Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

28 minut temu

Prawa autorskie: Adam Andruszkiewicz, obecnie wiceszef KPRP Karola Nawrockiego. Śledztwo ws. fałszowania podpisów przez działaczy organizacji, którą kierował, wciąż nie zostało zakończone. Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.plAdam Andruszkiewicz,...

Prezydencki minister Andruszkiewicz i sprawa fałszowania podpisów. Jest akt oskarżenia

Prokuratura Regionalna w Lublinie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko zastępcy szefa Kancelarii Prezydenta Adama Andruszkiewicza. Chodzi o śledztwo w sprawie fałszowania podpisów pod listami wyborczymi w wyborach samorządowych w 2014 r. w woj. podlaskim.

Co się wydarzyło?

Prokuratura Regionalna w Lublinie poinformowała we wtorek (21 kwietnia), że akt oskarżenia przeciwko wiceszefowi Kancelarii Prezydenta Adamowi Andruszkiewiczowi i dwóm innym osobom został skierowany do Sądu Rejonowego w Białymstoku.

Andruszkiewiczowi zarzucono, że "od 15 września 2014 r. do 6 października 2014 r. (...), będąc liderem Młodzieży Wszechpolskiej, kierował podrobieniem przez inne osoby dokumentów w postaci list osób udzielających poparcia kandydatom zgłaszanym przez Komitet Wyborczy Ruch Narodowy w okręgu wyborczym nr 3 w wyborach do Sejmiku Województwa Podlaskiego, przetwarzając bezprawnie dane osobowe osób wymienionych na listach poparcia” – poinformowała rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Lublinie, prok. Beata Syk–Jankowska.

“Oceniając materiał dowodowy, prokuratura ocenia, że jako lider Młodzieży Wszechpolskiej wydawał polecenia związane ze sporządzaniem podrobionych list poparcia dla kandydatów w wyborach zarządzonych na dzień 16 listopada 2014 r.” – napisała w komunikacie prok. Syk-Jankowska.

Przemawiają za tym “konsekwentne, logiczne i spójne wyjaśnienia” współoskarżonych, a nadto “przywódcza pozycja [Andruszkiewicza] w działalności Młodzieży Wszechpolskiej oraz jego rola w zbieraniu podpisów poparcia, odpowiedzialność za zgromadzenie list oraz zlecanie innym osobom zbierania podpisów, co znajduje potwierdzenie w zeznaniach świadków".

Według prokuratury biegli z zakresu badania pisma ręcznego wskazali na możliwość nakreślenia kilku podpisów przez obecnego ministra oraz na fakt, że “na listach poparcia z nieautentycznymi podpisami szereg z nich nie nadawał się do badań porównawczych (tzw. parafki).”

Przestępstwa zarzucone oskarżonym zagrożone są karą do 5 lat pozbawienia wolności. Rzeczniczka podała, że podejrzany “nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu przestępstwa, wskazując, iż w jego ocenie przedstawienie mu zarzutów ma charakter polityczny”.

Sam Andruszkiewicz zareagował na komunikat prokuratury, publikując wpis w serwisie społecznościowym X.

„Służbie Polsce poświęciłem większość swojego życia. Obecny ”akt oskarżenia„ sklecony naprędce przez upolitycznioną prokuraturę traktuję wyłącznie jako element represji politycznej wykierowanej we mnie przez układ rządzący, który ma wiele powodów, by ze mną walczyć” — napisał Andruszkiewicz.

Jaki jest kontekst?

Śledztwo w tej sprawie toczy się od kilkunastu lat. Początkowo odpowiadała za nie Prokuratura Rejonowa Białystok – Południe, w maju 2016 r. trafiło do Prokuratury Okręgowej w tym mieście. W 2019 roku zostało przeniesione do Prokuratury Regionalnej w Lublinie, a ówczesny prokurator Regionalny w Lublinie wyznaczył do prowadzenia śledztwa Prokuraturę Okręgową w stolicy woj. lubelskiego. W międzyczasie okazało się, że zaginął jeden z tomów akt sprawy, zawierający zeznania dwunastu świadków.

Przeczytaj także:

Andruszkiewicz był trzykrotnie wybierany do Sejmu – w wyborach 2015, 2019 i 2023 – startując za każdym razem z okręgu białostockiego. Pełnił też funkcje wiceministra cyfryzacji i sekretarza stanu w KPRM. Odpowiadał za kampanię Karola Nawrockiego w internecie w czasie ostatnich wyborów prezydenckich. Obecnie jest zastępcą szefa Kancelarii Prezydenta RP (do pełnienia tej funkcji zrezygnował z mandatu poselskiego).

W sprawie oskarżone są także dwie inne osoby. Według informacji prokuratury są to 40-letni ekonomista Wojciech N. I 39-letni elektryk Paweł P. Obaj przyznali się do zarzucanych im czynów.

Przeczytaj także:

43 minuty temu

Prawa autorskie: Fot. Brendan SMIALOWSKI / AFPFot. Brendan SMIALOW...

Trump „ma przerąbane”, zwraca firmom 166 mld dol.

Amerykańska administracja uruchomiła portal, za pośrednictwem którego firmy mogą wnioskować o zwrot nienależnie zapłaconych ceł. Chodzi o 166 mld dol. To cła nałożone przez Donalda Trumpa w Dniu Wyzwolenia, czego nie miał prawa zrobić. Orzekł to w lutym Sąd Najwyższy. Firmy odzyskają miliardy, konsumenci raczej nic

Co się wydarzyło?

Amerykańska Służba Celna i Ochrony Granic (CBP) uruchomiła system online, za pomocą którego amerykańskie firmy mogą zgłaszać wnioski o zwrot nienależnie pobranych ceł. Stało się to kilka miesięcy po tym, jak Sąd Najwyższy orzekł w lutym, że cła nałożone przez Donalda Trumpa są niezgodne z prawem.

To te cła, które z rozmachem nałożył na cały świat Donald Trump 2 kwietnia 2025 r. podczas tzw. Dnia Wyzwolenia. Były tam zarówno indywidualne stawki dla poszczególnych krajów (na przykład 34 proc. stawka dla Chin, 20 proc. dla UE, 49 proc. dla Kambodży), jak i minimalna dziesięcioprocentowa stawka celna dla wszystkich państw.

Problem w tym, że amerykański prezydent dość swobodnie podejmuje decyzje o głębokich implikacjach, umiarkowanie licząc się przy tym z podstawą prawną.

Tak było właśnie tym razem, gdy prezydent ogłosił nałożenie ceł na podstawie ustawy o międzynarodowych uprawnieniach gospodarczych w sytuacjach nadzwyczajnych (IEEPA), która dotąd służyła raczej do nakładania sankcji na inne kraje. Dlatego Sąd Najwyższy podważył decyzję prezydenta.

Jeszcze przed wyrokiem sam Donald Trump mówił, że Stany Zjednoczone mogą mieć „przerąbane”, jeśli decyzja sądu będzie niekorzystna.

W lutym okazało się, że była. A teraz trzeba oddać 330 tys. amerykańskich firm łącznie 166 mld dol.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Mimo, że decyzja Sądu Najwyższego w sprawie ceł zapadła już w lutym, dopiero teraz firmy mogą występować z wnioskami o zwrot nienależnie zapłaconego podatku. To dlatego, że organy skarbowe nie miały dotąd nawet narzędzia, żeby wypłacać z powrotem pieniądze na konta firm.

Trzeba było od podstaw zbudować do tego specjalną platformę online, przez którą amerykańskie firmy mogą zgłaszać wnioski o zwrot.

Wiadomo, że w systemie wnioski takie zarejestrowało już ponad 56 tys. firm na kwotę 127 mld dol., licząc wraz z odsetkami. W tym gronie są tacy giganci jak Toyota, Goodyear, Xerox, Steve Madden i Bath & Body Works.

Część firm nie czekała nawet na wyrok Sądu Najwyższego i zdecydowała się pozwać administrację Donalda Trumpa niezależnie od niego. Jak pisze „The Guardian”, zrobiło tak ponad 3 tys. podmiotów, w tym FedEx i Costco.

Firma PwC szacuje, że najwięcej do odzyskania mają firmy z branży technologicznej, medialnej i telekomunikacyjnej – ponad 47 mld dol. oraz producenci wyrobów przemysłowych i zakłady produkcyjne – prawie 40 mld dol.

Wyjaśnijmy, że sprawa dotyczy amerykańskich firm importerów, bo właśnie przy imporcie towarów z zagranicy musiały zapłacić nielegalne, jak się później okazało, cła.

Część z nich to dodatkowe obciążenie wzięła na siebie, część ten koszt przerzuciła na konsumentów, podnosząc ceny. „New York Times” zwraca uwagę, że teraz nie ma mechanizmu, który by weryfikował, czy ostatecznie to firma poniosła koszt, czy przerzuciła go na klienta i pomija się zupełnie interes konsumentów. Ci bowiem wniosków o zwrot złożyć nie mogą.

Mogą to zrobić jedynie firmy, a przepisy nie nakazują im podzielić się odzyskanymi pieniędzmi z konsumentami.

Przeczytaj także:

godzinę temu

Prawa autorskie: Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plFot. Slawomir Kamins...

Wykorzystywanie seksualne bez przedawnienia. „Są rozmowy”

„Zainicjowałam rozmowy z ministerstwem sprawiedliwości. Rozważamy, analizujemy, zastanawiamy się czy nie powinniśmy iść w kierunku nieprzedawniania spraw dotyczących wykorzystywania seksualnego” – ogłosiła pełnomocniczka rządu ds. równości Katarzyna Kotula na antenie TOK FM

Co się wydarzyło?

Niewykluczone, że przestępstwa seksualne w Polsce nie będą ulegać przedawnieniu i niezależnie od tego, czy wydarzyły się 20, 30 czy 40 lat temu będą mogły być ścigane przez prokuraturę i sąd, a ich sprawcy – skazywani.

Katarzyna Kotula, pełnomocniczka rządu ds. równości ogłosiła we wtorek 21 kwietnia w TOK FM, że zainicjowała rozmowy z ministerstwem sprawiedliwości, a dokładniej wiceministrem Arkadiuszem Myrchą dotyczące zniesienia instytucji przedawnienia przestępstwa w tym zakresie. „Rozważamy, analizujemy, zastanawiamy się czy nie powinniśmy iść w kierunku nieprzedawniania tych spraw” – powiedziała. „Sprawdzamy, jak prawo funkcjonuje w innych państwach” – dodała ministra.

Koncepcja, by przestępstwa seksualne były ścigane bez względu na upływ czasu od przestępstwa, zrodziła się z trzech pobudek:

  • konieczności systemowego działania, bowiem państwowa komisja ds. pedofilii jest zasypana sprawami z przeszłości, które nie mają szans na sprawiedliwy proces i karę
  • osobistych doświadczeń ministry i doświadczenia molestowania seksualnego przez byłego prezesa Polskiego Związku Tenisowego Mirosława Skrzypczyńskiego nagłośnionych przez Onet. Choć prokuratura winę potwierdziła, przestępstwo się przedawniło, a Skrzypczyński uniknął kary
  • nagłośnionej przez TOK FM historii Kai Kluźniak, która w dzieciństwie została wykorzystana seksualne na letnich koloniach i teraz, po 30 latach, szuka sprawiedliwości. Jej oprawca nadal opiekuje się dziećmi na wakacyjnych wyjazdach, co punktuje audioserial „Misja:Kaja”

„Po tym, jak opowiedziałam swoją historię otrzymałam setki podobnych wiadomości” – wyznała we wtorek w radiu TOK FM Katarzyna Kotula. „Blizna po takim doświadczeniu nie ma daty, pozostaje w nas na zawsze” – dodała ministra wskazując, że ewentualne prace są na początkowym etapie. „Bardzo bym chciała, by prawo szło w tym kierunku” – ogłosiła.

Jaki jest kontekst?

Obecnie w Polsce przestępstwa seksualne wobec małoletnich poniżej 15 roku życia przedawniają się, kiedy ofiara skończy 30 lat. Oznacza to, że jeśli ktoś był molestowany w dzieciństwie, to jego oprawca może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej tylko do 30. urodzin pokrzywdzonego. W praktyce większość skrzywdzonych w dzieciństwie o swoim doświadczeniu mówi po wielu latach – co uniemożliwia prawne ściganie pedofila.

„My, ofiary, żyjemy z tą traumą do końca życia, ale to, kiedy jesteśmy w stanie o tym opowiadać, jest bardzo indywidualne. Ja zaczęłam o tym mówić w wieku 42 lat” – mówiła OKO.press Agata Baraniecka-Kłos, szefowa Fundacji Stop Przedawnieniu, która sama była w dzieciństwie molestowana. Katarzyna Kotula Jackowi Harłukowiczowi i Januszowi Schwertnerowi swoją historię opowiedziała po 30 latach. Prokuratura jednoznacznie stwierdziła do przestępstwa doszło – ale z uwagi na przedawnienie i wiek Kotuli nie mogła skazać Skrzypczyńskiego. Ten pozwał ją o zniesławienie, ale sprawę przegrał.

Obecnie w Sądzie Rejonowym w Tarnowie toczy się fundamentalny dla polskiego kościoła proces, w którym na ławie oskarżonych siedzi biskup Andrzej Jeż oskarżony o to, że zwlekał z powiadomieniem organów ścigania o wykorzystywaniu seksualnym dzieci i młodzieży z diecezji przez dwóch księży. Jak wyjaśniał OKO.press prokurator Marcin Stępień, zwłoka ta doprowadziła do przedawnienia się nawet 23 z nawet setki spraw.

Przeczytaj więcej w OKO.press:

Przeczytaj także:

06:30 21-04-2026

Prawa autorskie: 25.10.2025 Katowice . Mateusz Morawiecki podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwosci . Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl25.10.2025 Katowice ...

Kaczyński i Morawiecki się dogadali. Czarnek i Jaki się z tego nie ucieszą

W trakcie spotkania w nocy z poniedziałku na wtorek 21 kwietnia Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki zawarli zawieszenie broni. Stowarzyszenie Rozwój Plus byłego premiera może funkcjonować wewnątrz PiS

Co się wydarzyło?

W nocy z poniedziałku na wtorek prezes PiS Jarosław Kaczyński i wiceprezes partii Mateusz Morawiecki spotkali się, by rozmawiać o powołanym do życia przez Morawieckiego stowarzyszeniu Rozwój Plus i kryzysie wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości. Spotkanie miało charakter zdecydowanie pojednawczy – Kaczyński zaakceptował nowy układ sił w partii i udzielił stowarzyszeniu Morawieckiego zgody na działanie wewnątrz PiS. Morawiecki dostał również zielone światło na podejmowanie prób rozszerzania elektoratu Prawa i Sprawiedliwości w kierunku centroprawicowym. Przedstawiciele stowarzyszenia Rozwój Plus mają również wejść w skład powołanej przez Kaczyńskiego Rady Ekspertów PiS.

Wyniki PiS-owskiego spotkania na szczycie są w pełni zgodne z przewidywaniami OKO.press dotyczącymi dalszego przebiegu PiS-owskich kłótni o stowarzyszenie Morawieckiego. Byłemu premierowi i jego stronnikom udało się wyjść z narożnika, do którego zostali zepchnięci przez twardogłowe frakcje PiS i najprawdopodobniej wymusić pewną korektę strategii wyborczej partii.

Przeczytaj także:

Około 2.30 w nocy zdjęcie ze spotkania wraz z krótkim i nieco infantylnym komentarzem wrzucił na platformę X Adam Bielan.

We wtorkowy (21 kwietnia) poranek w radiu RMF FM komentował wyniki spotkania Piotr Müller, były rzecznik rządu Morawieckiego. „Od samego początku mówiliśmy o tym, że aktywność naszego stowarzyszenia to jest aktywność na rzecz powiększania tej rodziny, która by głosowała za PiS, szukania nowych dróg do rozmów. W związku z tym te nocne ustalenia są pozytywne po prostu” – mówił Müller.

Jaki jest kontekst?

W ubiegłym tygodniu Mateusz Morawiecki wraz z grupą związanych z nim polityków PiS (przede wszystkim byłych ministrów i wysokich urzędników z okresu jego rządów) powołał do życia stowarzyszenie Rozwój Plus. W skład tej równoległej wobec struktur PiS organizacji weszło ponad 30 posłów PiS związanych z byłym premierem, co zmieniło układ sił w partii i wywołało wściekłe reakcje przedstawicieli jej twardoprawicowych frakcji.

Przeczytaj także:

Do krytyków inicjatywy Morawieckiego należeli m.in. kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek i osierocony przez ukrywającego się na Węgrzech lidera Patryk Jaki, obecny przywódca frakcji ziobrystów. Twardogłowi domagali się usunięcia Morawieckiego i jego stronników z PiS. I bardzo aktywnie starali się wykazać, że budując stowarzyszenie, były premier szykuje grunt pod powołanie do życia nowej partii – konkurencyjnej wobec PiS.

Ludzie Morawieckiego odpowiadali, że nie zamierzają wychodzić z PiS, ani działać wbrew interesom partii – i że ich stowarzyszenie ma służyć pozyskiwaniu na rzecz partii centroprawicowych wyborców. Rzecz jasna tłem całego konfliktu był spór o strategię wyborczą PiS na 2027 rok.

Jarosław Kaczyński wypowiedział się publicznie na temat stowarzyszenia Morawieckiego w piątek 17 kwietnia. Choć rzucił pod adresem potencjalnych buntowników kilka warunkowych gróźb, jego wypowiedź była w gruncie rzeczy zaproszeniem do deeskalacji konfliktu. Kolejnym krokiem była organizacja spotkania w cztery oczy z byłym premierem.

Przeczytaj także:

16:29 20-04-2026

Prawa autorskie: Fot . Kuba Atys / Agencja Wyborcza.plFot . Kuba Atys / Ag...

PKOl nie zerwie umowy z Zondacrypto

Polscy olimpijczycy nie mogą otrzymać swoich nagród za medale obiecanych przez Zondacrypto. Prezes PKOl Radosław Piesiewicz zapowiedział jednak na pilnym briefingu prasowym, że nie zerwie umowy sponsorskiej z Zondacrypto, bo PKOI swoje świadczenia dotąd dostawał. Termin kolejnego przelewu od sponsora mija pod koniec kwietnia.

Co się wydarzyło?

Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosław Piesiewicz zwołał pilny briefing prasowy, podczas którego poinformował, że mimo niepokojących doniesień na temat Zondacrypto oraz tego, że prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie tej spółki, PKOl nie zerwie z nią umowy.

Zondacrypto od października 2025 roku jest sponsorem generalnym Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz olimpijskiej reprezentacji Polski – była to kontrowersyjna decyzja Radosława Piesiewicza, prezesa PKOl, nominata PiS.

„Na dziś PKOl, patrząc od strony formalno-prawnej, nie ma podstaw do rozwiązania umowy. Wszystkie świadczenia ze strony sponsora są realizowane, a zerwanie umowy wiąże się z zapłatą kar umownych, na które PKOl nie stać – powiedział prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego (PKOl) Radosław Piesiewicz na specjalnie zwołanej konferencji prasowej.

Kolejnego przelewu od Zondacrypto PKOl spodziewa się pod koniec kwietnia.

Piesiewicz wyjaśniał, że dzięki firmie Zondacrypto PKOl mógł wysłać polskich sportowców na zimowe igrzyska w Mediolanie. „Bez tych środków nasi sportowcy zwyczajnie by na te igrzyska nie polecieli. Ustawowo PKOl ma obowiązek wysłania reprezentacji na igrzyska, jednak nie ma ustawowo zagwarantowanego budżetu, więc może opierać się tylko na pieniądzach sponsorów – dodał.

Szef PKOl z jednej strony wyjaśniał, że w chwili podpisania umowy sponsorskiej w 2025 roku nie wiedział o problemach związanych z Zondacrypto. Twierdził, że przed podpisaniem umowy w oficjalnym piśmie „poprosił” ABW „o udzielenie informacji na temat ”tego typu podmiotów", ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Do dziś.

Z drugiej jednak strony mówił, że w sprawie Zondacrypto "mamy do czynienia ze zmasowaną nagonką na tę firmę i też powstaje pytanie, komu to jest na rękę?”

Jaki jest kontekst?

Media od kilku tygodni donoszą o problemach największej polskiej giełdy kryptowalut Zondacrytpo. Więcej na ten temat można przeczytać tu.

Z wypłatami pieniędzy problemy mają nie tylko zwykli klienci. Panczenista Damian Żurek, który na igrzyskach we Włoszech dwukrotnie zajął czwarte miejsce, skarżył się w radiu RMF FM, że również nie dostał 100 tys. zł w tokenach, które były jedną z nagród dla polskich olimpijczyków sponsorowanych przez Zondacrypto. Tokeny są widoczne na jego koncie, ale nie może zamienić ich na gotówkę.

„Kupowałem mieszkanie z myślą, że obiecane pieniądze trafią na moje konto. Nie chcę myśleć, że może być inaczej” – mówił.

Również Kacper Tomasiak – potrójny medalista igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo – nie może wypłacić z Zondacrypto swojej nagrody – jak ustalił TVN24. Sportowiec za wywalczone medale otrzymał wirtualne tokeny o wartości 550 tys. zł.

Ogółem Zondacrypto ma do wypłaty 13,8 mln zł polskim olimpijczykom, zarówno medalistom, jak i zawodnikom, którzy uplasowali się na pozycjach 4.-8.

Przeczytaj także:

Zondacrypto, która bardzo dużo inwestowała w marketing sportowy, również na innych polach już się poddała i nie wypłaca obiecanych przez siebie pieniędzy sportowcom.

Wielką chlubą Zondy była współpraca sponsorska z legendarnym klubem piłkarskim Juventus F.C., która rozpoczęła się w lutym 2024 roku. Jednak Business Insider Polska właśnie dowiedział się, że współpraca z włoskim klubem zakończyła się w czerwcu 2025 roku, o czym wcześniej media nie informowały.

Zonda była sponsorem jeszcze drugiego klubu z Włoch z serie A – Parma Calcio 1913. Ten jednak nie chciał odpowiedzieć na pytania BI Polska o współpracę oraz ewentualne zaległości finansowe, „ponieważ nie ujawnia strategii biznesowych ani nie podaje szczegółowych informacji na temat relacji z partnerami.”

Na polskim podwórku piłkarskim wiemy, że Raków Częstochowa sam zdecydował się zakończyć współpracę z giełdą kryptowalut Zondacrypto, o czym jako pierwszy informował Przegląd Sportowy Onet.

A za chwilę kolejna może być Pogoń Szczecin. „Zondacrypto, z tego co wiemy, nie przelała Pogoni jednej transzy za współpracę. Ale w tym momencie nie można jednoznacznie przesądzić, że na pewno Pogoń postanowi rozstać się z Zondacrypto” — podaje z kolei portal WP Sportowe Fakty.

Cała rada nadzorcza odchodzi

Tymczasem firma ma coraz większe kłopoty. Jeszcze w sobotę ze stanowiska zrezygnował Dawid Sendecki – członek zarządu giełdy Zondacrypto oraz jej dyrektor odpowiadający za nadzór nad procedurami przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy (AML), o czym poinformował na LinkedIn.

Jak wynika z dokumentów, Sendecki to druga najważniejsza postać w spółce BB Trade Estonia OÜ – operatorze giełdy Zondacrypto – zaraz po jej prezesie Przemysławie Kralu. Mimo to Sendecki twierdzi, że nie miał pojęcia o żadnych nieprawidłowościach, a o tym, że firma nie ma ponoć dostępu do swoich aktywów, czyli nie ma klucza prywatnego do 4500 BTC (ok. 1,2 mld dol.), miał dowiedzieć się z piątkowego oświadczenia Przemysława Krala na platformie X.com.

Dzień później, w niedzielę, rezygnację złożyli wszyscy członkowie rady nadzorczej BB Trade Estonia OÜ. To Veronika Tugo (przewodnicząca), Guido Buehlera i Giorgi Dżaniaszwili, którzy oświadczyli, że o kłopotach firmy dowiedzieli się dopiero, kiedy w polskich mediach wybuchła afera.

Tymczasem w piątek śląska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie Zondacrypto. Prowadzi je Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości z Wrocławia. Straty poszkodowanych klientów to co najmniej 350 mln zł, jednak to stan na piątek, a liczba ta cały czas rośnie wraz z kolejnymi zgłoszeniami od klientów spółki.

Przeczytaj także: