Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Maciej Berek jest prawą ręką Donalda Tuska. Minister ds. nadzoru podał się do dymisji i najpewniej czeka go polityczny awans. – Wspólnie z ministrem ustaliliśmy, że przejdzie do nowych zadań. Szczegóły wkrótce – zapowiedział enigmatycznie premier.
- Ustaliliśmy wspólnie z ministrem Maciejem Berkiem, że przejdzie do innych zadań. W związku z tym zwrócił się do mnie z obowiązkiem zwolnienia go z funkcji ministra ds. nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu – w ten sposób premier Donald Tusk ogłosił dymisję ministra Berka.
Premier o niespodziewanym ruchu Berka poinformował tuż przed posiedzeniem rządu. Zaanonsował jednak, że polityka czeka awans.
– Maciej Berek był moją prawą ręką i nadal nią będzie. (...) Niedługo się dowiecie, w jakiej roli pan minister wystąpi. Wiem, że przydasz się Ojczyźnie jeszcze nie raz – zapowiedział Tusk.
Szef rządu podziękował Berkowi za jego dotychczasową pracę, a szczególnie za wkład w proces deregulacji przepisów. Dodał, że niedługo będzie wiadomo, „w jakich państwowych, publicznych rolach Maciej Berek być może wystąpi”.
Obowiązki ministra do spraw nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu przejmie Joanna Knapińska, dotychczasowa prezeska Rządowego Centrum Legislacji. – Nie ma osoby nie do zastąpienia, wbrew temu, co publicznie się mówi – skwitował premier.
Maciej Berek pochodzi z Gdańska, jest jednym z najbliższych współpracowników Donalda Tuska. Od grudnia 2023 roku był ministrem ds. nadzoru nad wdrażaniem polityku rządu oraz szefem Komitetu Stałego Rady Ministrów. Wcześniej, za rządów PiS, pracował w Biurze Praw Obywatelskich Marcina Wiącka. Był tam (od 2021 roku) dyrektorem generalnym. W przeszłości był m.in. prezesem Rządowego Centrum Legislacji.
Komunikując dymisję Berka Donald Tusk trzymał w rękach raport z realizacji priorytetów rządu za drugi kwartał. Agnieszka Jędrzejczyk na łamach OKO.press ujawniła, że w raporcie ukryto istotną zmianę odbierającą coroczną waloryzację progów dochodowych uprawniającą do świadczeń społecznych. Wykasować ją miał sam Maciej Berek – i to mimo sprzeciwu resortu Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
„Komitet ds. Nadzoru podjął decyzję o modyfikacji priorytetu P43 „Uporządkowanie systemu świadczeń społecznych” poprzez usunięcie z treści priorytetu informacji związanych z projektem corocznej weryfikacji kryteriów dochodowych w pomocy społecznej do momentu uzgodnienia projektu” – potwierdził nam resort. I dodał: „Brak aktualizacji progów powoduje, że najbiedniejsi stają się jeszcze biedniejsi, a różnice społeczne się zwiększają. System przestaje pełnić swoją funkcję wyrównawczą, a państwo przestaje wypełniać swoje podstawowe obowiązki ochronne wobec obywateli”.
Berek stał też na czele zespołu, który miał ograniczyć skutki wyroków NSA i TSUE dotyczące transkrypcji aktów małżeństw jednopłciowych.
Przeczytaj także:
W Kolumbii ogłoszono stan wyjątkowy. Przeszło siedemset osób jest rannych, za zaginionych uznaje się setki kolejnych. Bliscy zaginionych czekają na dobre wieści – spod gruzów nadal wyciągani są żywi ludzie. Władze studzą te nadzieje: bilans ofiar z pewnością będzie większy.
– Uratowaliśmy siedem osób. Wciąż szukamy. Para seniorów i ich siedmioletni wnuk dają nam znaki życia, próbujemy do nich dotrzeć – mówi Carlos Ortiz, członek ekipy ratowniczej próbujący wydostać spod gruzów ludzi w kolumbijskim mieście Cali. Cytuje go Polska Agencja Prasowa. – W poniedziałek szczęśliwie wydostaliśmy sześciomiesięczne dzieci i jego mamę. Dało nam to wielką nadzieję.
Cali to trzecie co do wielkości miasto Kolumbii. Zamieszkuje je przeszło dwa miliony ludzi. Tylko tam nawet 700 osób zostało rannych, 85 zginęło, a 188 nadal uważa się za zaginionych. Poniedziałkowe (10 sierpnia) trzęsienie ziemi uszkodziło tam pięć tysięcy domów. Zawaliły się trzy szpitale, miejscowe lotnisko zostało poważnie uszkodzone. Burmistrz Alejandro Eder wprowadził w Cali godzinę policyjną, by ułatwić akcje ratunkowe i zapobiec kradzieżom. Część miasta została zmilitaryzowana.
Kolumbijczycy doświadczyli najsilniejszego od dziesięcioleci trzęsienia ziemi. Prezydent Abelardo De La Espriella, który w miniony piątek został zaprzysięzony na urząd, poinformował Agencję Reutersa, że na ten moment potwierdzono zgon 164 osób w całym kraju. W Pereirze (widocznej na zdjęciu) zginęło 66 ludzi, w Chocó – przynajmniej 13. „Z ziemią zostały zrównane wielopiętrowe budynki, poważnym uszkodzeniom uległo co najmniej 1500 domów, 18 szpitali i 52 szkoły” – podaje Reuters.
Trzęsienie ziemi przerwało transmitowaną na żywo mszę w niemal stuletniej Katderze w Manizales. Na nagraniu zamieszczonym w sieci przez Archidiecezję Manizales widać moment, w którym zaczynają się wstrząsy, a ksiądz przerywa odprawianie mszy i podpiera się o jeden z filarów katedry. Jedna z bocznych wież zabytkowej katedry przewróciła się.
W Kolumbii ogłoszono stan wyjątkowy ze względu na kataklizm.
To najsilniejsze trzęsienie ziemi w Kolumbii w XXI wieku – przekazała Kolumbijska Służba Genealogiczna (SGC) cytowana przez PAP. Ziemia zatrzęsła się w poniedziałek, ok. 7:34 miejscowego czasu. Magnituda trzęsienia ziemi wyniosła 7,4, a do wieczora odnotowano w Kolumbii 47 wstrząsów wtórnych.
Pereira czy Manizales, które poważnie ucierpiały w katastrofie, należą do ważnego obszaru tzw.Osi Kawy (Eje Cafetero) – regionu słynącego z uprawy kawy, wpisanego nawet na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Epicentrum kataklizmu znajdowało się w północno-zachodnim regionie Chocó, około stu kilometrów od wybrzeża Pacyfiku. Wstrząsy odczuwane były również w Bogocie, a także w Ekwadorze, Panamie czy Wenezueli, gdzie doszło do zawalenia się niektórych budynków. Nie ma jednak informacji o tym, by ktokolwiek w wyniku wstrząsów tam ucierpiał.
Katastrofę porównuje się do tragicznego w skutkach (choć słabszego pod względem magnitudy) trzęsienia ziemi z 1999 roku, również w regionie kawowym Kolumbii. Wówczas zginęło ponad tysiąc osób.
Przeczytaj także:
Od 27 lat nie mieliśmy w Polsce zaćmienia tak głębokiego, jak to, które wydarzy się w najbliższą środę, 12 sierpnia. Przemieszczający się po niebie Księżyc przysłoni nawet do 85 procent tarczy Słońca i to tuż przed zachodem, szykując spektakularne widowisko. Niebo warto jednak obserwować dłużej – w noc ze środy na czwartek przypada maksimum roju perseidów.
To jedno z najbardziej spektakularnych zjawisk astronomicznych. Całkowite zaćmienie Słońca, które przypada na 12 sierpnia, będzie pierwszym takim widocznym w kontynentalnej Europie od 27 lat.
Zaćmienie całkowite rozpocznie się o wschodzie Słońca we wschodniej części półwyspu Tajmyr w Rosji, następnie przetnie Ocean Arktyczny, wschodnią Grenlandię, zachodnią Islandię, północną część Oceanu Atlantyckiego, po czym będzie widoczne w Hiszpanii i na niewielkim obszarze Portugalii (gmina Bragança). Zaćmienie zakończy się o zachodzie Słońca na Morzu Śródziemnym, na południowy wschód od Balearów. I to tam nadciągają tłumy turystów chcących na własne oczy zobaczyć to podniebne widowisko. Hiszpania szacuje, że na obserwacje zaćmienia przyjedzie nawet pół miliona turystów.
Hiszpańskie władze wysyłają na Baleary dziesiątki tysięcy żołnierzy, policjantów i ratowników. Służby obawiają się bowiem paraliżu komunikacyjnego. Władze chcą zapobiec sytuacji, w której samochody i łodzie obserwatorów zaćmienia zablokują drogi ewakuacyjne, dostęp do plaż, portów lub tras wykorzystywanych przez służby ratunkowe. Hiszpania wyznaczyła oficjalne punkty obserwacyjne, wydała zakazy rozpalania grilli i ognisk, które mogą wywołać pożary na i tak suchej ziemi.
Żeby obejrzeć zaćmienie Słońca nie trzeba wyjeżdzać zagranicę. Wystarczy linia horyzontu, rozległa łąka, skraj pola czy jeziora, wejście na nieduże wzniesienie. Pas zaćmienia przebiegnie bowiem względnie blisko Polski.
Najlepiej widać je będzie na północnym zachodzie. Maksymalna faza w naszym kraju osiągnie 88 procent w Kotlinie Kłodzkiej. Zjawisko będzie spektakularne także na Mazurach, gdzie faza wyniesie 85 procent. Im dalej na południowy wschód, tym mniej będzie widać. W Warszawie będzie to około 79 procent. Jak podaje Uniwersytet Jagielloński, maksimum zaćmienia w Krakowie przypadnie ok. 19:56, gdy Księżyc zasłoni ok. 70 procent tarczy Słońca. Najgorsza sytuacja z kolei wystąpi w Bieszczadach – najczystszym niebie w Polsce, gdzie uda się zobaczyć tylko 42 procent zasłoniętej tarczy.
„Maksymalna faza zaćmienia w Polsce nastąpi tuż przed albo w trakcie zachodu Słońca. Czeka nas więc najbardziej spektakularny zachód Słońca od dziesięcioleci” – pisze na swoim kanale popularyzator astronomii Karol Wójcicki, autor profilu „Z głową w gwiazdach”.
W wielu miastach organizowane są pikniki i wydarzenia organizujące ludzi we wspólne oglądanie zaćmienia. Nawet Google przygotował specjalną nakładkę. Po wpisaniu w wyszukiwarkę „zaćmienie słońca 12 sierpnia” ekran przez chwilę ciemnieje.
Zaćmienia nie można oglądać gołym okiem. Dr inż Paweł Janowski z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie podnosi, że warto wyposażyć się w specjalne okulary astronomiczne. Wystarczą również lornetki lub teleskopy wyposażone w odpowiednie filtry słoneczne. Jest jeszcze jedna metoda – projekcyjna. – Nie musimy nawet patrzeć bezpośrednio na Słońce. Możemy rzutować jego obraz na kartkę papieru i obserwować zmieniający się kształt tarczy – wyjaśnia dr Janowski.
Naturalny projektor tworzą również przerwy między liśćmi drzew. Jak mówi ekspert, podczas częściowego zaćmienia na chodnikach czy ścianach pojawiają się setki małych sierpów, będących obrazami przysłoniętego Słońca. – Należy natomiast unikać sposobów obserwacji, które przez lata obrosły mitami. Płyty CD, przydymione szkło, okulary przeciwsłoneczne czy klisze fotograficzne nie zapewniają wystarczającej ochrony. To metody, które mogą dawać złudne poczucie bezpieczeństwa. Oko nie odczuwa bólu podczas uszkadzania siatkówki, dlatego ryzyko jest szczególnie duże – zaznacza badacz.
Kiedy słońce całkowicie już zajdzie, warto zerknąć na niebo w poszukiwaniu „spadających gwiazd”. W nocy z 12 na 13 sierpnia będzie maksimum meteorów z roju Perseidów. Dostrzec możemy nawet 100 zjawisk na godzinę – i to w komfortowych warunkach, bowiem Księżyc znajdzie się w nowiu, a więc jego blask nie rozświetli nocnego nieba. Perseidy najlepiej widoczne będą po północy.
Nad ranem zaś odbędzie się parada planet. W jednej linii na niebie ustawią się Merkury, Jowisz, Mars, Saturn, Uran i Neptun. Najlepsze warunki do obserwacji powinny pojawić się przed wschodem Słońca. Mars i Saturn mają być wówczas dostrzegalne gołym okiem. W przypadku Merkurego i Jowisza warunkiem obserwacji okaże się bezchmurne niebo. Natomiast by dostrzec Uran i Neptun, będzie trzeba użyć lornetki lub teleskopu.
Przeczytaj także:
15 dronów zaatakowało w nocy Woroneż i kilka okolicznych miejscowości. „Pożary wybuchły w dwóch magazynach dużej firmy" – informują rosyjskie władze. Zginęła jedna osoba, a dwie zostały ranne i trafiły do szpitala. Tymczasem Rosjanie znowu ostrzelali Kijów i Zaporoże rakietami balistycznymi
W wyniku rosyjskich ataków w nocy z wtorku na wtorek w Zaporożu i Kijowie zginęło pięć osób, a co najmniej 21 zostało rannych. Moskwa wystrzeliła wówczas rakiety balistyczne i bomby lotnicze w kierunku ukraińskich miast, a ataki trwały do wczesnych godzin porannych. Administracja wojskowa miasta poinformowała, że w ogniu stanęły magazyny w centrum Kijowa.
Noc nie była spokojna także w Rosji. Ukraińcy trafili magazyn firmy Wildberries w Woroneżu – już drugi raz w czasie kampanii niszczenia zaplecza giganta handlowego. Jego sieć sprzedaży wypełnia luki w zacofanej infrastrukturze Rosji i daje pracę tysiącom drobnych przedsiębiorców. Zaopatruje też żołnierzy we wszystko, co niezbędne dla zwiększenia szans na froncie, a czego nie jest im w stanie dostarczyć armia.
Poprzednio magazyn pod Woroneżem został zaatakowany 18 lipca — Ukraińcy zniszczyli wtedy prawie 1/3 powierzchni magazynowej.
Jak zauważa „The Moscow Times”, Ukraina trafiła już ponad 20 centrów logistycznych Wildberries, niektóre po kilka razy. Całkowicie spłonęło co najmniej 14 z nich. Bezpośrednie straty Wildberries wynoszą już od 100 do 200 miliardów rubli. Sprzedawcy Wildberries stracili w wyniku ataków od 215 do 280 miliardów rubli. Platforma nadal szacuje straty i wypłaca sprzedawcom niewielkie odszkodowania, z których wiele wynosi mniej niż 10% wartości towarów przechowywanych w magazynach.
Ukraińcy trafili też ponownie rafinerię w Orsku.
Kiedy Ukraińcy zdecydowali się przenieść wojnę do Rosji i niszczyć infrastrukturę naftową i handlową kraju, Kreml początkowo to ignorował. Od dwóch tygodni jednak zmienił taktykę i atakuje Ukrainę rakietami balistycznymi. Ich produkcja w Rosji gwałtownie rośnie. Rakiety są od razu używane do ataków, głównie na Kijów i inne miasta. Rośnie liczba ofiar.
Ukraińcy nie mają czym się bronić — o ile skutecznie walczą z rosyjskimi dronami, nie nie mają pocisków do systemu Patriot, a tylko on jest skuteczny wobec rakiet balistycznych. Trwają gorączkowe prace nad stworzeniem własnego lub europejskiego systemu antyrakietowego.
Rosja nie tylko ostrzeliwuje Ukrainę. Nieustannie chwali się tym w rosyjskich mediach. Kreml zrezygnował z dotychczasowej narracji, że oszczędza Ukrainę i atakuje wyłącznie cele wojskowe (ewentualnie – „wykorzystywane przez wojsko”). Teraz propaganda informuje poddanych Putina, że armia rosyjska niszczy w Ukrainie dosłownie wszystko i życie cywili tam staje się nie do zniesienia.
Wskazuje to na to, że ukraińskie ataki na Rosję są już naprawdę bardzo dotkliwe.
Propaganda rosyjska jest bowiem przy konstruowaniu codziennego przekazu bardzo reaktywna. Reaguje na wewnątrzrosyjskie problemy opowieścią, że „w Ukrainie i tak jest gorzej”. Do tej pory te opowieści dotyczyły tylko sytuacji w armii, wypłat dla żołnierzy czy relacji na froncie. Teraz propaganda skupia się na krwawych opowieściach o dymach i pożarach w Ukrainy. Ukraina naprawdę płonie. Ale relacje propagandy rosyjskiej można także traktować jak lustro tego, co dzieje się w Rosji. Potwierdza to zdjęcie z „The Moscow Times” z płonącego Woroneża (zdjęcie główne).
Przeczytaj także:
Partia Jabłoko, jedyna w Rosji, która w programie ma zakończenie wojny w Ukrainie, została skreślona z list partii dopuszczonych do wrześniowych wyborów do Dumy. Zrobił to putinowski „sąd najwyższy”.
Sąd Najwyższy Rosji uwzględnił pozew o dyskwalifikację partii Jabłoko z wyborów do Dumy Państwowej. Pozew złożyła w zeszły piątek proputinowska partia Rodina. Oskarżyła Jabłoko o szereg naruszeń, w tym
Jak relacjonuje niezależna „Meduza”, pełnomocnik Rodiny wyjaśnił w sądzie logikę tego oskarżenia w następujący sposób: „Część terytoriów Rosji jest okupowana przez reżim neonazistowski. Wezwania do natychmiastowego zawieszenia broni stanowią wezwania do wstrzymania wyzwolenia okupowanych terytoriów lub do zaniechania tego wyzwolenia”.
Sprzeciw Jabłoka wobec represji wobec społeczności LGBTQ również został uznany za poparcie dla ekstremizmu.
Pozew rozpatrywał i uznał za zasadny sędzia Wiaczesław Kiriłłow, który wiosną uznał stowarzyszenie Memoriał za „ekstremistyczne” – podaje „Meduza”. Sędzia nie odczytał uzasadnienia — dodaje „The Moscow Times”.
Lider Jabłoka, Nikołaj Rybakow, odrzucił zarzuty Rodiny i zapowiedział, że będzie walczył o przywrócenie wpisu partii w rejestrze wyborczym. „Ponieważ widać wyraźnie, jak wielu ludzi opowiada się za pokojem, za tym, żeby ludzie przestali umierać” – powiedział po rozprawie.
Młodym ludziom zgromadzonym pod sądem funkcjonariusze służb bezpieczeństwa kazali się rozejść i dali im na to trzy minuty.
Dopuszczenie Jabłoka do wyborów do dumy, które mają się odbyć 18, 19 i 20 września, Kreml musiał uznać za błąd. Jedyną partię, która sprzeciwia się wojnie, Centralna Komisja Wyborcza zarejestrowała 29 lipca.
Wybory wygra oczywiście putinowska partia „Jedyna Rosja”, ale najwyraźniej zwykłe fałszerstwo przy liczeniu głosów i nasilająca się propaganda nie dają władzy pewności, że wszystko odbędzie się „zgodnie z planem”.
Rosjanie zaczęli w końcu doświadczać skutków wojny, którą w 2022 r. wywołał Putin. Wyborców propaganda pociesza w kółko obietnicami zemsty i obrazami płonącej Ukrainy, którą Putin ma ostrzeliwać rakietami balistycznymi „bardziej”, niż Ukraina szkodzi Rosji. Niemniej w Rosji rośnie liczba cywilnych ofiar wojny.
Według niezależnego Centrum Lewady po raz pierwszy od pełnoskalowej rosyjskiej agresji na Ukrainę ponad połowa Rosjan nie uważa operacji Putina za udaną.
Gwałtowne zaburzenia w stanie świadomości społecznej rejestrują też oficjalne sondażownie. Poparcie i zaufanie do Putina spada i wynosi obecnie około 65-70 proc. (a sięgało 80 proc.). Co prawda o chęci głosowania w wyborach melduje rządowym ankieterom 70 proc. pytanych, ale jednocześnie tylko 64 proc. z nich odpowiada „tak” na pytanie, czy wie, że w Rosji będą wybory. Partia Putina notuje na razie „jedynie” 35-proc. poparcie, ale propaganda nie ustaje w przekonywaniu poddanych Putina, że poparcie to nieustannie rośnie. By utrudnić jakiekolwiek protesty, władza promuje też głosowanie zdalne — wtedy wyborca nie może w żaden sposób rozwiać obaw, że wszyscy są za Putinem, więc nie ma co głosować na coś mniej putinowskiego.
Przeczytaj także:
Na zdjęciu: moskiewskie metro oplakatowane zapowiedziami wyborów, 4 sierpnia 2026. Fot. AP