Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Obecność Asima Munira w Teheranie to przede wszystkim znak, że dochodzi do rozmów na najwyższym poziomie. Munir ma dobre stosunki z Trumpem. Porozumienia jeszcze jednak nie osiągnięto
Dowódca pakistańskiej armii, marszałek Asim Munir, wylądował w Teheranie. Munir jest najpotężniejszą osobą w Pakistanie, ma dobrą relację z Donaldem Trumpem i jest kluczową postacią pośredniczącą w rozmowach między Amerykanami a Irańczykami.
Jego wizyta w irańskiej stolicy może oznaczać, że jesteśmy coraz bliżej porozumienia między USA a Iranem. A nawet jeśli nie chodzi o ustalenie ostatnich szczegółów, to wizyta Munira w Teheranie z pewnością oznacza rozmowy na najwyższym możliwym poziomie. Z kolei Reuters donosi, że Katar wysłał dziś grupę negocjatorów, którzy mają pomóc w osiągnięciu porozumienia. Irańskie źródła przekazywały agencji w czwartek, że nie ma jeszcze mowy o porozumieniu, ale podejmowane są kroki w dobrym kierunku.
W podobnym tonie wypowiadał się dziś amerykański sekretarz stanu Marco Rubio.
Nawet gdyby udało się jednak w najbliższych dniach osiągnąć jakiś rodzaj porozumienia, nie oznacza to jednocześnie, że wszystkie problemy w relacjach amerykańsko-irańskich uda się załatwić. Tych dalej będzie wiele, a umowa najpewniej oznaczać będzie kilka podstawowych ustaleń i zgodę na dalsze rozmowy o kolejnych szczegółach – takich jak irański program atomowy.
Nie wiemy bowiem, co dokładnie znajduje się w propozycjach, które są obecnie omawiane. W niektórych przeciekach jest mowa m.in. o obustronnym zaprzestaniu blokady cieśniny Hormuz.
Zawieszenie broni w wojnie USA i Izraela z Iranem trwa od 8 kwietnia.
Izraelczycy w rozmowach nie biorą udziału. A wiele wskazuje na to, że najchętniej wróciliby do wojny i zadawania kolejnych ciosów Iranowi. Axios pisze, że po ostatniej rozmowie z Trumpem, izraelski premier Benjamin Netanjahu był wściekły. Jednocześnie, choć Trump w ostatnich tygodniach wielokrotnie groził wznowionym atakiem, a następnie się wycofywał, nie można w pełni wykluczyć, że Amerykanie w końcu z tej opcji skorzystają.
Postęp w rozmowach nie oznacza, że napięcia ustały. Sytuacja w cieśninie Hormuz dalej jest trudna, pomimo niewielkiego zwiększenia liczby statków, jakie otrzymują zezwolenie na przepłynięcie cieśniny. Z kolei w niedzielę 17 maja blisko elektrowni atomowej Baraka w Zjednoczonych Emiratach Arabskich wybuchł pożar – według władz Emiratów wybuchł w wyniku ataku dronowego. Drony miały zostać wystrzelone z terytorium Iraku. Szczegóły nie są jasne, ale między wierszami można wyczytać, że Emiratczycy oskarżają o atak irackie organizacje wspierające Iran.
Tego rodzaju atak mógł być ostrzeżeniem i demonstracją, co może się stać, jeśli Amerykanie wznowią wojnę. Tego nie można wykluczyć, ale jednocześnie od 8 kwietnia nigdy nie byliśmy jeszcze tak blisko jakiegoś rodzaju porozumienia.
Przeczytaj także:
Za rządów Özgüra Özela największa partia opozycyjna CHP znacznie poprawiła pozycję w sondażach. W zeszłym roku władze pozbawiły możliwości startu w wyborach prezydenckich członka CHP, popularnego burmistrza Stambułu.
Sąd w Turcji zarządził usunięcie lidera największej partii opozycyjnej ze swojego stanowiska. Według sądu ostatnie wybory na przewodniczącego Republikańskiej Partii Ludowej (Cumhuriyet Halk Partisi, CHP) zostały przeprowadzone wadliwie. I dlatego zostały nieważne.
W ten sposób Özgür Özel został de jure pozbawiony swojej funkcji, a jego miejsce może teraz zająć jego poprzednik, Kemal Kılıçdaroğlu. Kılıçdaroğlu jest ponad dwie dekady starszy od Özela, jest też twarzą porażki opozycji w wyborach prezydenckich w 2023 roku. Stąd jest też uważany przez rządzącą AKP za łatwiejszego przeciwnika. A wyrok powszechnie interpretowany jest jako kolejny ruch, by ułatwić partii rządzącej utrzymanie władzy po kolejnych wyborach w 2028 roku.
CHP udrzuca wyrok i uważa go za „próbę przewrotu”.
„Nie poddamy się!” – napisał Özel w mediach społecznościowych po wyroku – „Nie obiecuje wam usłanej różami drogi do władzu, obiecuje wam za to, że przetrwamy to cierpienie i nigdy się nie poddamy. Obiecuję wam honor, godność, odwagę i walkę!”
To nie pierwszy w ostatnich latach tego rodzaju wyrok sądowy uderzający w CHP. Po 2024 roku setki działaczy CHP zostało skazanych za korupcję. Najsłynniejszy przypadek dotyczy byłego burmistrza Stambułu.
18 marca 2025 Uniwersytet Stambulski pozbawił burmistrza Stambułu Ekrem İmamoğlu dyplomu ukończenia tej uczelni. Przedstawiciele Uniwersytetu przekazali, że anulowali dyplom İmamoğlu i 28 innym osobom z powodu „oczywistych błędów”. W Turcji rektorów wyższych uczelni wybiera rząd, co pozwala uczynić z nich narzędzie politycznej walki.
W Turcji dyplom ukończenia szkoły wyższej jest niezbędnym warunkiem, by wystartować w wyborach prezydenckich.
Dzień później İmamoğlu został aresztowany. Przed aresztowaniem polityk wyraźnie prowadził w sondażach dotyczących kolejnych wyborów prezydenckich.
Analogicznie CHP znacząco poprawiła pozycję w sondażach dotyczących kolejnych wyborów parlamentatnych (odbędą się równocześnie z wyborami prezydenckimi) za kadencji Özgüra Özela. Obecnie średnia sondażowa daje partii około 33 proc. wskazań i pozycję lidera.
Prezydent Erdoğan publicznie przekonuje, że nie zamierza startować w kolejnych wyborach. Na zmianę zdania ma jednak niemal dwa lata.
Przeczytaj także:
Grzegorz Braun stanął w piątek przed warszawskim sądem, jednak rozprawa została zakłócona zachowaniem samego oskarżonego. Lider Konfederacji Korony Polskiej znieważył prokuratora, za co sędzia nakazał mu opuszczenie sali rozpraw na 30 minut.
„Ten banderowski prokurator reprezentuje reżim aktualny, ukropoliński reżim. Dał popis swojej bezcelowej skłonności do manipulacji i kłamstwa. Zaprezentował się jako skrajnie stronniczy, agresywny, napastliwy”
- powiedział Grzegorz Braun podczas rozprawy przed Sądem Rejonowym Warszawa-Praga Południe, jak relacjonuje „Fakt”.
Braun w ten sposób mówił o prokuratorze Macieju Młynarczyku, który przed sądem przypomniał sposób, w jaki oskarżony odnosił się do świadków w procesie, w którym zarzuca mu się siedem czynów karalnych.
Te uwagi prokuratora sprowokowały Grzegorza Brauna do ostrych słów, a atmosfera na sali rozpraw zrobiła się gorąca.
Sędzia zareagował więc, pytając prokuratora, czy czuje się znieważony. Ten odpowiedział:
„Wysoki sądzie, mam służbową grubą skórę, a oskarżony nie jest w stanie mnie znieważyć. Natomiast zwracam uwagę na niechlujność retoryczną oskarżonego. Przekracza granice, które określają przepisy dotyczące powagi sądu” – odpowiedział prokurator.
Sędzia przychylił się do tego. Uznał, że Grzegorz Braun rzeczywiście przekroczył granice dopuszczalnej wypowiedzi i dlatego zdecydował o usunięciu Grzegorza Brauna z sali na 30 minut.
Obrona posła zaprotestowała, jednak bez skutku.
Rozprawa przed Sądem Rejonowym Warszawa-Praga Południe dotyczy sprawy, w której zebrano aż 17 wątków z lat 2023–2025. Grzegorz Braun jest oskarżony o siedem czynów karalnych.
Wśród nich pojawia się kwestia obrazy uczuć religijnych wyznawców judaizmu, znieważenia, naruszenia nietykalności cielesnej i zniszczenia mienia.
Zarzuty te łączą się z głośnymi ekscesami posła jak zgaszenie świec chanukowych w Sejmie, zniszczenie choinki w krakowskim sądzie czy przerwanie wykładu prof. Jana Grabowskiego w Niemieckim Instytucie Historycznym.
To nie jedyne problemy posła Grzegorza Brauna z prawem, z którego wyraźnie sobie kpi. Niedawno, 8 maja, Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu próbowała mu postawić zarzuty w związku z tzw. „obywatelskim zatrzymaniem” ginekolożki Gizeli Jagielskiej w szpitalu w Oleśnicy.
To był już czwarty raz, kiedy prokurator próbował odczytać Braunowi zarzuty. Poprzednio poseł a to składał wnioski o wyłączenie prowadzących śledztwo prokuratorów, a to przedstawiał usprawiedliwienie nieobecności.
8 maja w prokuraturze się stawił, ale znów się nie udało, bo podczas odczytywania zarzutów Grzegorz Braun po prostu wstał i wyszedł. Następnie złożył wniosek o przeniesienie śledztwa do innej prokuratury, bo ta – jego zdaniem – złamała zasadę domniemania niewinności.
Przeczytaj także:
Adam Bodnar, a z nim Senat, wprowadził do ustawy anty-SLAPP ważną poprawkę. Jeśli przepisy wejdą w życie, to autor pozwu będzie musiał wykazać przed sądem, że jego intencją nie było nakładanie knebla i uciszenie głosów krytyki. Rząd tę odpowiedzialność próbował scedować na osobę pozwaną.
Senat jednogłośnie przyjął w czwartek ustawę „o szczególnych środkach ochrony w postępowaniu cywilnym osób uczestniczących w debacie publicznej”, zwaną potocznie anty-SLAPP. Ustawa ta daje bowiem sądom możliwość nałożenia grzywny na organizacje, firmy i osoby fizyczne, które sięgają po pozwy sądowe, by w ten sposób stłumić krytykę i zastraszyć dziennikarzy, aktywistów czy organizacje społeczne.
Projekt wróci teraz do Sejmu, ale z ważną zmianą. Senat przyjął bowiem poprawkę autorstwa byłego ministra sprawiedliwości i RPO Adama Bodnara, który zaproponował przerzucenie ciężaru dowodu na autora pozwu.
Jak tłumaczył Polskiej Agencji Prasowej Bodnar, chodzi o to, żeby ustalić pewien rytm działania przy przerzucaniu ciężaru dowodu. „Powód składa pozew, pozwany na to reaguje, twierdząc, że to tłumienie debaty publicznej. Wtedy powód musi wykazać, że nie ma na celu tłumienia debaty, bo zaistniały okoliczności uzasadniające pozew. Dopiero na bazie tej wymiany sąd będzie oceniał, czy pozew ma charakter SLAPP, czy nie” – objaśniał senator.
Bodnar przygotowując poprawkę wyszedł naprzeciw organizacjom społecznym, które od tygodni apelują, że rządowy projekt ustawy anty-SLAPP ma wady. Jedną z nich było właśnie obciążenie ofiary SLAPP ciężarem udowodnienia, że jej działanie było legalne – wbrew europejskim założeniom dyrektywy.
Ustawa anty-SLAPP wróci teraz do Sejmu. Kiedy zostanie uchwalona? Tego nie wiadomo, bowiem na razie nie ma jej w porządku obrad na przyszły tydzień.
Sejm uchwalił ustawę anty-SLAPP przed tygodniem, 15 maja. Ustawa ta wprowadza do polskiego porządku prawnego charakterystyczny rodzaj postępowań prawnych zmierzających do stłumienia debaty publicznych. Chodzi o sprawy inicjowane najczęściej przez wpływowe podmioty, m.in. korporacje, polityków czy instytucje publiczne, przeciwko dziennikarzom, aktywistom i organizacjom społecznym.
Ich celem nie jest udowodnienie przed sądem, że krytyka była nieadekwatna. Chodzi o rodzaj uciszenia czy zniechęcenia pozwanych do dalszych publikacji i nagłośnienia nieprawidłowości. A więc uciszenia krytyki i wywołanie „efektu mrożącego”, zniechęcającego innych do podobnych działań.
Jak wyjaśniał podczas wystąpienia w Sejmie wiceminister sprawiedliwości Arkadiusz Myrcha: „żeby zniechęcić taką osobę do krytykowania, stawiania publicznie pytań czy wątpliwości, kieruje się sprawę do sądu z wydumanym roszczeniem i zarzutem naruszenia dóbr osobistych, wciągając de facto tę osobę w wieloletni i niezwykle kosztowny spór sądowy”.
Ustawa anty-SLAPP zakłada:
Polska ma obowiązek uchwalić przepisy anty-SLAPP. Rząd jest już z tymi zapisami spóźniony – czas na wprowadzenie w polski porządek prawny stosownych przepisów minął 7 maja. Rządowy projekt wychodzi jednak poza minimum wymagane przez Unię Europejską – i daje szansę na realne dostosowanie zapisów do polskich realiów.
Przeczytaj także:
W piątek 22 maja rozpoczyna się proces Antoniego Zdzisława K., syna Jacka Kurskiego, byłego prezesa TVP. Zarzut to zgwałcenie dziewięcioletniej dziewczynki, córki znajomych rodziny. Proces rozpoczyna się dopiero po ponad dziesięciu latach
W piątek przed Sądem Rejonowym w Kwidzynie ma ruszyć proces 35-letniego Antoniego Zdzisława K. Syn byłego szefa TVP Jacka Kurskiego oskarżony jest o zgwałcenie dziewięcioletniej Magdaleny. Miało dojść do tego już kilkanaście lat temu, dziś Magdalena jest już pełnoletnia.
Matka dziewczynki zawiadomiła prokuraturę w Kwidzynie już w 2015 roku, jednak śledztwo przez lata umarzano.
Rodzice Magdaleny i małżeństwo Kurskich znali się od lat, wspólnie spędzali wakacje, m.in. w leśniczówce w woj. pomorskim, gdzie miało dojść do przestępstwa.
Antoniemu Zdzisławowi K. grozi od dwóch do 12 lat więzienia. Nie przyznaje się on do winy, a działania prokuratury nazywa „atakiem na polską prawicę i rodzinę”.
„Ja nic nie zrobiłem, a atak jest wymierzony w mojego ojca, który jest odważnym politykiem prawicy. Dołożę wszelkich starań, by prawda wyszła na jaw”
- powiedział Antoni Zdzisław K. w rozmowie z TVN24.
Akt oskarżenia wpłynął do Sądu Rejonowego w Kwidzynie w grudniu 2025 roku. Rozpoczęcie procesu jednak się przeciągało, ponieważ Sąd Rejonowy chciał przekazać sprawę do Gdańska. Formalnie z uwagi na to, że choć do przestępstwa miało dojść w miejscu odpowiadającym rejonowi Kwidzyna, to jednak większość osób występujących w sprawie mieszka w Gdańsku.
Nieoficjalny powód, który podaje TVN24, jest taki, że w małym sądzie istnieje większa obawa, że po powrocie do władzy prawicy, osoby odpowiedzialne za skazanie syna Jacka Kurskiego zostaną za to ukarane, a ich kariera zniszczona.
Jednak wniosek o przeniesienie sprawy z Kwidzyna do Gdańska został odrzucony.
Proces syna Jacka Kurskiego rusza dopiero po ponad dziesięciu latach, ponieważ zawiadomienie matki dziewczynki nałożyło się na okres, gdy władzę w Polsce przejęła Zjednoczona Prawica. Kurski został prezesem TVP, a władzę w prokuraturze objął jego kolega Zbigniew Ziobro.
Po złożeniu zawiadomienia postępowanie natychmiast przeniesiono wyżej – do Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, gdzie sprawę umożono i to dwukrotnie. Naciskać w tej sprawie miała wielokrotnie sama szefowa tej prokuratury Teresa Rutkowska-Szmydyńska.
Śledztwo ponownie wszczęto dopiero w 2023 roku, kiedy doszło w Polsce do zmiany władzy. Na wniosek pełnomocnika Magdaleny prokurator regionalny w Gdańsku przeprowadził kontrolę tamtego postępowania sprzed lat i uznał, że dwie prokuratorki zajmujące się sprawą za czasów Zbigniewa Ziobry, popełniły uchybienia należące do "kategorii najpoważniejszych przestępstw”.
Wydział Spraw Wewnętrznych Prokuratury Krajowej zajął się kwestią tego, czy prokuratorki przekroczyły uprawnienia, a jednocześnie Antoniemu K. szybko postawiono zarzuty.
Przeczytaj także: