Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
„Intensywne prace policji trwają. Planowane są kolejne zatrzymania i czynności śledcze. Zero tolerancji dla przestępców” – napisał szef MSWiA na portalu X.
Minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński napisał na X: „Kolejne zatrzymania ws. fałszywych alarmów – łącznie zatrzymano 5 osób, 3 z nich mają już zasądzony areszt. Intensywne prace policji trwają. Planowane są kolejne zatrzymania i czynności śledcze. Zero tolerancji dla przestępców”.
O trzech pierwszy zatrzymanych osobach dowiedzieliśmy się na początku tygodnia. O zatrzymaniu czwartej osoby informował Donald Tusk 28 maja.
Piątą zatrzymaną osobą jest 29-letni mieszkaniec powiatu otwockiego. Podinspektor Ewelina Gromek-Oćwieja z Komendy Stołecznej Policji przekazała TVN24, że mężczyzna jest podejrzany o wykonanie w dniu 18 maja „dwóch połączeń telefonicznych na numer alarmowy 112, informując o groźbie zdetonowania ładunku wybuchowego na terenie jednej ze stacji telewizyjnych”.
Policjanci zabezpieczyli dwa telefony komórkowe oraz komputer należące do 29-latka. Prokuratur Prokuratury Okręgowej w Warszawie wystąpił o zastosowanie wobec mężczyzny środka zapobiegawczego w postaci aresztowania na trzy miesiące. Sąd się do tego wniosku przychylił.
Między 10 a 15 maja doszło do dwunastu interwencji funkcjonariuszy policji, w związku z fałszywymi – jak się później okazało – alarmami. Zgłaszający informowali o podłożeniu ładunków wybuchowych albo o różnych sytuacjach, związanych z zagrożeniem życia lub zdrowia osób przebywających pod podawanym przez oszustów adresem.
Policja weszła między innymi do mieszkania redaktora naczelnego TV Republika Tomasza Sakiewicza, interweniowała także przy posesji Jarosława Kaczyńskiego w Warszawie. 23 maja wieczorem doszło do interwencji w domu matki prezydenta Karola Nawrockiego. „Jej mieszkanie nie było objęte ochroną SOP, dlatego straż pożarna, która otrzymała informację o pożarze pod wskazanym adresem, nie wiedziała, że chodzi o mieszkanie rodziny prezydenta Polski. Ratownicy, którzy przybyli na miejsce, stwierdzili, że nie widać zagrożenia pożarowego. Wtedy dostali drugie zgłoszenie – o zagrożeniu życia osoby, znajdującej się w mieszkaniu. Strażacy weszli więc do lokalu siłowo. Jednak mieszkanie okazało się puste” – pisała w OKO.press Anna Mierzyńska.
Przeczytaj także:
„Dla naszych wojskowych walka UPA symbolizuje wyłącznie sprzeciw wobec imperialnej polityki Moskwy i w żadnym razie nie jest wymierzona przeciwko Polakom” – pisze rzecznik MSZ w Kijowie Heorhij Tychyj
„Widzimy gwałtowną reakcję w Polsce na decyzję o nadaniu jednemu z ukraińskich pododdziałów nazwy upamiętniającej bohaterów UPA. Jest to przykre, ponieważ dzieje się wbrew szerszemu trendowi rozwiązywania problematycznych kwestii w relacjach ukraińsko-polskich, który obserwowaliśmy przez ostatnie półtora roku” – napisał rzecznik MSZ w Kijowie Heorhij Tychyj, cytowany przez PAP.
Dalej czytamy w odpowiedzi: „Inicjując nadanie honorowej nazwy swojemu pododdziałowi, nasi wojskowi z pewnością nie mieli na celu obrażenia przyjaznego narodu polskiego. Dla nich walka UPA symbolizuje wyłącznie sprzeciw wobec imperialnej polityki Moskwy i w żadnym razie nie jest wymierzona przeciwko Polakom”.
Tychyj podkreślił również, że Ukraina nie unika trudnych tematów dotyczącej trudnej przeszłości i relacji z Polską, ale nie chce, by to stało się tematem politycznym. „Nasza historia potwierdza, że na sporach między Ukraińcami a Polakami korzysta wyłącznie Moskwa” – napisał.
W środę 27 maja prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imię „Bohaterów UPA”. Tłumaczył, że zrobił to "w celu przywrócenia historycznych tradycji narodowego wojska oraz uwzględniając wzorowe wykonywanie powierzonych zadań podczas obrony integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy”.
Na tę decyzję zareagował prezydent Karol Nawrocki, który uważa, że prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu powinien zostać odebrany Order Orła Białego. „Gloryfikowanie UPA jest rzeczą, która dostarczyła rosyjskiej propagandzie wiele tlenu do dezinformacji” – powiedział prezydent.
Dodał, że wspieranie Ukrainy w wojnie z przeciwko Rosją i przeciwko „bandycie, którym jest Władimir Putin” jest strategicznym celem Polski, jednak decyzję prezydenta Żeleńskiego skrytykował, mówiąc, że "tak nie buduje się relacji między narodami”.
Spór pomiędzy prezydentami Polski i Ukrainy starał się załagodzić premier Donald Tusk.
„Mamy bardzo poważny problem. Decyzja prezydenta Zełenskiego narusza naszą wrażliwość historyczną i moim zdaniem niepotrzebnie znowu wynosi na dość niepokojący poziom kwestię różnic historycznych, różnych interpretacji – mówił.
„Każdy naród ma prawo do swoich interpretacji, ale prezydent Zełenski i nasi ukraińscy przyjaciele muszą być świadomi, co znaczy z punktu widzenia każdej Polki i Polaka to ponure dziedzictwo UPA. Ta decyzja jest niepokojąca z punktu widzenia naszych relacji” – dodał Tusk.
Dodał również, że „oczekiwałby od obu prezydentów, żeby potrafili się wznieść ponad historyczne emocje i próbować budować trudną, ale konieczną przyjaźń polsko-ukraińską”.
Komisja Europejska odblokowała Węgrom 16,4 mld euro, które dotąd mroziła z powodu polityki prowadzonej przez Viktora Orbána. To ok. 13 proc. węgierskiego PKB. Mimo, że KE cieszyła się ze zwycięstwa Petera Magyara w kwietniowych wyborach, postawiła nowemu premierowi twarde warunki
Komisja Europejska odblokowała Węgrom 16,4 mld euro – poinformowała w piątek (29 maja) Ursula von der Leyen podczas spotkania z premierem Węgier Peterem Magyarem.
10 mld euro to środki z funduszu odbudowy, a kolejne 6 mld euro to pieniądze unijnego budżetu, z funduszy spójności. Komisja Europejska wcześniej mroziła te pieniądze, nie chcąc wypłacić ich Węgrom. Powodem był Viktor Orbán, a raczej jego polityka. Komisja Europejska zarzucała Węgrom za czasów Orbána łamanie praworządności i brak niezależności sądownictwa.
„Dzisiaj udowodniliśmy, że w Brukseli nie ma żadnych kwestii ideologicznych i oczekiwań, ale że musimy po prostu podjąć działania przeciwko korupcji — powiedział węgierski premier Peter Magyar.
Dodał, że jego poprzednik, Viktor Orbán, kłamał o prawdziwym powodzie zamrożenia funduszy UE.
„Kłamał, że wszystko to stało się, ponieważ Węgry przyjęły inne stanowisko w sprawie migracji i wojny rosyjsko-ukraińskiej. Jednak prawdziwym powodem była korupcja. Poziom korupcji, który przez długi czas był niewyobrażalny w UE i na Węgrzech — mówił Peter Magyar.
Przeczytaj także:
Węgierski premier piątkowe wydarzenie ogłosił "historycznym porozumieniem”. Odmrożone 16,4 mld euro to około 13 proc. węgierskiego PKB.
Porozumienie to nie było jednak łatwe i to mimo, że kwietniowa wygrana Petera Magyara i odsunięcie od władzy Viktora Orbána Komisję Europejską ucieszyło. To jednak za mało, by odblokować pieniądze i do ostatniej chwili toczyły się rozmowy w tej sprawie.
Komisja żądała od nowego premiera konkretnego planu reform przywracających niezależność sądownictwa, działania na rzecz walki z korupcją i zapewnienie przejrzystych reguł dotyczących przetargów publicznych.
Premier Magyar podkreślał w piątek, że Węgry spełniły warunki Brukseli, a w niektórych obszarach zrobiły nawet więcej. Przykładem jest decyzja o przystąpieniu Węgier do Prokuratury Europejskiej jako jeden z elementów walki z korupcją.
Peter Magyar zapowiedział też, że jego rząd wprowadzi bardziej rygorystyczny system oświadczeń majątkowych. A celowe podanie fałszywych informacji będzie grozić karą do dwóch lat więzienia.
Odblokowane w końcu pieniądze Węgrzy mają wydać na na rozwój transportu, opiekę zdrowotną oraz cele społeczne i środowiskowe (4 mld euro), edukację i rozwój szkolnictwa wyższego (2,2 mld euro) oraz na rozwój sieci energetycznej (1,5 mld euro).
Odblokowanie unijnych środków było jedną z głównych kampanijnych obietnic Petera Magyara. Teraz rząd Węgier ma czas do 31 sierpnia na złożenie wniosku o ich wypłatę.
Przeczytaj także:
Aresztowano jednego z pracowników Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Zarzut: szpiegostwo na rzecz innego państwa. To obywatel Polski, pracujący prawdopodobnie w jednym z najważniejszych zakładów PGZ – w skarżyskim Mesko, gdzie produkowane są m.in. przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Piorun. Podejrzanemu może grozić nawet dożywocie
Pracownik jednego z zakładów Polskiej Grupy Zbrojeniowej został zatrzymany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz innego państwa. Do zatrzymania doszło już w środę (27 maja), jednak dopiero w piątek poinformował o tym w serwisie X minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz.
Polska Grupa Zbrojeniowa to największy polski koncern obronny należący do Skarbu Państwa, a jedna z największych grup zbrojeniowych w Europie.
„W dniu 27 maja w wyniku postanowienia prokuratora okręgowego w Poznaniu wydział do spraw wojskowych, został zatrzymany obywatel RP, pracownik jednego z zakładów Grupy PGZ, pod zarzutem szpiegostwa na rzecz obcego państwa – art. 130 paragraf 2. Materiał dowodowy zgromadziła Służba Kontrwywiady Wojskowego przy wsparciu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego” – napisał szef MON.
Zatrzymanym jest polski obywatel. Jak ustaliła „Rzeczpospolita”, pracował on prawdopodobnie w skarżyskim Mesko. Jest to jeden z najważniejszych zakładów należących do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Produkowane są tam m.in. przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Piorun oraz amunicja, zarówno małokalibrową, jak i wielkokalibrową.
Sąd Okręgowy w Poznaniu postanowił o aresztowaniu podejrzanego na trzy miesiące.
Art. 130 paragraf 2. Kodeksu karnego, o którym pisze minister, mówi:
„Kto, biorąc udział w działalności obcego wywiadu albo działając na jego rzecz, udziela temu wywiadowi wiadomości, której przekazanie może wyrządzić szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8 albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.”
„Kolejny podejrzany o szpiegostwo w areszcie. Dobra robota SKW, ABW i prokuratury!” – napisał, również na X, Tomasz Siemoniak, koordynator służb specjalnych.
Odniósł się tym samym do zatrzymania trzech Polaków pod zarzutem szpiegostwa, do którego doszło kilka dni temu – 20 maja. Trzej mężczyźni podejrzani są o szpiegowanie na rzecz Rosji, gromadzenie danych wywiadowcze o rozmieszczeniu wojsk NATO w Polsce, a także zbieranie pieniędzy na sprzęt dla rosyjskiej armii oraz udostępnianie materiałów propagandowych i dezinformacyjnych.
„Podejrzani należeli do nieformalnej prorosyjskiej organizacji paramilitarnej” – podkreślił Przemysław Nowak, rzecznik prasowy Prokuratury Krajowej. I dodał, że niektóre działania szpiegowskie i dezinformacyjne prowadzili już od 2019 roku.
Śledczy ujawnili, że mężczyźni zamierzali też realizować akcje sabotażowe i dywersyjne na terenie naszego kraju. Żeby się do tego przygotować, przechodzili szkolenia strzeleckie i z taktyki pola walki.
Jak ustaliło OKO.press, trzej Polacy zatrzymani za szpiegostwo na rzecz Rosji należeli do nacjonalistycznej organizacji Zadrużny Krąg. Z rosyjskimi neonazistami współpracowali od lat i nie ukrywali tego. Anna Mierzyńska pisała kilka dni temu, że przynajmniej jednego z zatrzymanych promował na swoich kanałach Krzysztof Tołwiński, były poseł PiS i wiceminister skarbu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.
Z kolei w lutym zatrzymano jednego z pracowników Departamentu Strategii i Planowania Obronnego Ministerstwa Obrony Narodowej, który miał współpracować z Białorusią.
Przeczytaj także:
WHO apeluje w Kongo o zawieszeni broni. Rejon ogniska epidemii Eboli to obszar bogaty w minerały, o które walczą grupy zbrojne. Na szczep Bundibugyo wirusa nie ma ani leków ani szczepionek, jednak WHO zaleciło przeprowadzenie badań klinicznych w tym zakresie. Szef agencji zdrowia Unii Afrykańskiej zadeklarował, że szczepionka może być gotowa do końca roku
Szef WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus przyleciał w czwartek do Demokratycznej Republiki Konga, żeby wesprzeć ten kraj w walce z rozprzestrzenianiem się wirusa Eboli.
Stwierdził, że epidemię Eboli „da się powstrzymać”, wezwał do zawieszenia broni i dodał, że WHO nie popiera zakazów podróży, ponieważ „nie przynoszą one większych korzyści”.
Rzecz w tym, że ognisko epidemii koncentruje się w regionie Konga bogatym w minerały, o który walczą grupy zbrojne. Walki z te z kolei powodują masowe migracje ludności. Według agencji ONZ ds. uchodźców od stycznia 2025 roku ponad 245 000 osób uciekło ze wschodniej Demokratycznej Republiki Konga do sąsiednich krajów.
„Konflikt i przesiedlenia utrudniają wszystko. Zwracam się bezpośrednio do wszystkich stron konfliktu w tym regionie: proszę o ogłoszenie zawieszenia broni. Żadna sprawa, żaden konflikt, żaden żal nie jest wart skazania niewinnych ludzi na śmierć z powodu choroby, której można zapobiec” – powiedział Tedros Adhanom Ghebreyesus.
Sąsiadująca z Kongo Uganda, gdzie odnotowano jeden przypadek śmiertelny z powodu wirusa Ebola i sześć zachorowań, ogłosiła natychmiastowe zamknięcie granicy z Demokratyczną Republiką Konga.
Tymczasem WHO ostrzega, że zamknięcie granic może spowodować wzrost liczby nieformalnych przejść granicznych oraz utrudnić monitorowanie i powstrzymanie choroby.
Jednocześnie Sąd Najwyższy Kenii tymczasowo zawiesił plany utworzenia w Kenii ośrodka kwarantanny i leczenia dla dotkniętych chorobą obywateli USA. Stany Zjednoczone zapowiedziały, że odmówią wjazdu na swoje terytorium wszystkim osobom zakażonym – pisze The Guardian.
W czwartek z kolei alarm podniesiono w Austrii, gdzie u osoby, która kilka dni temu wróciła z Ugandy, pojawiły się objawy mogące wskazywać na zakażenie wirusem Ebola. Wstępne testy zakażenia Ebolą nie potwierdziły, a pacjent czuje się dobrze, ale pozostaje w izolacji pod opieką lekarską, czekając na powtórzenie testów.
Kilka dni wcześniej Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) ogłosiło pierwszy stopień alertu dla Europy. To oznacza, że jesteśmy w gotowości do podejmowania działań, nie ma jednak potwierdzonych przypadków zachorowań na terenie Europy.
Przeczytaj także:
Światowa Organizacja Zdrowia 15 maja ogłosiła epidemię Eboli w Demokratycznej Republice Konga i Ugandzie stanem podwyższonego zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. WHO zaznaczyło jednocześnie, że brak kryteriów, by sytuację uznać za pandemię.
WHO odnotowała 10 potwierdzonych i 223 podejrzewanych zgonów z powodu wirusa Ebola w Demokratycznej Republice Konga od czasu ogłoszenia epidemii. Uważa się jednak, że wirus już wcześniej przez jakiś czas krążył niezauważony, a rzeczywista skala epidemii może być znacznie większa.
To siedemnasta odnotowana epidemia Eboli w Kongo. Choroba została tam po raz pierwszy zidentyfikowana w 1976 roku. Najtragiczniejszy wybuch epidemii w Demokratycznej Republice Konga miał miejsce w latach 2018-2020 i pochłonął prawie 2300 ofiar śmiertelnych na 3500 przypadków. W ciągu ostatnich 50 lat Ebola zabiła w całej Afryce ponad 15 000 osób.
Wczesne objawy Eboli to gorączka, wyczerpanie, bóle mięśni, bóle głowy i ból gardła. Mogą one prowadzić do wymiotów, biegunki, bólu brzucha, wysypki oraz zaburzeń czynności nerek i wątroby.
Wirus rozprzestrzenia się poprzez bezpośredni kontakt z krwią lub płynami ustrojowymi osoby zakażonej lub zmarłej na skutek zakażenia. WHO podaje, że szacowany współczynnik śmiertelności w obecnej epidemii wynosi 24,6 proc., podczas gdy średnia dla wszystkich poprzednich epidemii Eboli wynosi 50 proc.
Na szczep Bundibugyo wirusa Ebola, odpowiedzialnego za obecną epidemię w Kongo nie ma ani leków ani szczepionek. Jednak WHO poinformowała w czwartek (28 maja), że jej grupy doradcze zaleciły przeprowadzenie badań klinicznych szczepionek i leków. Szef agencji zdrowia Unii Afrykańskiej, Jean Kaseya, powiedział, że szczepionka może być gotowa do końca roku.
Przeczytaj także: