Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Umowa zbrojeniowa z Tajwanem to według Donalda Trumpa „bardzo dobra karta przetargowa” w rozmowach z Chinami. Prezydent USA nie tylko wstrzymuje pomoc dla Tajwanu na wypadek inwazji, ale sugeruje, że za napięcia odpowiada prezydent Lai, a nie Pekin
Po wizycie w Pekinie prezydent Donald Trump pytany przez dziennikarzy, czy w razie chińskiej inwazji jego wsparcie dla Tajwanu będzie niezachwiane, odpowiedział wymijająco. „On (Xi) nie chce widzieć ruchu w kierunku niepodległości. Mówi: »Słuchajcie, wiecie, mieliśmy to przez tysiące lat« (...), jeśli chodzi o Tajwan, on jest bardzo zdecydowany. Nie poczyniłem żadnego zobowiązania w tę czy w drugą stronę” – mówił Trump na podkładzie Air Force One.
Jak podaje amerykański dziennik The New York Times, prezydent Donald Trump wykorzystuje sprzedaż broni dla Tajwanu jako kartę przetargową w negocjacjach gospodarczych z Chinami. Chodzi o umowę zbrojeniową o wartości 14 mld dolarów, która pozwoliłaby wzmocnić wyspę przed zagrożeniem ze strony Pekinu. Tajwan miał zakupić od amerykanów rakiety, sprzęt do zwalczania dronów i systemy obrony powietrznej. Trump wstrzymuje sprzedaż, mówiąc, że to „bardzo dobra karta przetargowa” w rozmowach z Xi Jinpingiem. A zgoda na umowę zbrojeniową zależy według niego od od Chin. Rząd Tajwanu stara się szybko złagodzić napięcia, oświadczając, że amerykańscy urzędnicy wielokrotnie zapewniali, iż polityka Stanów Zjednoczonych pozostaje niezmieniona.
Jednak na antenie Fox News amerykański prezydent wyraźnie odcinał się od Tajwanu. „Jeśli spojrzeć na stosunek sił, Chiny to naprawdę potężny, ogromny kraj. A to tylko malutka wyspa. Pomyślcie tylko – dzieli ich od niej zaledwie 59 mil. My jesteśmy oddaleni o 9500 mil. To dość trudny problem. Tajwan rozwinął się, bo mieliśmy prezydentów, którzy nie mieli pojęcia, co robią. Ukradli nam przemysł chipowy” – mówił Trump.
Równie niepokojący jest fakt, że po wizycie w Pekinie prezydent USA przyjął opowieść Xi o tym, że to Tajwan ponosi winę za obecne napięcia. Chiny przedstawiają prezydenta Lai i jego urzędników jako niebezpiecznych separatystów, którzy próbują wciągnąć Stany Zjednoczone w wyniszczającą wojnę.
„Cóż, dążenie do niepodległości to ryzykowna sprawa, wiesz” – mówił w wywiadzie Trump. „Dążą do niepodległości, bo chcą wojny i sądzą, że mają za sobą Stany Zjednoczone. „Chciałbym, żeby wszystko pozostało tak, jak jest” – dodał. Wypowiedzi Trumpa sugerują, że USA życzą sobie utrzymania status quo Tajwanu, w ramach którego wyspa funkcjonuje jako odrębna jednostka, ale nie dąży do formalnej niepodległości.
Chiny uważają Tajwan, gdzie po wojnie domowej w 1949 roku zbiegł nacjonalistyczny rząd Czang Kaj-Szeka, za integralną część swojego państwa. Dla Xi Jinpinga zjednoczenie Tajwanu z kontynentalnymi Chinami to podstawowy cel polityczny, którego nie da się osiągnać inaczej niż przy użyciu siły militarnej.
Jak pisał w OKO.press Jakub Szymczak, Tajwan odgrywa ważną rolę w światowej gospodarce m.in. jako kluczowy producent najnowocześniejszych układów scalonych. Amerykanie nie uznają niepodległości Tajwanu, dziś takie stanowisko zajmuje zaledwie kilka małych krajów na świecie. Jednocześnie przez dekady Amerykanie stali na stanowisku, że Chiny nie powinny zajmować wyspy i przyłączać jej do swojego państwa. Xi Jinping dąży do tego, by Amerykanie zrezygnowali z tego stanowiska, a administracja Trumpa wydaje się być gotowa, żeby zmienić zdanie.
Przeczytaj także:
Ostatniej nocy Ukraińcy przeprowadzili kolejny udany atak na największe zakłady chemiczne na południu Rosji
Według Kremla w nocy z 15 na 16 maja rosyjska obrona przeciwlotnicza zniszczyła 138 ukraińskich dronów. To jednak niepełny bilans. Do sieci trafiły nagrania, na których widać eksplozję w Niewinnomyssku nad Kubaniem. Jak wskazuje agencja Unian, znajdują się tam zakłady Azot – jedna z największych w Rosji fabryk chemicznych. Z relacji w mediach społecznościowych wynika, że na terenie zakładów wybuchł pożar.
To już szósty udany ukraiński atak na Azoty od początku wybuchu wojny. Fabryka, poza produkcją nawozów wykorzystywanych w rolnictwie, wspiera też rosyjską armię. Jak podawał Reuters, w Azotach produkuje się materiały wybuchowe do amunicji artyleryjskiej. To największy zakład produkcyjny na południu Rosji. Pracuje w nim ponad 3,5 tys. osób.
W ogniu po ataku dronów stanął również zakład produkujący sprzęt elektroniczny w miejscowości Nabierieżnyje Czełny w Tatarstanie. Pożar objął obszar 6 tys. m kw.
Rosjanie również przeprowadzili zmasowany atak na Ukrainę. Celem był głównie obwód odeski. Lokalne władze informowały o rannych i zniszczonej infrastrukturze cywilnej oraz portowej. Z kolei w Charkowie ranne zostały dwie osoby – przekazał mer Ihor Terechow. Rosja zaatakowała trzy dzielnice miasta. Udało im się uszkodzić trolejbus i dwie stacje metra.
Rosjanie coraz mocniej odczuwają skutki wojny, którą sami wywołali. Celem ukraińskich ataków są zakłady produkcyjne, rafinerie, a także infrastruktura krytyczna. Rosyjska obrona przeciwlotnicza jest w stanie szczelnie bronić tylko Moskwy, reszta kraju jest narażona na dotkliwe ataki.
W odpowiedzi Kreml przeprowadza brutalne naloty na ukraińskie miasta. Przykładem były wydarzenia z nocy z 13 na 14 maja. Siły Powietrzne Ukrainy poinformowały, że Rosjanie wystrzelili w kierunku Ukrainy 56 pocisków i 675 dronów uderzeniowych. Głównym celem ataku był Kijów. Uszkodzone zostały budynki mieszkalne i infrastruktura cywilna w kilku dzielnicach miasta. Zginęły 24 osoby, w tym trójka dzieci. 48 osób zostało rannych.
Przeczytaj także:
„Otrzymaliśmy instrukcje redukcji sił” – powiedział w piątek szef sztabu US Army gen. Christopher LaNeve. Wskazywał, że decyzja o wycofaniu przerzutu żołnierzy do Polski zapadła w Pentagonie
15 maja podczas wysłuchania w komisji sił zbrojnych kongresmeni rozmawiali o budżecie na amerykańskie wojsko. Najgorętszym punktem dyskusji było wstrzymanie rotacji żołnierzy do Polski. Chodzi o 2. pancerną brygadę grupy bojowej, która miała zastąpić swoich kolegów stacjonujących na wschodniej flance NATO.
Decyzja zapadła nagle i – jak podawały Politico i CNN – nie były efektem problemów logistycznych czy finansowych, związanych np. z sytuacją na Bliskim Wschodzie. Szef sztabu US Army gen. Christopher LaNeve, odpowiadając na pytania kongresmenów, stwierdził, że decyzja zapadła w Pentagonie.
„My, szef dowództwa bojowego, generał Grynkewich otrzymaliśmy instrukcje dotyczące redukcji sił. Współpracowałem z nimi, ściśle konsultując się (...) i uznaliśmy, że najbardziej sensowne byłoby, aby ta brygada nie wysyłała swoich sił na teatr działań” – mówił LaNeve.
Generał przyznał, że
nie wie, czy polski rząd został poinformowany o wycofaniu wojsk.
Gdy decyzja zapadła, część przerzucanej brygady była już w Polsce, a jej sprzęt był w tranzycie. LaNeve sugerował, że US Army wykonywała tylko polityczne polecenia sekretarza wojny Pete'a Hegsetha.
Republikański Kongresmen Don Bacon, były generał Sił Powietrznych USA uznał, że ruch Pentagonu to policzek dla Polski. „Cóż, ja już znam odpowiedź, bo dzwonili do mnie wczoraj. Nie wiedzieli. Zostali zaskoczeni. To jedni z naszych najlepszych sojuszników i nie mieli pojęcia” – mówił Bacon.
„Nadal nie wiedzą, dlaczego brygada została wstrzymana. Nie wiedzą, czy to tylko zawieszenie, czy na stałe. Jesteśmy winni Polsce i naszym bałtyckim przyjaciołom, którzy są bardzo narażeni przez tę decyzję, lepsze wyjaśnienie” – apelował.
Żołnierze stacjonujący na wschodniej flance NATO zmieniają się co kilka miesięcy. Gdy chce się wycofać kontygent, wystarczy nie wysyłać nowej brygady na zastępstwo. Tak prawdopodobnie stało się w przypadku Polski. Prawodpodobnie, bo nadal nie wiadomo, czy to rozwiązanie tymczasowe, czy ktoś zastąpi wycofane siły.
Już wcześniej podobna sytuacja wydarzyła się w Rumunii. Za to w kwietniu prezydent Donald Trump podjął decyzję o ograniczeniu amerykańskiej obecności w Niemczech o pięć tysięcy żołnierzy. Wówczas sugerowano, że jednostka wojsk lądowych z Niemiec, może zostać przekierowana nad Wisłę. Teraz sytuacja jest jeszcze bardziej zawiła, bo polski rząd nie został uprzedzony o wstrzymaniu sił, a decyzja zapadła z dnia na dzień, w trakcie planowanego przerzutu. To wskazuje na potężny chaos komunikacyjny i strategiczny. A także brak stabilności w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi.
„Wstrzymanie rotacji jednej brygady cofa amerykańskie zaangażowanie do czasów sprzed 2022 roku. I budzi niepokojące skojarzenia w sytuacji, gdy trumpiści oficjalnie ogłosili, że celem polityki bezpieczeństwa Trumpa będzie strategiczna stabilizacja w relacjach z Rosją. Być może redukcja wojsk jest sygnałem, który ma Putina zachęcić do jakiegoś kroku deeskalujacego. I jeśli tak by było, to jest myślenie życzeniowe i naiwne” – pisał w OKO.press Michał Piekarski.
Przeczytaj także:
Sejm uchwalił w piątek ustawę antySLAPP. Ma ona chronić uczestników debaty publicznej przed prawnymi atakami wywołującymi efekt mrożący. Na autora nieuzasadnionego pozwu, który będzie miał na celu ograniczenie takiej debaty, sąd będzie mógł nałożyć grzywnę w wysokości do 100-krotności minimalnego wynagrodzenia.
Ustawa wprowadza do polskiego porządku prawnego wskazania dyrektywy unijnej, która nakłada obowiązek wprowadzenia mechanizmów pozwalających na szybsze eliminowanie bezzasadnych powództw. Nazywa się je SLAPP (z ang. Strategic Lawsuit Against Public Participation – strategiczne postępowania prawne zmierzające do stłumienia debaty publicznej). Chodzi o sprawy inicjowane najczęściej przez wpływowe podmioty, m.in. korporacje, polityków czy instytucje publiczne, przeciwko dziennikarzom, aktywistom i organizacjom społecznym. Projekt przygotowało Ministerstwo Sprawiedliwości.
W ustawie zapisano możliwość oddalenia powództwa bezzasadnego (sąd będzie miał na to trzy miesiące). Zostałoby uznane za bezzasadne, gdyby sąd ocenił, że zmierza do stłumienia, ograniczenia lub zakłócenia debaty publicznej lub szykanowania za udział w niej. Rozstrzygając te kwestie, sąd mógłby wziąć pod uwagę takie okoliczności, jak: nieproporcjonalność żądania, nadmierny lub nieuzasadniony charakter roszczenia, wszczynanie przez powoda wielu podobnych postępowań dotyczących tego samego przedmiotu debaty publicznej, zachowanie autora pozwu mające cechy gróźb lub zastraszania, działanie w złej wierze, czyli np. na zwłokę, lub składanie pozwu w miejscu niekorzystnym, lub uciążliwym dla pozwanego.
Sąd mógłby też oddalić pozew, gdyby zauważył wykorzystywanie przez powoda przewagi finansowej lub wpływów politycznych albo gdyby stwierdził, że pozew jest skierowany przeciw osobie fizycznej, a nie instytucji, w której imieniu pozwany działa.
Ustawa potrzebuje jeszcze akceptacji Senatu i podpisu prezydenta. W głosowaniu w Sejmie poparło ją 359 posłów, przeciw było 23, wstrzymało się 59. Przeciw głosowały obie Konfederacje i klub Kukiza Demokracja Bezpośrednia.
Przeczytaj także:
Ataki typu SLAPP grożą debacie publicznej w całej Europie. Zdarzają się także w Polsce, choć w czasach PiS wykształciła się u nas specyficzna forma ataku władzy na aktywistów. Z użyciem policji, prokuratury i instytucji publicznych, które zasypywały aktywistów drobnymi, ale męczącymi sprawami sądowymi i policyjnymi. A także atakami w podporządkowanych władzy mediach i przez finansowane najprawdopodobniej z publicznych pieniędzy farmy trolli.
Tego problemu ustawa nie rozwiąże. Jego analizą zajął się ekspercka komisja rządowa pod kierownictwem Sylwii Gregorczyk-Abram, która miała zdokumentować mechanizm nacisku na społeczeństwo obywatelskie przez władzę, która podporządkowała sobie większość instytucji państwa. Pełen raport komisji nie jest jeszcze znany – publikowane były tylko raporty cząstkowe.
Przeczytaj także:
Deklaracja domaga się zmiany linii orzeczniczej Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w kwestii praw migrantów.
Podczas dorocznej sesji Komitetu Ministrów Rady Europy w Kiszyniowie ministrowie spraw zagranicznych 46 państw członkowskich RE przyjęli deklarację polityczną dotyczącą Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Dokument został przyjęty jednogłośnie i dotyczy przede wszystkim migracji.
Choć w dokumencie kilkukrotnie podkreślany jest szacunek dla dorobku orzeczniczego ETPC oraz przywiązaniu do przestrzegania wartości i przepisów Konwencji, w poszczególnych artykułach deklaracji państwa domagają się jej reinterpretacji.
Podpisana przez 46 tzw. deklaracja kiszyniowska to zwieńczenie dłuższego procesu, w którym państwa europejskie zarzucały Europejskiemu Trybunałowi Praw Człowieka w Strasburgu, że interpretuje Europejską Konwencję Praw Człowieka w sposób, który rzekomo utrudnia zapewnienie bezpieczeństwa publicznego w ich krajach. Chodzi przede wszystkim o wymaganie przez ETPC, by kraje-sygnatariusze szanowały takie zasady jak non-refoulement, czyli zakaz deportacji migranta do kraju, gdzie grozi mu niebezpieczeństwo, czy zakaz zbiorowych wydaleń cudzoziemców.
Przeczytaj także: