Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Policja zatrzymała 53-latka podejrzanego o rozsyłanie do służb fałszywych zgłoszeń dotyczących zagrożenia życia. Funkcjonariusze podkreślają, że w ostatnich dniach do takich incydentów dochodziło kaskadowo. Tomasz Sakiewicz uważa, że to kolejny atak rządu na TV Republikę
W piątek 15 maja 2026 funkcjonariusze policji podjęli interwencję w mieszkaniu redaktora naczelnego Telewizji Republika Tomasza Sakiewicza. Zgłoszenie, które okazało się fałszywe, dotyczyło zagrożenia życia dziecka. W sobotę 16 maja komenda Stołecznej Policji poinformowała, że jeszcze wczoraj późnym wieczorem zatrzymała podejrzanego o rozsyłanie nieprawdziwych zawiadomień. W mieszkaniu 53-letniego mężczyzny zabezpieczono sprzęt informatyczny. „Czynności procesowe prowadzone są intensywnie, z wykorzystaniem wszystkich dostępnych narzędzi i zasobów. Policja współpracuje w tym zakresie również z podmiotami świadczącymi usługi informatyczne, w tym dostawcami Internetu” – czytamy w komunikacie policji.
Tomasz Sakiewicz oskarżył funkcjonariuszy o działanie na polityczne zlecenie. Policjantów nazwał „przebranymi w mundur bandytami, którzy podają się za policję”.
„Policja siłą wtargnęła do mojego domu, skuła moją asystentkę, twierdząc, że znajduje się tu jakieś dziecko w zagrożeniu. Powiedzieli, że rozkują ją, gdy się wylegitymuje, ale to było niemożliwe, ponieważ była skuta” – relacjonował na antenie Telewizji Republika.
Policjanci dementowali, że zatrzymali asystentkę Sakiewicza, ale nie odnieśli się do zarzutów o to, że sami nie chcieli się wylegitymować.
Funkcjonariusze tłumaczyli, że zgłoszenie, które uruchomiło przeszukanie, przyszło z Biura Rzeczniczka Praw Dziecka. Na czat zaufania napisało dziecko, które przekazało, że jest w trakcie popełniania samobójstwa i „już odkręciło butlę z gazem”. Okazało się, że zgłoszenie miało na celu zmylenie służb ratunkowych.
Redaktor naczelny Telewizji Republika w ostatnich dniach informował, że jego redakcja pada ofiarą fałszywych donosów. „Sami zgłosiliśmy na policję, że padamy od kilku dni ofiarą fejków i niepotwierdzonych informacji. Niedługo później w tej sprawie głos zabrało Rządowe Centrum Bezpieczeństwa (RCB), które stwierdziło, że zagrożenie, iż jakikolwiek z donosów, które pojawiają się wokół nas, się sprawdzi, jest niewielkie” – mówił Sakiewicz w rozmowie z Onetem.
Policjanci informowali, że podobne zgłoszenia o możliwym zagrożeniu życia ludzkiego były w ostatnich dniach wysyłane do służb w sposób „kaskadowy”.
„W ostatnim czasie do różnych instytucji, firm oraz podmiotów działających na terenie Warszawy kierowane są informacje dotyczące zagrożenia bezpieczeństwa dla określonych obiektów lub zagrożenia dla życia i zdrowia ludzi. Tego typu wiadomości mają często charakter masowy i są rozsyłane równolegle do wielu odbiorców” — informowali policjanci.
Telewizja Republika przekonuje, że pada ofiarą zmasowanego hejtu. Gdy w środę 13 maja pod siędzibę stacji podjechał radiowóz i wóz straży pożarnej, pracownicy firmy nadawali o jej „siłowym rozwiązaniu”. Autorem rzekomego zamachu miał być rząd Donalda Tuska. Telewizja Republika przekonywała swoich odbiorców, że policja będzie deprecjonować takie incydenty, ale to początek kampanii wymierzonej w prawicowego nadawcę.
Policja dementowała te rewelacje.
Przeczytaj także:
Ryszard i Tomasz są ze sobą od 48 lat. W 2025 roku wzięli ślub w Wiedniu. W piątek 15 maja 2026 Wrocław poinformował, że dokonał transkrypcji ich zagranicznego aktu małżeństwa. „Długo oczekiwania zmiana”
Śladem Warszawy poszedł Wrocław. W piątek 15 maja Ryszard Ziobro i Tomasz Kwietko-Bębnowski odebrali telefon z informacją, że odpis ich aktu małżeństwa jest gotowy. Poinformowała o tym Alina Szeptycka, pełnomocniczka prezydenta Wrocławia do spraw równego traktowania.
„Długo oczekiwana zmiana stała się faktem. Po wielu latach, a ostatnio także intensywnych miesiącach walki, małżeństwa jednopłciowe zawarte za granicą są małżeństwami również w świetle polskiego prawa. Zawdzięczamy to przede wszystkim dzielnym parom, które weszły na drogę sądową, ich prawnikom i prawniczkom oraz organizacjom i osobom, które od wielu lat zaangażowane są w działania na rzecz praw osób LGBT+ i praw człowieka” – oceniła Szeptycka.
Para z Wrocławia wzięła ślub w sierpniu 2025 roku w Wiedniu. Polski dokument potwiedzający ten fakt odbiorą oficjalnie w poniedziałek 18 maja.
To już drugi akt małżeństwa pary tej samej płci transkrybowany w Polsce. I z pewnością nie ostatni, bo kolejne urzędy zapowiadają, że będą przyjmować podobne wnioski.
Wśród nich jest Łódź, która przekazała, że po naradzie z warszawskimi urzędnikami otworzy parom jednopłciowym drogę do transkrypcji. „To nie jest sprawa ideologii. To kwestia godności i praw człowieka” – poinformowało miasto.
14 maja dokument potwierdzający fakt zawarcia ślubu odebrali Jakub i Mateusz Trojanowie, którzy najpierw przed Trybunałem w Luksemburgu, a potem przed Naczelnym Sądem Administracyjnym w Polsce wywalczyli wyroki, nakazujące transkrypcję do polskiego systemu aktów stanu cywilnego ich ślubu zawartego w Niemczech. "Cieszymy się i mamy nadzieję, że kolejne transkrypcje, na które czeka wiele par, będą dokonywane bez zbędnej zwłoki” – komentował Jakub Cupriak-Trojan.
Warszawski USC wpisał Trojanów do systemu, stosując rozwiązanie tymczasowe. Dane jednego z nich umieszczono w rubryce „mężczyzna”, a drugiego w rubryce „kobieta”.
13 maja ministerstwo cyfryzacji podpisało projekt rozporządzenia w sprawie wzorów dokumentów wydawanych z zakresu rejestracji stanu cywilnego. Zgodnie z nim nazwy rubryk zmienią się na „mężczyzna/kobieta”, a urzędnik ręcznie wykreśli niepasującą płeć. Projekt rozporządzenia przechodzi ekspresową, zaledwie czterodniową konsultację między resortami. Aby wszedł w życie, musi być podpisany przez szefa MSWiA, Marcina Kierwińskiego. Polityk KO zapowiedział już, że projekt niezwłocznie podpisze. Przepisy zaczną jednak obowiązywać jesienią. Ministerstwo zakłada, że techniczne dostosowanie systemów potrwa trzy miesiące.
To nie znaczy, że pary będą czekać na rząd. Rafał Trzaskowski ogłosił, że Warszawa będzie dokonywać transkrypcji, nie czekając na zmianę systemu, a zgodnie z szablonem przygotowanym dla Trojanów.
Przeczytaj także:
Kolejny krokiem będzie walka o prawa wynikające z faktu uznania małżeństwa jednopłciowego w Polsce. „Dla większości moich klientów najpilniejszą sprawą jest możliwość objęcia ubezpieczeniem zdrowotnym małżonka. Najpierw zwrócimy się więc z pismem do NFZ” – mówiła nam Anna Mazurczak, prawniczka reprezentująca Trojanów przed sądami.
ZUS już poinformował, że będzie traktował pary tej samej płci na równi z innymi małżeństwami. Kolejne są więc urzędy skarbowe, pozostające w domenie ministra finansów Andrzeja Domańskiego.
Przeczytaj także:
Umowa zbrojeniowa z Tajwanem to według Donalda Trumpa „bardzo dobra karta przetargowa” w rozmowach z Chinami. Prezydent USA nie tylko wstrzymuje pomoc dla Tajwanu na wypadek inwazji, ale sugeruje, że za napięcia odpowiada prezydent Lai, a nie Pekin
Po wizycie w Pekinie prezydent Donald Trump pytany przez dziennikarzy, czy w razie chińskiej inwazji jego wsparcie dla Tajwanu będzie niezachwiane, odpowiedział wymijająco. „On (Xi) nie chce widzieć ruchu w kierunku niepodległości. Mówi: »Słuchajcie, wiecie, mieliśmy to przez tysiące lat« (...), jeśli chodzi o Tajwan, on jest bardzo zdecydowany. Nie poczyniłem żadnego zobowiązania w tę czy w drugą stronę” – mówił Trump na podkładzie Air Force One.
Jak podaje amerykański dziennik The New York Times, prezydent Donald Trump wykorzystuje sprzedaż broni dla Tajwanu jako kartę przetargową w negocjacjach gospodarczych z Chinami. Chodzi o umowę zbrojeniową o wartości 14 mld dolarów, która pozwoliłaby wzmocnić wyspę przed zagrożeniem ze strony Pekinu. Tajwan miał zakupić od USA rakiety, sprzęt do zwalczania dronów i systemy obrony powietrznej.
Trump wstrzymuje sprzedaż, mówiąc, że to „bardzo dobra karta przetargowa” w rozmowach z Xi Jinpingiem. A zgoda na umowę zbrojeniową zależy według niego od Chin. Rząd Tajwanu stara się szybko złagodzić napięcia, oświadczając, że amerykańscy urzędnicy wielokrotnie zapewniali, iż polityka Stanów Zjednoczonych pozostaje niezmieniona.
Jednak na antenie Fox News amerykański prezydent wyraźnie odcinał się od Tajwanu. „Jeśli spojrzeć na stosunek sił, Chiny to naprawdę potężny, ogromny kraj. A to tylko malutka wyspa. Pomyślcie tylko – dzieli ich od niej zaledwie 59 mil. My jesteśmy oddaleni o 9500 mil. To dość trudny problem. Tajwan rozwinął się, bo mieliśmy prezydentów, którzy nie mieli pojęcia, co robią. Ukradli nam przemysł chipowy” – mówił Trump.
Równie niepokojący jest fakt, że po wizycie w Pekinie prezydent USA przyjął opowieść Xi o tym, że to Tajwan ponosi winę za obecne napięcia. Chiny przedstawiają prezydenta Lai i jego urzędników jako niebezpiecznych separatystów, którzy próbują wciągnąć Stany Zjednoczone w wyniszczającą wojnę.
„Cóż, dążenie do niepodległości to ryzykowna sprawa, wiesz” – mówił w wywiadzie Trump. „Dążą do niepodległości, bo chcą wojny i sądzą, że mają za sobą Stany Zjednoczone. Chciałbym, żeby wszystko pozostało tak, jak jest” – dodał. Wypowiedzi Trumpa sugerują, że USA życzą sobie utrzymania status quo Tajwanu, w ramach którego wyspa funkcjonuje jako odrębna jednostka, ale nie dąży do formalnej niepodległości.
Chiny uważają Tajwan, gdzie po wojnie domowej w 1949 roku zbiegł nacjonalistyczny rząd Czang Kaj-Szeka, za integralną część swojego państwa. Dla Xi Jinpinga zjednoczenie Tajwanu z kontynentalnymi Chinami to podstawowy cel polityczny, którego nie da się osiągnać inaczej niż przy użyciu siły militarnej.
Jak pisał w OKO.press Jakub Szymczak, Tajwan odgrywa ważną rolę w światowej gospodarce m.in. jako kluczowy producent najnowocześniejszych układów scalonych. Amerykanie nie uznają niepodległości Tajwanu, dziś takie stanowisko zajmuje zaledwie kilka małych krajów na świecie. Jednocześnie przez dekady Amerykanie stali na stanowisku, że Chiny nie powinny zajmować wyspy i przyłączać jej do swojego państwa. Xi Jinping dąży do tego, by Amerykanie zrezygnowali z tego stanowiska, a administracja Trumpa wydaje się być gotowa, żeby zmienić zdanie.
Przeczytaj także:
Ostatniej nocy Ukraińcy przeprowadzili kolejny udany atak na największe zakłady chemiczne na południu Rosji
Według Kremla w nocy z 15 na 16 maja rosyjska obrona przeciwlotnicza zniszczyła 138 ukraińskich dronów. To jednak niepełny bilans. Do sieci trafiły nagrania, na których widać eksplozję w Niewinnomyssku nad Kubaniem. Jak wskazuje agencja Unian, znajdują się tam zakłady Azot – jedna z największych w Rosji fabryk chemicznych. Z relacji w mediach społecznościowych wynika, że na terenie zakładów wybuchł pożar.
To już szósty udany ukraiński atak na Azoty od początku wybuchu wojny. Fabryka, poza produkcją nawozów wykorzystywanych w rolnictwie, wspiera też rosyjską armię. Jak podawał Reuters, w Azotach produkuje się materiały wybuchowe do amunicji artyleryjskiej. To największy zakład produkcyjny na południu Rosji. Pracuje w nim ponad 3,5 tys. osób.
W ogniu po ataku dronów stanął również zakład produkujący sprzęt elektroniczny w miejscowości Nabierieżnyje Czełny w Tatarstanie. Pożar objął obszar 6 tys. m kw.
Rosjanie również przeprowadzili zmasowany atak na Ukrainę. Celem był głównie obwód odeski. Lokalne władze informowały o rannych i zniszczonej infrastrukturze cywilnej oraz portowej. Z kolei w Charkowie ranne zostały dwie osoby – przekazał mer Ihor Terechow. Rosja zaatakowała trzy dzielnice miasta. Udało im się uszkodzić trolejbus i dwie stacje metra.
Rosjanie coraz mocniej odczuwają skutki wojny, którą sami wywołali. Celem ukraińskich ataków są zakłady produkcyjne, rafinerie, a także infrastruktura krytyczna. Rosyjska obrona przeciwlotnicza jest w stanie szczelnie bronić tylko Moskwy, reszta kraju jest narażona na dotkliwe ataki.
W odpowiedzi Kreml przeprowadza brutalne naloty na ukraińskie miasta. Przykładem były wydarzenia z nocy z 13 na 14 maja. Siły Powietrzne Ukrainy poinformowały, że Rosjanie wystrzelili w kierunku Ukrainy 56 pocisków i 675 dronów uderzeniowych. Głównym celem ataku był Kijów. Uszkodzone zostały budynki mieszkalne i infrastruktura cywilna w kilku dzielnicach miasta. Zginęły 24 osoby, w tym trójka dzieci. 48 osób zostało rannych.
Przeczytaj także:
„Otrzymaliśmy instrukcje redukcji sił” – powiedział w piątek szef sztabu US Army gen. Christopher LaNeve. Wskazywał, że decyzja o wycofaniu przerzutu żołnierzy do Polski zapadła w Pentagonie
15 maja podczas wysłuchania w komisji sił zbrojnych kongresmeni rozmawiali o budżecie armii USA. Najgorętszym punktem dyskusji było wstrzymanie rotacji żołnierzy do Polski. Chodzi o 2. pancerną brygadę grupy bojowej, która miała zastąpić swoich kolegów stacjonujących na wschodniej flance NATO.
Decyzja zapadła nagle i – jak podawały Politico i CNN – nie była efektem problemów logistycznych czy finansowych, związanych np. z sytuacją na Bliskim Wschodzie. Szef sztabu US Army gen. Christopher LaNeve, odpowiadając na pytania kongresmenów, stwierdził, że decyzja zapadła w Pentagonie.
„My, szef dowództwa bojowego, generał Grynkevich otrzymaliśmy instrukcje dotyczące redukcji sił. Współpracowałem z nimi, ściśle konsultując się (...) i uznaliśmy, że najbardziej sensowne byłoby, aby ta brygada nie wysyłała swoich sił na teatr działań” – mówił LaNeve.
Generał przyznał, że
nie wie, czy polski rząd został poinformowany o wycofaniu wojsk.
Gdy decyzja zapadła, część przerzucanej brygady była już w Polsce, a jej sprzęt był w tranzycie. LaNeve sugerował, że US Army wykonywała tylko polityczne polecenia sekretarza wojny Pete'a Hegsetha.
Republikański Kongresmen Don Bacon, były generał Sił Powietrznych USA, uznał, że ruch Pentagonu to policzek dla Polski. „Cóż, ja już znam odpowiedź, bo dzwonili do mnie wczoraj. Nie wiedzieli. Zostali zaskoczeni. To jedni z naszych najlepszych sojuszników i nie mieli pojęcia” – mówił Bacon.
„Nadal nie wiedzą, dlaczego brygada została wstrzymana. Nie wiedzą, czy to tylko zawieszenie, czy na stałe. Jesteśmy winni Polsce i naszym bałtyckim przyjaciołom, którzy są bardzo narażeni przez tę decyzję, lepsze wyjaśnienie” – apelował.
Żołnierze stacjonujący na wschodniej flance NATO zmieniają się co kilka miesięcy. Gdy chce się wycofać kontyngent, wystarczy nie wysyłać nowej brygady na zastępstwo. Tak prawdopodobnie stało się w przypadku Polski. Prawdopodobnie, bo nadal nie wiadomo, czy to rozwiązanie tymczasowe, czy ktoś zastąpi wycofane siły.
Już wcześniej podobna sytuacja wydarzyła się w Rumunii. Za to w kwietniu prezydent Donald Trump podjął decyzję o ograniczeniu amerykańskiej obecności w Niemczech o pięć tysięcy żołnierzy. Wówczas sugerowano, że jednostka wojsk lądowych z Niemiec, może zostać przekierowana nad Wisłę. Teraz sytuacja jest jeszcze bardziej zawiła, bo polski rząd nie został uprzedzony o wstrzymaniu sił, a decyzja zapadła z dnia na dzień, w trakcie planowanego przerzutu. To wskazuje na potężny chaos komunikacyjny i strategiczny. A także brak stabilności w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi.
„Wstrzymanie rotacji jednej brygady cofa amerykańskie zaangażowanie do czasów sprzed 2022 roku. I budzi niepokojące skojarzenia w sytuacji, gdy trumpiści oficjalnie ogłosili, że celem polityki bezpieczeństwa Trumpa będzie strategiczna stabilizacja w relacjach z Rosją. Być może redukcja wojsk jest sygnałem, który ma Putina zachęcić do jakiegoś kroku deeskalujacego. I jeśli tak by było, to jest myślenie życzeniowe i naiwne” – pisał w OKO.press Michał Piekarski.
Przeczytaj także: