Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Nigel Farage odchodzi, ale tylko po to, żeby wziąć udział w wyborach uzupełniających, gdzie „lud pokaże środkowy palec establishmentowi”. Całe zamieszanie zaczęło się od dyskusji o niejasnych źródłach majątku lidera populistycznej prawicy
Nigel Farage, lider antyimigranckiej, skrajnie prawicowej partii Reform UK ogłosił, że rezygnuje z mandatu poselskiego z okręgu Clacton-on-Sea w hrabstwie Essex i zamierza ponownie ubiegać się o miejsce w brytyjskim parlamencie w wyborach uzupełniających.
Powód? Kontrowersje dotyczące źródeł majątku Farage'a, o których rozpisują się brytyjskie media. Przeciwko politykowi prowadzone jest też postępowanie przed parlamentarną komisją ds. etyki. Dotyczy ono niezgłoszonej darowizny o wartości 5 mln funtów od przedsiębiorcy z branży kryptowalut Christophera Harborne'a. Przedmiotem śledztwa jest też wsparcie finansowe, jakie Farage miał otrzymywać George'a Cottrella, swojego wieloletniego współpracownika, arystokraty skazanego w Stanach Zjednoczonych za oszustwo.
We wtorek 7 lipca, ogłaszając decyzję o rezygnacji z mandatu, Farage tłumaczył, że w ciągu ostatnich 10 lat dobrze mu się powodziło finansowo, ale „to nie powinno być postrzegane jako przestępstwo”. Natomiast darowizny, które otrzymał, należy traktować jak „wygraną na loterii”, czy „duży prywatny dar”.
Polityk skrajnej prawicy przekonywał, że spotyka się z ogromną falą ataków, a policja ignoruje groźby, które dostaje. 5 mln darowizny przekazał więc na swoje bezpieczeństwo po tym, jak wcześniej bezskutecznie starał się o finansowanie ochrony ze środków publicznych.
„W weekend zastanawiałem się, co mam zrobić. Mógłbym wyjechać i spróbować zarobić naprawdę duże pieniądze. Mógłbym wyjechać do USA, gdzie mam mnóstwo ofert. A potem pomyślałem: dlaczego miałbym być dziś albo w przyszłości, oceniany przez Sky News i im podobnych? Dlaczego to właśnie oni mieliby decydować o moim losie? Skoro, jak powtarzam, nie zrobiłem nic złego” – mówił Farage.
„Zdecydowałem, że to mieszkańcy Clacton powinni być sędziami moich działań” – ogłosił polityk Reform UK. Dodał, że wybory uzupełniające będą szansą, aby lud pokazał establishmentowi środkowy palec. „Będę walczył, by kontynuować polityczną rewolucję zapoczątkowaną przez partię Reform. Chciałbym powiedzieć wam, wyborcom z Clacton: jeśli wygram, wy wygracie, bo jeśli przegram, to oni wygrają. A z tymi dwiema starymi partiami nigdy nie osiągniemy tego rodzaju fundamentalnych zmian, których potrzebujemy, by naprawić zepsutą Wielką Brytanię” – dodał Farage.
Nigel Farage jest politycznym ojcem Brexitu. Zakładając Reform UK, chciał zbudować w Wielkiej Brytanii nowoczesną, prawicową partię pokroju Zjednoczenia Narodowego we Francji. Jego popularność wynika głównie z populistycznych haseł dotyczących migracji oraz podsycania rozczarowania dwoma głównymi partiami. W wyborach parlamentarnych w 2024 roku Reform UK zdobyła tylko 4 mandaty w Izbie Gmin. W maju 2025 w wyborach uzupełniających i lokalnych, po absolutnej porażce polityki Keira Starmera z partii Pracy, Reform UK zdobyła dwa fotele burmistrza i ponad 670 lokalnych mandatów, przejmując kontrolę nad blisko połową samorządów, w których odbyły się wybory. W 2026 partia Farage'a zdecydowanie prowadzi w sondażach, uzyskując wyniki w przedziale od 21 do 30 proc. głosów.
Przeczytaj także:
Wizyta francuskiego prezydenta w Syrii to duży sukces jego syryjskiego odpowiednika. Zamach wskazuje jednak na poważne problemy w kwestii bezpieczeństwa
Francuski prezydent Emmanuel Macron odbywa właśnie wizytę w Damaszku. Jest pierwszym liderem kraju Unii Europejskiej, który odwiedza Syrię po obaleniu Baszszara al-Asada w grudniu 2024 roku.
Macron spędził dzisiejszą noc w hotelu Four Seasons w Damaszku. Opuścił go rano, a niedługo potem w okolicy hotelu detonowano dwie bomby. Dotychczasowe informacje wskazują na to, że nikt nie zginął, ale 18 osób odniosło obrażenia. Jedną z tych osób jest wiceminister turystyki (w okolicy znajduje się też siedziba ministerstwa). Na razie nikt nie przyznał się do przeprowadzenia zamachu, nie znamy więc intencji za nim stojących. Wiele wskazuje jednak na to, że celem był francuski prezydent.
W zeszłym tygodniu bomba zdetonowana w kawiarni w Damaszku zabiła dziewięć osób. Również tutaj nikt nie przyznał się do przeprowadzenia zamachu.
Pomimo prawdopodobnego zamachu na jego życie, Macron nie przerwał wizyty w Syrii. Francuski prezydent pojechał do Damaszku z liderami francuskiego biznesu, w tym np. z CEO firmy naftowej TotalEnergies. Strony zgodziły się też wymienić ambasadorów. W ostatnim czasie Francję w Syrii reprezentował urzędnik w randze charge d'affairs. Francja zamknęła ambasadę w Damaszku w 2012 roku w odpowiedzi na eskalację wojny domowej przez Baszszara al-Asada.
Po dekadach rządów klanu al-Asadów, w grudniu 2024, po 13 latach wojny domowej, obalono rządy Baszszara al-Asada. Władzę przejęli rebelianci, którym przewodziła grupa Hajat Tahrir asz-Szam. Jej liderem był były członek al-Kaidy Ahmas asz-Szar'a. Dziś jest on prezydentem Syrii, która stara się wyjść z kryzysu po dewastującej wojnie domowej.
Wizyta francuskiego prezydenta to dla Damaszku spory sukces. Kraj dalej zmaga się z problemami w kwestii bezpieczeństwa, a dwa wspomniane zamachy są tego wyrazem.
Przeczytaj także:
Jeśli Marine Le Pen zdecyduje się na start w wyścigu o Pałac Elizejski, będzie musiała prowadzić kampanię w dozorze elektronicznym. Sąd apelacyjny złagodził wyrok, ale liderka skrajnej prawicy i tak odbędzie karę za wyłudzenia
Sąd apelacyjny w Paryżu skazał Marine Le Pen na trzy lata więzienia, w tym dwa w zawieszeniu, w związku z defraudacją środków Parlamentu Europejskiego. Sąd skrócił jednak zakaz ubiegania się o funkcje publiczne wydany przez sąd niższej instancji z pięciu lat do 45 miesięcy, z czego 30 miesięcy kary jest w zawieszeniu. Oznacza to, że bezwzględny zakaz obejmuje 15 miesięcy, licząc od daty wydania pierwotnego wyroku, czyli od 31 marca 2025 roku. Innymi słowy, zakaz już nie obowiązuje, co teoretycznie umożliwia Le Pen start w wyborach prezydenckich w 2027 roku. Liderka francuskiej skrajnej prawicy będzie musiała jednak przez rok nosić bransoletkę elektroniczną na kostce, co znacznie utrudnia prowadzenie kampanii. Już wcześniej Le Pen komentowała, że niechętnie przystąpi do wyścigu o fotel prezydencki, gdyby finalnie została objęta dozorem elektronicznym. Po ogłoszeniu wyroku prawnicy byłej szefowej Zjednoczenia Narodowego przekazali, że są „częściowo zadowoleni”.
Sąd podtrzymał też karę grzywny w wysokości 100 tys. euro.
Sprawa dotyczyła defraudacji pieniędzy z Parlamenty Europejskiego przez polityków Zjednoczenia Narodowego. Na polecenie szefostwa partii, w tym samej Le Pen, europosłowie Zjednoczenia Narodowego mieli zatrudniać tylko po jednym asystencie do prac w Parlamencie Europejskim. Reszta przyznanego przez PE budżetu na prowadzenie biura miała zostać przeznaczona na funkcjonowanie partii. Środki były defraudowane poprzez fikcyjne zatrudnienia kolejnych asystentów parlamentarnych, którzy jednak wykonywali prace na rzecz partii, a nie europosłów. Zdaniem sądu partia wyłudziła w ten sposób 2,9 miliona euro. Ten system wyłudzeń został wymyślony jeszcze w czasach, gdy partię prowadził ojciec polityczki Jean-Marie Le Pen. Śledztwo dotyczyło lat 2004-2017. Le Pen objęła stery w partii w 2011 roku.
Oprócz Le Pen na ławie oskarżonych zasiadło w sumie 25 osób, w tym byli lub obecni europosłowie Bruno Gollnisch, Nicolas Bay (obecnie w partii Rekonkwista Érica Zemmoura), Dominique Bilde, Mylène Troszczynski, Marie-Christine Boutonnet, Marie-Christine Arnautu oraz Fernand Le Rachinel, osoby funkcyjne w partii, w tym wiceprzewodniczący Louis Aliot oraz skarbnik partii Wallerand de Saint-Just. Pośród osób skazanych za przyjęcie fałszywego zatrudnienia jest m.in były szef sztabu Le Pen Thierry Légier oraz jej asystentka Catherine Griset, a także jej siostra Yann Le Pen. Jak ustalił sąd, zatrudniona jako europarlamentarna asystentka Catherine Griset w latach 2014-2015 przepracowała w PE niecałe 12 godzin, cały czas pracy spędzając w siedzibie partii w Paryżu.
W 2027 roku Marine Le Pen miała po raz czwarty zawalczyć o prezydenturę i tym razem, jak wskazują sondaże, miałaby największe szanse na wygraną w całej karierze. Francuskie media spekulują jednak, że jeśli Le Pen nie zdecyduje się na kampanię, odbywając karę w dozorze elektronicznym, jej naturalnym zmiennikiem w wyścigu o Pałac Elizejski będzie 29-letni Jordan Bardella.
Przeczytaj także:
Premier Donald Tusk ogłosił, że w środę resort zdrowia i NFZ przedstawią propozycje zmian w systemie ochrony zdrowia. Chodzi m.in. o zarobki lekarzy i wycenę świadczeń. To reakcja rządu na aferę w Szpitalu Południowym
We wtorek 7 lipca podczas posiedzenia rządu premier Donald Tusk zdementował medialne doniesienia o dymisji ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy. „Chcę od razu państwa uprzedzić, a niektórych uspokoić. Moim zadaniem jako premiera rządu nie jest szukanie kozłów ofiarnych” – mówił Tusk.
„Ci, którzy odpowiadają za konkretne sytuacje w konkretnych szpitalach, będą odpowiadać – niektórzy przed wymiarem sprawiedliwości. Będziemy ten proces kontroli i egzekucji przepisów prawa i przyzwoitości kontynuować” – zadeklarował jednak szef rządu.
Premier zapowiedział, że w środę rząd przedstawi propozycje zmian w ochronie zdrowia, nad którymi przez ostatnie kilkadziesiąt godzin pracowali Ministerstwo Zdrowia i NFZ. Rozwiązania mają dotyczyć:
Tusk podkreślił, że mimo iż część rozwiązań wymaga zmian ustawowych, wszystkie mają zostać wdrożone w trybie pilnym. „Nie będą to łatwe zadania i nie wszystkim się spodobają, ale nie ma odwrotu od tej drogi” – mówił szef rządu.
Zapowiedź szefa rządu to próba rozminowania afery, która wybuchła po publikacjach portalu Zero.pl i Onetu na temat nieprawidłowości w funkcjonowaniu Szpitala Południowego w Warszawie. Najpierw dziennikarze Zero.pl ujawnili, że Dawid Kacprzyk, lekarz w trakcie specjalizacji, wcześniej związany z Koalicją Obywatelską, pracując jako koordynator, zarobił 1,6 mln zł w ciągu roku, bo dyżurował w szpitalu cztery tysiące godzin. W szpitalu miał również – według Zero.pl – za sprawą Kacprzyka funkcjonować „salonik VIP”, w którym poza kolejnością miały być przyjmowane osoby związane z warszawskimi strukturami KO. Następnie dziennikarze Zero.pl i Onetu opisali makabryczny proceder „handlu zwłokami”, którego we współpracy z zakładami pogrzebowymi miał się dopuszczać szef szpitalnego prosektorium. Nieprawidłowości w funkcjonowaniu szpitala wykryto znacznie więcej, ale nie chodzi tylko o jeden patologiczny przypadek skorumpowanej i źle funkcjonującej placówki.
Jak pisała w OKO.press Agata Kołodziej, tuż po wybuchu afery „Gazeta Wyborcza” przypomniała sprawę lekarza z Sosnowca, który w miejskim szpitalu przepracował w 2023 roku 4881 godzin. Odliczając dni wolne, wychodziło 20 godzin pracy dziennie. A NFZ, pytany o środki zaradcze, odpowiedział, że nie prowadził żadnych. Bo nie ma przepisów, które ograniczałyby liczbę przepracowanych godzin przez lekarzy na kontrakcie. Nie ma więc powodów do kontroli. A to wszystko dlatego, że w kraju jest deficyt lekarzy, a więc limitowanie godzin na kontraktach byłoby strzałem w kolano. Afera w Szpitalu Południowym jest więc elementem systemowego problemu. A dla rządzących jest to cios wizerunkowy, który może zaważyć na ocenie całej kadencji.
Przeczytaj także:
430 ukraińskich dronów miało lecieć w nocy na Moskwę. Jej władze ogłosiły, że większość udało się zestrzelić daleko od miasta. Ale czy rzeczywiście Ukraińcy atakowali akurat Moskwę? Faktem jest jednak, że prezydent Zełenski zapowiedział Moskwie piekło. „Wkrótce”
Mer Moskwy Sobianin ogłosił nad ranem, że na Moskwę poszedł największy w historii atak dronowy. Nad samą Moskwą obrona miała zestrzelić 36 dronów, resztę na podejściu. W sumie atakujących Moskwę dronów zestrzelono 430. Czy są straty, Sobianin nie powiedział.
Tymczasem rosyjski MON ogłosił, że w nocy nad całą Rosją zestrzelono w sumie... 452 drony. Z tego komunikatu wynika, że w większości w ogóle nie leciały na Moskwę.
Sami Ukraińcy w oficjalnym komunikacie z trafień w nocy Moskwy w ogóle nie wymieniają. Jako sukces podają kolejne trafienie fabryki elektroniki do rakiet w Briańsku, mostów na Krymie i magazynów na zapleczu frontu w Rosji.
Reakcja mera Moskwy może być wyprzedzająca, bo miasto musi się szykować na ukraiński atak. Dzień wcześniej w wywiadzie dla „Financial Times” prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że wojna rosyjsko-ukraińska przeniosła się z lądu i morza w powietrze. „A w tej konfrontacji przestaje być ważne, czyje terytorium jest większe. W powietrzu już jesteśmy konkurencyjni” – powiedział.
„Kiedy nie sto, a tysiąc dronów będzie lecieć w kierunku Moskwy, [Putin] zrozumie” – powiedział Zełenski.
Według Zełenskiego psychologiczny wpływ zakrojonych na szeroką skalę ataków dronów na Moskwę i Petersburg, a także pogłębiające się problemy gospodarcze ostatecznie osłabią determinację Władimira Putina do kontynuowania wojny.
Uderzenia Ukrainy w głębi Rosji doprowadzają państwo Putina do coraz większych trudności. W oficjalnym przekazie prawie nie ma o tym mowy, ale niezależne doniesienia mówią o tworzących się wielogodzinnych i wielodniowych kolejkach po benzynę (na zdjęciu – kolejka w Moskwie 3 lipca). Wybuchają w nich awantury, dochodzi do prób kupowania bez kolejki przez osoby twierdzące, że reprezentują „władze”.
Na Krymie nie ma prądu, komunikacja półwyspu z Rosją kontynentalną zamiera. Ukraińcy trafili już wszystkie rosyjskie wielkie rafinerie naftowe.
Po poniedziałkowym ataku na największą rosyjską rafinerię, w Omsku, władze wprowadziły w obwodzie omskim racjonowanie paliwa. Gubernator Wołogdy poskarżył się publicznie, że na trasie zabrakło mu paliwa. Panika związana z ukraińskim ostrzałem doprowadziła wczoraj do ogłoszenia alarmu rakietowego w Nowosybirsku, ponad 3 tys. km od granicy z Ukrainą.
Rosyjska propaganda przeszła w tryb histeryczny. Nie tylko nie zapewnia już, że wkrótce problemy z paliwem się skończą. Ignoruje temat. Koncentruje się za to na opowiadaniu, jak straszliwie rosyjska armia razi Kijów. Bowiem ukraińska obrona nie ma rakiet do baterii Patriot (a jeśli ma, to „przeterminowane i niecelne”) i nie ma jak zestrzeliwać rakiet balistycznych uderzających w miasto.
Z kilkunastominutowych reportaży nadawanych w telewizji w głównych dziennikach dzień w dzień widz może odnieść wrażenie, że w Ukrainie nie ma już żadnych zapasów dronów i rakiet dalekiego zasięgu. Jakby cała ukraińska produkcja miała być skoncentrowana w Kijowie.
Bez odpowiedzi propagandowej zostaje więc pytanie, czym Ukraińcy strzelają w Rosję teraz.
Rosjanie zaczęli też niszczyć stacje benzynowe po ukraińskiej stronie, co też ma być formą „kary” dla Ukrainy. Ale przede wszystkim pocieszeniem dla rosyjskiego odbiorcy. Zniszczone stacje należały jednak do azerbejdżańskiej sieci i Baku złożyło oficjalny protest w MSZ. To, że Moskwa nie bierze pod uwagę takich konsekwencji, to kolejny dowód na to, że mamy do czynienia z paniczną reakcją.
Na tym tle reakcja mera Moskwy jest zastanawiająca. Po pierwsze — przyznał się do gigantycznego ataku na Moskwę, który chyba nie miał miejsca. Albo był atakiem „zwykłym” — bowiem dzień w dzień na Moskwę leci po kilkadziesiąt ukraińskich dronów.
W każdym razie mer skalę ataku zwiększył, doliczając do niego drony zestrzelone „w czasie podejścia”. Do tej pory takie drony rosyjski MON zaliczał do „zestrzelonych nad terytorium Rosji”.
Mer Sobianin, którego kremlinolodzy zaliczają do możliwych następców Putina, chwali się więc, że przynajmniej na razie panuje nad sytuacją. W przeciwieństwie do innych czynowników, którzy albo rozpaczają nad brakiem benzyny, albo wydają polecenia, by było lepiej — a lepiej od tego nie jest.
Ostatni raz Moskwa oberwała w ataku dronowym 18 czerwca. Trafiona została wtedy moskiewska rafineria. Od tego czasu nie ma doniesień o trafieniach w samej metropolii. Ukraińcy trafili jednak dwa centra komunikacji satelitarnej pod Moskwą i ośrodek łączności rosyjskiego wywiadu.
Przeczytaj także: