Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Spotkania w wielu miastach w Polsce i wiec przed Stocznią Gdańską – tak lewicowe środowiska uczciły święto pierwszego maja.
Obchody Święta Pracy, czyli międzynarodowego święta solidarności klasy robotniczej, w tym roku są skromniejsze. Ze względu na śmierć i niedawny pogrzeb Łukasza Litewki z organizacji centralnych wydarzeń zrezygnowała Lewica. Organizowane są jednak lokalne wydarzenia.
Lewica i związkowcy z OPZZ zebrali się między innymi przed Pomnikiem Czynu Rewolucyjnego w Rzeszowie. „Święto Pracy to nie jest tylko jeden dzień. To symbol walki o prawa pracownicze, o godność pracy i sprawiedliwość społeczną” – mówił tam przewodniczący Nowej Lewicy w Rzeszowie, Paweł Szczygłowski. Posłowie formacji w Poznaniu apelowali o skrócenie czasu pracy. „Skrócenie czasu pracy, skupienie się na hobby, na rodzinie – to jest to, co nam przyświeca” – przekonywał wiceminister rozwoju i technologii Tomasz Lewandowski.
W Warszawie odbył się przemarsz Inicjatywy Pracowniczej. W Poznaniu odbył się również przemarsz pierwszomajowy, organizowany przez działaczy Razem. W Gdańsku przemawiał lider partii, Adrian Zandberg, który pojawił się podczas wiecu przed bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej, kojarzonej ze strajkiem Solidarności z 1980 roku.
„Tutaj w Gdańsku bije źródło Polski solidarnej. Dokładnie w tym miejscu, w którym dziś stoimy, pół wieku temu rozpoczął się robotniczy bunt. Bunt o chleb i wolność” – mówił polityk, odnosząc się też krytycznie do neoliberałów z koalicji rządzącej. – „Na gruzach robotniczej Solidarności, masowego ruchu pracowniczego zbudowano system skrajnie nieprzyjazny dla pracowników. Cały czas normą jest śmieciowe zatrudnienie na rynku pracy. Nadal normą jest wyzysk. Cały czas normą jest to, że igra się ludzkim życiem, igra się ludzkim zdrowiem, żeby tylko podkręcić wskaźniki, żeby tylko zysk był wyższy” – zaznaczał Zandberg.
Przeczytaj także:
Około 50 dronami Rosjanie zaatakowali miasto Tarnopol na Zachodzie Ukrainy. Była to część większej, dziennej ofensywy dronowej agresora.
Maszyny typu Szahed wycelowane były w obiekty infrastruktury i zakłady przemysłowe. Wiadomo o co najmniej 10 rannych osobach, w tym kilku ciężko. Mer miasta Serhij Nadał poinformował, że nie ma na razie informacji o zabitych ofiarach ataku. Było słychać ponad 20 wybuchów. Są trafienia w obiekty infrastruktury i obiekty przemysłowe" – przekazał w swoim komunikacie. W części ukraińskiego miasta nie ma prądu.
Atak na Tarnopol był częścią większej operacji dronowej. Wystrzelono ponad 400 dronów, Siły Zbrojne Ukrainy były w stanie unieszkodliwić przynajmniej 388 z nich.
Według wstępnych raportów do godziny 15:30 ukraińska obrona powietrzna zestrzeliła lub obezwładniła 388 rosyjskich dronów różnych typów nad północą, południem, centrum i zachodem kraju. Odnotowano trafienia 16 szturmowych bezzałogowych statków powietrznych w sześciu lokalizacjach, a odłamki zestrzelonych dronów spadły w 11 lokalizacjach" – przekazywała Ukraińska Prawda.
W ostatnich dniach prezydent USA Donald Trump sugerował, że pomiędzy Rosją a Ukrainą możliwy jest „malutki rozejm”. Mógłby obowiązywać on w rosyjski Dzień Zwycięstwa, czyli rocznicę zakończenia działań Armii Czerwonej podczas II Wojny Światowej. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski informował, że jego urzędnicy są w kontakcie z Amerykanami, a Kreml zapowiedział, że nie będzie rozmawiał o zawieszeniu broni bezpośrednio z Ukraińcami. Wciąż trwają ukraińskie uderzenia dronami i pociskami na cele w głębi Rosji – między innymi rafinerie.
Przeczytaj także:
Od 8 kwietnia w wojnie pomiędzy USA, Izraelem a Iranem obowiązuje zawieszenie broni. Ze Stanów Zjednoczonych płyną jednak doniesienia o tym, że prezydent Donald Trump miał zostać poinformowany o planach nowych uderzeń militarnych.
Agencja Reutera twierdzi, że amerykański lider chciałby w ten sposób osłabić pozycję negocjacyjną Iranu i zmusić Teheran do przyjęcia łagodniejszego stanowiska negocjacyjnego.
Jednocześnie media cytują urzędnika z otoczenia Donalda Trumpa, który miał stwierdzić, że rozejm między USA a Iranem formalnie zakończył działania wojenne między oboma stronami. W ten sposób Waszyngton może też uzasadnić, że nie jest potrzebne pozwolenia ze strony Kongresu na przedłużenie działań militarnych w razie wznowienia ognia. Termin na jego uzyskanie mija dzisiaj. Według logiki Białego Domu nie będzie ono potrzebOne, jeśli kolejne ataki będą formalnie uważane za „nową” wojnę.
Iran miał z kolei uruchomić systemy obrony przeciwlotniczej i rozpocząć planowanie poważnej w skutkach odpowiedzi w przypadku wznowienia ataków. Reuters twierdzi, że Amerykanie przygotowują krótkie, ale intensywne uderzenie, po którym może nastąpić atak Izraela. Wysoki rangą urzędnik Zjednoczonych Emiratów Arabskich oświadczył w piątek, że w przypadku kolejnych ustaleń rozejmowych lub pokojowych Iranowi nie można ufać w kwestiach dotyczących Cieśniny Ormuz. Doradca prezydenta ZEA Anwar Gargash stwierdził, że przesmyk pomiędzy Zatoką Perską a Morzem Arabskim powinien pozostawać pod międzynarodową jurysdykcją, by umożliwić przywrócenie ruchu tankowców. Przez Cieśninę Ormuz przepływa około 20 proc. światowych ładunków ropy i gazu skroplonego LNG.
O braku postępów w negocjacjach i możliwym kolejnym uderzeniu Stanów Zjednoczonych na naszych łamach pisał Jakub Szymczak. Jak stwierdził, ewentualny atak nie będzie niespodzianką, a „stanowiska negocjacyjne USA i Iranu są nie do pogodzenia.”
"Było tak w zeszłym roku, było tak w lutym tego roku, przed rozmowami w Islamabadzie po zawieszeniu broni. I tak samo jest teraz.
Dalej obie strony uważają, że negocjują z pozycji siły. Amerykanie – bo są najsilniejszą armią świata i pomimo tego, że wojna nie przebiegła tak, jak wyobrażał to sobie Trump, to dalej mają możliwość zadania Iranowi poważnych ciosów. Iran – bo wytrzymał amerykańsko-izraelski atak, bo pomimo wielu trudności gospodarczych i politycznych system władzy Republiki Islamskiej na razie ustał.
Od momentu, gdy po błyskawicznych negocjacjach za pośrednictwem Pakistanu, wojna została wstrzymana 8 kwietnia, obie strony sugerowały, że pomimo ostrej retoryki, nie mają już chęci na dalszą wymianę ognia. Ta bowiem niesie za sobą spore koszty – polityczne, ekonomiczne, społeczne" – zauważa Szymczak.
Przeczytaj także:
W niedzielę prezydent Karol Nawrocki ma podać pierwsze nazwiska osób powołanych do rady, która ma za zadanie przygotowanie projektu zmiany Konstytucji. Ale nic nie wskazuje na to, żeby w przewidywalnej przyszłości Nawrocki i PiS byli zdolni zmienić ustawę zasadniczą
Zapowiedział to rzecznik prezydenta, Rafał Leśkiewicz. Jak stwierdził, prace nad propozycjami zmian mają zakończyć się przed upływem prezydenckiej kadencji.
„To nie będą spotkania przy kawie i ciasteczkach, a konkretna, merytoryczna praca” – mówił Leśkiewicz. Jak zapowiedział, do zgromadzenia zaproszeni zostaną przedstawiciele klubów i kół poselskich, tak, by projekt ustawy zasadniczej mógł być wypracowany w ramach „pewnego konsensusu politycznego”. Jak dodawał, Pałac Prezydencki nie obawia się zderzenia ze sobą różnych wizji państwa.
„Właśnie o to chodzi, żeby się ścierały różne poglądy, różne opinie. Na początek burza mózgów, wypracowanie wspólnego projektu, który zostanie potem, oczywiście, formalnie procedowany przez polski parlament, zgodnie z zasadami. Referendum jeszcze jest potrzebne – to wszystko to są rzeczy, które są wpisane w ten kalendarz pracy” – mówił rzecznik. Do tej pory Karol Nawrocki powołał przy swoim urzędzie 14 różnych rad o charakterze pomocniczym i konsultacyjnym, a w najbliższych dniach, oprócz tej konstytucyjnej, powstać ma również Rada do spraw Polonii i Polaków za granicą.
Prezydent próbę zmiany konstytucji zapowiedział zaraz po zaprzysiężeniu:
„Przed nami, szanowny panie premierze, panie prezydencie, drodzy członkowie Zgromadzenia Narodowego. Także zadanie dla naszej przyszłości. Takie zadanie, które wymaga już teraz aktywności prezydenta Rzeczypospolitej i wszystkich stronnictw politycznych. Ja z uznaniem patrzę na twórców konstytucji z roku 1997, której jestem i będę strażnikiem konstytucji, która obowiązuje. Natomiast dzisiaj, drodzy państwo, po blisko 30 latach jesteśmy w zupełnie nowej sytuacji społecznej, sytuacji geopolitycznej. Przez te blisko 30 lat wydarzyło się tak wiele sporów kompetencyjnych” – mówił w orędziu przed Zgromadzeniem Narodowym.
W rozmowie z Kanałem Zero Nawrocki zaproponował między innymi przejście do systemu prezydenckiego, w którym to głowa państwa stoi na czele rządu i ma ostateczny głos w najważniejszych dla kraju sprawach. Jak stwierdził, nie upiera się przy tym, ale jego celem jest przeniesienie odpowiedzialności na jeden ośrodek władzy, by uniknąć paraliżu związanego z niezgodą pomiędzy rządem a prezydentem. „W toku kampanii wyborczej naród pokłada nadzieję w swoim prezydencie. Więc albo trzeba Polaków pozbawić prawa wyboru prezydenta i uznać, że mamy system kanclerski, albo zrobić system prezydencki” – mówił Nawrocki.
Zgodnie z art. 235 pkt 4. Konstytucji RP „Ustawę o zmianie Konstytucji uchwala Sejm większością co najmniej 2/3 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów oraz Senat bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów”.
Obecna opozycja jest bardzo daleka od takiej większości w Sejmie i nic nie wskazuje na to, żeby w przewidywalnej przyszłości się do niej zbliżyła.
Przeczytaj także:
1 maja na tymczasowych zasadach zaczęła obowiązywać umowa handlowa pomiędzy UE a południowoamerykańskim obszarem wolnego handlu Mercosur.
Układ z Argentyną, Brazylią, Paragwajem i Urugwajem wszedł w życie mimo zastrzeżeń rolników z kilku krajów – w tym Polski – i zaskarżenia umowy przez Parlament Europejski do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Ten sprawdzi zgodność umowy z unijnym prawem. Europarlamentarzyści mieli nadzieję, że odsunie to w czasie wprowadzenie umowy. Komisja zdecydowała jednak, że użyje jednego z przepisów Traktatu o funkcjonowaniu UE, stanowiącego, że przed wejściem w życie przepisów umowy międzynarodowej w życie można wprowadzić wstępną, tymczasową jej wersję. Niezależnie od protestów 9 stycznia 2026 na jej wprowadzenie zgodziła się większość państw członkowskich, poza Polską, Francją, Irlandią, Węgrami i Austrią. Orędowniczką połączenia dwóch rynków była szefowa KE, Ursula von der Leyen.
Warunki tymczasowej umowy są identyczne wobec tych zawartych w trwałym porozumieniu. Znosi ona cła na 91 proc. produktów w wymianie handlowej, w tym cła na samochody, ubrania, obuwie, wino i napoje alkoholowe. Mercosur zgodził się też na obniżenie lub zniesienie ceł na unijne produkty rolne – obecnie cła sięgają 55 proc.
Korzyści będzie liczył europejski przemysł, szczególnie ten samochodowy. Branża liczy na trzykrotny wzrost eksportu swoich modeli do krajów strefy Mercosur. Mogłoby to zrekompensować straty europejskich firm na chińskim rynku, gdzie przegrywają konkurencję z krajowymi producentami. Przeciwko umowie protestowali producenci żywności. Europejskie produkty będą musiały konkurować z tymi z Ameryki Południowej, gdzie koszty funkcjonowania gospodarstw są niższe – argumentowali rolnicy. Żywność z Ameryki Południowej importowana do UE będzie musiała spełnić europejskie normy bezpieczeństwa, a jej napływ do Europy ograniczają ujęte w umowie restrykcje. Określają one okresy przejściowe prowadzące do obniżenia cła do docelowego poziomu oraz kwoty ilościowe produktów dopuszczonych na rynek UE.
Najważniejsze z produktów objętych ograniczeniami to:
Mimo to minister rolnictwa Stefan Krajewski zapowiedział dalszy sprzeciw Polski wobec umowy. „Skarga do TSUE została złożona przez Parlament Europejski i jest rozpatrywana. Nie wykluczamy złożenia takiej skargi jako Polska, ale skargi nie składa minister rolnictwa. Tak jak minister rolnictwa nie jest odpowiedzialny za podpisanie bądź niepodpisanie umów międzynarodowych handlowych” – mówił kilka dni temu polityk PSL.
Przeczytaj także: