Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Światowa Organizacja Zdrowia uznała nową epidemię eboli, która wybuchła w Demokratycznej Republice Konga i Ugandzie za „zagrożenie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym”
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła stan zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym w związku z epidemią eboli, która wybuchła w Demokratycznej Republice Konga i rozprzestrzeniła się na przygraniczne regiony sąsiedniej Ugandy. Oficjalnie o epidemii poinformowano w piatek 15 maja – pierwsze komunikaty dotyczyły prowincji Ituri w DRK. Afrykańskie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (Africa CDC) do soboty włącznie zgłosiło jednak już aż 88 zgonów i 336 podejrzeń zachorowań. Odnotowano też pierwsze przypadki w Kinszasie – stolicy DRK odległej od prowincji Ituri o ponad 2,5 tysiąca km – i na terytorium Ugandy.
Jak ogłosił minister zdrowia Demokratycznej Republiki Konga Samuel-Roger Kamba, pacjentem zero epidemii miała być pielęgniarka, która 24 kwietnia przybyła do placówki służby zdrowia w Bunia, stolicy Ituri.
„Epidemia rozpoczęła się w Mongwalu, ruchliwym regionie górniczym. Zakażeni ludzie później opuszczali ten obszar, szukali leczenia w innych miejscach i rozprzestrzeniali chorobę. Afrykańskie CDC ostrzegło, że migracje ludności, słaba infrastruktura opieki zdrowotnej i przemoc ze strony grup zbrojnych działających w Ituri mogą utrudnić walkę z epidemią.” – informuje Al-Jazeera.
Światowa Organizacja Zdrowia nie ogłosiła jak dotąd stanu zagrożenia pandemicznego będącego najwyższym stopniem alarmowym dla światowej służby zdrowia. Sytuacja w Demokratycznej Republice Konga i Ugandzie budzi jednak dość duże zaniepokojenie ze względu na szybkie rozprzestrzenianie się wirusa.
Choroba w tej fali epidemicznej wywoływana jest przez znany od 2007 roku szczep wirusa ebola o nazwie Bundibugyo, cechujący się wysoką śmiertelnością zakażonych sięgającą (według władz DRK) nawet 50 proc.
Ebola – nawet w wariancie Bundibugyo – nadal nie jest jednak chorobą należącą do najbardziej zaraźliwych, co w sposób naturalny ogranicza jej potencjał pandemiczny. W normalnych warunkach wirus nie rozprzestrzenia się bowiem drogą kropelkową.
Choroba rozprzestrzenia się poprzez bezpośredni kontakt z płynami ustrojowymi, takimi jak krew, wymiociny, nasienie lub innymi skażonymi materiałami, w tym pościelą i odzieżą. Ebola staje się zaraźliwa dopiero po wystąpieniu objawów. Objawy obejmują gorączkę, wymioty, biegunkę, silne osłabienie, bóle mięśni, a w ciężkich przypadkach krwawienia wewnętrzne i zewnętrzne, czyli objawy typowe dla gorączek krwotocznych. Okres inkubacji może trwać od dwóch do 21 dni.
Mentzen, Cenckiewicz i pracownicy TV Republika – ktoś wykorzystuje ich dane do „zamawiania dużych ilości pizzy”. Wcześniej nieznani sprawcy informowali policję o fikcyjnych zagrożeniach dotyczących pracowników TV Republika
Lider Konfederacji Sławomir Mentzen napisał w sobotę na platformie X, że numer telefoniczny jego kancelarii podatkowej został wykorzystany do „zamawiania dużych ilości pizzy” na nazwiska dwóch pracowników TV Republika. Dziś nawiązał do tego były szef BBN Sławomir Cenckiewicz, który po odejściu ze stanowiska rozpoczął współpracę z tą prawicową stacją. „”Sytuacja, o której od kilku dni informuje redakcja TV Republika, a wczoraj poinformował poseł Sławomir Mentzen, dzisiejszej nocy spotkała również mnie" – napisał na X Cenckiewicz. Zamieścił screeny wiadomości od serwisu pyszne.pl i od dostawcy pizzy, któremu brakowało numeru mieszkania Cenckiewicza.
„Będąc do niedawna wysokim urzędnikiem państwowym zajmującym się bezpieczeństwem państwa, zwracam się do premiera Donalda Tuska oraz ministrów Marcina Kierwińskiego i Tomasza Siemoniaka o niebagatelizowanie procesu prowokacyjnego, który od kilku dni nęka wiele osób i telewizję Republika” – napisał Cenckiewicz.
Choć afera z pizzą może wydawać się niezbyt poważna, służby najprawdopodobniej nie będą jej lekceważyć. W ubiegłym tygodniu nieznany sprawca (lub sprawcy) zawiadamiali policję o bardzo poważnych zagrożeniach, które miały wiązać się z konkretnymi pracownikami TV Republika. Ponieważ zawiadomienia dotyczyły na przykład rzekomych prób samobójczych, czy sytuacji, w której miało być zagrożone życie lub zdrowie dzieci, policja interweniowała natychmiast. Żadne z doniesień się nie potwierdziło.
Pierwszy podejrzany o składanie fałszywych zawiadomień został zatrzymany przez policję w sobotę 16 maja.
W niedzielę Komenda Stołeczna Policji poinformowała jednak o zwolnieniu tej osoby. Prawdopodobnie i pod nią podszył się ktoś inny. „Zgromadzony materiał wskazuje, że doszło do nieuprawnionego wykorzystania danych osobowych mężczyzny oraz dostępu do wykorzystywanej przez niego poczty elektronicznej” – informuje KSP.
W przeszłości miały już miejsce podobne sytuacje dotyczące innych kategorii osób rozpoznawanych publicznie. Aktywista Bartosz Staszewski przypomniał na X, że doświadczył sytuacji, w której policja interweniowała u niego ze względu na doniesienia o rzekomo planowanym przez Staszewskiego ataku na komendanta policji lub na własną rodzinę – sprawcy posługiwali się w tym wypadku techniką spoofingu, podszywając się pod numer telefoniczny należący do Staszewskiego.
W okresie rządów PiS miały również nie mniej niż dwie serie podobnych ataków na dziennikarzy uważanych za niesprzyjających obozowi władzy.
Przeczytaj także:
Eksplozje w Moskwie i w 14 regionach Rosji. Rekordowa liczba dronów i rakiet. To początek ukraińskiego odwetu za ostatnie naloty na Kijów i inne miasta Ukrainy, w których zginęło ponad 25 osób
W nocy z soboty na niedzielę 17 maja i we wczesnych godzinach porannych Siły Zbrojne Ukrainy przeprowadziły zmasowane uderzenie dronowe i rakietowe na Rosję. Nie można wykluczać, że był to ukraiński atak powietrzny o największym jak dotąd natężeniu. Tak przynajmniej wynika z raportu rosyjskiego MON, który poinformował o „zestrzeleniu” rekordowej liczby 1054 ukraińskich dronów. Rzecz jasna na danych rosyjskiego MON nie możemy polegać, jednak resort nigdy dotąd nie podawał tak dużej liczby ukraińskich bezzałogowców, które miała zostać zneutralizowana przez rosyjską obronę przeciwlotniczą.
Część dronów i pocisków została skierowana nad stolicę Rosji. Drony nad Moskwą były widoczne gołym okiem z wielu punktów, nad miastem i w mieście rozległy się nocą liczne eksplozje. Cele ukraińskich ataków znajdowały się łącznie w 14 regionach Rosji. Atakowane były również Krym i obiekty na wybrzeżu Morza Czarnego i Morza Azowskiego.
W rejonie Moskwy celami uderzeń Ukraińców były m.in. Moskiewska Rafineria Ropy Naftowej, zakłady Angstrem, które dostarczają półprzewodniki dla rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, stacja przepompowywania ropy naftowej Soniecznogorska oraz stacja przepompowywania ropy naftowej Wołodarskoje. Trafione zostały również budynki w samym mieście – w tym mieszkalne.
Rosyjskie władze informują o co najmniej 4 ofiarach śmiertelnych ukraińskiego zmasowanego uderzenia.
"Od godziny 3 nad ranem siły obrony powietrznej odpierają zakrojony na szeroką skalę atak bezzałogowych statków powietrznych na stolicę” – informował w godzinach porannych gubernator obwodu moskiewskiego Andriej Worobjow.
Ukraiński atak na Rosję ma charakter odwetowy i został oficjalnie zapowiedziany przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. To odpowiedź na 3-dniowe rosyjskie naloty na Kijów i inne miasta Ukrainy, w wyniku których zginęło ponad 25 ofiar cywilnych, a nie mniej niż 50 osób zostało rannych. W nocy ze środy na czwartek 14 maja Rosjanie zbombardowali blok mieszkalny w Kijowie. W wyniku ataku budynek zawalił się, grzebiąc mieszkańców pod gruzami – zginęły 24 osoby.
Odwet na Rosji w postaci zmasowanych uderzeń ukraińskich dronów i rakiet oficjalnie zapowiedział po tragedii w Kijowie prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski.
Ukraina ma uderzyć także w „osoby bezpośrednio odpowiedzialne za popełnienie zbrodni wojennych przeciwko Ukrainie i Ukraińcom” – zapowiedział Zełenski.
Mieszkańcy hiszpańskiej Andaluzji głosują dziś w wyborach regionalnych. Spodziewane jest zwycięstwo konserwatystów z Partii Ludowej. Obserwatorzy zwracają też baczną uwagę na wyniki skrajnie prawicowej partii Vox
W położonej w południowej części Hiszpanii Andaluzji odbywają się w niedzielę 17 maja wybory regionalne. Spodziewane jest w nich ponowne zwycięstwo konserwatystów z Partii Ludowej – co nie jest dobrą wiadomością z punktu widzenia rządzących Hiszpanią socjalistów. Istotny będzie też wynik skrajnie prawicowej partii Vox – ewentualne zwiększenie jej stanu posiadania może mieć wpływ na politykę całego kraju.
Przed wyborami opinia publiczna Andaluzji żyła m.in. tzw „aferą onkologiczną”, w wyniku której regionalne władze musiały wziąć odpowiedzialność za niepoinformowanie ok. 2300 mieszkanek Andaluzji o niejednoznacznych wynikach ich przesiewowych badań mannograficznych – co najmniej 6 z nich zmarło następnie na raka.
Afera mocno uderza w konserwatywnego premiera regionu Juana Manuela Moreno, jednak nie wydawało się to mieć spodziewanego wpływu na przedwyborcze sondaże Partii Ludowej.
Wybory w Andaluzji traktowane są przez hiszpańską klasę polityczną i komentatorów jako rodzaj barometru nastrojów przed wyborami ogólnokrajowymi. To najludniejszy z regionów 48-milionowej Hiszpanii. Mieszka w nim aż 9 milionów obywateli tego kraju.
Tradycyjnie ten region był bastionem rządzących dziś Hiszpanią socjalistów, jednak już w 2022 roku zdecydowanie poprawili tam wynik konserwatyści z Partii Ludowej – szef regionalnych struktur partii Juan Manuel Moreno Bonilla pełni dziś funkcję premiera Andaluzji.
W szerszym – ogólnohiszpańskim – kontekście wynik konserwatystów z 2022 roku był jedną z pierwszych oznak stopniowego słabnięcia rządów Pedro Sancheza, który funkcję premiera objął już 8 lat temu.
Na tym nie koniec. Moreno jest bowiem jednym z krajowych liderów umiarkowanego skrzydła Partii Ludowej konkurującego z prawicowo-populistyczną frakcją obecnej prezydentki Madrytu Isabel Diaz Ayuso. Dobry wynik Moreno w regionie może więc być jednym z motywów decyzji o kursie, jaki w przyszłości obierze cała jego partia.
Następne wybory parlamentarne w Hiszpanii planowane są w 2027 roku.
Nowy szef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartosz Grodecki wypowiedział się w sprawie wstrzymania rotacji żołnierzy US Army w Polsce. „To nie dotyczy bezpośrednio i docelowo Polski”. O co chodzi?
Szef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartosz Grodecki wypowiedział się w sprawie planowanego przez Pentagon wstrzymania rotacji 4000 amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Polsce. To komunikat bardzo podobny w tonie do wydanego wcześniej przez szefa Ministerstwa Obrony Narodowej, wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza. „W ocenie BBN doniesienia o wstrzymaniu rotacji i zmniejszeniu obecności USA nie dotyczą bezpośrednio i docelowo Polski” – napisał Grodecki w oświadczeniu na platformie X.
„Polska jest i będzie kluczowym sojusznikiem USA w Europie. Amerykańskie zaangażowanie w Polsce jest bardzo wysokie. Nie została podjęta żadna decyzja o zmniejszeniu zaangażowania, co potwierdziliśmy z przedstawicielami Pentagonu i Sił Zbrojnych USA” – tak wypowiadał się z kolei szef MON.
Choć oba te komunikaty zostały sformułowane w sposób dość ezopowy, może to oznaczać, że docelowo liczba żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Polsce nie zmieni się w sposób znaczący. A przynajmniej, że takie informacje mają szefowie MON i BBN.
I Grodecki, i Kosiniak-Kamysz donoszą się do doniesień amerykańskich mediów na temat bardzo konkretnej decyzji, która zapadła w Pentagonie. Chodzi o wstrzymanie rotacji do Polski stacjonującej w Fort Hood w Texasie w USA 2. Brygady Pancernej z 1. Dywizji Kawalerii US Army liczącej około 4000 żołnierzy. Amerykańskie brygady pancerne kierowane są do Polski na dziewięciomiesięczne tury – w tym wypadku żołnierze, którzy mieli być zmiennikami dla swych kończących turę w Polsce towarzyszy broni, nie pojadą do naszego kraju. Informację tę (nieoficjalnie potwierdzoną m.in. przez źródła Reutersa) można uznać za wysoce wiarygodną – choć nie została ona dotąd w sposób jednoznaczny potwierdzona przez Pentagon ani Biały Dom.
Równolegle jednak Amerykanie rozważają wycofanie z Niemiec części stacjonujących w tym kraju żołnierzy, co ma być „karą” nałożoną przez Donalda Trumpa na ten kraj w związku z brakiem niemieckiego zaangażowania w wojnę USA i Izraela z Iranem. Z wypowiedzi Trumpa można wnioskować, że chodzi o około 5 tysięcy żołnierzy. Wśród jednostek wycofywanych z Niemiec ma być np amerykański 2 Pułk Kawalerii (pancerny).
Ezopowe komunikaty polskich oficjeli – wraz z równie mglistymi komunikatami USA – mogą świadczyć o tym, że finalnie część amerykańskich jednostek z Niemiec (lub jednostek będącymi ich zmiennikami według harmonogramu rotacji) zostanie przesunięta do Polski. Nie można również wykluczać innych ruchów ze strony USA – np zmiany dywizji pancernej, której poszczególne brygady miałyby być wysyłane do naszego kraju.
W Polsce stacjonuje obecnie ok. 9600 żołnierzy USA.
Przeczytaj także: