka” nie trzeba udowodnić, że pracodawca zawinił. Wystarczy, że nie zadbał, by zminimalizować niebezpieczeństwo. W ten sposób szpitale odpowiadają np. za zarażenie pacjenta żółtaczką.

Procedury antymobbingowe powinny być zestandaryzowane – kodeks pracy może jako załącznik zawierać wzór zakładowych uregulowań. Powinien też zobowiązywać do przeszkolenia pracowników z wiedzy, czym jest mobbing i jak na niego reagować, tak jak dziś obowiązkowe jest szkolenie BHP (mógłby to być także moduł szkolenia BHP).

Dzisiejsze prawo nie wystarcza

Bo przemiany mentalności – to jedno, a prawo – to drugie. Dzisiejsze prawo na pewno nie jest wystarczające, co widać po rozkręcającej się akcji mobbingowego #MeToo.

Rafał Kalukin, ujawniając, że padł ofiarą mobbingowania przez Tomasza Lisa, napisał też: „To przecież oczywiste, że Lisa nie skasowali za żaden mobbing ani skargi sprzed paru lat. (…) Lis wyleciał za co wyleciał, a my się o tym kiedyś oficjalnie dowiemy, bądź nie”.

Sprawę rozjaśnia nieco Piotr Głuchowski: „Jest to po prostu SMS (lub kilka SMS-ów) skierowany do jednej z młodych pracowniczek koncernu Ringier ASP, która postanowiła rzecz ujawnić szefom. Tę informację potwierdziłem w trzech źródłach”.

A Marcin Dobski, dziennikarz Salonu24, uściśla, że były to „wiadomości SMS-owe, których ujawnienie byłoby dużym problemem dla wydawnictwa”.

Za cokolwiek wyleciał Tomasz Lis, nie unieważnia to problemu mobbingu. Ani tego, że trzeba go uregulować, żeby mu przeciwdziałać.

Ewa Siedlecka jest publicystką "Polityki". Ten tekst ukazał się na jej Blogu Konserwatywnym

Udostępnij:

Ewa Siedlecka

Dziennikarka, publicystka prawna, w latach 1989–2017 publicystka dziennika „Gazeta Wyborcza”, od 2017 publicystka tygodnika „Polityka”, laureatka Nagrody im. Dariusza Fikusa (2011), zajmuje się głównie zagadnieniami społeczeństwa obywatelskiego, prawami człowieka, osób niepełnosprawnych i prawami zwierząt.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne