Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
„Jesteśmy na tropie grupy hakerów, która wykradła dane Polaków z firmy MyDr” – poinformował w piątek 14 sierpnia Krzysztof Gawkowski. Dodał, że służby monitorują również darknet, sprawdzając, czy wykradzione dane nie zostały wystawione na sprzedaż. Jak dotąd, nie zostały
Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski poinformował, że służby trafiły na trop grupy hakerów, którzy wykradli dane z firmy MyDr. Chodzi nie tylko o dane osobowe, ale również dane medyczne 19 mln osób, sytuacja jest więc bardzo poważna.
„Państwo chroni dane swoich obywateli. Kiedy w firmie prywatnej zdarza się sytuacja krytyczna, kiedy firma prywatna nie upilnuje swoich danych, to wkracza państwo. I państwo wkracza mocno i mówi, bierzemy się za posprzątanie tej sytuacji – powiedział Krzysztof Gawkowski w piątek wieczorem w programie "Gość Wydarzeń” na antenie Polsatu.
Wyjaśnił też, że służby „pilnują, żeby te dane nie były na rynku dostępne. To znaczy, żeby nikt ich nie kupił i żebyśmy nie mieli sytuacji, że będą się rozpraszały” – wyjaśnił wicepremier.
Innymi słowy, służby monitorują darknet (czyli ukrytą część internetu wykorzystywaną przez przestępców do nielegalnego handlu czy wymiany informacji). Wicepremier zapewnił, że dotąd wykradzione z MyDr dane nie zostały wystawione na sprzedaż.
Jak wiemy na podstawie publikacji portalu Zaufana Trzecia Strona, który o wycieku poinformował, a dostał o nim informacje bezpośrednio od hakerów, wśród wykradzionych danych są również te dotyczących ważnych polityków. To niesie duże ryzyko dla państwa, ponieważ wykradzione informacje mogą służyć do szantażu.
Minister cyfryzacji powiedział w piątek, że takie właśnie osoby, które powinny być szczególnie chronione, czyli funkcjonariusze, służby, politycy, osoby, które odpowiadają za bezpieczeństwo państwa, są na bieżąco powiadamianie o możliwości kradzieży ich danych.
Przeczytaj także:
Od momentu, kiedy ujawniono kradzież danych z MyDr, eksperci apelują, by każdy, kto podejrzewa, że jego dane mogły zostać wykradzione, zastrzegł swój numer PESEL. Można to zrobić bardzo łatwo, w ciągu kilku sekund, m.in. w aplikacji mObywatel.
Minister Gawkowski poinformował, że w ciągu pierwszych 24 godzin od wycieku danych zrobiło to pół miliona osób. Przypomnijmy, że „incydent”, jak w branżowym języku nazywa się taką kradzież danych, dotyczy 19 mln osób.
Stąd minister cyfryzacji rozważał w programie Polsatu, czy w przyszłości być może należy nie odwrócić logiki takiego działania prewencyjnego i numer PESEL po takim incydencie byłby zastrzegany automatycznie przez władze, a obywatele decydowaliby później, czy takie zastrzeżenie cofnąć. To dawałoby wiekszą gwarancję bezpieczeństwa.
Tymczasem kolejne działania zapowiadane przez resort cyfryzacji to analiza wykradzionych danych. Wszystkich. Minister Gawkowski zapowiedział, że w najbliższych dniach dane z wycieku znajdą się na stronie na stronie bezpiecznedane.gov.pl. Gdy tylko firma MyDr je udostępni.
I te ostatnie deklaracje ministra są przedmiotem kontrowersji. Jak pisaliśmy w OKO.press, nie ma podstawy prawnej, by MyDr przekazał ministerstwu cyfryzacji te dane. W dodatku „wszystkie”, co oznacza, że resort chce mieć dostęp nie tylko do danych osobowych, które pozwoliłyby ludziom się odnaleźć i zweryfikować, czy oni również padli ofiarą hakerów, ale także dane medyczne.
Dodajmy, że przepisy jasno mówią, że to nie obywatele mają teraz szukać samodzielnie informacji, czy padli ofiarą cyberataku. To placówki medyczne, z których za pośrednictwem MyDr wykradziono dane, mają obowiązek poinformować każdego, kogo incydent dotknął.
Przeczytaj także:
Hakerzy wykradli informacje o 19 mln osób z firmy MyDr, która jest jedynie dostawcą platformy informatycznej i systemu elektronicznej dokumentacji medycznej (EDM) dla placówek ochrony zdrowia. Zarówno prywatnych jak i publicznych. I dla indywidualnych praktyk lekarskich, i dla przychodni i dla dużych centrów medycznych.
Wiemy, że dane, które wyciekły, dotyczą ok. 12 tys. podmiotów medycznych korzystających z platformy MyDr, skala jest więc ogromna.
Powagi sytuacji dodaje fakt, że hakerzy ukradli dane osobowe (imiona, nazwiska, numery PESEL, numery telefonów, adresy poczty elektronicznej), ale i medyczne. Mają więc informacje o stanie zdrowia pacjentów, o tym, jakie recepty im wystawiono, a nawet dostęp do notatek lekarzy z wizyt pacjentów.
Przestępcy kontaktowali się najpierw z firmą MyDr, ta jednak nie zareagowała na informacje o tym, że została okradziona. Dlatego w drugiej kolejności zwrócili się do ekspertów prowadzących portal Zaufana Trzecia Strona i to oni zweryfikowali prawdziwość skradzionych danych, a więc że do ataku rzeczywiście doszło. I to oni poinformowali o tym opinię publiczną.
Dochodzenie w tej sprawie Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości wszczęło w środę 12 sierpnia.
Przeczytaj także: