Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Prezydent USA Donald Trump oświadczył, że Rada Pokoju, której jest przewodniczącym osiągnęła „historyczne porozumienie” w sprawie „całkowitego rozbrojenia” Hamasu i wszystkich innych ugrupowań zbrojnych w Strefie Gazy. Szczegóły pozostają jednak niejasne.
O tym Donald Trump poinformował w Truth Social. Nazwał to „przełomowym krokiem w kierunku trwałego POKOJU i BEZPIECZEŃSTWA”.
„Porozumienie to stanowi kluczowy krok w kierunku tego, by Strefa Gazy została w końcu zarządzana przez nowy rząd palestyński, który będzie ściśle współpracował z Radą Pokoju na rzecz pomocy narodowi palestyńskiemu. Jednocześnie Izrael zyska bezpieczeństwo, na które zasługuje, a Strefa Gazy nie będzie już wykorzystywana jako baza do ataków terrorystycznych” – napisał amerykański prezydent.
Według Trumpa to ważny kamień milowy w realizacji jego 20-punktowego planu pokoju.
„Porozumienie będzie wdrażane w starannie zaplanowanych etapach. W miarę zakończenia procesu rozbrojenia siły izraelskie wycofają się, a Międzynarodowe Siły Stabilizacyjne będą współpracować z nowymi palestyńskimi siłami policyjnymi, aby zapewnić bezpieczeństwo w Strefie Gazy zarówno jej mieszkańcom, jak i sąsiadom” – wyjaśniał Trump. Podziękował mediatorom – Egiptowi, Katarowi i Turcji – oraz swojemu zespołowi za podjęte wysiłki.
Według CNN, urzędnik Rady Pokoju poinformował stację, że Hamas i inne ugrupowania przekażą swoją broń. Szczegółowe warunki mają zostać opublikowane w ciągu dwóch tygodni.
Jednak jak pisze Reuters, źródło agencji w Hamasie poinformowało, że według projektu „projektu umowy”ciężka broń będzie przechowywana i przechowywana wyłącznie pod kontrolą administracji palestyńskiej i że broń nie może zostać przekazana Izraelowi.
„Nie podejmiemy żadnych działań w kwestii rozbrojenia przed wycofaniem się Izraela ze Strefy Gazy” – mówił Al Jazeerze Ghazi Hamad, członek zespołu negocjacyjnego Hamasu.
Izraelski urzędnik na zasadach anonimowości powiedział, że przed ogłoszeniem Trumpa Izrael odrzucił propozycję.
„Izrael żąda całkowitego rozbrojenia Hamasu, w tym usunięcia broni z Gazy i całkowitej demilitaryzacji Strefy jako warunku wstępnego jakiegokolwiek procesu” – powiedział urzędnik w czwartek. „15-punktowy dokument, o którym mowa, nie stanowi satysfakcjonującej odpowiedzi na te żądania i Izrael wyraził swoje zastrzeżenia”.
Wcześniej w czwartek, 30 lipca izraelski dziennik „Haarec” informował, że doszło do znaczącego postępu w negocjacjach dotyczących wdrożenia drugiej fazy rozejmu w Strefie Gazy.
Od 10 października 2025 r. trwa tam zawieszenie broni, lecz było ono wielokrotnie naruszane W izraelskich atakach zginęło ponad 1200 Palestyńczyków, głównie cywilów, a czterech izraelskich żołnierzy zostało zabitych przez bojowników. Hamas zazwyczaj nie ujawnia swoich strat.
Druga faza rozejmu przewiduje m.in. rozbrojenie Hamasu, wycofanie się wojsk izraelskich, które wciąż kontrolują około 60 proc. terytorium Strefy Gazy, i wprowadzenie tam międzynarodowych sił pokojowych. Do tej pory negocjacje dotyczące drugiej części porozumienia utknęły w impasie. Izrael żąda, by Hamas złożył broń, a palestyńska grupa chce, by Izrael najpierw wycofał swoje wojska.
Według „Haarec” Hamas zgodził się na oddanie broni, ale ma ona zostać przekazana nie Izraelowi, lecz palestyńskiej administracji nadzorowanej przez Radę Pokoju. Jednak jak podkreśla dziennik, sposób realizacji tych ustaleń i rodzaj uzbrojenia, które ma zostać oddane przez Hamas, pozostają niejasne.
Na początku lipca Hamas ogłosił rozwiązanie swoich cywilnych struktur administracyjnych w Strefie Gazy i przekazanie władzy technokratycznemu palestyńskiemu komitetowi (NCAG), nadzorowanemu przez Radę Pokoju. To realizacja jednego z punktów porozumienia rozejmowego, zawartego pod patronatem Trumpa.
Przeczytaj także:
W nocy 31 lipca ukraińskie drony zaatakowały centrum logistyczne rosyjskiej platformy handlowej Wildberries oraz rafinerię ropy naftowej w Wołgogradzie, jedną z największych w Rosji. Wybuchy były też w Tatarstanie.
„W wyniku uderzenia bezzałogowego statku powietrznego w nocy odnotowano pożary w zakładzie przemysłowym kompleksu paliwowo-energetycznego na południu Wołgogradu, a także w magazynach w dzielnicy Dzerżyńskiej” – poinformował gubernator regiony Andriej Boczarow. Dodał, że wskutek ataku pięć osób zostało rannych.
Wcześniej w mediach społecznościowych pojawiły się doniesienia o ataku na centrum logistyczne firmy Wildberries w Wołgogradzie oraz na rafinerię „Lukoil-Wołgogradneftepererabotka”.
Rano firma Wildberries oficjalnie potwierdziła atak i pożar w centrum logistycznym w Wołgogradzie.
„Wstępnie nie odnotowano ofiar. Łańcuchy logistyczne zostały przeorganizowane, a przyjmowanie dostaw i wysyłka zamówień odbywają się w innych obiektach” – czytamy w komunikacie firmy. Kompleks stanowi kluczowy węzeł logistyczny dla obwodów wołgogradzkiego, astrachańskiego i sąsiednich obwodów.
Jak podaje Militarnyj, rafineria „Lukoil-Wołgogradneftepererabotka” – to największy producent produktów naftowych w Południowym Okręgu Federalnym Federacji Rosyjskiej oraz siódma pod względem wydajności rafineria w Rosji. Projektowa wydajność zakładu wynosi 15,7 miliona ton ropy naftowej rocznie.
Zakład specjalizuje się w głębokim przetwórstwie ropy naftowej oraz produkcji benzyny, oleju napędowego, paliwa lotniczego, oleju opałowego, asfaltu i innych produktów naftowych. W trakcie wojny na pełną skalę zakład był wielokrotnie atakowany przez ukraińskie bezzałogowce.
W Zielenodolsku, położonym w Tatarstanie, również odnotowano wybuchy. Według kanału na Astra na Telegramie, tam został trafiony kompleks logistyczny Wildberries. Rano nad obiektem widoczne było zadymienie. Ukraińskie drony zaatakowały ten magazyn 23 lipca, ale nie spowodowały poważnych zniszczeń.
Ponadto w Niżniekamsku rozległo się ponad 30 wybuchów. Mieszkańcy miasta w mediach społecznościowych informowali o dymie nad rafinerią.
Od 18 lipca Siły Obronne Ukrainy przeprowadziły ataki na szereg magazynów tej rosyjskiej platformy handlowej Wildberries, w szczególności w regionach moskiewskim i tambowskim, w obwodach krasnodarskim i stawropolskim, w Sankt Petersburgu i obwodzie leningradzkim, a także w Jekaterynburgu, w Riazaniu. W nocy 30 lipca ukraińskie drony uderzyły w centra logistyczne rosyjskiej platformy handlowej Wildberries w pobliżu Penzy oraz miasta Sarapuł w Udmurcji.
Prezydent Ukrainy nazwał te uderzenia odpowiedzią na rosyjskie ataki na ukraińską infrastrukturę cywilną. Jak stwierdził, obiekty te zapewniały dostawy komponentów objętych sankcjami, wykorzystywanych do produkcji dronów i sprzętu nawigacyjnego.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni zaatakowano co najmniej 18 centrów dystrybucyjnych Wildberries. Ponad 15% wszystkich powierzchni magazynowych firmy zostało wyłączonych z eksploatacji. W związku z tym po serii ukraińskich ataków na centra logistyczne na terytorium Rosji, jak piszą rosyjskie media, firma rozpoczęła poszukiwania powierzchni magazynowych w Kazachstanie.
Przeczytaj także:
Oprócz tego codziennie są ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie, drogi dostaw oraz obiekty wojenne. Według danych „Financial Times” Ukraińska kampania ataków na rosyjskie rafinerie wyłączyła z eksploatacji ponad 30% rzeczywistych i 45% nominalnych mocy przerobowych rosyjskiego przemysłu rafineryjnego. Spośród 26 rafinerii wyłączonych z eksploatacji w ostatnich miesiącach Rosja do końca lipca zdołała przywrócić do pełnej wydajności jedynie osiem. Ukraińskie ataki na obiekty rafineryjne i magazyny produktów naftowych spowodowały najpoważniejszy kryzys paliwowy w Rosji od czasów rozpadu Związku Radzieckiego i zmusiły Kreml do wprowadzenia ograniczeń w sprzedaży paliwa.
Przeczytaj także:
Donald Trump powiedział „Financial Times”, że nie podjął jeszcze decyzji, czy Stany Zjednoczone zezwolą Ukrainie na produkcję rakiet przechwytujących do systemów Patriot. Wcześniej mówił, że to zrobią.
„To niezwykle potężna broń i… musimy zachować pewną ostrożność przy decydowaniu, komu przyznajemy licencję. Właściwie nie wydajemy licencji na sprzęt”– mówił Donald Trump w telefonicznej rozmowie z brytyjskim dziennikiem „Financial Times”. Dlatego też „nie jest pewien”, czy Stany Zjednoczone udzielą Ukrainie licencji, choć dodał, że kwestia ta jest nadal rozpatrywana.
„Mówiąc bardzo prosto, chcemy, aby wojna Rosji przeciwko Ukrainie się zakończyła. Nie interesują mnie rakiety. Pragniemy pokoju” – mówił Trump. Zapowiedział, że w najbliższych dniach jego dwaj specjalni przedstawiciele do negocjacji w tej sprawie, Jared Kushner i Steve Witkoff, po raz pierwszy odwiedzą Ukrainę.
Wątpliwości Trumpa pojawiły się zaledwie dwa dni po jego spotkaniu z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim w Białym Domu. Według Zełenskiego prezydenci omawiali kwestie licencji na produkcję pocisków przechwytujących do systemów Patriot, a także inne inicjatywy mogące wzmocnić potencjał obronny Ukrainy. Po spotkaniu Trump oświadczył, że rozmowy z prezydentem Ukrainy przebiegły „bardzo dobrze”.
W wywiadzie dla Axios, Zełenski powiedział, że Trump zgodził się przyspieszyć wydawanie licencji na produkcję rakiet do systemu Patriot.
W Stanach Zjednoczonych ukraiński prezydent też spotkał się z zespołem firmy zbrojeniowej Lockheed Martin, która produkuje m.in. systemy ATACMS, HIMARS, samoloty F-16 oraz pociski do systemów Patriot.
Wcześniej, 8 lipca podczas szczytu NATO w Turcji prezydent USA zapowiadał, że Waszyngton udzieli Kijowowi licencji na produkcję rakiet do systemu Patriot.
„Pewien ptaszek mi szepnął, że damy im [Ukraińcom – red.] prawo do produkcji systemu Patriot. Pokażemy im, jak to robić. To bardzo skomplikowana technicznie sprawa, ale myślę, że sobie z tym poradzicie i to szybko. Rozmawialiśmy o tym” – mówił Trump.
Zełenski wrócił z Ankary z przekonaniem, że kwestia ta została rozwiązana „politycznie”.
Kijów od dłuższego czasu stara się o licencję na produkcję pocisków do patriotów. W ostatnich miesiącach Ukraina mierzy się z brakiem tych pocisków – na całym świecie zmniejszyły się zapasy rakiet przechwytujących Patriot w związku z wojną w Iranie. Rosja to wykorzystuje i stara się wykorzystywać więcej rakiet balistycznych przy zmasowanych atakach na Ukrainę. Wiele z nich nie ma czym zestrzelić.
Według ukraińskiego prezydenta Rosja wykorzystuje od 30 do 40 pocisków balistycznych podczas każdego zmasowanego ataku na Ukrainę. A co miesiąc przeprowadza od trzech do pięciu takich ataków.
Przeczytaj także:
Rakieta, która naruszyła w czwartek polską przestrzeń powietrzną i spadła na Lubelszczyźnie, była rosyjską rakietą Ch-101, która może przenosić nawet głowice jądrowe — poinformował wieczorem wiceminister obrony narodowej Cezary Tomczyk. Jak dodał, nie wiadomo jeszcze, czy rakieta była wymierzona w Polskę intencjonalnie.
- Rozmawiałem z Dowódcą Operacyjnym gen. Ireneuszem Nowakiem i możemy z pełną odpowiedzialnością potwierdzić, że była to rosyjska rakieta Ch-101. To rakieta manewrująca, zdolna przenosić nawet głowice jądrowe, która wybuchła przy zderzeniu z ziemią. Potencjalnie bardzo niebezpieczna — przekazał Tomczyk w TVN24.
„Prokuratorzy właśnie zakończyli swoje czynności na miejscu zdarzenia. Lej został zasypany, a teren przekazany właścicielowi. WOT przeczesał teren o powierzchni ok 3 km kw. znajdując liczne szczątki rakiety w tym elementy napędu” — Onet cytuje komunikat prokuratury z Lublina.
Wiceminister obrony dodał, że zazwyczaj Rosjanie atakują Ukrainę dziesięcioma, dwudziestoma rakietami tego typu, a w nocy ze środy na czwartek wystrzelono łącznie ok. 70 rakiet, z czego – jak mówił – o 3.00 w nocy 20 rakiet leciało w kierunku Polski. Tomczyk podziękował także wszystkim żołnierzom Wojska Polskiego, lotnikom oraz sojusznikom, którzy wspierali operację polskiego wojska „od samego początku”.
Wiceszefowa MON Magdalena Sobkowiak-Czarnecka przekazała natomiast wieczorem w Polsat News, że strona amerykańska „od razu podjęła z nami kontakt”. – Z tego, co wiem – na miejscu są też już Amerykanie, którzy razem z naszymi służbami badają to miejsce, w którym spadła rakieta – przekazała Sobkowiak-Czarnecka.
Przeczytaj także:
Do wtargnięcia pocisku w polską przestrzeń powietrzną doszło w nocy ze środy na czwartek, gdy Rosjanie dokonali kolejnego zmasowanego ataku na Ukrainę, w tym m.in. na Lwów.
Rakietą w Polsce zajęła się intensywnie rosyjska propaganda. Każdy morderczy atak na ukraińskie miasta opatrywany jest w niej komentarzem, że „siły rosyjskie atakują wyłącznie wrogie instalacje wojskowe i obiekty przemysłu obronnego. Podczas ataków używają precyzyjnej broni kierowanej i dronów zdolnych do zniszczenia dowolnego celu zarówno w Kijowie, jak i na całym terytorium Ukrainy”.
Rakieta, która trafiła 90 km od zachodniej granicy Ukrainy, przeczy tej opowieści.
Propagandyści zarzucili więc premierowi Tuskowi, że zmyśla, bo nie ma żadnych dowodów, że pocisk był rosyjski. „Gdyby Rosja chciała coś trafić w Polsce, byłoby to lotnisko pod Rzeszowem” – powtarzali. Rosyjska wersja, że rakieta mogła być ukraińska, zaczęła się w Polsce szerzyć — taką linię dezinformacyjną zidentyfikowała w czwartek NASK.
Polskie oświadczenie nie ukróci tych bajań, ale może je trochę powstrzymać.
Przeczytaj także:
Opowieści o „precyzyjnych trafieniach w Ukrainie” są odpowiedzią propagandy kremlowskiej na coraz potężniejsze — i naprawdę precyzyjne — uderzenia ukraińskie w Rosji. Putin już 27 lipca mówił publicznie, że zastanawia się, czy nie uderzyć na Ukrainę „ciut, ciut mocniej”.
30 lipca Ukraińcy trafili m.in. w:
Telewizja pokazała 30 lipca — co jest nowością — jak gubernator obwodu moskiewskiego w czasie rutynowej audiencji u Putina mówi mu nie tylko o „dynamicznym rozwoju” i „poprawie życia ludności”, ale i o ukraińskich atakach i powodowanych tym stratach.
Przeczytaj także:
Komisja Polityki Społecznej przyjęła projekt rządowej ustawy o asystencji osobistej. Projekt, z wioskami mniejszości, trafi teraz do drugiego czytania w Sejmie. Ale dopiero po wakacjach, we wrześniu. Wtedy będzie też trzecie czytanie i głosowanie.
Projekt ustawy o asystencji osobistej po miesiącach prac opuścił wreszcie 30 lipca sejmową Komisję Polityki Społecznej. Pierwsze czytanie projektu odbyło się 21 listopada 2025 r. Potem komisja wyłoniła podkomisję i ta od stycznia mozolnie przepracowywała zdanie po zdanie projektu. Jest on bowiem bardzo szczegółowy, a mimo to wydawał się nieprecyzyjny.
Pierwszą propozycję podkomisji komisja odrzuciła w maju. Konieczne były dalsze poprawki i doprecyzowania.
Przeczytaj także:
Ustawa jest wielką reformą rządu Tuska, choć promuje go w nim tylko działająca na peryferiach rządu ministra Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Zabiegała ona o to, by ustawa o asystencji była kolejnym kamieniem milowym przy rozliczaniu KPO. Ale wtedy ustawa musiałaby zostać przyjęta w sierpniu, co na pewno się już nie stanie. Rząd musiał znaleźć inny sposób na udowodnienie, że realizuje zobowiązania cywilizowania państwa, co ma wspierać KPO.
Dzięki ustawie o asystencjio Polska wywiąże się w końcu z zobowiązania, jakie przyjęła w 2012 r., ratyfikując Konwencję ONZ o prawach osób z niepełnosprawnościami. Gwarantuje ona wszystkim prawo do niezależnego życia. Jest to możliwe tylko dzięki dodatkowemu wsparciu finansowemu, rekompensującemu wydatki związane z niepełnosprawnością (takie wsparcie już jest, od 2024 r. — nazywa się świadczeniem wspierającym).
Ale także dzięki wsparciu asystenta w codziennym życiu.
Taka finansowana z budżetu usługa nie tylko daje szansę na niezależne życie, ale też odciąża rodziny, zobowiązane do tej pory do świadczenia opieki.
Obecnie usługi asystenckie realizowane są w ramach programów konkursowych dla samorządów i organizacji pozarządowych. Nie są gwarantowane każdej potrzebującej osobie ani przez cały czas (pieniądze konkursowe trzeba najpierw zdobyć, a potem rozliczyć — w tym czasie usługi nie ma).
Wielu przedstawicieli władz, w tym sam premier Tusk, mówili już kilka razy, że rozwiązanie systemowe jest bardzo kosztowe i nie stać nas na to, skoro Polska musi się zbroić. Systemowa asystencja ma kosztować 40 mld zł w ciągu 10 lat.
Ostateczny kształt ustawy nie znamy, bo w wielu istotnych kwestiach są wnioski mniejszości do przyjętego projektu. Wiadomo, że od przyjęcia i podpisania ustawy przez prezydenta trzeba jeszcze 14 miesięcy na zbudowanie systemu informatycznego do obsługi oceny potrzeb asystencji i rozliczania pracy asystentów. Zatem systemowej asystencji nie będziemy mieli przed 2028 rokiem.
Przeczytaj także: