0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

6 minut temu

Prawa autorskie: (Photo by Handout / Portuguese Navy / AFP) / RESTRICTED TO EDITORIAL USE - MANDATORY CREDIT "AFP PHOTO / PORTUGUESE NAVY / HANDOUT / " - NO MARKETING NO ADVERTISING CAMPAIGNS - DISTRIBUTED AS A SERVICE TO CLIENTS(Photo by Handout / ...

Zatonął rosyjski statek z reaktorami jądrowymi

Rosyjski statek towarowy Ursa Major zatonął u wybrzeży Hiszpanii w grudniu 2024 r. w tajemniczych okolicznościach. Na pokładzie miał części do dwóch reaktorów jądrowych, które były transportowane z Rosji prawdopodobnie do Korei Północnej – ujawnia teraz śledztwo CNN. Zatonięcie mogło być efektem interwencji zachodniego wojska

Co się wydarzyło?

Rosyjski statek towarowy Ursa Major zatonął 23 grudnia 2024 roku około 60 mil od wybrzeża Hiszpanii, w pobliżu portu w Kartagenie.

Statek wyruszył w grudniu z okolic Petersburga oficjalnie do Władywostoku. Wybór drogi morskiej – jak zauważa CNN – jest zaskakujący, ponieważ rozbudowana sieć kolejowa w Rosji pozwoliłaby na transport ładunków znacznie szybciej drogą lądową.

Według listu przewozowego ładunkiem tym były dwie duże „pokrywy włazów", 129 pustych kontenerów transportowych i dwa duże dźwigi Liebherr.

Jednak, jak dowiaduje się CNN, w trakcie śledztwa prowadzonego przez Hiszpanię, kapitan statku przyznał, że jego celem był północnokoreański port Rason.

Zeznał również, że Ursa Major przewoził „komponenty do dwóch reaktorów jądrowych podobnych do tych używanych w okrętach podwodnych”. Nie był jednak pewien, czy były one załadowane paliwem jądrowym.

Samo zatonięcie statku jest dość tajemnicze, podobnie jak to, co działo się u wybrzeży Hiszpanii później.

Śledztwo prowadzone przez Hiszpanię, do szczegółów którego dotarł CNN, wykazało, że statek był początkowo eskortowany przez dwie wie rosyjskie jednostki wojskowe. Problemy zaczęły się już 22 grudnia 2024 roku na wodach Hiszpanii, kiedy statek ewidentnie zwolnił.

Hiszpańskie służby się tym zainteresowały, ale załoga zapewniała, że sytuacja jest pod kontrolą.

Jednak następnego dnia, 23 grudnia, na statku doszło do trzech wybuchów, po których załoga wysłała sygnał alarmowy. Dwóch członków załogi zginęło w wyniku wybuchu, a pozostałych 14 zostało ewakuowanych przez hiszpańską łódź ratunkową Salvamar Draco.

Na pomoc ruszył również hiszpański okręt wojskowy. Jednak pół godziny później dotarł także Ivan Gren – rosyjski okręt, który Ursa Major początkowo eskortował – i nakazał hiszpańskim statkom oddalenie się na dwie mile morskie. Zażądał również natychmiastowego zwrócenia 14 uratowanych członków załogi.

Załoga nie została oddana rosyjskiemu okrętowi. Została przesłuchana w Hiszpanii, jednak nikt z nich nie chciał ujawnić żadnych informacji z obawy o własne bezpieczeństwo i po kilku dnach zostali odesłani do Rosji.

Jeszcze tego samego dnia rosyjski okręt Ivan Gren wystrzelił serię flar, po których nastąpiły cztery kolejne eksplozje. Miały one przypominać detonacje ładunków wybuchowych lub min, a ich wybuch zarejestrowała Hiszpańska Narodowa Sieć Sejsmiczna.

Wtedy okręt Ursa Major zatonął.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Tydzień po zatonięciu statku towarowego u wybrzeży Hiszpanii pojawił się rosyjski statek badawczy „Jantar" – ten sam, który wcześniej był oskarżany o działalność szpiegowską. W tym czasie Hiszpańska Narodowa Sieć Sejsmiczna odnotowała jeszcze cztery kolejne eksplozje w okolicy wraku, co może sugerować próby zatarcie śladów przez Rosjan.

W sprawę zamieszani byli też Amerykanie. Dane lotnicze pokazują bowiem, że w ciągu ostatniego roku nad obszar katastrofy wysłany były dwukrotnie przez amerykańskie siły powietrzne samolot WC135-R służący do wykrywania radioaktywnych szczątków w powietrzu.

Oficjalnie amerykańskie władze nie potwierdzają, by miały cokolwiek wspólnego z zatonięciem Ursa Major. Jednak CNN sugeruje, że zatonięcie statku mogło być wynikiem interwencji zachodniego wojska.

Cel? Uniemożliwić Rosji wysłanie aktualizacji technologii jądrowej do kluczowego sojusznika, jakim jest Korea Północna.

Amerykańska stacja przypomina, że Ursa Major wypłynął z Rosji zaledwie dwa miesiące po tym, jak Kim Jong Un wysłał wojska, aby pomóc w inwazji Moskwy na Ukrainę.

Przeczytaj także:

09:44 13-05-2026

Prawa autorskie: Fot. Martyna Niecko / Agencja Wyborcza.plFot. Martyna Niecko ...

Oskarżali ją o profanację krzyża. Anglistka z Kielna niewinna

Przeszło pół roku nauczyciela z Kielna, która przerwała uczniom zabawę i wyrzuciła do kosza plastikowy krzyż, czekała na oczyszczenie z zarzutów. Postępowanie dyscyplinarne właśnie umorzono, ale rozdmuchana przez prawicę sprawa się nie kończy. Postawę anglistki wciąż bada prokuratura analizując, czy ta nie sprofanowała krzyża.

Co się wydarzyło?

Zakończyło się postępowanie dyscyplinarne wobec anglistki z Kielna. Paweł Radzewicz z radia TOK.FM informuje, że rzecznik umorzył postępowanie, nie dopatrując się w postawie nauczycielki zachowań uchybiających godności wykonywanego zawodu ani znieważenia przedmiotu kultu religijnego.

„W toku przeprowadzonego postępowania rzecznik [dyscyplinarny] stwierdził, że zachowanie nie było pożądane, ale nie miało na celu uchybienia godności. Nauczycielka działała w emocjach, to nie było w żaden sposób planowane. Nie było umyślnego działania, które by wskazywało, że pani nauczycielka celowo chciała zbezcześcić jakikolwiek symbol religijny” – mówi radiu Krystian Kłos, rzecznik prasowy wojewody pomorskiej, przy której działa komisja dyscyplinarna dla nauczycieli.

Postępowanie dyscyplinarne trwało trzy miesiące. I wcale się nie kończy, bowiem strony mogą odwołać się od decyzji rzecznika. Dzisiejsza decyzja rzecznika jest jednak kolejnym dobrym rozstrzygnięciem dla pedagożki – pod koniec stycznia rzecznik dyscyplinarny zdecydował się przywrócić ją do pracy.

W toku wciąż jest jednak postępowanie prokuratorskie dotyczące znieważenia przedmiotu czci religijnej. Zawiadomienie w tej sprawie złożył wójt gminy Szemud, Ryszard Kalkowski – po tym, jak z interwencją poselską wybrała się do niego posłanka PiS, Dorota Arciszewska-Milewczyk.

Jak czytamy w „Głosie Nauczycielskim” w marcu okres trwania dochodzenia przedłużono na kolejne dwa miesiące. W sprawie przesłuchiwani byli kolejni świadkowie. Po wykonaniu wszystkich czynności procesowych i analizie zebranego materiału dowodowego prokurator miał rozważyć konieczność powołania biegłego z zakresu religioznawstwa.

Jaki jest kontekst?

Stasia Budzisz na łamach OKO.press sprawę z Kielna, a dokładniej przedmiot sporu, czyli krzyż, nazwała krzyżem „wzmożenia narodowego”. Prawica nadała bowiem gestowi nauczycielki mocną, antychrześcijańską symbolikę, a z uczniów zrobiono bohaterów i obrońców religijnych.

Chodzi o sprawę z 15 grudnia. Nauczycielka prowadząca lekcje w siódmej klasie podstawówki zakończyła zabawę uczniów, którzy powiesili plastikowy krzyż nad klatką chomika. Anglistka poprosiła nastolatków o zdjęcie go, a gdy ci zignorowali jej prośbę, ucięła zabawę i przedmiot – plastikowy krzyż – wyrzuciła do kosza.

Część rodziców uznała, że nauczycielka sprofanowała symbol religijny (który był gadżetem do przebrania księdza lub zakonnicy). Sprawę zgłosili dyrektorce szkoły, historia szybko trafiła też w ręce prawicowych działaczy.

8 stycznia Robert Bąkiewicz zorganizował pod podstawówką protest krzycząc, że jego Ruch Obrony Granic również broni „krzyża i Boga w przestrzeni publicznej” oraz że zawsze będzie stał „na straży naszej katolickiej wiary”. Na miejscu pojawili się też posłowie i politycy Konfederacji oraz Prawa i Sprawiedliwości. Dyrektorka dzień przed zapowiedzianą pikietą zawiesiła w obowiązkach anglistkę i skierowała sprawę do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli.

Ludzie z transpareentami broniacymi kryzża jako symbolu religijnego
8.01.2026, protest pod szkołą podstawową w Kielnie. Fot. Martyna Niećko, Agencja Wyborcza.pl

Komisja po trzech tygodniach postanowiła przywrócić kobietę do pracy. Po trzech miesiącach obrad – w ogóle umorzyła postępowanie.

„Wyrzuciłam gadżet od halloweenowego stroju, którym bawiły się dzieci, a następnie powiesiły go nad klatką chomika – w miejscu, w którym wcześniej wisiał zegar. Szanuję przedmioty czci religijnej i w życiu nie wyrzuciłabym krzyża reprezentującego wiarę” – tłumaczyła anglistka. Na nauczycielkę spadła fala hejtu, pod jej adresem pojawiały się nienawistne komentarze. Internet okrzyknął ją winną. Bez sprawdzenia faktów, weryfikacji, bez czekania na wyjaśnienie sprawy.

„Jestem w szoku, że można coś takiego zrobić drugiemu człowiekowi. Śledzę te media, nie ukrywam, i wciąż po prostu w to nie wierzę. To nieporozumienie, a politycy wykorzystują je do tego, żeby podbijać swoje interesy i pozycje. Ktoś to ciągle podsyca. (...) Ścianka nad chomikiem byłaby w mojej opinii miejscem urągającym przedmiotowi religijnej czci. Jego miejsce powinno być wysoko, obok godła lub ewentualnie nad drzwiami. Jednak powtórzę: Ten przedmiot, który został powieszony przez dzieci był elementem cosplayowego stroju. (...) Nikt nigdy się do niego nie modlił” – tłumaczyła na łamach lokalnego „Dziennika Bałtyckiego” kobieta.

Przeczytaj więcej w OKO.press:

Przeczytaj także:

09:28 13-05-2026

Prawa autorskie: Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.plFot. Dawid Zuchowicz...

Mentzen: Wydajemy 1,2 mld zł na Ukraińców w poprawczakach. „Ordynarne kłamstwo”

Sławomir Mentzen chce deportować ukraińskie dzieci z zakładów poprawczych, bo państwo rzekomo przeznacza na ich utrzymanie 1,2 mld zł rocznie. To kłamstwo. W rzeczywistości wydajemy 1000 razy mniej, a sprawa dotyczy zaledwie kilku osób

Co się wydarzyło

11 maja lider Konfederacji był gościem w podcaście Bogdana Rymanowskiego. Zapowiedział, że po przejęciu władzy, Konfederacja przeprowadzi audyt wydatków państwa. Jako przykład niegospodarności podał koszty utrzymania ukraińskich dzieci w polskich zakładach poprawczych. Według Sławomira Mentzena na ten cel wydajemy 1,2 mld zł rocznie. „Ich wszystkich trzeba deportować na Ukrainę i od razu mamy miliard dwieście milionów rocznie więcej” – mówił Mentzen.

Dopytywany o to, ile Ukraińców przebywa w poprawczakach, skoro kwota jest tak wysoka, polityk Konfederacji kluczył. „Nie wymyśliłem sobie tego, wszystko jest w dokumentach. Koszt utrzymania osoby w poprawczaku pomnożony przez liczbę Ukraińców w poprawczaku i razy dwanaście miesięcy. Wychodzi 1,2 mld zł” – mówił.

Rewelacje Mentzena skomentowała wiceministra sprawiedliwości Maria Ejchart. Okazuje się, że utrzymanie wszystkich dzieci w zakładach poprawczych kosztuje 40 mln zł, a Ukraińców – 1,2 mln.

To tysiąc razy mniej niż według szacunków Mentzena.

Ejchart dodała, że w polskich placówkach przebywa zaledwie kilkoro ukraińskich dzieci.

Nawet gdyby zsumować koszty prowadzenia wszystkich zakładów dla nieletnich – ośrodków wychowawczych, poprawczaków i schronisk – roczne wydatki wynoszą 100 mln zł. To kwota dla wszystkich dzieci niezależnie od narodowości.

Rzecznik rządu Adam Szłapka uznał, że słowa Mentzena „to ordynarne, najniższych lotów kłamstwo”.

Jaki jest kontekst

Dla Konfederacji antyukraińskie hasła są głównym paliwem politycznym. Już w kampanii prezydenckiej Mentzen budował przekaz na populistycznych opowieściach o tym, jak obcokrajowcy zajmują Polakom miejsca w kolejce do lekarzy. A wkład Ukraińców w państwo, w postaci podatków, rzekomo nie dorównuje kosztom, które wydajemy na „socjal”. W tej kadencji Konrad Berkowicz z Konfederacji rozpowszechniał teorie spiskowe na temat ukraińskiego sabotażu na polskiej kolei, a Mentzen grzmiał, że rząd zadłuża Polaków, żeby pomóc Ukraińcom (i nie dostaje nic w zamian). Nowa piątka Konfederacji, którą partia ogłosiła po wizycie Wołodymyra Zełenskiego w Warszawie, w całości wymierzona była w Ukrainę. Znalazły się w niej takie hasła jak: „Koniec przywilejów”, „Nic za darmo”, „Bez polskiego żołnierza”, „Ukraina poza Unią Europejską”, „Ukraina poza NATO”.

Antyukraińskie przekazy nie są jednak tylko domeną skrajnej prawicy. Wielomiesięczna przepychanka o rzekome przywileje dla Ukraińców skończyła się wygaszeniem pomocy dla uchodźców wojennych. Politycy zdecydowali, że wsparcie mieszkaniowe, 800+ oraz opieka medyczna nie będą przysługiwać uchodźcom, którzy nie pracują, czyli akurat tym, którym są najbardziej potrzebne. Zostawili wyjątki: dzieci do 18 lat, kobiety w ciąży i osoby pozostające w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania, ale przyszłość ośrodków też jest zagrożona.

OKO.press razem Fundacją Polskie Forum Migracyjne założyło zbiórkę na pomoc dla tych najbardziej potrzebujących, których nie stać na kontynuację leczenia, drogie operacje czy zakwaterowanie. W ciągu pierwszej doby udało się zebrać ponad 700 tys. zł.

Dorzucić można się tutaj.

Przeczytaj także:

16:42 12-05-2026

Prawa autorskie: Fot . Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.plFot . Robert Kowalew...

Techno w Wilanowie. Co z zabytkami i przyrodą? RPO przyjrzy się kontrowersyjnej imprezie

Nie cichną kontrowersje wokół koncertu muzyki house i techno na terenie Muzeum Króla Jana III w warszawskim Wilanowie. Biuro RPO przyjrzy się procedurze udzielenia zgody na organizację nocnej imprezy w zabytkowej przestrzeni tuż obok rezerwatu przyrody.

Co się wydarzyło?

Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich ogłosiło dziś (12 maja), że „w związku z wpływającymi skargami (...) prowadzi postępowanie wyjaśniające dotyczące zgody na organizację 9 maja br., na terenie Muzeum Pałacu Króla Jana III Sobieskiego w Wilanowie, imprezy pn. »Circoloco«.”

RPO domaga się od dyrektora Stołecznego Centrum Bezpieczeństwa Jarosława Misztala wglądu do akt postępowania zakończonego wydaniem zezwolenia na organizację imprezy. „Jednocześnie, mając na uwadze, że miejsce odbywania wspomnianej imprezy sąsiaduje z Rezerwatem Przyrody Morysin, [RPO] zwrócił się do Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska z prośbą o informację, czy organizator tej imprezy występował o zezwolenie na odstępstwo od zakazów obowiązujących na terenie Rezerwatu, a jeżeli tak, czy zezwolenie takie zostało udzielone” – czytamy w komunikacie.

Jaki jest kontekst?

Jak pisaliśmy w OKO.press, koncert, zakończony ok. godziny 4 nad ranem 10 maja zaburzył nocny odpoczynek mieszkańców Wilanowa, a także wzbudził wątpliwości co do udostępnienia przedpola historycznego pałacu w Wilanowie na komercyjną imprezę dla tysięcy ludzi, podczas gdy dla zwykłych odwiedzających obowiązują tam surowe reguły dotyczące jazdy rowerem czy choćby spacerowania.

Media społecznościowe obiegły zdjęcia przedstawiające zaśmiecone i rozjeżdżone przedpole pałacu. Ponadto miejsce koncertu znajduje się tuż obok rezerwatu przyrody Morysin, siedliska wielu chronionych gatunków ptaków. Maj to pełnia sezonu lęgowego.

Zarówno organizator koncertu, firma Awake Events, jak i miejskie instytucje zapewniają, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, przedłożona dokumentacja nie dawała podstaw do nieudzielenia zgody na wydarzenie, a teren zostanie przywrócony do stanu pierwotnego. Niemniej do mazowieckiej Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska nie trafił wniosek organizatora o uzyskanie zezwolenia na odstępstwo od zakazów obowiązujących w rezerwacie przyrody. RDOŚ zapowiada zgłoszenie sprawy na policję.

16:36 12-05-2026

Prawa autorskie: zrzut ekranu, profil FB Koalicji Obywatelskiejzrzut ekranu, profil...

Niby nieobowiązkowe, ale? MEN chce zmian w pracach domowych

Systematyczne wykonywanie zadań domowych może podnieść ocenę na koniec roku, a każde wykonanie zadanie ma być skomentowane i sprawdzone przez nauczyciela. MEN chce zmian w przepisach dotyczących oceniania i prac domowych. Projekt jest już na stronach Rządowego Centrum Legislacji.

Co się wydarzyło?

Ministerstwo Edukacji Narodowej przygotowało projekt nowelizacji przepisów o ocenianiu i klasyfikowaniu uczniów. Nowe przepisy trafiły już na stronę Rządowego Centrum Legislacji i przez najbliższy miesiąc, aż do 10 czerwca będą w tzw. konsultacjach publicznych.

Resort Barbary Nowackiej chce m.in. zakazać pisania egzaminów i sprawdzianów w formie zdalnej.

Przepisy uściślają też, ile może trwać taki sprawdzian (30-45 minut dla uczniów szkół podstawowych i 40-60 minut dla uczniów starszych) oraz aby w ciągu jednego dnia uczeń zdawał maksymalnie trzy egzaminy.

MEN chce też, by

prace domowe, dopuszczalne dla uczniów klasy IV szkoły podstawowej i starszych odgrywały większą rolę.

Dziś nieobowiązkowe, miałyby być uwzględniane przy ocenie na koniec roku szkolnego. Nowacka chce umożliwić nauczycielom ewentualne podniesienie oceny tym, którzy systematycznie odrabiają lekcje. Nowe przepisy nakładają też dodatkowe obowiązki na nauczycieli. Jak czytamy w projekcie, MEN chce doprecyzowania, że „każda wykonana przez ucznia praca domowa pisemna lub praktyczno-techniczna musi być przez nauczyciela sprawdzona i uczeń musi otrzymać informację o wykonanym zadaniu”.

Jaki jest kontekst?

Projekt trafił do RCL-u 8 maja i jest na etapie konsultacji społecznych. Prace i zmiany w zakresie zadań domowych ministra Barbara Nowacka obiecywała od miesięcy — również w odpowiedzi na wnioski nauczycieli i rodziców.

Jak pisał na łamach OKO.press Anton Ambroziak, powołując się na raport Instytutu Badań Edukacyjnych, choć rezygnacja z obowiązkowych zadań domowych nie wpływa ani pozytywnie, ani negatywnie na wyniki egzaminów, to większość (2/3) nauczycieli zauważa spadek motywacji i samodzielności w uczeniu się.

Nauczyciele naukę w domu zaczęli wymuszać w inny sposób — częściej sięgając po kartkówki i sprawdziany i w ten sposób zachęcać do systematycznego powtarzania materiału.

MEN obiecywało wielką reformę prac domowych przed wrześniem 2026 roku. Do jej realizacji przystępuje teraz.

IBE rekomendowało resortowi Nowackiej, by prace domowe wróciły do szkół, ale w okrojonej formie. „Chcemy, by prace domowe miały sens i służyły uczeniu się. Uczeń powinien otrzymywać informację zwrotną, a nie tylko ocenę. Chodzi o rozwój, nie o kontrolę” – mówiła wiceministra Katarzyna Lubnauer.

Przeczytaj więcej w OKO.press:

Przeczytaj także: