Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Polska stolica zajęła trzecie miejsce w skomplikowanej procedurze wyboru siedziby instytucji.
Warszawa nie będzie siedzibą Urzędu Celnego Unii Europejskiej. Spośród dziewięciu kandydatur polska stolica uplasowała się na trzecim miejscu. Zwyciężyło francuskie Lille przed Rzymem, które o wygraną walczyły w finałowej dogrywce. Na dalszych miejscach znalazły się Liege, Malaga, Zagrzeb, Haga, Porto oraz Bukareszt.
Polscy dyplomaci mieli nadzieję na walkę w finałowym etapie i drugie miejsce we wstępnej selekcji. Według zasad testowanych na forum UE swoje listy typowali europarlamentarzyści i przedstawiciele Rady UE. Zasady zakładały, że jeśli na listach typowanych przez obie organizacje pojawiłoby się to samo miasto, wygrywa ono bez konieczności rozpisywania kolejnego głosowania. Jeśli do tego nie dojdzie, głosuje się do skutku i wyboru tego samego kandydata przez Radę i Parlament.
„Zarówno Rada, jak i Parlament chciałyby mieć dużo do powiedzenia przy takich wyborach, ale nie da się zrobić tak, żeby każda z tych instytucji miała tutaj rolę decydującą. To był pewnego rodzaju spór instytucjonalny, jak ułożyć ją tak, żeby obie strony były zadowolone ”- mówiła Polskiej Agencji Prasowej pełnomocnik rządu ds. wyboru lokalizacji Urzędu ds. Celnych Małgorzata Krok.
„Bardzo trudno konkurować z dużymi, »starymi« członkami UE jak Włochy czy Francja, które mają większą liczbę głosów w Radzie UE, zasiadają w ważnych organizacjach, jak Francja, która jest stałym członkiem rady Bezpieczeństwa ONZ” – mówił stacji RMF FM jeden z polskich dyplomatów.
Przeczytaj także:
Iran wyszedł z kontrpropozycją do planu pokojowego przedstawionego przez Donalda Trumpa.
Iran odrzucił amerykańską propozycję planu pokojowego, nie rezygnując z ataków na Izrael oraz arabskie państwa Zatoki Perskiej. Irańskie władze odpowiedziały, że nie widzą możliwości przyjęcia 15-puntowego dokumentu, który w ich stronę skierowała administracja Donalda Trumpa. Jak przekazała agencja Fars, częściowo znajdująca się pod państwową kontrolą, zdaniem Teheranu propozycja rozpoczęcia bezpośrednich rozmów jest „nielogiczna i niewykonalna na obecnym etapie konfliktu”.
Teheran przedstawił własne warunki rozejmu – podała państwowa telewizja Press TV, powołując się na nieznanego wysokiego rangą urzędnika ds. bezpieczeństwa. Iran ma zażądać gwarancji, że USA i Izrael nie wznowią ataków, a także reparacji za szkody wojenne oraz uznania kontroli Teheranu nad Cieśniną Ormuz.
Przedstawiony przez Waszyngton 15-punktowy dokument zawierający warunki rozejmu bliźniaczo przypomina plan pokojowy, który administracja Donalda Trumpa przedstawiła Teheranowi przed wybuchem wojny. Izraelski Kanał 12 podał 14 z 15 warunków pokoju. Co zawiera umowa?
„Stany Zjednoczone wymagają od Iranu:
W zamian Iran otrzyma następujące korzyści:
„Na razie wygląda to jak sytuacja z lutego, gdy Amerykanie podsuwali Iranowi propozycje porozumienia, jednocześnie koncentrując wojska w regionie. Teraz słyszymy o rosnącym prawdopodobieństwie ataku lądowego (oczywiście ograniczonego, nie ma na razie możliwości przeprowadzenia uderzenia w stylu inwazji na Irak w 2003 roku). Otwarcie mówi się o wysłaniu do Iranu amerykańskiej 82. Dywizji Powietrznodesantowej” – ocenił na naszych łamach Jakub Szymczak.
Przeczytaj także:
Drony, które spadły na terytorium bałtyckich krajów, najprawdopodobniej były skierowane na rosyjski port Ust-Ługa.
Nad ranem w przestrzeń powietrzną Estonii wleciał dron, który potem rozbił się o komin elektrowni Auvere. Bezzałogowiec spadł również na Łotwie, w okręgu krasławskim, na granicy z Rosją i Białorusią. W obu przypadkach obiekty były nieuzbrojone, nikomu nic się nie stało.
Estońskie władze poinformowały, że dron uderzył w komin tamtejszej elektrowni o 3:43. Wszystko wskazuje na to, że nie był to celowy atak. Mimo to bezzałogowiec zabezpieczony został przez śledczych i zbadany przez saperów. W związku z incydentem wieczorem ma zostać zwołane nadzwyczajne posiedzenie rządu w sprawie bezpieczeństwa.
Bez większych szkód obeszło się również na Łotwie. Tamtejsze władze przyznały, że dron pochodził z Ukrainy.
„Bezzałogowy statek powietrzny, który wkroczył do przestrzeni powietrznej Łotwy, został zidentyfikowany jako dron pochodzenia ukraińskiego na podstawie analizy znalezionych szczątków” – potwierdziło dowództwo łotewskiej armii. Najprawdopodobniej maszyna zboczyła z kursi podczas ukraińskich ataków na rosyjski port Ust-Ługa.
W nocy z 25 na 26 marca Ukraina dokonała zmasowanego ataku dronowego na obwód leningradzki. Spowodował on znaczne uszkodzenia w terminalu energetycznym w porcie Ust-Luga – podały ukraińskie wojsko. Według lokalnych władz, systemy obrony przeciwlotniczej zneutralizowały 56 dronów nad tym obszarem.
Rosyjskie ministerstwo obrony zgłosiło zestrzelenie 389 ukraińskich dronów nad 13 regionami kraju, w tym nad okupowanym Krymem. Rano gubernator obwodu leningradzkiego, Aleksandr Drozdenko, poinformował o pożarze w terminalu, a nieoficjalne źródło przekazało agencji Reuters, że port został natychmiast zamknięty, a kilka zbiorników z ropą uległo zapłonowi.
Przeczytaj także:
Premier Węgier Viktor Orbán zapowiedział wstrzymanie przesyłu gazu do Ukrainy przez Węgry. W ten sposób urzeczywistniają się wcześniejsze zapowiedzi rządu w Budapeszcie, który oskarża Kijów o blokowanie przepływu ropy naftowej rurociągiem „Przyjaźń”.
Ukraina twierdzi, że leżący na jej terenie odcinek uległ trudnej w naprawie awarii po rosyjskim ataku pod koniec lutego. Orbán twierdzi jednak, że wschodni sąsiad Węgier chce zdestabilizować i tak trudną sytuację na rynku paliw. Węgry i Słowacja jako jedyne z państw Unii Europejskiej utrzymały wysoki stopień uzależnienia od rosyjskiej ropy po pełnoskalowej inwazji na Ukrainę.
„Dopóki Ukraina nie dostarczy ropy, nie otrzyma gazu z Węgier. Będziemy chronić bezpieczeństwo energetyczne Węgier, utrzymując chronioną cenę benzyny i obniżoną cenę gazu! Wkrótce wystąpię przed rządem i przedstawię ważny wniosek; Ukraina od 30 dni blokuje funkcjonowanie rurociągu naftowego »Przyjaźń”«. Jak dotąd skutecznie bronimy się przed szantażem ze strony Ukrainy, a dzięki cenom chronionym (czyli ustalanym centralnie – przyp. aut.) Węgrzy płacą najniższe ceny na stacjach benzynowych w całej Europie. Musimy jednak pójść o krok dalej – w celu przełamania blokady gazowej i zapewnienia Węgrom bezpiecznych dostaw energii konieczne są teraz kolejne działania” – przekazał Orbán za pośrednictwem mediów społecznościowych.
„W związku z tym stopniowo wstrzymujemy dostawy gazu z Węgier do Ukrainy, a pozostałą u nas ilość gazu magazynujemy w kraju. Dopóki Ukraina nie dostarczy ropy, nie otrzyma gazu z Węgier. Ponieważ Ukraina atakuje również południowy gazociąg zaopatrujący Węgry, musimy gromadzić zapasy. Dlatego zamiast ukraińskich zasobów napełniamy obecnie węgierskie magazyny gazu. Chronimy bezpieczeństwo energetyczne Węgier, utrzymujemy chronioną cenę benzyny oraz obniżoną cenę gazu” – argumentował Orbán.
Węgry i Słowacja, po wstrzymaniu dostaw „Przyjaźnią”, sprzeciwiły się przekazaniu Ukrainie pożyczki opiewającej na 60 mld euro. Unijne wsparcie ma wspomóc normalne działanie państwa i wysiłki wojenne Kijowa. Na Węgrzech prezydent Wołodymyr Zełenski jest jedną z głównych postaci kampanii przed wyborami parlamentarnymi, zaplanowanymi na 12 kwietnia. Rządzący Fidesz przedstawia Ukrainę jako państwo nieprzyjazne i obiecuje, że jest gwarantem spokoju dla Węgrów, którzy pod rządami Orbána nie zostaną zaangażowani w konflikt z Rosją. Jednocześnie rząd w Budapeszcie utrzymuje ciepłe stosunki z Moskwą. Dziennikarskie ustalenia wskazują na kontakty minsitra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó z szefem rosyjskiej dyplomacji Siergiejem Ławrowem podczas trwania unijnych szczytów. Szijjártó miał mu na bieżąco przekazywać informacje o ustaleniach pomiędzy unijnymi liderami.
„W kampaniach prowadzonych przez Fidesz wizerunek Zełenskiego pojawia się często jako symbol zewnętrznego nacisku lub potencjalnego zagrożenia, wobec którego rząd musi „bronić” interesów Węgier. To klasyczny zabieg: łatwiej mobilizować wyborców poprzez wskazanie wyraźnego „zewnętrznego aktora” niż poprzez eksponowanie własnego lidera. Praktycznie cała kampania Fideszu jest w tej chwili oparta na motywie wrogiego nastawienia wobec Ukrainy” – mówiła w wywiadzie z OKO.press ekspertka Ośrodka Studiów Wschodnich, Ilona Gizińska. – „W stolicy Węgier wyraźnie widać, że wizerunek Zełenskiego jest w tej kampanii intensywnie wykorzystywany. Ale to tylko część strategii, bo obok tego pojawiają się bezpośrednie ataki na lidera opozycji Pétera Magyara i próby ustawienia go po jednej stronie z Unią Europejską i Ukrainą, czyli w roli negatywnych graczy.”
Przeczytaj także:
Danię czekają rozmowy koalicyjne, w których karty mogą rozdawać politycy centrum sceny politycznej.
Wtorkowe wybory parlamentarne w Danii zakończyły się zwycięstwem rządzącej Partii Socjaldemokratycznej, która uzyskała 21,9% głosów. Wynik ten określany jest jednak „klęską mimo zwycięstwa”, bo wynik sprawującej władzę formacji jest historycznie niski. Cztery lata temu socjaldemokraci zdobyli 27,5 proc. głosów. Żadne z ugrupowań nie może liczyć na samodzielną większość w parlamencie.
Drugie miejsce zajęła Socjalistyczna Partia Ludowa z wynikiem 11,6%, a trzecie – Partia Liberalna, która uzyskała 10,1%, co jest jej najgorszym wynikiem w historii. Czwartą pozycję zajęła partia Sojusz Liberalny z 9,4% głosów. Nieoczekiwanie wysoki wynik osiągnęła skrajnie prawicowa Duńska Partia Ludowa, zdobywając 9,1% poparcia.
Rządzący dotąd blok lewicowy może liczyć na 84 mandaty, podczas gdy partie prawicowe mają łącznie 77 miejsc. Aby utworzyć rząd, potrzebne jest 90 mandatów w 179-osobowym Folketingu. W tej sytuacji kluczową rolę odegra centrowa partia Umiarkowani, która zdobyła 7,7% głosów, co przekłada się na 14 mandatów.
Duńscy komentatorzy zwracają uwagę na stosunkowo wysoki wynik Umiarkowanych, którzy w praktyce mogą rozdawać karty w rozmowach koalicyjnych. W efekcie stanowisko może stracić premierka Mette Fredriksen, którą zastąpić może lider centrowej formacji i dotychczasowy minister spraw zagranicznych Lars Lokke Rasmussen. Polityk pełnił tę funkcję już dwukrotnie – w latach 2009–2011 oraz 2015–2019, wówczas jako lider Partii Liberalnej.
Frekwencja w tegorocznych wyborach wyniosła 84%, co jest najniższym wynikiem od 1990 roku.
Przeczytaj także: