Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
„Tej nocy Teheran musi płonąć” – ogłosił Itamar Ben-Gwir, izraelski minister bezpieczeństwa wewnętrznego. Zamiast kroku w tył i apeli Donalda Trumpa o ostudzenie emocji. Izrael i Iran eskalują napięcia, zrywają porozumienie i rozpoczynają wzajemne ostrzeliwanie.
„Chwilę temu izraelskie siły powietrzne uderzyły w cele wojskowe należące do irańskiego reżimu terrorystycznego w zachodnim i centralnym Iranie” – napisały Siły Obronne Izraela na platformie X w lakonicznym komunikacie, nie podając dalszych szczegółów.
Do eksplozji miało dojść w kilku miastach, m.in. Isfahanie, Tebrizie i Teheranie. Uszkodzono zakłady petrochemiczne w prowincji Chuzestan na południowym zachodzie Irano, do odwołania wstrzymano loty z Teheranu oraz portów w Tebrizie i Meszhedzie.
To pierwszy izraelski atak na Iran od zawieszenia broni uzgodnienionego 8 kwietnia i odwet za wcześniejszy ostrzał Iranu, który odpowiedział na izraelskie bombardowanie Libanu.
Izrael podał, że wszystkie irańskie rakiety zostału zestrzelone. W komunikacie dodano też, że Izrael „nie może pozwolić na sytuację, w której Iran ostrzeliwuje Izrael” — donosi „The Times of Israel”.
„Tej nocy Teheran musi płonąć!” — napisał Itamar Ben-Gwir, izraelski minister bezpieczeństwa wewnętrznego.
Do izraelskiego ataku doszło chwilę po tym, jak prezydent USA Donald Trump publicznie zapowiadał, że będzie odwodziła premiera Izraela Benjamina Netanjahu od odwetu. Tymczasem jak pisał w OKO.press Jakub Szymczak: „Strażnicy Rewolucji w swoim oświadczeniu po uderzeniu w Izrael piszą, że jest to na razie tylko ostrzeżenie. Ale jednocześnie grożą, że dalsza eskalacja będzie oznaczała ponowne otwarcie frontu w Zatoce Perskiej”.
Trzeciego czerwca w Waszyngtonie Izrael i Liban osiągnęły porozumienie o zawieszeniu broni. Częścią tego porozumienia nie jest jednak Hezbollah. To szyicka organizacja polityczno-zbrojna, która jest silnie powiązana z Islamską Republiką Iranu.
W negocjacjach z USA Iran konsekwentnie domaga się, by zakończenie wojny dotyczyło wszystkich frontów, w tym wojny pomiędzy Izraelem a Hezbollahem. W ostatnich dniach Iran ostrzegał, że złamanie zawieszenia broni i atak na południowy Bejrut spotka się z ich odpowiedzią.
Jesteśmy więc na prostej drodze do najpoważniejszej eskalacji w konflikcie USA i Izraela z Iranem od dwóch miesięcy – pisze Szymczak.
Bombardowania Iranu i Izraela skomentował już Donadl Trump. „Izrael i Iran muszą natychmiast przestać strzelać!” – napisał na platformie Truth Social prezydent USA. Godzinę później dodał kolejny wpis. Czytamy w nim: „Obydwie strony, Izrael i Iran, dążą do natychmiastowego zawieszenia broni! Ostateczne negocjacje w sprawie 'pokoju' trwają, choć ignorancja lub głupota mogą stanąć im na drodze. Blokada pozostanie w mocy i będzie obowiązywać do czasu osiągnięcia 'ostatecznego porozumienia'”.
Przeczytaj także:
Kilka minut przed godziną 12 Narodowe Siły Zbrojne Łotwy odwołały alarm dotyczący potencjalnego zagrożenia z powietrza. W poniedziałkowy poranek myśliwce NATO zestrzeliły drona, który wleciał w łotewską strefę powietrzą. Reuters: dron przyleciał z Rosji.
Na zdjęciu: Francuski myśliwiec Dassault Rafale B uzbrojony do walki powietrznej w przestrzeni powietrznej Polski w ramach Wschodniej Warty NATO, 13 września 2025 r.
„Łotewskie Narodowe Siły Zbrojne informują o zagrożeniu powietrznym w łotewskiej przestrzeni powietrznej. Znajdź bezpieczne miejsce wewnątrz budynku i przestrzegaj zasady <<dwóch ścian>>. Jeśli zauważysz nisko lecący i podejrzanego obiekt, nie zbliżaj się, zadzwoń pod numer 112. Gdy zagrożenie ustanie, powiadomimy o tym” – komunikat o takiej treści pojawił się w poniedziałek 8 czerwca, kilka minut przed godziną 9 w mediach społecznościowych łotewskiego wojska NBS.
W łotewską przestrzeń powietrzną – jak podaje Reuters- wtargnął rosyjski dron. Zestrzelił go myśliwiec NATO, a dokładniej: francuski myśliwiec stacjonujący na Litwie w ramach misji Baltic Air Policing. I choć chwilę po zestrzeleniu drona zakończono alarm, łotewska armia ogłosiła go ponownie informując, że myśliwce NATO patrolują przygraniczą przestrzeń powietrzną.
Alert dla mieszkańców trwał niespełna do 11:30. „Potencjalne zagrożenie ustało” – poinformowały Narodowe Siły Zbrojne Łotwy na portalu X.
To nie pierwszy raz, gdy przestrzeń powietrzna Łotwy została naruszona przez drony. 7 maja dwa ukraińskie bezzałogowce spadły na terytorium Łotwy, uszkadzając magazyn ropy w Rzeżycy. Drony były wystrzelone przeciwko Rosji – i choć nikt nie został ranny, premierka Evika Silina oraz minister obrony Andris Spruds podali się do dymisji.
Incydenty z dronami zwiększają napięcie między państwami bałtyckimi a Moskwą. Kraje regionu oskarżają Rosję o elektroniczne zakłócanie lotów dronów, które następnie naruszają nadbałtycką przestrzeń powietrzną. Kreml z kolei zarzuca Bałtom, że umożliwiają Ukrainie ataki ze swojego terytorium. Państwa bałtyckie temu zaprzeczają.
22 maja do łotewskiego jeziora Dridzis w położonym niedaleko Białorusiu powiecie Krasław wpadł dron. A trzy dni przecież na teren Estonii i Łotwy wtargnął inny dron zestrzelony przez rumuńskie myśliwce F-16. 20 maja, na godzinę, zamknięto przestrzeń powietrzną nad lotniskiem w Wilnie – również z powodu możliwego wykrycia drona.
Łotwa, podobnie jak jej sąsiedzi, Litwa i Estonia, należy do najbliższych sojuszników Ukrainy w wojnie z Rosją. Na Łotwie i w Estonii Rosjanie stanowią około 20-25 proc. społeczeństwa, a na Litwie – ok. 5 proc.
Przeczytaj także:
„To historyczne zwycięstwo” – ogłosił premier Armenii Nikol Paszynian. Jego proeuropejska partia Umowa Społeczna wygrała wybory i ma samodzielną większość w rządzie. To wyraźny sygnał, że Armenia będzie kontynuować kurs na Europę i uniezależniać się od Rosji.
Armenia ogłosiła oficjalne wyniki niedzielnych (7 czerwca) wyborów parlamentarnych.
Wybory w kraju wygrała partia premiera Armenii Nikola Paszyninana. Na Umowę Społeczną zagłosowała niemal połowa (49,81 procent) wyborców.
Oficjalne wyniki wyborów podała Agencja Reutersa, powołując się na ormiańską Centralną Komisję Wyborczą. Paszynian utworzy więc samodzielny rząd – podobnie jak przed pięcioma laty. Wtedy jednak premier odnotowywał minimalnie wyższe (54 proc.) poparcie.
Frekwencja wyniosła niemal 58,97 procent. W wyborach zagłosowało blisko 1,5 mln z ok. 2,5 upoważnionych do tego wyborców.
„To historyczne zwycięstwo” – oświadczył Paszynian jeszcze na wieczorze wyborczym. „To oznacza, że obywatele Armenii stanęli po stronie państwa, niepodległości, przyszłości i pokoju” – zaznaczył Paszynian cytowany przez Polską Agencję Prasową. Nikol Paszynian rządzi Armenią od 2018 roku. Jest najdłużej urzędującym szefem rządu w historii Armenii.
Niedzielne wybory w Armenii były dla ormiańskiego rządu swoistym testem – a ich wynik wskazał, jaki wektor polityki zagranicznej i wewnętrznej chcą obrać mieszkańcy.
Wybory te były bowiem pierwszymi po błyskawicznej operacji militarnej Azerbejdżanu z 2020 roku, kiedy rozbił siły nieuznawanej międzynarodowo ormiańskiej Republiki Górskiego Karabachu. Premier w pierwszych słowach po wyborach zwrócił się w stronę Turcji i Azerbejdżanu, dając wyraźny sygnał, że chce naprawić te międzynarodowe relacje.
Wszystko wskazuje na to, że Armenia będzie kontynuowała politykę proeuropejską i prodemokratyczną, obliczoną na zbliżenie się do Zachodu – celem uniezależeninia się od Kremla. Prorosyjskie tendencje w Armenii są silnie widoczne, co widać także w wynikach wyborów.
Do parlamentu wejdą bowiem partie opozycyjne:
Umowie Społecznej nie udało się uzyskać większości 2/3 głosów potrzebnych do rozpoczęcia zapowiadanego przez Paszyniana procesu przyjęcia nowej konstytucji (dokument musi następnie zostać przyjęty w referendum). Od zmian w konstytucji Azerbejdżan uzależnia ukończenie procesu pokojowego, co jest jednym z głównych punktów agendy Paszyniana – podnosi PAP.
Jak pisała w OKO.press Paulina Pacuła, wybory parlamentarne w Armenii odbywały się w warunkach silnych prób wpływu na ich przebieg ze strony Rosji. Reuters informował, powołując się na zachodnie źródła wywiadowcze, że Moskwa prowadziła przeciwko premierowi Nikolowi Paszynianowi kampanię dezinformacyjną w mediach społecznościowych oraz za pośrednictwem prorosyjskich mediów. Jej celem było osłabienie poparcia dla prozachodniego kursu Armenii.
W centrum uwagi znalazła się prorosyjska partia Silna Armenia. Na dzień przed wyborami zatrzymano sześciu jej kandydatów. Wobec kandydatów wszczęto postępowania karne. Szczegółowe przyczyny zatrzymań nie zostały początkowo ujawnione, choć wcześniej wobec partii pojawiały się oskarżenia o przekupywanie wyborców i nielegalne finansowanie kampanii. Do Centralnej Komisji Wyborczej trafił wniosek o wykluczenie ugrupowania z wyborów z powodu zarzutów dotyczących przekupywania wyborców i finansowania kampanii niezgodnie z prawem, jednak komisja go odrzuciła. Lider partii Samwel Karapetian, rosyjsko-armeński miliarder i jeden z najważniejszych przedstawicieli prorosyjskiej opozycji, od miesięcy przebywa w areszcie domowym pod zarzutem nawoływania do obalenia rządu.
W ostatnich tygodniach naciski ze strony Moskwy przybrały również formę otwartych gróźb politycznych. Władimir Putin ostrzegał, że dalsze odchodzenie Armenii od Rosji może doprowadzić do „ukraińskiego scenariusza”, sugerując ryzyko destabilizacji i konfliktu. Z kolei były prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew oskarżał Nikola Paszyniana o „prowadzenie kraju drogą Ukrainy”.
Aby powstrzymać reorientację Armenii na Zachód, Moskwa nasiliła także w ostatnich tygodniach gospodarczą presję na Armenię. Rosyjscy urzędnicy ostrzegali, że dalsze zbliżenie Armenii z UE może oznaczać utratę preferencyjnego dostępu do rosyjskich surowców i rynku Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej, jeśli będzie kontynuować zbliżenie z Unią Europejską. Ponadto władze na Kremlu ogłosiły także zakaz importu większości ormiańskich produktów. Zakaz obejmuje produkty rolno-spożywcze, przede wszystkim owoce, warzywa, kwiaty, ryby, wodę mineralną i alkohol.
Rosja jest odbiorcą 40 proc. ormiańskiego eksportu, więc ograniczenia są bardzo dotkliwe dla ormiańskiej gospodarki. Rosyjskie służby tłumaczą decyzje względami sanitarnymi i fitosanitarnymi.
Przeczytaj także:
Iran ostrzegał, że odpowie na izraelskie uderzenie w południowy Bejrut. I swoją groźbę spełnił. Według Iranu celem była baza wojskowa na północy Izraela. Donald Trump apeluje do Iranu i Izraela o krok w tył
Na zdjęciu: irańskie rakiety widoczne dziś późnym wieczorem nad izraelskim miastem Netanja. Fot. JACK GUEZ / AFP
Późnym wieczorem 7 czerwca Iran po raz pierwszy od kwietnia wystrzelił co najmniej kilka rakiet w stronę Izraela. Informację przekazała najpierw izraelska armia, a następnie potwierdził ją irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Według Strażników celem ataku była izraelska baza lotnicza w Ramat Dawid na północy Izraela. W oświadczeniu Strażnicy twierdzą, że baza była „źródłem agresji” wobec Libanu. Armia izraelska twierdzi, że przechwyciła wszystkie rakiety wymierzone w bazę. Jednocześnie zidentyfikowała nową falę, która zmierza w stronę Izraela.
Nie wiemy jeszcze jak Izrael odpowie na ataki. Minister bezpieczeństwa wewnętrznego Iranu Itamar Ben Gwir napisał w mediach społecznościowych, że dziś w nocy Teheran powinien zapłonąć.
Strażnicy Rewolucji w swoim oświadczeniu po uderzeniu w Izrael piszą, że jest to na razie tylko ostrzeżenie. Ale jednocześnie grożą, że dalsza eskalacja będzie oznaczała ponowne otwarcie frontu w Zatoce Perskiej.
Iran odpowiada w ten sposób na dzisiejszy izraelski atak na Dahije, czyli południowe przedmieścia Bejrutu. Izraelski premier Benjamin Netanjahu przekazał, że Izrael uderzył w „siedzibę terrorystów w Dahije” w odpowiedzi na uderzenia Hezbollahu na terytorium Izraela. W dzisiejszym ataku na Bejrut zginęły co najmniej dwie osoby. Dzień wcześniej w izraelskich atakach na południowy Liban zginęło 12 osób. Wśród nich trójka żołnierzy libańskiej armii – w tym generał brygady.
Trump po irańskim ataku na Izrael wypowiedział się krótko dla Fox News. Powiedział, że nie jest zadowolony z izraelskich ataków na Bejrut. I zaapelował do Iranu: wystrzeliliście swoje ostrzeżenie, teraz czas na powrót do negocjacji. W rozmowie z dziennikarzem Axios przekazał też, że zamierza zadzwonić do Netanjahu i powiedzieć mu, by nie odpowiadał na irański atak.
Trzeciego czerwca w Waszyngtonie Izrael i Liban osiągnęły porozumienie o zawieszeniu broni. Częścią tego porozumienia nie jest jednak Hezbollah. To szyicka organizacja polityczno-zbrojna, która jest silnie powiązana z Islamską Republiką Iranu. W negocjacjach z USA Iran konsekwentnie domaga się, by zakończenie wojny dotyczyło wszystkich frontów, w tym wojny pomiędzy Izraelem a Hezbollahem. W ostatnich dniach Iran ostrzegał, że złamanie zawieszenia broni i atak na południowy Bejrut spotka się z odpowiedzią Iranu. Dziś okazało się, że na tę odpowiedź nie trzeba było długo czekać.
Jesteśmy więc na prostej drodze do najpoważniejszej eskalacji w konflikcie USA i Izraela z Iranem od dwóch miesięcy. Wiele zależy jednak od kolejnych kroków.
W 2024 Iran dwukrotnie wysyłał w stronę Izraela salwę rakiet. I w obu przypadkach ostatecznie dochodziło do deeskalacji. Na razie jesteśmy na ścieżce w przeciwną stronę. Wiele zależy od reakcji Donalda Trumpa. To on w ostatnim tygodniu powściągnął Benjamina Netanjahu. Trump wydaje się bowiem rozumieć, że dalsze ataki na Bejrut grożą faktycznym zerwaniem kwietniowego zawieszenia broni z Iranem. A przez ostatnie dwa miesiące działania amerykańskiego prezydenta wskazywały na to, że nie jest zainteresowany dalszym prowadzeniem wojny i preferuje doprowadzenie do porozumienia.
To, że osiągnięcie porozumienia satysfakcjonującego obie strony (USA i Iran) jest bardzo trudne, to zupełnie inna sprawa. Ale Trump niekonieczne będzie zadowolony, jeśli za sznurki będzie pociągał w tej kwestii ktoś inny – w tym wypadku Netanjahu. A wszystko wskazuje na to, że izraelska eskalacja na froncie libańskim była wyłączną inicjatywą izraelską. Pierwsza reakcja Trumpa to faktycznie apel o rozwagę do Iranu i Izraela. Teraz czekamy na to, jak militarnie zareaguje Izrael.
Przeczytaj także:
Ruch „Samostanowienia” premiera Albina Kurtiego prowadzi w przedterminowych wyborach parlamentarnych w Kosowie. Zdobywa 42,3% głosów według exit poll, na które powołuje się stacja telewizyjna Klan Kosowa.
Główni rywale ruchu Kurtiego, Demokratyczna Partia Kosowa i Demokratyczna Unia Kosowa, miały otrzymać odpowiednio 21,6% i 17,3% głosów. Sojusz na rzecz Przyszłości Kosowa ma zajmować czwarte miejsce, z wynikiem 6,8%.
To trzecie przedterminowe wybory parlamentarne w ciągu kilkunastu miesięcy. W poprzednich, w grudniu 2025 r. ruch Kurtiego zdobył 49% głosów. Nie zdołał jednak uzyskać trwałego porozumienia z innymi partiami w sprawie kandydata na premiera.
Przeczytaj także:
Do obecnego kryzysu doprowadziło to, że parlament nie był też w stanie wybrać prezydenta w miejsce Vjosy Osmani, której kadencja wygasła. W efekcie doszło do rozwiązania parlamentu.
Przeczytaj także: