Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Dokument ma zacieśnić współpracę wojskową Warszawy i Berlina, ale w ramach NATO i UE. Podpisanie odbyło się w cieniu awantury bojówki Bąkiewicza pod pomnikiem polskich ofiar nazizmu z Berlinie.
Ministrowie obrony Polski i Niemiec Władysław Kosiniak-Kamysz i Boris Pistorius podpisali w środę (17 czerwca) w Warszawie nową umowę o współpracy obronnej.
Dokument zastępuje umowę ramową z czerwca 2011 roku i ma określić nowe zasady współpracy po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, w warunkach rosnącego znaczenia wschodniej flanki NATO. Porozumienie uzupełnia mechanizmy obronne Sojuszu i UE, ale nie zawiera gwarancji bezpieczeństwa wykraczających poza obecne zobowiązania. Nie ma też zapisów o stałej obecności wojsk niemieckich w Polsce.
Umowa obejmuje współpracę w cyberbezpieczeństwie, technologiach wojskowych, działaniach w kosmosie, mobilności militarnej i rozwoju infrastruktury. Otwiera też możliwość wspólnych zakupów sprzętu przez Polskę i Niemcy, choć nie wskazuje konkretnych systemów uzbrojenia.
Część zapisów dotyczy natowskiego dowództwa na Morzu Bałtyckim, utworzonego w 2024 roku. Obecnie kieruje nim niemiecki generał w Rostocku, ale w 2028 roku dowództwo ma zostać przeniesione do Gdyni i przejęte przez polskiego oficera.
— Dla Polski wróg jest na wschodzie, nie na zachodzie — powiedział Kosiniak-Kamysz w trakcie uroczystości podpisania porozumienia. Szef MON podziękował też Niemcom za zapowiedziany udział wojsk inżynieryjnych w budowie Tarczy Wschód na granicy z Białorusią oraz za wsparcie po wtargnięciu rosyjskich dronów we wrześniu ubiegłego roku.
Z kolei Pistorius zapowiedział ćwiczenia Grand Eagle w listopadzie 2026 roku z udziałem ok. 1 200 żołnierzy i sprzętu. W poprzedniej edycji tych manewrów ćwiczono szybki przerzut niemieckich wojsk do państw bałtyckich w razie zagrożenia. Pistorius przypomniał też, że Niemcy rozmieścili na stałe brygadę pancerną na Litwie.
Umowę podpisano w 35. rocznicę polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy, który po 1989 roku stał się jednym z fundamentów relacji Warszawy i Berlina. Sam fakt, że w tak ważną rocznicę podpisano jedynie umowę zamiast nowego traktatu, świadczy o pewnym kryzysie w relacjach polsko-niemieckich.
Jak pisała w OKO.press dr Maria Skóra, „skromna treść dokumentu dopełnia obrazu braku zaufania w polsko-niemieckich relacjach: nie zawiera gwarancji wzajemnego bezpieczeństwa, w zasadzie nie wychodzi poza już istniejące wzajemne zobowiązania wynikające z członkostwa obu państw w Unii Europejskiej i NATO. Jedyną nowością jest udział jednostek inżynieryjnych z Niemiec w budowie Tarczy Wschód wzdłuż granicy z Obwodem Kaliningradzkim.”
„Forma i treść porozumienia wynikają z obawy, że motywowany politycznie prezydent Karol Nawrocki nie podpisałby nowego traktatu. Wybory parlamentarne w Polsce już w 2027 roku, nieformalna kampania wyborcza trwa. Stąd gimnastyka, by ominąć konieczność ratyfikacji przez parlament lub prezydenta i unikać zbyt daleko idących twierdzeń” – pisała dr Skóra.
Nacjonalistyczna twarz polskiej polityki objawiła się w Niemczech dzień wcześniej, kiedy bojówki Roberta Bąkiewicza próbowały w Berlinie ustawić krzyż przy tymczasowym miejscu pamięci polskich ofiar nazizmu. Interweniowała niemiecka policja, a Bąkiewicz twierdził potem, że został ciężko pobity. W odpowiedzi politycy PiS zorganizowali protest przed ambasadą Niemiec w Warszawie.
Przeczytaj także:
Warszawski Szpital Południowy wypowiedział umowy Dawidowi Kacprzykowi, kierownikowi SOR i byłemu radnemu KO. W placówce politycy i ich bliscy mieli korzystać z szybszej ścieżki przyjęć na SOR, a sam Kacprzyk mimo braku specjalizacji w 2025 roku zarobił... 1,6 mln zł.
Warszawski Szpital Południowy zwolnił dziś (17 czerwca) Dawida Kacprzyka, kierownika Szpitalnego Oddziału Ratunkowego.
„Informujemy, że umowy zawarte pomiędzy Warszawskim Szpitalem Południowym Sp. z o.o. a lekarzem Dawidem Kacprzykiem zostały wypowiedziane przez Spółkę” – takie oświadczenie od przedstawicieli placówki otrzymał Polsat News.
Kacprzyk jest lekarzem w trakcie specjalizacji z anestezjologii. Po wybuchu afery Naczelna Izba Lekarska złożyła zawiadomienie do rzecznika odpowiedzialności zawodowej w sprawie podejrzeń, że lekarz opuścił dyżur medyczny. Jego grafik miał pokrywać się m.in. z występami medialnymi.
Według deklaracji tylko w Szpitalu Południowym Kacprzyk przepracował w 2025 roku 3 976 godzin, czyli średnio 331 godzin miesięcznie i niemal 11 godzin dziennie, wliczając niedziele i święta. Oprócz tego miał również pracować w innej stołecznej placówce – Szpitalu Bródnowskim. Z oświadczenia majątkowego lekarza wynika, że w 2025 roku zarobił blisko 1,6 mln zł.
Po analizie tych danych prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zlecił pilny audyt w Szpitalu Południowym. Jak donosi RMF FM, Trzaskowski zwrócił się też do Rady Nadzorczej szpitala o odwołanie dr Agaty Kusz-Rynkun z funkcji członkini zarządu i dyrektorki ds. medycznych. Częściowe wyniki audytu miały potwierdzić nieprawidłowości przy obsadzie lekarza w grafiku SOR. Szpital przygotowuje zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia oszustwa przez Kacprzyka.
Po wyjściu na jaw sprawy zarobków i trybu pracy Kacprzyka portal zero.pl opublikował – także 17 czerwca – materiał, z którego wynika, że w Szpitalu Południowym miało dochodzić do przyjmowania polityków i ich bliskich na SOR – którego szefem był Kacprzyk – poza kolejnością oraz wykonywania im szerokiego zakresu badań w ekspresowym trybie.
„Błyskawiczne przyjęcia, wykonywanie pakietów kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu badań w bardzo krótkim czasie, możliwość przebywania w innym pomieszczeniu niż ogół pacjentów. W Warszawskim Szpitalu Południowym stworzono nieoficjalnie szybszą i bardziej komfortową ścieżkę przyjęć dla polityków Koalicji Obywatelskiej oraz ich rodzin” – czytamy w materiale Słowika, który zapowiada ciąg dalszy.
Prokuratura Okręgowa w Warszawie poinformowała, że „podjęła z urzędu czynności sprawdzające w sprawie: podejrzenia stworzenia systemu przyjmowania pacjentów w SOR Szpitala Południowego w Warszawie opartego na przesłankach pozamedycznych, sprzecznych z zasadami triażu, co mogło narazić innych pacjentów SOR na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (...) oraz w sprawie poświadczania nieprawdy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej na dokumentacji poświadczającej czas wykonywanej pracy w SOR Szpitala Południowego w Warszawie.”
Sprawa ma bardzo wyraźny wydźwięk polityczny. Kacprzyk był warszawskim radnym Koalicji Obywatelskiej, aczkolwiek po ujawnieniu skandalu złożył legitymację partyjną.
Wykorzystywanie znajomości i politycznych konszachtów jest sporym problemem dla Koalicji Obywatelskiej – zwłaszcza że rządowa większość i tak boryka się ze spadkiem poparcia w sondażach i na razie przegrywa walkę o większość parlamentarną w nadchodzących w 2027 roku wyborach do Sejmu i Senatu.
Premier Donald Tusk zapowiedział kontrolę w Szpitalu Południowym, kontrolę NIK wydatkowania środków publicznych w placówkach ochrony zdrowia w Polsce oraz konsekwencje prawne, polityczne i kadrowe.
— Każdy, kto znalazł się w takiej sytuacji, będzie musiał publicznie wytłumaczyć się, jak było naprawdę. Chcę to wyjaśnić do samego spodu. Jeśli złamano prawo, to będzie prokurator. Jeśli złamano dobry obyczaj, to będzie odpowiedzialność polityczna — zapowiedział premier.
Jednak na pytanie, czy zdymisjonowany zostanie Marcin Kierwiński, szef warszawskich struktur KO, Tusk odpowiedział krótko: — Nie.
Opozycja żąda dymisji Tuska i całego rządu, masowo produkując krytyczne i złośliwe materiały w mediach społecznościowych. Sprawa dzieli też koalicję 15 października. „Nie do obrony” – napisała w reakcji na doniesienia zero.pl przewodnicząca Polski 2050 i ministra funduszy europejskich Katarzyna Pełczyńska.
„Wyprowadzę się z mieszkania komunalnego, jak zdążę zbudować dom. Kto budował dom, wie, jakie to jest drogie przedsięwzięcie” – mówi posłanka PiS Anna Paluch
Posłanka Prawa i Sprawiedliwości Anna Paluch od ponad 30 lat zajmuje mieszkanie komunalne w Krościenku. Lokal znajduje się samym centrum turystycznej miejscowości położonej nad Dunajcem. Miesięczne opłaty wynoszą 116 zł.
Z najnowszego oświadczenia majątkowego wynika, że w 2025 roku Anna Paluch otrzymała 148,3 tys. uposażenia poselskiego oraz 42,3 tys. diety parlamentarnej. To daje prawie 200 tys. zł brutto rocznie. Równocześnie posłanka PiS pobiera emeryturę — to kolejne 87,4 tys. zł.
Łącznie daje to średnio niemal 23 tys. zł przychodów miesięcznie.
17 czerwca na antenie Radia Kraków pytana o to, dlaczego wciąż zajmuje mieszkanie komunalne, Paluch odpowiedziała, że nie skończyła jeszcze domu, który buduje. A do tego „zarabia skromnie”, bo kwoty, które każdy może sprawdzić w oświadczeniu majątkowym, to wynagrodzenie brutto.
Posłanka PiS zaprzeczała, że na przydział mieszkania czekają naprawdę ubogie rodziny. Tłumaczyła, że to gmina pozbyła się wszystkich lokali komunalnych w Krościenku, wyprzedając je dotychczasowym najemcom.
„Kiedy pani zwolni to mieszkanie? Obiecywała pani” – dopytywał dziennikarz.
„Jak zdążę zbudować. Kto budował dom, wie, jakie to jest drogie przedsięwzięcie. My zarabiamy średnią krajową” – odpowiedziała Anna Paluch.
Anna Paluch twierdzi, że jest ofiarą reprywatyzacji. Lokal komunalny zajęła, gdy straciła zakładowe mieszkanie po ojcu. Już przed wyborami parlamentarnym w 2023 roku obiecywała, że niebawem odda mieszkanie, bo kończy budowę domu. To było trzy lata temu. A łopaty pod inwestycję zostały wbite w 2021 roku. W najnowszym oświadczeniu majątkowym Paluch twierdzi, że na miejscu trwają prace wykończeniowe. Nowa nieruchomość ma być warta 800 tys. zł.
Posłanka PiS, zwana „Podhalańską baronową”, nie widzi nic zdrożnego w zajmowaniu mieszkania, które powinno być przeznaczone osobom, które znajdują się w trudnej sytuacji materialnej, a ich dochody są zbyt niskie, aby wynająć mieszkanie na wolnym rynku. Anna Paluch nie spełnia żadnego z tych kryteriów. Co więcej, prawo mówi wprost, że najemcą gminnego lokalu komunalnego nie może być ktoś, kto ma własną nieruchomość mieszkalną w tej samej gminie.
Na koniec 2025 roku na przydział mieszkania komunalnego w kraju czekało 45 tys. gospodarstw domowych. Najwięcej i najdłużej czeka się w dużych miastach, w mniejszych gminach raczej kilkanaście miesięcy (o ile gmina inwestuje w mieszkania, a nie tylko je wyprzedaje). Średnio w kolejce spędza się 3,5 roku, ale rekordziści potrafią czekać na klucze od gminy po kilkanaście lat.
Przeczytaj także:
Wciąż nie mamy oficjalnie opublikowanej treści porozumienia. Amerykańska prasa dzieli się dziś jednak tekstem umowy, do której dotarli dziennikarze Bloomberga. Warunki, na jakie zgodził się Trump, nie stawiają go w dobrym świetle
W nocy czasu polskiego Bloomberg opublikował treść Memorandum of Understanding (MoU) między Iranem i USA, czyli wstępnego porozumienia o zakończeniu wojny.
W kolejnych godzinach treść dokumentu potwierdziły inne media. Irańska agencja prasowa Tasnim cytowała anonimowego urzędnika, który twierdzi, że niektóre fragmenty są zacytowane niedokładnie — bez wyszczególnienia jakie.
Ze strony amerykańskiej nie pojawiło się jednak dotychczas żadne dementi na temat tekstu. Ewentualne szczegółowe różnice mogą wynikać z tłumaczenia. Angielski tekst, zaprezentowany przez Bloomberga, najpewniej jest faktyczną treścią memorandum.
To czternastopunktowy dokument, który potwierdza właściwie wszystkie dotychczasowe przecieki. Czyli: podpisanie dokumentu kończy wojnę na wszystkich frontach, w tym w Libanie; Amerykanie zdejmują swoją blokadę morską Iranu; strony mają kolejne 60 dni na wynegocjowanie pełnego porozumienia. Chyba że obie zgodzą się na przedłużenie. To podstawowe informacje, które de facto już znaliśmy.
Z dokumentu dowiadujemy się też jednak o kilku szczegółach, o których dotychczas nie pisano szeroko:
Wiemy na pewno, że pierwsze irańskie tankowce minęły dziś linię amerykańskiej blokady.
Iran i USA czekają bardzo trudne negocjacje. Na dziś trudno wyobrazić sobie, by udało się je przeprowadzić w ciągu zapowiadanych w memorandum 60 dni. Jednym z kluczowych czynników będzie sytuacja pomiędzy Izraelem i Libanem, o czym pisaliśmy szerzej wczoraj.
Po upublicznieniu treści umowy, trudno widzieć te warunki inaczej niż jako porażkę USA. Wystarczy spojrzeć na warunki, jakich Amerykanie domagali się przed wojną, w lutym tego roku. Wówczas negocjatorzy i dyplomaci z USA otwarcie mówili nie tylko o radykalnym ograniczeniu irańskiego programu atomowego, ale też np. o znacznym ograniczeniu programu rozwoju rakiet balistycznych, czy zaprzestaniu wsparcia dla regionalnych sojuszników Iranu, takich jak Hamas i Hezbollah.
W MoU nie ma o tych dwóch tematach ani słowa. USA zobowiązało się za to do uwolnienia zablokowanych irańskich środków i zorganizowania ogromnego funduszu odbudowy. Trudno nie zauważyć, że są to warunki gorsze niż te, które Amerykanie chcieli uzyskać przed wojną. A jednym z głównych punktów obecnego porozumienia jest odblokowanie żeglugi w cieśninie Ormuz, która nie była zablokowana przed wojną.
Oczywiście do przekazania Iranowi ogromnych środków na odbudowę jest jeszcze bardzo daleko. Byłoby to bardzo trudne bez zniesienia sankcji. A to zależy od przebiegu dalszych negocjacji. Te dalej będą przebiegać w atmosferze nieufności. Z tego właśnie powodu dojście dziś do jakiegokolwiek porozumienia trzeba uznać za sukces. Ale jego treść najprawdopodobniej odzwierciedla twardą powojenną rzeczywistość: władze Iranu ustały tę konfrontację i w stosunkach z USA czują się pewnie, a Donald Trump musiał to zaakceptować.
To wszystko nie znaczy, że irańskie władze mogą dziś odetchnąć z ulgą i pławić się w swoim sukcesie. Wzajemna nieufność oznacza, że świadomość, że konfrontacja może szybko powrócić, istnieje.
Władze Republiki Islamskiej wiedzą też, że mierzą się z poważnymi problemami gospodarczymi, a droga do uzyskania miliardów dolarów od Amerykanów jest długa. W dzisiejszym przemówieniu przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf mówił, że Iran musi zejść z drogi konfrontacji i zająć się poprawą warunków gospodarczych w kraju.
Warto przypomnieć: w styczniu wybuchły w Iranie jedne z największych w historii protestów społecznych. A katalizatorem była m.in. wysoka inflacja. Wówczas władze krwawo stłumiły protesty.
Podpisanie MoU nie oznacza więc, że Iran zniknie z prasowych nagłówków.
Przeczytaj także:
„Sąd Okręgowy w Krakowie postanawia oddalić protest referendalny Edwarda Nowaka” – przekazał sędzia Piotr Maziarz. Decyzja przesunęła datę wyborów prezydenta Krakowa z niekorzystnego dla polityków, wakacyjnego sierpnia na koniec września.
Po referendum w Krakowie, w wyniku którego odwołano prezydenta miasta Aleksandra Miszalskiego, polityka Koalicji Obywatelskiej, do sądu wpłynęły cztery protesty wyborcze związane z łamaniem ciszy wyborczej. Dwa z nich złożyły osoby prywatne, jeden — prezes fundacji, a kolejny — grupa 15 osób.
Jak informuje „Gazeta Krakowska”, w przypadku dwóch ostatnich sąd zdecydował, że nie będzie ich rozpatrywać, ponieważ wniesiono je po terminie. 17 czerwca rozpatrzył jednak pierwszy protest, który wniósł Edward Nowak, opozycjonista z czasów PRL.
„Czuję się obrońcą demokracji, a wolne wybory są jej najważniejszym aktem. Zależy mi też na Krakowie. Nie chcę, by władzę przejęli w nim ludzie, którzy posługują się takimi metodami. Minimalna nadwyżka frekwencyjna, która zdecydowała o tym, że referendum okazało się ważne, została wygenerowana z naruszeniem ciszy wyborczej” – mówił. Sądowi okazał blisko 4 GB danych cyfrowych, ponad 300 plików graficznych i analitycznych oraz prawie 800 stron opisu dowodowego.
Komisarz wyborcza Dagmara Daniec-Cisło wskazywała, że dowody — które ograniczały się głównie do screenów z mediów społecznościowych, wpisów i do płatnych reklam — nie musiały mieć istotnego wpływu na wynik referendum, bowiem nie wiadomo, do ilu rzeczywistych głosujących dotarły.
Sąd częściowo przychylił się do tej argumentacji. „Na podstawie tych materiałów nie da się ustalić, do jakiej grupy mieszkańców dotarły. Nie sposób racjonalnie założyć, że odbiorcami byli tylko mieszkańcy Krakowa. Wnioskodawca nie przedstawił dowodów pozwalających na rozróżnienie, czy materiał dotarł do osób, które mogły uczestniczyć, czy także tych, które nie mogły głosować. Nawet jeśli na wydrukach tych postów są liczby odbiorców, nie wynika z tego, że do takiej liczby trafiły w czasie ciszy referendalnej” – podniósł sąd.
Jednocześnie przyznał, że część materiałów naruszała ciszę referendalną. Jak wskazuje „Gazeta Wyborcza”, materiały Łukasza Gibały, posty doradcy prezydenta Nawrockiego Marcina Możdżonka, czy członków PiS Arkadiusza Mularczyka, Michała Wosia, Janusza Kowalskiego, czy Dariusza Mateckiego zdaniem sądu były naruszeniem ciszy wyborczej. „Ale wnioskodawca nie wykazał ani nie uprawdopodobnił, czy publikacje te miały istotny wpływ na wynik głosowania 24 maja” – zaznaczył sąd. I dodał:
Rozważenia wymaga kwestia zniesienie ciszy. Obecnie cisza staje się fikcją, wobec rozwoju internetu.
Prowadzący sprawę sędzia Piotr Maziarz oddalił protest Edwarda Nowaka. Wyrok nie jest jednak prawomocny — pan Nowak ma siedem dni, by oddać sprawę do sądu apelacyjnego, co najpewniej uczyni.
I nawet jeśli kolejna instancja sądu nie przyzna mu racji, termin wyborów prezydenckich w Krakowie ulegnie przesunięciu. Do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia protestów przed sąd premier nie zarządzi wyborów. A te muszą odbyć się 90 dni od dnia ogłoszenia o ważności wyborów, co powoduje, że zamiast sierpniowego głosowania w czasie wakacji i wyludnionego miasta, wybory prezydenta Krakowa odbędą się pod koniec września albo na przełomie września i października, w ; czasie politycznie lepszym, kiedy krakowianie wrócą po wakacjach do miasta.
Krakowianie odwołali prezydent Aleksandra Miszalskiego w drodze referendum 24 maja. Do urn poszło 29,9 proc. uprawnionych do głosowania mieszkańców. To o ok. 4 procent więcej niż wymagany próg.
Nadwyżka wyniosła dokładnie 17 673 głosy.
Choć formalnie wybory nie zostały rozpisane, kolejne partie już ogłaszają swoich kandydatów. Na razie wiadomo, że w wyborach wystartują:
Mówi się też o starcie Rafała Komarewicza (Centrum) oraz Pawła Śliza (Polska 2050). Wielkim nieobecnym na tej liście jest niezależny radny i lider ugrupowania Kraków dla Mieszkańców Łukasz Gibała, który w 2024 roku tylko nieznacznie przegrał z Aleksandrem Miszalskim i wsparł finansowo inicjatywę referendalną. Niewykluczone jednak, że odpuści start i będzie kandydował dopiero w kolejnych wyborach w 2029 roku.
Prezydent, który zostanie teraz wybrany, ma dokończyć obecną kadencję samorządową, czyli będzie rządził najwyżej trzy lata. Kandydaci, by oficjalnie zgłosić swój udział, muszą zebrać przynajmniej 3 tysiące podpisów osób uprawnionych do głosowania.
Przeczytaj także: