Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Karol S. dwa lata temu oddał 12 strzałów w stronę migrantów, którzy usiłowali sforsować granicę polsko-białoruską. O przekroczenie uprawnień oskarżyła go Straż Graniczna, której funkcjonariusze byli zagrożeni strzelaniną urządzoną przez tego żołnierza.
Wojskowy Sąd Garnizonowy uniewinnił Karola S. od zarzutu przekroczenia uprawnień i narażenia osób na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
„W zachowaniu szeregowego sąd nie stwierdza żadnych znamion żadnego czynu zawartego w Kodeksie karnym” – powiedział Sędzia Radosław Hunek.
Zaznaczył także, że jednym z podstawowych zadań żołnierza jest obrona nienaruszalności granic. Sędzia też zwrócił uwagę, że do agresji ze strony osób nielegalnie przekraczających granicę dochodziło wówczas często, a miesiąc później od tego zdarzenia – w tym samym miejscu – zginął żołnierz ugodzony nożem.
Wyrok jest nieprawomocny.
Wcześniej z powodu braku znamion czynu przekroczenia swoich uprawnień została umorzona sprawa drugiego żołnierza, który również był na miejscu zdarzenia.
Karol S. stawił się na ogłoszenie wyroku w koszulce z reklamą neonazistowskiego zespołu Honor.
Jak pisze Onet, 25 marca 2024 r. około południa w okolicy miejscowości Dubicze Cerkiewne grupa migrantów rozgięła za pomocą lewarka samochodowego słupy płotu na granicy z Białorusią i przedostała się na polską stronę. Kiedy uchodźcy przekroczyli granicę, polscy żołnierze i funkcjonariusze SG zaczęli biec w tym kierunku oraz strzelać w powietrze.
Jak ustaliła Prokuratura Okręgowa w Warszawie, Karol S. – który wówczas pełnił wówczas służbę w 1 Warszawskiej Brygadzie Pancernej (Batalion Zmechanizowany w Białej Podlaskiej) – oddał 12 strzałów z broni służbowej wzdłuż drogi granicznej w kierunku grupy osób złożonej z 10 migrantów, dwóch funkcjonariuszy Straży Granicznej i dwóch żołnierzy. Na szczęście w nikogo nie trafił. .
Kiedy sytuacja była opanowana, Straż Graniczna wezwała na miejsce Żandarmerię Wojskową i żołnierzy zostali zatrzymani. SG złożyła doniesienie na dwóch żołnierzy strzelających z przeciwnego kierunku. Utrzymywała, że jej funkcjonariusze mieli być zagrożeni strzałami.
Natomiast obrońca Karola S., mec. Edyta Skwira, w komentarzu dla Onetu powiedziała, że „funkcjonariusze zaprzeczyli w swoich zeznaniach, aby czuli się w jakimkolwiek stopniu zagrożeni”.
„Podobne zeznania złożyli obecni na miejscu żołnierze. Nikt więc nie czuł się zagrożony. Jeśli chodzi o migrantów, to oni zniknęli po białoruskiej stronie, więc w tej sprawie był oskarżony, ale nie było pokrzywdzonych” – mówiła portalowi mec. Skwira. Prawdopodobnie taką argumentację przyjął też sędzia.
W trakcie śledztwa Karol S. nie przyznał się do zarzutów. Wyjaśniał, że do migrantów krzyknął: „Wojsko Polskie, stój!”, następnie: „Wojsko Polskie, stój, bo strzelam!”, po czym oddał strzały. Oskarżony utrzymywał w swoich wyjaśnieniach, że strzelał pod właściwym kątem w stosunku do grupy, aby nikogo nie trafić. Według żołnierza były to strzały alarmowe i ostrzegawcze.
Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz po strzelaninie stanął po stronie żołnierzy.
„Zatrzymanie żołnierzy oddających strzały alarmowe w kierunku atakujących migrantów jest nie do przyjęcia. Działania Żandarmerii Wojskowej wobec zatrzymanych zostaną bezwzględnie wyjaśnione. Żołnierze stojący na straży bezpieczeństwa państwa muszą być pewni, że procedury prawne ich chronią” – mówił minister obrony.
MON przygotował zmiany ustawowe, które rozszerzają ochronę żołnierzy używających broni na granicy. Na przykład wyłączono odpowiedzialność karną za działanie w stanie wyższej konieczności lub w warunkach zagrożenia. Został też powołany Zespół Ochrony Praw Żołnierzy, który zapewnia wojskowym ochronę prawną we wszelkich sytuacjach związanych z ich służbą. Według danych Onetu, od momentu powstania zespołu w różnych sprawach zgłosiło się do niego 838 żołnierzy.
Przeczytaj także:
Dla posłów prawicy nie miało wielkiego znaczenia, co znajduje się w projekcie ustawy o statusie osoby najbliższej. Na mównicę wyszli dziś straszyć „legalizacją adopcji” i końcem cywilizacji
W piątek 29 maja ustawa o statusie osoby najbliższej po drugim i trzecim czytaniu zostanie przegłosowana i skierowana do prac w Senacie – zapowiedział marszałek Włodzimierz Czarzasty.
W Sejmie wysłuchaliśmy dziś rytualnej dyskusji na temat praw społeczności LGBT+. Prawica w opozycji przekonywała, że rząd próbuje tylnymi drzwiami wprowadzić w Polsce związki partnerskie, które w konsekwencji będą służyć „legalizacji adopcji”.
„To jest atak na fundamenty naszego państwa, na polską rodzinę, na nasze społeczeństwo, na nasze tradycje” – mówił Michał Wójcik (PiS). „Ludzie mają prawo do szczęścia i nikt nie będzie meblował ich życia, ale to nie znaczy że mamy akceptować coś, co rujnuje nasze społeczeństwo. To jest antycywilizacyjne działanie” – stwierdził.
Podobnego zdania była Konfederacja. Poseł Michał Wawer przekonywał, że rząd chce przyznać związkom nieformalnym przywileje małżeństw, co de facto łamie polską Konstytucję. A przedstawiciel Grzegorza Brauna grzmiał, że Koalicja 15 października wypowiada wojnę świętej instytucji małżeństwa.
Padały też inne argumenty: że ustawa o statusie osoby najbliższej będzie nadużywana do uzyskania ulg podatkowych. Albo że nowa instytucja jest konkurencyjna wobec małżeństwa, bo daje wiele praw, ale nie nakłada żadnych obowiązków. I w końcu, że wprowadzenie podobnych rozwiązań zaszkodzi nie tylko ładowi prawnemu, ale też demografii.
Rząd ustawy bronił. Katarzyna Kotula tłumaczyła, że projekt „nie zmienia w najmniejszym stopniu definicji małżeństwa, nie ingeruje w kodeks rodzinny i opiekuńczy oraz konstytucję”. „Małżeństwo pozostanie odrębną uprzywilejowaną instytucją i nic się w tej sprawie nie zmieni” – podkreślała polityczka Lewicy.
„Art. 18 chroni małżeństwo, ale także rodzinę. Dwie osoby żyjące ze sobą, mieszkające ze sobą, prowadzące ze sobą wspólne gospodarstwo domowe, wspierające się na dobre i złe, to także rodzina. I taką rodzinę państwo też powinno chronić” – mówiła w Sejmie Kotula.
Posłanka KO Dorota Łoboda pytała posłów prawicy, czego się boją. „Dwie osoby żyjące ze sobą i chcące sformalizować swój związek to normalna ludzkach potrzeba. Państwo jest od tego, żeby rozwiązywać ich problemy, a nie ich pouczać” – mówiła Łoboda. Dodała, że ustawa, którą proponuej rząd jest kompromisem. „Nie wprowadza niczego, czym możecie czuć się zagrożeni” – mówiła do opozycji. „Nie rozumiecie ludzi, którzy czekają wiele lat na to aż państwo ich zauważy i powie: jesteś pełnoprawnym obywatelem. Odmawiacie im praw” – mówiła Łoboda.
Uruszula Pasławska, posłanka PSL, która razem z Katarzyną Kotulą przygotowała projekt ustawy o statusie osoby najbliższej, podkreślała, że od 22 lat Sejm debatuje na ten sam temat. „Do tej pory wszystkie ustawy o związkach partnerskich zostały odrzucone lub trafiały do zamrażarki, bo obowiązywała logika wszystko albo nic. Przełamaliśmy ten model myślenia, zaproponowaliśmy nową formulę: wolnościową i proobywatelską. Z dużym szacunkiem do prawej sceny politycznej” – oceniała Pasławska.
Posłanka PSL dodała, że pomysł rządu „nawet nie przechodzi blisko definicji małżeństwa” z art. 18 Konstytucji. „Nasza ustawa ma charakter kompromisowy. Nikomu niczego nie zabiera, a daje bezpieczeństwo ludziom, którzy dziś żyją w związkach nieformalnych” – podkreślała Pasławska.
„Jesteśmy w stanie rozmawiać o waszych poprawkach, ale wy nie macie żadnych. Nie wyciągacie żadnych wniosków, nie widzicie, że świat się zmienia i Polacy adekwatnie odpowiedzą do waszej postawy” – zwróciła się do posłów prawicy.
Już dziś wiadomo, że w tym kształcie ustawa na pewno pójdzie na przemiał. Szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker zapowiedział, że Karol Nawrocki nie podpisze przepisów, które wprowadzają konkurencyjną wobec małżeństwa instytucję. Według Nawrockiego i jego współpracowników, rząd de facto chce zalegalizować w Polsce związki partnerskie, nie nazywając ich związkami partnerskimi.
Przypomnijmy, że ustawa o statusie osoby najbliższej nie wprowadza nowej instytucji do polskiego prawa, tylko proponuje możliwość zawarcia u notariusza kompleksowej umowy cywilnoprawnej, rejestrowanej przez państwo. Status cywilny osób, które podpisałyby taki dokument nie ulega zmianie, ale w podrejestrze akt stanu cywilnego widniałaby adnotacja o uzyskaniu statusu osoby najbliższej (co wykluczałoby równoległe zawarcie związku małżeńskiego). Uprawnienia, które przysługiwałyby takim parom, obejmowałyby: dziedziczenie, organizację pochówku, prawo do informacji medycznej, ale także sprawy podatkowe, zabezepieczenie społeczne, czy ubezpieczenie zdrowotne.
Według Karola Nawrockiego to zmiany o charakterze ustrojowym, na które Pałac Prezydencki nie może się zgodzić. Paweł Szefernaker sugerował, że jeśli rząd nie zmieni filozofii, prezydent może przygotować własny, jeszcze bardziej okrojony projekt ustawy. Jak dodała Barbara Socha, doradczyni Karola Nawrockiego, miałby on dotyczyć wszystkich obywateli, nie tylko tych tworzących rodziny. Status osoby bliskiej mogłyby uzyskać wówczas dwie dowolne osoby, np. sąsiedzi.
Katarzyna Kotula w rozmowie z OKO.press zapewniała, że nie składa broni, a rząd będzie przekonywał prezydenta do swoich racji do ostatniej chwili.
Przeczytaj także:
Zamiast funduszu utworzonego przez Bank Światowy, organizacja korzysta z konta w prywatnym banku. A na nim środków jest stosunkowo niewiele
„Financial Times” pisze, że oficjalny fundusz Rady Pokoju Donalda Trumpa jest pusty. Jeden z informatorów „FT” powiedział wprost, że na konto organizacji wpłynęło dotychczas „zero dolarów”. Chodzi o fundusz utworzony przez Bank Światowy, zaaprobowany przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Pieniądze, które będą przechodzić przez to konto, muszą być wydawane transparentnie. Zamiast tego Rada Pokoju korzysta z konta w banku JPMorgan. A środki na nim nie podlegają żadnym zasadom transparentności. I są bardzo ograniczone.
Według anonimowego urzędnika związanego z Radą Pokoju, organizacja będzie raportować swoje sprawy finansowe do własnej rady wykonawczej „w odpowiednim czasie”. W radzie tej zasiada 9 osób wybranych przez Trumpa, w tym zięć Trumpa, jego znajomy deweloper i szefowa jego sztabu.
„FT” pisze, że na konto to wpłynęło w ostatnim czasie 120 mln dolarów od Zjednoczonych Emiratów Arabskich i 3 mln dolarów od Maroka. Środki od ZEA mają być przeznaczone na szkolenie nowej policji w Strefie Gazy. Środki są jednak zamrożone, a program nie ruszył.
Jeden z informatorów „FT” mówi też, że dotychczas na rekonstrukcję Strefy Gazy nie wykorzystano jeszcze ani jednego dolara.
Utworzenie Rady Pokoju zapowiedział Donald Trump przy okazji dogrywania szczegółów zawieszenia broni w Strefie Gazy z października w zeszłym roku. Organizacja została zainaugurowana w styczniu 2026 roku. Na podstawie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 2803 Rada ma być odpowiedzialna za nadzorowanie odbudowy Strefy Gazy. Jednocześnie Trump miał na Radę znacznie szerszy pomysł.
Amerykański prezydent chciał stworzyć organizację alternatywną wobec ONZ, nad którą ma jednocześnie większą kontrolę. Statut organizacji został napisany w sposób, który nie pozostawia wątpliwości, kto tu rządzi. Wszystkie decyzje podejmuje Trump. To oczywiście osłabia status Rady jako potencjalnej szanowanej międzynarodowej organizacji.
Tak też Rada została potraktowana przez większość świata. Pomimo szumnych zapowiedzi Trumpa, do dziś do organizacji przystąpiło 27 krajów. Większość z nich ma marginalne znaczenie w światowej polityce. Podczas styczniowej inauguracji kraje członkowskie zadeklarowały 7 mld dolarów na cel odbudowy Strefy Gazy, a Amerykanie mieli dołożyć kolejnych 10 mld.
Rada ogłosiła też plan odbudowy Strefy Gazy. Ponad cztery miesiące później nie wydarzyło się w tym kierunku niemal nic. Izrael wciąż atakuje cele w Strefie Gazy i zagarnia kolejne skrawki Strefy, Hamas odmawia rozbrojenia (które było częścią porozumienia). W międzyczasie pomysłodawca i prezes Rady Pokoju wypowiedział wojnę Iranowi, pokój zszedł więc na dalszy plan. Na dziś Rada wygląda jak spora porażka polityczna Trumpa.
Przeczytaj także:
Według premiera Tuska traktat ten wyznacza ramy dla współpracy militarnej, w przemyśle zbrojeniowym, współpracy na rzecz bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni.
We środę, 27 maja w Londynie premierzy Polski i Wielkiej Brytanii, Donald Tusk i Keir Starmer podpisali traktat o partnerstwie w obszarze bezpieczeństwa i obrony.
Tusk podkreślił, że „istotą polityczną tego traktatu jest wzmocnienie solidarności europejskiej, solidarności w ramach NATO i solidarności europejsko-amerykańskiej, tych więzi transatlantyckich”.
„Historia uczy, a geografia poucza nas w sposób wyjątkowo bolesny, że Polska musi budować sojusze wiarygodne. Takie, które będą przede wszystkim odstraszały ewentualnych agresorów. Sojusze, z których będą wynikały praktyczne działania przed ewentualnym konfliktem, aby uniknąć bezpośredniego zagrożenia” – mówił premier przed wylotem do Londynu. Podkreślił, że właśnie taki charakter ma traktat między Polską a Wielką Brytanią.
Według premiera Tuska traktat ten wyznacza ramy dla współpracy militarnej, w przemyśle zbrojeniowym, współpracy na rzecz bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni i rozwoju najnowocześniejszych technologii (dotyczące dronów, obrony powietrznej).
Ze względu na miejsce jego podpisania będzie nazywany Traktatem z Northolt.
Według Tuska obie strony podkreślają w nim, że „są świadome, że zagrożeniem strategicznym, także długoterminowym dla Polski, Wielkiej Brytanii, dla NATO, jest Rosja”.
„To nic nowego w sensie naszego doświadczenia i naszej wiedzy o tym, co się dzieje na świecie, ale jest to znaczący przełom, jeśli chodzi o taką polityczną, nazwaną wprost, motywację dla współpracy militarnej i obronnej pomiędzy Polską i Wielką Brytanią” – mówił Tusk.
Jak pisze PAP, zdaniem Starmer ocenił, że traktat będzie „największym od pokolenia krokiem naprzód we wzajemnych relacjach w zakresie obrony i bezpieczeństwa”.
Strona brytyjska poinformowała, że traktat zakłada m.in. wspólną produkcję pocisków obrony powietrznej średniego zasięgu nowej generacji, „zakrojone na szeroką skalę” ćwiczenia polskich i brytyjskich wojsk, wzmacnianie systemów obrony powietrznej i przeciwrakietowej oraz projektowanie zaawansowanej amunicji do obrony powietrznej.
To kolejne z serii dwustronnych partnerstw zawieranych przez polski rząd z innymi państwami. Wcześniej podobny dokument został podpisany z Francją. W przyszłym miesiącu zaplanowane jest podpisanie umowy z Niemcami.
Po co Polsce dwustronne traktaty ws. obronności skoro kraj jest członkiem NATO?
„Niezależnie od reakcji NATO jako całości, będzie można liczyć i na Francję, i na Wielką Brytanię, na szybkie reakcje dwustronne w przypadku zagrożenia, zanim zapadnie decyzja wszystkich 32 członków NATO” – wyjaśniał rano premier. Dodał, że szybkość reakcji będzie bardzo ważna w przypadku konfliktu.
„To nie jest zamiast, to nie jest obok NATO” – podkreślił Tusk. Zaznaczył, że Polska i Wielka Brytania poważnie traktują zapowiedzi Stanów Zjednoczonych o zmniejszaniu obecności w Europie i trzeba być na to przygotowanym.
„Skoro nasz najważniejszy sojusznik uważa, że Europa powinna wziąć na siebie większy ciężar za własne bezpieczeństwo, to Polska jako i lojalny sojusznik, i państwo, które zdaje sobie sprawę, jak ważne jest bezpieczeństwo, podjęła ten wysiłek” – mówił premier.
Przeczytaj także:
Armia izraelska potwierdziła zabicie nowego przywódcy zbrojnego ramienia Hamasu – Mohameda Odego. Miał zginąć razem z rodziną we wtorek podczas izraelskiego ataku na Gazę. Jedenaście dni wcześniej w podobnym ataku zginął jego poprzednik.
Według izraelskiego wojska Mohamed Ode został zabity podczas nalotu na miasto Gaza po „wielomiesięcznej obserwacji wywiadowczej i monitorowaniu operacyjnym”. Zbombardowano kilka budynków w mieście Gaza, które miały służyć mu za kryjówkę.
Wcześniej Ode stał na czele wywiadu Hamasu, jednak po śmierci poprzedniego przywódcy, Izza ad-Dina al-Haddada, na początku tego miesiąca objął stanowisko szefa skrzydła zbrojnego.
Siły Obronne Izraela (IDF) zaznaczyły, że Ode odegrał kluczową rolę w planowaniu i koordynacji ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023 roku. Według służb specjalnych jest on jednym z ostatnich żyjących dowódców Hamasu, którzy mieli udział w organizacji tego ataku.
O śmierci Ode poinformował również izraelski minister obrony Israel Kac. „Zobowiązaliśmy się zlikwidować wszystkich, których działania doprowadziły do okrucieństw z 7 października, i będziemy kontynuować tę operację” – mówił Katz. Dodał, że Izrael dąży do pozbawienia Hamasu władzy w Strefie Gazy.
„Plan dobrowolnej emigracji z Gazy również zostanie wdrożony – wszystko we właściwym czasie i we właściwy sposób” – zaznaczył Kac.
Wieczorem, 26 maja premier Izraela Benjamin Netanjahu poinformował, że izraelskie wojsko przeprowadziło nalot w centralnej części Strefy Gazy, celując w Mohameda Odego, nowego przywódcę skrzydła wojskowego Hamasu.
W biurze izraelskiego premiera określono Ode jako jednego z „architektów” ataków z 7 października. „Ode był odpowiedzialny za zabójstwa i porwania wielu obywateli Izraela oraz żołnierzy Sił Obronnych Izraela” – czytamy we wspólnym oświadczeniu izraelskiego premiera Netanjahu i ministra obrony Kaca, opublikowanym we wtorek.
W wyniku izraelskiego ataku, który zniszczył najwyższe piętro budynku mieszkalnego w mieście Gaza, zginęły co najmniej trzy osoby, a ponad 20 zostało rannych.
Według komunikatu ministerstwa zdrowia Strefy Gazy od początku wojny, czyli od października 2023 roku, zginęło ponad 72,8 tys. mieszkańców Strefy, z czego 906 już po formalnym wprowadzeniu zawieszenia broni. Armia izraelska informuje, że w walkach w Strefie Gazy poległo 472 jej żołnierzy.
Wcześniej, 26 maja, Izrael mimo obowiązującego od ponad miesiąca zawieszenia broni w wojnie USA i Izraela z Iranem ogłosił rozszerzenie operacji lądowych w Libanie, gdzie jego wojska zwalczają wspierany przez Iran Hezbollah. Według doniesień władz Libanu izraelska armia przeprowadziła we wtorek ponad 120 nalotów. Zginęło 31 osób, a 40 zostało rannych.
Przeczytaj także: