0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 17.06.2026 Warszawa , Aleje Ujazdowskie , Kancelaria Prezesa Rady Ministrow . Premier Donald Tusk podczas konferencji prasowej dot. spraw biezacych .17.06.2026 Warszawa ...

„Pacjenci przyjęci na SOR umierali niezaopiekowani, pracownicy oddziału »przypominali sobie« o nich po kilku godzinach i wykonywali im tomografię, żeby coś markować. Tam giną ludzie” – powiedział we wtorek wieczorem w Kanale Zero dr Emil Jędrzejewski.

Jędrzejewskiego media nazywają sygnalistą. Jego słowa w Kanale Zero wstrząsnęły nie tylko opinią publiczną, ale też władzami.

Rozpoczęła się gorączkowa krzątanina różnych organów państwa, jednak problemy systemowe, które doprowadziły do wybuchu afery w Szpitalu Południowym, są w większości niezauważane przez decydentów.

Wybuchł granat. I co potem?

Zaraz po emisji programu prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski pisał w social mediach, że zwróci się do Prokuratora Generalnego, żeby wyjaśnił aferę w Szpitalu Południowym.

To komunikat PR-owy, bo prokuratura Szpitalem Południowym już się zajmuje.

W poniedziałek wszczęła dwa śledztwa — jedno w sprawie lekarza Dawida Kacprzyka, od którego afera się zaczęła, drugie w sprawie nadzoru nad szpitalem, a więc w sprawie warszawskiego ratusza, w tym nie tylko w związku z nieprawidłowym wydatkowaniem pieniędzy, ale również z nieprawidłowościami w zarządzaniu SOR-em.

W tym drugim postępowaniu przesłuchany może być też Rafał Trzaskowski, a śledztwo to będzie prowadzone we współpracy z CBA, a nie z Komendą Stołeczną Policji, żeby uniknąć jakichkolwiek zarzutów o brak bezstronności.

Trzaskowski nie musiał się więc zwracać do Prokuratora Generalnego. To polityczny teatr.

Prokurator Generalny zresztą sam zareagował błyskawicznie. W środę 24 czerwca Waldemar Żurek poinformował, że od rana jest na gorącej linii z prokuraturą, rozpoczęła się kwerenda i jeszcze tego samego dnia lekarz-sygnalista zostanie przesłuchany.

O godz. 12 w środę dr Emil Jędrzejewski stawił się w prokuraturze. Jednak choć w programie Krzysztofa Stanowskiego mówił dużo, w prokuraturze nie chciał odpowiedzieć na żadne z kilkudziesięciu pytań. Po prostu milczał.

To, co w ramach tego rodzaju kroków Trzaskowski uczynić powinien, już uczynił. Niemal tydzień temu odwołał zarząd szpitala, dzień później radę nadzorczą, nakazał przeprowadzenie kontroli na oddziałach SOR w innych miejskich szpitalach oraz zapowiedział, że we władzach wszystkich podległych mu szpitali nie będą już zasiadali politycy.

W Warszawie takich szpitali jest kilka. W całej Polsce kilkaset. Ale ta decyzja dotyczy tylko stolicy, gdzie wybuchła afera.

Nie dotyczy całej Polski, bo Donald Tusk najwyraźniej jeszcze nie zrozumiał, że afera wybuchła z powodów systemowych, które rodzą patologie w całym kraju. Dlatego zajął się wybuchem, ale miny zakopane na terenie całej Polski nadal ignoruje, próbując ograniczać polityczne straty.

Tylko że nie da się już więcej udawać, że to jednostkowy problem. Dlaczego?

Kto jest dobry, a kto zły?

Jakie są zarzuty wobec dr Dawida Kacprzyka, wie już cała Polska. I dla PiS to polityczne złoto. Ale wobec sygnalisty też jest szereg wątpliwości. Doktor Jędrzejewski, jak pisała „Gazeta Wyborcza”, jest w sporze prawnym ze Szpitalem Południowym. Chodzi o 531 tys. zł, które zarobił w szpitalu dlatego, że według gazety był wpisywany w grafiku szpitala na fikcyjne dyżury i dopisywał się do zabiegów, które wykonywali inni lekarze.

Dodatkowo był w ostrym konflikcie z Kacprzykiem. Doszło nawet do wypowiadania publicznie w szpitalu niecenzuralnych słów wobec Kacprzyka oraz naruszenia jego nietykalności cielesnej. Według szpitala, był to jeden z powodów zwolnienia doktora Jędrzejewskiego.

To nie koniec, bo GW pisała, że Emil Jędrzejewski jest pułkownikiem Wojska Polskiego, ale na początku 2025 roku został zmuszony do odejścia z wojska, gdyż nie przychodził do pracy w Centralnej Wojskowej Komisji Lekarskiej.

Według źródeł GW materiały zebrane przez Żandarmerię Wojskową wskazują, iż dr Jędrzejewski mówił Komisji, że „do pracy pozwolił mu nie przychodzić Mariusz Błaszczak”, czyli szef MON za rządów PiS. Ale nie było na to żadnego potwierdzenia.

Te doniesienia Wyborczej są rozgrywane. Jedni twierdzą, że sygnalista jest niewiarygodny. Rzeczywiście można mieć wątpliwości co do jego zamiarów i działań, bo nie otrzymaliśmy dotąd odpowiedzi na kluczowe pytanie: dlaczego próbował informować w 2025 roku o nieprawidłowościach w szpitalu jedynie nieoficjalnymi kanałami (przez wiadomości na Messenger i WhatsApp bezpośrednio do Rafała Trzaskowskiego), a nie zawiadomił prokuratury, skoro miał wiedzę o tym, że w wyniku bardzo poważnych zaniedbań w szpitalu umierają ludzie?

Jeśli miał taką wiedzę, a nie zawiadomił władz, to może go czynić współwinnym.

Zresztą okazało się, że w prywatnych wiadomościach przez komunikatory doktor Jędrzejewski nie informował Rafała Trzaskowskiego, że w szpitalu miałoby dochodzić do śmierci pacjentów z powodu zaniedbań.

Przedstawiał swoje osiągnięcia, pisał, że na oddziale brakuje mebli i skarżył się na Dawida Kacprzyka, ponieważ ten wznieca konflikty i wykonuje procedury bez odpowiednich uprawnień. W dodatku, wbrew temu, co mówił wcześniej dr Jędrzejewski, komunikator WhatsApp wskazuje, że Trzaskowski tej wiadomości nie odczytał.

Drudzy zaś — prawica i jej zwolennicy — od kilku dni twierdzą, że celowo próbuje się zdyskredytować sygnalistę, żeby zmniejszyć skalę afery. Trwa więc spór, czy była afera, ale ktoś próbuje ją wygaszać, czy nie było afery, przynajmniej nie tak dużej.

Tymczasem fakt, że mamy tak niepokojące doniesienia zarówno na temat Dawida Kacprzyka, jak i sygnalisty w jego sprawie, to dowód na to, że afery są dwie. W jednym szpitalu. A poziom nasycenia patologiami w jednym tylko miejscu, może świadczyć o tym, że problem jest dużo poważniejszy, niż chciałby go widzieć premier Tusk.

Przeczytaj także:

Można pracować do upadłego

Dowodu na to, że problem jest szerszy niż jednostkowy przypadek, dostarczył Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej.

W środę rano (24 czerwca) nie tylko twierdził, że z informacji, które posiada, wynika, że przynajmniej część zarzutów, które stawia doktor Jędrzejewski, jest potwierdzona przez innych lekarzy. Mówił również, że otrzymuje sygnały z innych szpitali o patologiach, np. uprzywilejowanie polityków w stosunku do innych pacjentów.

Można dyskutować na temat progu dowodu – czy potrzeba ujawnienia 10, 100 czy 1000 konkretnych przypadków patologii w ochronie zdrowia, by stwierdzić, że z całym systemem jest coś nie tak. To uznaniowe, gdzie znajduje się ten próg.

Ale jeśli ramy systemu ustawione są tak, że te patologie w świetle prawa są możliwe, a nadto samo ministerstwo zdrowia się na nie godzi, uznając, że tak jest i już, to jednak świadczy, że mamy poważny problem, a nie jednostkową aferę.

A z tymi ramami tak właśnie jest.

„Gazeta Wyborcza” po wybuchu afery w Szpitalu Południowym, która zaczęła się od tego, że Dawid Kacprzyk zarobił 1,6 mln zł w ciągu roku, bo dyżurował w szpitalu cztery tysiące godzin, przypomniała sprawę lekarza z Sosnowca, który w miejskim szpitalu przepracował w 2023 roku 4881 godzin.

Grafik pracy lekarza jako dowód otrzymała wówczas nawet sosnowiecka radna. Wynikało z niego, że gdyby odliczyć dni wolne, lekarz pracował po 20 godzin dziennie. To budziło niepokój, bo nie wydaje się możliwe. Zrobiła się lokalna afera i dziennikarze zwrócili się do śląskiego oddziału NFZ z pytaniem, jakie działania podjęto w tej sprawie.

Żadne – usłyszeli. Bo nie ma przepisów, które ograniczałyby liczbę przepracowanych godzin przez lekarzy na kontrakcie. Nie ma więc powodów do kontroli. A NFZ musi działać w granicach prawa.

Podobne pytania zostały skierowane do Ministerstwa Zdrowia, które z kolei odpowiedziało, że to kierownik szpitala odpowiada za bezpieczeństwo pacjentów, a lekarze powinni przestrzegać Kodeksu Etyki Lekarskiej. I to tyle.

A więc ministerstwo wiedziało, że brakuje przepisów, które najwyraźniej są potrzebne, ale nie zajęło się przygotowaniem ich, tylko zrzuciło odpowiedzialność na kogoś innego.

Kogoś, kogo w dodatku usprawiedliwiło z niewykonywania zadania, pisząc, że

„wyeliminowanie nieprawidłowości nie jest możliwe bez zapewnienia stałego wzrostu kadr medycznych”.

Czyli że jest powszechna zgoda, również na poziomie urzędów centralnych, na akceptowanie nieprawidłowości. A więc mamy duży, ogólnopolski problem, a nie warszawską aferę – brak odpowiednich przepisów regulujących pracę lekarzy na kontraktach oraz deficyt lekarzy.

Sitwa to nie legenda miejska

Lista problemów jest jednak znacznie dłuższa i mają one często charakter przyczynowo-skutkowy. Można je wymienić już na przykładzie samego Szpitala Południowego:

1.

Solidarność zawodowa, która spowodowała, że dopóki nie wypłynęło oświadczenie majątkowe radnego i jednocześnie lekarza Dawida Kacprzyka, nikt nie informował o nieprawidłowościach, których skala dziś poraża.

2.

Ta solidarność zawodowa mogła wygrać, bo nadzór nad placówkami medycznymi mógł być nieprawidłowy albo choć niedostateczny.

3.

Nadzór mógł być niewystarczający, ponieważ władze samorządowe często są w komitywie z władzami szpitali, gdzie na stanowiskach zarządczych zatrudnia się polityków (z tego szumnie zrezygnował właśnie prezydent Warszawy, ale reszta Polski nadal nie drgnęła). Trudno oczekiwać, że taki układ będzie się kontrolować sam.

4.

Komitywa z lekarzami na poziomie samorządowym jest politycznie opłacalna, lekarze bowiem często są trzonem lokalnych struktury partyjnych. Jak się odwrócą, partia może mieć problemy w regionie.

5.

Komitywa skutkuje tym, że politycy mają uprzywilejowany dostęp do usług medycznych poza kolejką. Takie pojedyncze przypadki znaliśmy już wcześniej, ale to jednak symptomatyczne, że teraz o kolejnych mówi sam prezes Naczelnej Izby Lekarskiej. Coś pękło.

To o tyle ważne, że omijanie kolejki i preferencyjne traktowanie powodowało, że politycy nie doświadczali tych samych bolączek systemu ochrony zdrowia co zwykli pacjenci. Więc być może nie zdawali sobie sprawy z ich istnienia i skali kryzysu. Dlatego nie próbowali go nawet rozwiązywać.

To tezy. A dowody na ich poparcie?

Lekarze są nadreprezentowaną grupą we wszelkich władzach. Choć w społeczeństwie stanowią ok. 0,3 proc., to w Sejmie dziesięciokrotnie więcej – 3 proc., a w Senacie 23-krotnie więcej.

To jednak ciągle dowody na małych liczbach, bo w Sejmie mamy 13 lekarzy, a w Senacie 7. Większe liczby pojawiają się o poziom niżej, w samorządach. W skali całej Polski mamy 1400 lekarzy w gronie prawie 47 tys. radnych. To również 3 proc.

Na to należy nałożyć fakt, że w mniejszych ośrodkach — na co zwraca uwagę w ostatnim numerze tygodnika „Polityka” Joanna Solska — szpitale są często największym pracodawcą, więc starostowie, marszałkowie, wojewodowie walczą o to, żeby nie zniknęły, bo od tego, czy uratują szpital, często zależy ich pozycja polityczna.

„Przy okazji tworzą się sitwy lokalne, uprzywilejowane polityczne dojścia na skróty do ochrony zdrowia i do kontraktów”

– pisze Solska.

Na razie uzyskaliśmy od polityków deklarację rozbicia tej sitwy w kilku szpitalach w jednym mieście.

Lekarz jak piłkarz. I niech tak zostanie

Jest też jeszcze drugi worek z problemami, który również układa się ciąg przyczyna-skutek:

1.

Zbyt wysokie zarobki części medyków drenują budżet NFZ, przez co brakuje pieniędzy na świadczenia dla pacjentów.

Nie wiemy, jaka jest skala astronomicznie zarabiających lekarzy, bo do wybuchu afery politycy nie mieli odwagi stworzyć narzędzi, żeby się tego dowiedzieć i spróbować ucywilizować zasady wynagradzania w ochronie zdrowia. Wkrótce się jednak tego dowiemy, o ile prezydent nie zawetuje ustawy umożliwiającej zbieranie danych o zarobkach lekarzy po numerze PESEL, która przeszła już przez Sejm, i to w ekspresowym tempie.

Wiemy natomiast, że lekarze kontraktowi (czyli tacy, którzy nie pracują na umowie o pracę, ale zakładają jednoosobowe działalności gospodarcze i wystawiają szpitalom faktury, pozostając w relacji B2B, a nie pracownik-pracodawca, omijają więc kodeks pracy – a tak pracuje w Polsce 70 proc. lekarzy) korzystają z agencji, które w ich imieniu negocjują lukratywne kontrakty.

„Polityka” pisze, że jak aktorzy. I cytuje dyrektora jednego ze szpitali wojewódzkich, który przyznaje, że sam też korzysta z agencji przy negocjowaniu warunków pracy. Można powiedzieć też, że jak piłkarze. Ostatecznie lekarze mogący dyktować warunki stają się jeszcze bardziej zamożni, a część publicznych pieniędzy na zdrowie idzie na opłacanie agencji pośrednictwa, które biorą prowizję od kontraktu.

2.

Zarobki lekarzy na kontraktach są wysokie, bo lekarzy, szczególnie w niektórych specjalnościach, brakuje, więc szpitale walczą o nich, konkurując stawkami.

3.

Ponieważ lekarzy brakuje, stosujemy w systemie kontrakty, dzięki czemu można omijać kodeks pracy i dopuszczać, żeby lekarze pracowali ponad siły, w wielu miejscach, czasem niestety nawet jednocześnie. I to drugi generator wysokich zarobków, ale jednocześnie czynnik ryzyka dla bezpieczeństwa pacjentów.

4.

Od kilkunastu lat liczba miejsc na uczelniach na kierunkach lekarskich rośnie. Ustala ją corocznie Ministerstwo Zdrowia. Ale od kilku lat Naczelna Izba Lekarska alarmuje, że urosła za bardzo i kształcimy za dużo lekarzy, w ten sposób marnując publiczne pieniądze na edukację lekarzy na eksport.

Być może za dużo, jak na potrzebny wykształconego już systemu opartego na kontraktach, skutkującego patologiami na wielu polach. Ale żeby z tym systemem skończyć, potrzebujemy kształcić „za dużo” lekarzy jak na obecne potrzeby. Pisaliśmy o tym niedawno w OKO.press.

Ministerstwo Zdrowia najwyraźniej przekonuje jednak argumentacja grupy zawodowej działającej we własnym interesie. Zaledwie kilka dni temu branżowy portal Rynek Zdrowia informował, że tegoroczny limit przyjęć na medycynę może być ostatnim tak wysokim naborem na studia lekarskie (ok. 9 tys. miejsc), a w kolejnych latach resort te limity może zacząć obniżać.

5.

Pojawia się argument, że to konieczne, bo dość wysoka liczba miejsc na kierunkach medycznych nie ma sensu, skoro potem i tak jest za mało miejsc na rezydenturze. Lekarze w ten sposób wpadają w pułapkę, bo nie mają możliwości zrobienia specjalizacji. Tych miejsc w skali roku jest ok. 4 tys., a więc ponad połowę mniej niż lekarzy, którzy kończą studia.

W takiej sytuacji rozwiązania są jednak dwa, nie jedno – można zmniejszyć liczbę miejsc na kierunkach lekarskich albo zwiększyć liczbę miejsc na rezydenturze. Środowisko lekarskie nalega jednak na to pierwsze rozwiązanie, co zablokuje nam drogę do reformy systemu zatrudniania lekarzy.

W dodatku jest to fałszywa alternatywa. Nie jest bowiem prawdą, że miejsc na zrobienie specjalizacji lekarskiej rocznie jest tylko ok. 4 000. Problem jest nieco bardziej skomplikowany. Mamy bowiem dwa rodzaje miejsc dla absolwentów medycyny, które pozwalają im zrobić specjalizację. Są miejsca rezydenckie – których w tym roku jest 4 039 – i pozarezydenckie, których jest 8 221. Łącznie jest ich więc ponad 12 tys.

Różnica między nimi jest taka, że miejsca rezydenckie przyznawane są przez ministerstwo i to MZ płaci za etat lekarza rezydenta. Miejsca pozarezydenckie są natomiast przyznawane przez wojewodę i pensję medyka pokrywa szpital. W pierwszym trybie lekarz zatrudniany jest na umowę o pracę i nie może mieć innej specjalizacji — to musi być jego pierwsza.

W drugim trybie możliwe jest zatrudnienie B2B czy na umowę cywilnoprawną, a specjalizacja może być kolejną.

Problemem są więc nie całkowite liczby, ale braki w konkretnych specjalizacjach i konkretnych regionach kraju. To jeden z fundamentalnych problemów, który leży u podstaw części patologii – kontrakty zamiast etatu, bilokacja lekarzy, którzy są na dyżurach jednocześnie w kilku miejscach na raz, a częściej raczej zbyt długo dyżurują bez odpoczynku, co stanowi zagrożenie dla pacjentów. No i astronomiczne płace.

Okazuje się jednak, że ten problem jest rozwiązywany, o czym niemal się nie mówi.

Rząd Tuska już robi dużą reformę, ale nawet nie wie, jak jest ważna

8 czerwca, dokładnie dzień przed tym, kiedy na portalu X ujawniono oświadczenie majątkowe lekarza, a jednocześnie radnego Dawida Kasprzyka, opublikowany został projekt ustawy, który zasadniczo zmienia zasady kształcenia lekarzy i lekarzy dentystów.

Wprowadza duże zmiany w naborach na specjalizację, które mają spowodować wyrównanie dysproporcji w dostępie do specjalistów pomiędzy poszczególnymi regionami kraju.

Po pierwsze, medycy będą kierowani tam, gdzie są największe niedobory specjalistów w danej dziedzinie. Po drugie, projekt zamyka drogę lekarzom rezydentom do przenoszenia się w trakcie rezydentury między jednostkami. Dotąd było tak, że młody lekarz dostawał się na specjalizację tam, gdzie było miejsce, ale w trakcie jej trwania przenosił się, często do innego regionu kraju.

Po trzecie, Ministerstwo Zdrowia chce częściowo uwolnić tryb pozarezydencki. Zmiana ma polegać na tym, że jednostki akredytowane (w uproszczeniu szpitale, w których można robić specjalizację), będą same wydzielać miejsca w trybie pozarezydenckim w ramach limitu określonego w rozporządzeniu.

Dodatkowo będą mogły wnioskować do wojewody o przyznanie miejsca rezydenckiego w miejsce pozarezydenckiego.

To duże zmiany. Czy wystarczające? Na to odpowiedzieć powinny konsultacje publiczne projektu, do których rząd powinien się naprawdę przyłożyć. Na razie, o dziwo, o projekcie tym jest bardzo cicho.

To tym dziwniejsze, że ma potencjał, by sporo naprawić w systemie, to już się dzieje, a premier się nim nie chwali. Zupełnie nie jest zainteresowany opowiedzeniem Polkom i Polakom tej reformy. Być może sam nie docenia jej wagi. Być może nie czuje takiej potrzeby, a to świadczyłoby o tym, że ciągle myśli, że mamy do czynienia z jakąś warszawską aferą, a nie przesileniem w skali całej Polski.

A powinien już to rozumieć. Nie tylko po to, by ratować własne sondaże.

Przede wszystkim po to, by pokazać, że system naprawdę można zmieniać, a skoro jakiś pierwszy krok został postawiony (a właściwie drugi, licząc ustawę o zbieraniu danych o zarobkach lekarzy po PESEL), to da się wykonać i kolejne. Lepszego momentu nie będzie.

Na zdjęciu Agata Kołodziej
Agata Kołodziej

Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.

Komentarze