Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Amerykański portal Axios podał część ustaleń prezydenta USA i sekretarza generalnego NATO, które miałyby doprowadzić do zakończenia kryzysu grenlandzkiego. Według Guardiana i The Telegraph Dania nie została jednak potraktowana jako podmiotowy uczestnik negocjacji
Zachodnie media podają szczegóły dotyczące porozumienia, które miałoby zakończyć grenlandzki kryzys. W środę 21 stycznia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos prezydent USA Donald Trump wygłosił osobliwe wystąpienie, które według części obserwatorów wydawać się może wstępem do zawarcia umowy, choć zawierało też daleko idącą krytykę Europy, Unii Europejskiej i NATO i liczne odwołania do siły amerykańskiej armii.
Przeczytaj także:
W wersjach podawanych przez zachodnie media pojawiają się jednak dość daleko idące rozbieżności. Amerykański portal Axios przedstawia propozycję nowej umowy jako uzgodnioną przez Danię i USA za pośrednictwem sekretarza generalnego NATO. Według brytyjskiego The Telegraph Dania nie była jednak dotąd podmiotowym uczestnikiem tych negocjacji.
Niemal natychmiast po udanym ataku Amerykanów na Wenezuelę i pojmaniu prezydenta Nicolasa Maduro Donald Trump i jego ludzie powrócili do tematu przejęcia należącej do Danii Grenlandii przez Stany Zjednoczone. Padały nawet groźby zbrojnej aneksji wyspy, co oznaczałoby konflikt zbrojny wewnątrz krajów NATO. Europejscy sojusznicy Danii wysłali niewielkie kontyngenty wojskowe na Grenlandię w celu zaznaczenia swojej obecności na wyspie i podkreślenia solidarności z poddawanym amerykańskiej presji krajem. Trump odpowiedział groźbą wprowadzenia odwetowych ceł na produkty z krajów bezpośrednio zaangażowanych we wsparcie Danii. Znacząco nadwątlało to wiarygodność NATO i mocno uderzało w jedność Europy.
Przeczytaj także:
Po środowym wystąpieniu Trumpa w Davos groźba została wycofana. Dziś (w czwartek 22 stycznia) w godzinach wieczornych rozpocznie się w Brukseli nadzwyczajny szczyt Unii Europejskiej poświęcony kwestii Grenlandii. O atmosferze poprzedzającej szczyt pisała w OKO.press Paulina Pacuła.
Przeczytaj także:
„Zaproszenie dla Polski, dla prezydenta Polski do Rady Pokoju jest dowodem na poważne traktowanie Polski” – powiedział Nawrocki. Uchylił się jednak od odpowiedzi na pytanie, czy przyjął zaproszenie. Decyzję zwalił na rząd. A Trump podobno wykazał się zrozumieniem
Po spotkaniu prezydenta RP z Donaldem Trumpem, które odbyło się w środę 21 stycznia 2026 w Davos, nie było żadnego ofiacjalnego komunikatu. Karol Nawrocki udzielił jednak wywiadu Telewizji Republika.
Michałowi Rachoniowi, który prowadził rozmowę, Nawrocki opowiadał, że spotkanie dotyczyło przede wszystkim kwestii bezpieczeństwa, a Trump potwierdził deklaracje dotyczące obecności wojsk amerykańskich w Polsce:
„Karol, prezydencie, to o czym rozmawialiśmy jest trwałe, stałe, a Stany Zjednoczone są sojusznikiem Polski, więc to oczywiście cieszy” – cytował Trumpa Nawrocki.
Prezydenci mieli też rozmawiać o kwestiach gospodarczych, w tym o grupie G20. Jak zwykle Nawrocki zaznaczył, że ze względu na jego osobistą relację z Trumpem, stosunki Polski z USA są lepsze niż w przypadku innych europejskich krajów. Nawrocki mówił, że „wyczuwa się to napięcie” [między USA a resztą Europy]: „natomiast szczęśliwie omija to dzisiaj Polskę, nasza relacja jest mocna, stabilna”.
Najważniejsza część rozmowy dotyczyła kwestii, która wzbudziła wielkie emocje, zaproszenia do udziału w Radzie Pokoju
„Oczywiście w obliczu Władimira Putina gdybym występował z nim w jednym panelu czy przy jednym spotkaniu, nie zabrakłoby mi siły i energii do tego, aby powiedzieć mu co myślę” – zaczął odpowiedź Nawrocki.
Zapewnił, że na wielu międzynarodowych spotkaniach mówi, że nie ufa Władimirowi Putinowi oraz podkreśla „kwestię i rosyjskiego imperializmu, i imperializmu sowieckiego”. Dodał, że nie jest zwolennikiem obecności Rosji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ: „Uważam, że państwo, które jest agresorem tak brutalnym nie powinno być w takich strukturach”.
Jednocześnie Nawrocki stwierdził: „Zaproszenie dla Polski, dla prezydenta Polski do Rady Pokoju w celu rozwiązywania konfliktów światowych, w tym także konfliktu na Bliskim Wschodzie jest dowodem na poważne traktowanie Polski. Prezydent Trump tak traktuje Polskę”.
Jednak Nawrocki nie potwierdził, że zaproszenie przyjmuje. Dlaczego? Odwołał się do porządku konstytucyjnego. Mówił, że jako prezydent ma szerokie kompetencje, a polski rząd je łamie, nie pozwolając mu powołać ambasadorów. Ale w tym szczególnym przypadku to rząd musi wyrazić zgodę.
„Mówiliśmy o tym, że udział polski jest oczywiście ważny, potrzebny w Radzie Pokoju, moje wsparcie dla prezydenta Trumpa jest niezachwiane i wsparcie prezydenta Trumpa dla Polski, natomiast abyśmy mogli podpisać w pełni, nie tylko w pewne zobowiązanie intencjonalne, polityczne, indywidualne, nie chcę powiedzieć osobiste, w imieniu narodu polskiego, to tego typu porozumienie międzynarodowe musi przejść całą procedurę konstytucyjną i o tym rozmawialiśmy dziś z prezydentem Donaldem Trumpem i to jeszcze raz powtórzę, to zostało przyjęte z wielkim zrozumieniem”.
Polska otrzymała zaproszenie do Rady Pokoju jako jeden z 60 krajów. Wedle pierwotnego pomysłu amerykańskiej administracji Rada miała czuwać nad wprowadzaniem pokoju w Strefie Gazy. Jednak wyewaluowała w ciało, które w założeniach przypomina ONZ. Stali członkowie mieliby wnosić opłatę: miliard dolarów.
Szczegółowo opisywał pomysł na tę fantazyjną instytucję Jakub Szymczak:
Przeczytaj także:
Kilka krajów potwierdziło chęć udziału w Radzie: Kanada, Argentyna, Kazachstan czy Wietnam. Odmówił prezydent Francji Emmanuel Macron i za to Trump zagroził drakońskimi cłami na szampana. To już nieaktualne, bo Trump odwołał cła.
Zaproszenie do Rady postawiło Karola Nawrockiego w niewygodnej sytuacji. Opierając swój prezydencki wizerunek na szczególnej relacji z Trumpem, Nawrocki nie mógł wprost propozycji odrzucić. Jednak dla polityka, który szczyci się tym, że przez rosyjski reżim został wpisany na listę ściganych, perspektywa toworzenia razem z Putinem „bardziej elastycznego i efektywnego międzynarodowego mechanizmu budowania pokoju”, wydawała się nieszczególnie kusząca.
Nawrocki wybrnął z tej sytuacji retorycznie, zapewniając, że dałby Putinowi popalić.
A jednocześnie powołał się na faktycznie obowiązujace polskie prawo, które nie pozwala prezydentowi przystępować do międzynarodowych organizacji bez zgody rządu.
To bodaj pierwsza sytuacja, gdy Nawrocki nie próbował poszerzyć swoich konstytucyjnych kompetencji i przekonywać, że nie potrzebuje rządu, żeby podejmować decyzje.
Wcześniej Ministerstwo Spraw Zagranicznych poinformowało, że przekazało prezydentowi opinię, która przypomina, że do podpisania umowy międzynarodowej potrzebna jest zgoda Rady Ministrów.
Donald Trump ogłosił w swoich social mediach, że ma „bardzo dobre porozumienie w sprawie Grenlandii” i cła na kraje europejskie broniące Grenlandii nie będą potrzebne. Miały wejść od 1 lutego. Szef MSZ Danii: „Dzień zakończył się lepiej, niż się zaczął”.
Trump zapowiedział że nie będzie wprowadzał ceł, które miały wejść w życie 1 lutego. W poście na portalu Truth Social stwierdził, że w oparciu o „bardzo produktywne spotkanie” z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte „stworzyli ramy przyszłego porozumienia w sprawie Grenlandii”.
Powiedział: „Jeśli to rozwiązanie zostanie wdrożone, będzie to wspaniałe rozwiązanie dla Stanów Zjednoczonych Ameryki i wszystkich państw NATO.
„W oparciu o to porozumienie, nie będę nakładać taryf, które miały wejść w życie 1 lutego. Trwają dalsze dyskusje dotyczące Złotej Kopuły w odniesieniu do Grenlandii.
„Dalsze informacje będą udostępniane w miarę postępu rozmów. Za negocjacje będą odpowiadać wiceprezydent JD Vance, sekretarz stanu Marco Rubio, specjalny wysłannik Steve Witkoff i inni, w razie potrzeby, którzy będą podlegać bezpośrednio mnie. Dziękuję za uwagę poświęconą tej sprawie!”.
W rozmowie z telewizją CNBC Trump powiedział, że umowa z Grenlandią była wszystkim, czego chciał Biały Dom, i że wszyscy są z niej zadowoleni. „To trochę skomplikowane” – powiedział o umowie. Powtórzył, że jej szczegóły zostaną wyjaśnione „w przyszłości”. Ale „nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli iść na wojnę z NATO [o Grenlandię]”.
Natomiast rzecznik sekretarza generalnego NATO powiedział, że Rutte i Trump rozmawiali „o kluczowym znaczeniu bezpieczeństwa w regionie Arktyki dla wszystkich sojuszników”. I „sojusznicy z NATO będą dyskutować na temat ram, które skupią się na zapewnieniu bezpieczeństwa Arktyki poprzez wspólne wysiłki sojuszników”.
"Czego do cholery dotyczyły ostatnie dwa tygodnie?
- pyta komentator BBC Paul Adams. – Dzień po dniu świat był bombardowany roszczeniami własnościowymi, groźbami działań militarnych i cłami nakładanymi na tradycyjnych sojuszników w Europie. Teraz, w kłebach dymu, wszystko to zdaje się znikać (...). Sekretarz generalny NATO najwyraźniej uporał się z problemem, który groził rozpadem Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nie znamy jeszcze szczegółów umowy, ale wiele osób zastanawia się, dlaczego potrzebny był aż dwutygodniowy kryzys, żeby do niej doszło".
Donald Trump przez ostatnie dwa tygodnie rzeczywiście zapowiadał zajęcie Grenlandii, a w mediach społecznościowych publikował obrazki AI przedstawiające go, jak zatyka amerykańską flagę na Grenlandii, albo jak przyjmuje światowych liderów pod mapą, na której Kanada i Grenlandia są w barwach USA. Stanowisko zaczął łagodzić już 20 stycznia – w czasie wystąpienia w Białym Domu w rocznicę objęcia urzędu. Już wtedy ogłosił, że wypracuje rozwiązanie „dobre dla USA i NATO”. Świat jednak oczekiwał, że prawdziwa bomba spadnie w czasie wystąpienia prezydenta na forum w Davos następnego dnia.
Nic z tego.
W Davos w nieco niezbornym przemówieniu Trump stosował wojowniczą retorykę. Ale ogłosił, że choć chce Grenlandii dla USA, to nie użyje siły. A jeśli Grenlandii nie dostanie, będzie miał do Danii „żal”.
Przeczytaj także:
Następnie Trump udał się na spotkanie z sekretarzem Rutte, a po nim ogłosił istnienie planu, który nie wymaga już karania sankcjami tych europejskich krajów, które wsparły obronę Grenlandii. Szczegóły „planu” nie są znane, ale wedle analityków giełdowych to już nie ma żadnego znaczenia. Akcje na Wall Street zaczęły natychmiast rosnąć, a amerykańskie obligacje skarbowe – tanieć. Tak rynki ucieszyły się z tego, że Trump po raz kolejny wycofał się ze swoich gróźb.
Tymczasem współpracownicy Trumpa próbują zatrzeć złe wrażenie po jego wystąpieniu w Davos. Nie chodzi przy tym o treść, ale o formę. Jak pisze BBC, „zgromadzeni na sali mieli trudności z przyswojeniem przesłania prezydenta dotyczącego Grenlandii”. Reuters dodaje, że „Trump – zamiast skupić się na przesłaniu ekonomicznym, które przekazali jego współpracownicy – wygłosił obelgi i groźby pod adresem krajów, już zaniepokojonych zapowiedzią przejęcia terytoriów Danii, wieloletniego sojusznika USA w NATO”.
Przeczytaj także:
Jak zauważył obecny w Davos demokratyczny gubernator Kalifornii Gavin Newsom, przemówienie Trumpa – nawet wedle standardów Trumpa – nie zwierało żadnego przesłania. „Tam nic nie było, żadnej propozycji”.
Do tego w meandrycznym przemówieniu Trump mylił Grenlandię z Islandią. Ale – jak wyjaśniła rzeczniczka Trumpa Karoline Leavitt – to słuchacze źle zrozumieli prezydenta USA. Bo nie mówił o Islandii, ale o wyspie lodu, „ice land” – to jego określenie na Grenlandię.
Duński minister spraw zagranicznych Lars Lokke Rasmussen z zadowoleniem przyjął oświadczenie Trumpa: „Dzień zakończył się lepiej, niż się zaczął”. "„Nie ma mowy, żeby Stany Zjednoczone przejęły Grenlandię”.
Eva Stenergard, ministra spraw zagranicznych Szwecji (jednego z krajów, którym Trump groził cłami za wsparcie Danii) tak podsumowała zwrot Trumpa: działania sojuszników na Grenlandii „przyniosły skutek”. „ Żądania przesunięcia granic spotkały się z zasłużoną ostrą krytyką. (...) Nie damy się szantażować”.
Premier Holandii Dick Schoof zamieścił na X wpis: „To dobrze, że obrano drogę deeskalacji i że 10-procentowe cła importowe nie wchodzą w grę. Teraz ważne jest, aby Stany Zjednoczone, Kanada i Europa kontynuowały współpracę w ramach NATO, aby wzmocnić bezpieczeństwo Arktyki i zwalczać zagrożenia ze strony Rosji i Chin”.
Przeczytaj także:
Na ten rozwój sytuacji ewidentnie nie był przygotowany Putin. Na pokazywanej w mediach części „Rady Bezpieczeństwa” (spotkaniu kremlowskiej wierchuszki) szacował, ile będzie kosztował Trumpa zakup Grenlandii. Bowiem przed spotkaniem z Rutte Trump mówił dziennikarzom o wykupywaniu Grenlandii.
Putin zrobił szacunek na podstawie doświadczeń swego poprzednika, cara Aleksandra II, który w XIX wieku sprzedał USA Alaskę. Z tych szacunków Putinowi wyszło... 200-250 mln (!) dolarów za Grenlandię (popisał się przy tym wiedzą, jaka jest powierzchnia Alaski, a jaka Grenlandii). Z tym że w tym momencie nie miało to już znaczenia.
Prezydent Zełenski spotka się z Donaldem Trumpem w Davos, a Putin przyjmie w Moskwie osobistych wysłanników Trumpa. Taki jest oficjalny plan na czwartek 22 stycznia
Amerykański negocjator, biznesmen Steve Witkoff ogłosił 21 stycznia, że umowa w sprawie zakończenia wojny jest uzgodniona z Ukraińcami „więcej niż w 90 procentach” a „wszystkie strony konfliktu ukraińskiego są zaangażowane w proces negocjacji i są zainteresowane osiągnięciem porozumienia pokojowego”.
Występujący na forum w Davos prezydent Trump zapowiedział spotkanie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. Ten specjalnie przyleci 22 stycznia do Szwajcarii z ostrzeliwanego przez Putina i pogrążonego w ciemnościach i chłodzie Kijowa. Jednocześnie Rosjanie zgodzili się na przyjazd do Moskwy wysłanników Trumpa – Witkoffa i zięcia prezydenta Kushnera. Putin przyjmie ich 22 stycznia (termin został podany 21 stycznia – wcześniej przez cały styczeń nie udawało się go ustalić).
Z Witkoffem i Kushnerem rozmawiał już w Davos wysłannik Putina Dmitriew. Amerykanie kolejny raz ogłosili „znaczący postęp w negocjacjach”. Dmitriew wyraził zaś satysfakcję z efektów rozmów i pochwalił Amerykanów, że „coraz lepiej rozumieją stanowisko Rosji”.
Podczas swojego przemówienia, Trump zapewniał, że zarówno Putin, jak i Zełenski chcą zawrzeć układ.
Do tej pory wywodzący się ze świata biznesu negocjatorzy Trumpa nie odkryli, że dla Putina stawką wojny nie jest Donbas ani korzystne kontrakty handlowe dla najbliższych współpracowników. Kontrola Ukrainy i powrót do Europy Środkowej jest esencją projektu politycznego Putina. Nie może więc on z własnej woli wojny zatrzymać – co widać jasno z całej oficjalnej narracji Kremla.
Amerykanie z Europejczykami i Ukraińcami od listopada negocjują konkretny 20-punktowy plan pokojowy dla Ukrainy. Zakłada on znaczące ustępstwa, w tym terytorialne, Ukrainy na rzecz Rosji. Ale daje też Ukrainie gwarancje bezpieczeństwa przed ponownym najazdem Rosji. Pozwala jej przetrwać i żyć osobno od Rosji.
Plan ten był omawiany w rezydencji Trumpa z udziałem prezydenta Zełenskiego na Florydzie 28 grudnia. Nierozstrzygniętymi szczegółami miały się następnie zająć grupy amerykańskich i ukraińskich ekspertów. Tak się jednak nie stało, m.in. dlatego, że wyznaczeni do tego przez Trumpa wysocy urzędnicy Białego Domu zostali oddelegowani do spraw Wenezueli. Następnie Trump zajął się Grenlandią. I to ona była głównym tematem rozmów na forum w Davos – mimo że Ukraińscy sygnalizowali, że gotowi są podpisać porozumienie, a Europejczycy szykowali się tam do rozmów o bezpieczeństwie Ukrainy.
Wydawało się, że Ukraina w ogóle spadła z agendy. Tak jednak nie jest – bo 22 stycznia dojdzie do dwóch spotkań.
Kreml cały czas powtarza, że formalnie nie zna żadnych ustaleń, jakie porobili Amerykanie z Ukraińcami. Aby nie zniechęcić Trumpa, Kreml nazywał jego plan na przemian „nienadającym się do przyjęcia planem Zełenskiego” oraz „planem zepsutym przez Europejczyków”.
Jednocześnie Rosja ogłasza, że nie zamierza zgadzać się na gwarancje dla Ukrainy – gotowa jest natomiast rozmawiać o gwarancjach dla Rosji. Polegać one mają na oddaniu Ukrainy pod zarząd Rosji i wycofaniu wojsk NATO z wschodniej flanki.
Doprecyzował to 20 stycznia na dorocznej konferencji prasowej szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow. Cytował żądania Putina z 2007 i 2021 r. Poza powtarzanymi już warunkami (oddanie Rosji niezdobytych przez nią przez cztery lata terenów Ukrainy, zmiana prawa tak, by spełniało oczekiwania Moskwy, umożliwienie działania siłom prorosyjskim i prorosyjskiej propagandzie) Ławrow dodał jasny warunek: nie ma mowy o porozumieniu z obecnymi władzami Ukrainy. Mają ustąpić, a Rosja chce mieć wpływ na wybór następców.
Przeczytaj także:
Gdy Ławrow powtarzał znane od 2021 roku warunki Putina dla Ukrainy, ten zwołał swoich najbliższych współpracowników (tzw. Radę Bezpieczeństwa) na – jak podano w oficjalnym komunikacie – rozmowę o „wielobiegunowym świecie”. Co może oznaczać, że tematem obrad 20 stycznia była współpraca z USA. Kolejne spotkanie na tym najwyższym rosyjskim szczycie było planowane na wieczór 21 stycznia, już po rozmowach Dmitriewa z wysłannikami Trumpa.
Pytany o to wszystko rzecznik Putina powiedział, że
„spotkanie przedstawicieli Rosji i USA w Davos miało charakter prywatny, a wszystkie kwestie związane z ugodą ukraińską są objęte tajemnicą”.
Rosja, choć niszczy Ukrainę i głosi, że zaraz ją zniszczy do końca, sama ma ogromne kłopoty – militarne i gospodarcze. Nie chodzi tylko o sankcje. Po podniesieniu podatków, by starczyło na wojnę, skoczyła inflacja, a małe firmy, pozbawione ulg podatkowych, zaczęły ogłaszać, że wkrótce się zamkną. Problem jest tak poważny, że władza ogłosiła 21 stycznia, że Putin zajmie się nim osobiście.
Do wystąpienia Trumpa w Davos Rosja miała ogromną nadzieję na rozpad NATO i zachodniego sojuszu – to ułatwiłoby Putinowi porozumienie „Grenlandia za Ukrainę”. I o tym właśnie mówił 20 stycznia Ławrow. Jednak Trump nieco złagodził swą antyNATOwską retorykę. W Davos powtórzył oskarżenia wobec sojuszników i nadal domagał się Grenlandii. Ale powiedział, że nie użyje w tym celu siły, a NATO jest dla niego ważne. Europejscy sojusznicy wyraźnie się nie ugięli i Ukraina ma za sobą ich siłę.
Przeczytaj także:
Putin będzie więc prawdopodobnie szukał kolejnego pretekstu odsunięcia porozumienia – robi to od roku, kiedy Trump objął władzę w USA i zapowiedział zakończenie wojny w Ukrainie w 24 godziny.
AKTUALIZACJA: rzeczywiście, w części publicznej wieczornego posiedzenia Rady Bezpieczenstwa Putin zaproponował, by rozmawiać o tym, jak wykorzystać „miliard dolarów” z zamrożonych w USA rosyjskich aktywów do odbudowy Gazy – w ramach „Rady Pokoju” Trumpa. Oraz reszty aktywów „do odbudowy terytoriów zniszczonych przez walki po zawarciu pokoju między Rosją a Ukrainą”.
„Ustawa praworządnościowa” Waldemara Żurka trafiła do Sejmu. Jej przyjęcia chce cały obóz rządzący. Dagmara Pawełczyk-Woicka, szefująca neo-KRS-owi z nominacji Zbigniewa Ziobry projekt nazywa „szaleństwem”, PiS z kolei, że to „gwałt na sprawiedliwości” i „karykatura praworządności”. Obserwujemy procedowanie kolejnego projektu, który trafi prosto do kosza?
„Państwo, które nie zapewnia pewności prawa, przestaje być państwem prawa” – komentował Patryk Jaskulski, poseł KO wskazując na konieczność przyjęcia tzw. ustawy praworządnościowej. Rząd jest zgodny; przepisy przyjąć trzeba, bo jak mówił w Sejmie Paweł Śliz w imieniu Polski 2050, „obecny stan prawny to rosyjska ruletka. Obywatele muszą mieć pewność, że rozwój jest ważny, spadek został nabyty skutecznie, a przestępca został skazany prawomocnie”.
Negatywne skutki wadliwych przepisów i wątpliwie powołanych neosędziów boleśnie odczuła para z Giżycka, która rozwiodła się, a kiedy wniosła o podział majątku sędzia Sądu Rejonowego uznał, że nie przeprowadzi podziału, ponieważ o rozwodzie orzekał neo-sędzia. I jego zdaniem ta decyzja nie ma mocy prawnej. Gdyby chaos prawny został uporządkowany, podobnych problemów można byłoby uniknąć.
Spodziewany sprzeciw zgłasza jednak prawica. Dagmara Pawełczyk-Woicka, szefowa KRS-u nominowana na to stanowisko przez swojego kolegę Zbigniewa Ziobrę mówiła w Sejmie, że projekt ustawy jest szaleństwem. „Powiedzieć, że projekt jest alogiczny, niezgodny z Konstytucją, to jakby nic nie powiedzieć. To będzie koniec sądownictwa ”- grzmiała. „Rzeczywistym celem projektu jest zemsta, zemsta i pokazanie społeczeństwu, kto ma władzę (...) Chodzi o wdrukowanie w świadomości sędziów, że mamy władzę i jej nie oddamy” – twierdziła upolityczniając sprawę.
Prawo i Sprawiedliwość złożyło wniosek o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu. Marcin Warchoł z PiS na mównicy sejmowej krzyczał, że ustawa to „gwałt na sprawiedliwości” i „karykatura praworządności”. Twierdził, że Waldemar Żurek propozycją zmiany w przepisach traktuje sędziów gorzej niż hitlerowców. „Nawet tam nie było usuwania masowo sędziów!” – mówił. „To jest rekord świata, rekord zemsty na demokratycznie wybranych sędziach” – grzmiał polityk PiS. Sprzeciw wyraziła też Konfederacja. Ryszard Wilk uznał, że otworzy drogę do podważania dowolnych powołań sędziowskich w przyszłości.
Przeciwko zmianom, a dokładniej sposobowi ich wprowadzenia, jest również partia Razem, która, powołując się na Helsińską Fundację Praw Człowieka wskazuje, że ustawa narusza art. 180 Konstytucji RP gwarantujący sędziom nieusuwalność ze stanowisk. Projekt ustawy Waldemara Żurka krytykuje też Rzecznik Praw Obywatelskich, który twierdzi, że przepisy są niekonstytucyjne. Minister Żurek twierdzi jednak, że zarzuty te nie mają zastosowania, bowiem neosędziowie nie byli wybrani legalnie.
Po tym, jak 30 grudnia rząd przyjął projekt tzw. ustawy praworządnościowej, przepisy dotyczące uregulowania kwestii neo-sędziów i neo-KRS, trafiły do Sejmu. 21 stycznia odbyło się pierwsze czytanie projektu ustawy, rządowego, „o przywróceniu prawa do niezależnego i bezstronnego sądu ustanowionego na podstawie prawa przez uregulowanie skutków uchwał Krajowej Rady Sądownictwa podjętych w latach 2018-2025”.
To sztandarowy projekt reform Waldemara Żurka, ministra sprawiedliwości.
„Mówimy o destrukcji strukturalnej, która nie była dziełem przypadku, a efektem metodycznych działań prawnych i faktycznych. W efekcie prawo, zamiast być tarczą dla obywatela, stało się elementem demontażu sądownictwa” – mówił w Sejmie minister Żurek. I wskazywał, że „niszczycielskiej presji” poddano Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy czy właśnie Krajową Radę Sądownictwa, która, jak mówił Żurek, jest „grzechem pierworodnym, który zainfekował cały system powołań sędziowych”.
Stąd projekt zmian zaprezentowany w Sejmie. Zakłada on, że:
Projekt ustawy popiera część organizacji sędziowskich, w tym sędziowie z Iustitii, którzy sądzą, że dzięki niemu można rozwiązać problem neosędziów szybko. Przeciw są organizacje neosędziów, ale i część prawników wspierających przywracanie praworządności. Zmiany negatywnie oceniła Helsińska Fundacja Praw Człowieka i rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek. Opowiadają się oni za indywidualną weryfikacją neosędziów zamiast przesądzania ich losu ustawą, co zdaniem RPO i HFPC pogłębi tylko kryzys w sądownictwie.
Z drugiej strony: Polska prawo zmienić musi, bo jak orzekł Europejski Trybunał Praw Człowieka, powołania neosędziów prowadzą do systemowego łamania prawa do sądu. Jak wyliczył minister sprawiedliwości, z powodu chaosu prawnego, Polska zapłaciła już 5,5 miliona złotych kary. I za każdą kolejną przegraną w ETPCz sprawę (a jest ich tam już 1,1 tysiąca), Polska i polscy obywatele będą musieli zapłacić 10 tysięcy euro.
Ustawa musi zyskać przychylność polityków, zostać przegłosowana w Sejmie, Senacie, a potem zostać podpisana przez prezydenta Karola Nawrockiego. Biorąc pod uwagę temperaturę dyskusji już podczas pierwszego czytania, a także wcześniejszych wypowiedzi prezydenta, można wnioskować, że weto jest niemal pewne.
Prezydent w listopadzie zapowiadał własny projekt ustawy. Jak dotąd jednak nie przedstawił szczegółów sprawy.
Przeczytaj także: