Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Poseł Stanisław Tyszka przyznał, że razem z Pawłem Kukizem brali udział w spotkaniu u Zbigniewa Ziobry, który proponował, by skorzystali z Funduszu Sprawiedliwości na własne cele. Cezary Tomczyk (KO): – Składam zawiadomienie do prokuratury
Stanisław Tyszka, obecny poseł Konfederacji, a wcześniej partii Kukiz'15 na antenie Polsat News wyznał, że był mamiony pieniędzmi z Funduszu Sprawiedliwości. W niedzielnym programie przekazał, że razem z liderem partii Pawłem Kukizem wziął udział w spotkaniu zorganizowanym przez Janusza Kowalskiego u Zbigniewa Ziobry. Działo się to jeszcze za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy, kiedy Ziobro był ministrem sprawiedliwości i razem z Kowalskim tworzyli Suwerenną Polskę. Dziś zasilają szeregi Prawa i Sprawiedliwości.
— Pan poseł Kowalski proponował przy ministrze Ziobro, żebyśmy skorzystali z Funduszu Sprawiedliwości na własne cele, które nam pomogą politycznie. My to oczywiście odrzuciliśmy — powiedział na antenie Stanisław Tyszka.
Dodał, że Ziobro i Suwerenna Polska stworzyli „maszynkę do wydawania publicznych pieniędzy na cele partyjne, prowadzenie własnych kampanii wyborczych”.
Wiceszef Ministerstwa Obrony Narodowej od razu zapowiedział, że o sprawie poinformuje prokuraturę. „Składam w tej sprawie zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Janusza Kowalskiego oraz innych obecnych przy tej rozmowie polityków PiS” – zapowiedział na platformie X Tomczyk.
Do zarzutów już odniósł się Janusz Kowalski, który Tyszkę nazwał „ordynarnym kłamcą”. "Raz w życiu rozmawialiśmy politycznie z Tyszką o KPO. Konfabulacje Tyszki wystawiają jemu samemu jak najgorsze świadectwo. Pozostaje otwarte pytanie, dlaczego pan Tyszka kłamie?” – napisał na X Kowalski. Polityk zapowiedział, że o sprawie poinformuje sąd — oskarżając Tyszkę o zniesławienie.
W piątek 7 listopada Sejm uchylił immunitet Zbigniewowi Ziobrze oraz zgodził się na zatrzymanie i ewentualne tymczasowe aresztowanie byłego ministra sprawiedliwości. Prokuratura Krajowa, która pod lupę wzięła sposób wydatkowania pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości, stworzonego w celu pomocy ofiarom przestępstw, zarzuca Ziobrze aż 26 przestępstw.
Jak pisał na łamach OKO.press Mariusz Jałoszewski, „prokuratura zarzuca mu wręcz, że stał na czele zorganizowanej grupy przestępczej. Jak pisze we wniosku do Sejmu, Ziobro sam często decydował, kto ma wygrać dany konkurs. Nie dopełnił też nadzoru nad Funduszem jako minister sprawiedliwości. [...] Najmocniejsze są zarzuty związane z blisko 100 milionami dotacji dla księdza Michała O. z Fundacji Profeto na centrum medialne. Mocne są też informacje o limitach wydatków z Funduszu dla polityków Suwerennej Polski w związku z prowadzeniem kampanii wyborczej w 2023 roku”.
Prokuratura dysponuje zeznaniami świadków i dokumentami obciążającymi kierownictwo Suwerennej Polski. Najważniejsze zeznania złożył Tomasz Mraz, były dyrektor Funduszu Sprawiedliwości, który zdecydował się na współpracę z organami ścigania. Ziobrze grozi nawet 25 lat więzienia. Wykonanie postanowienia o zatrzymaniu powierzono funkcjonariuszom Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Polityka PiS nie ma w kraju, przebywa w Budapeszcie.
Przeczytaj także:
Łotewski parlament zagłosował za wypowiedzeniem Konwencji Stambulskiej, która na mocy prawa międzynarodowego chroni przed przemocą domową. Jeśli Łotwa wypowie Konwencję, będzie pierwszym krajem Unii Europejskiej, który z dokumentu się wycofał
Łotwa przyjęła Konwencję Stambulską w 2023 roku. Jej przepisy, gwarantujące przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, weszły w życie dopiero 1 maja 2024 roku. Wystarczył rok, by narodowo-konserwatywna opozycja uznała, że przepisy wykorzystano do promowania „ideologii gender”, „popularyzacji odmiennego rozumienia płci” oraz wywierania szkodliwego wpływu na dzieci i tworzenia społecznych podziałów. Na wniosek partii Łotwa Pierwsza (LPV) w łotewskim parlamencie doszło do głosowania nad wypowiedzeniem Konwencji Stambulskiej. Dzięki głosom opozycji (Sojuszu Narodowego, Zjednoczonej Listy i partii Dla Stabilności!) i wsparciu deputowanych ze Związku Zielonych i Chłopów wniosek przeszedł.
Głosowanie odbyło się w czwartek, 30 października. Za opuszczeniem konwencji głosowało 56 posłów. Przeciw było 32. Kolejne dwie osoby wstrzymały się od głosu.
Premier Łotwy Evika Siliņa, której rząd obiecywał ratyfikację konwencji, skrytykowała decyzję parlamentu jako okrutną i politycznie motywowaną. Decyzja łotewskiego parlamentu wywołała publiczne oburzenie i masowe protesty. W Rydze odbyła się kilkutysięczna manifestacja, podczas której wykrzykiwano „Kochaj, to nie bij”, czy „Łotwa to nie Rosja”. O debacie wokół konwencji już mówi się, że to najburzliwsza debata polityczna, jaka w ostatnich latach przetoczyła się przez Łotwę.
Jeśli decyzję zatwierdzi prezydent, Łotwa stanie się pierwszym państwem członkowskim Unii Europejskiej, które wycofa się z Konwencji Stambulskiej. Wcześniej, w 2021 roku, zrobiła to tylko Turcja, która w UE nie jest. Hasła o wypowiedzeniu Konwencji Stambulskiej pojawiały się również w Polsce, w obozie Zjednoczonej Prawicy, w 2020 roku. Do formalnego głosowania nigdy jednak nie doszło.
Jaka przyszłość czeka Łotwę? Ostatecznie decyzja została odłożona do przyszłego roku: parlament, pod naciskiem opinii publicznej i samego prezydenta zdecydował o przełożeniu procedowania wniosku na kolejną kadencję parlamentu. Wybory mają odbyć się jesienią przyszłego roku.
Spór wokół Konwencji Stambulskiej na Łotwie pokazał, że przyszłoroczna kampania wyborcza będzie ogniskować się wokół kwestii ideologicznych — uważa Bartosz Chmielewski, analityk ds. państw bałtyckich w Ośrodku Studiów Wschodnich. — Ugrupowania o rysie konserwatywnym, należące do głównego nurtu, partie pozycjonujące się jako antyestablishmentowe oraz formacje reprezentujące mniejszość rosyjską będą odwoływać się do narracji o „walce z ideologią gender” i obronie tradycyjnych wartości. Z kolei te progresywne oraz mniejsze partie liberalne będą akcentować przywiązanie do wartości europejskich, przynależność do Zachodu oraz poszanowanie praw człowieka. Na dalszy plan zejdą kwestie migracji, demografii czy przezwyciężenia stagnacji gospodarczej — uważa analityk w analizie dla OSW.
I dodaje, że debata wokół ustawy o wyjściu z konwencji stambulskiej pokazała, że łotewską politykę krajową może czekać paraliż — skoro w tak kluczowej kwestii rząd nie mówił jednym głosem. – Dalsze funkcjonowanie koalicji w obecnym kształcie oznaczać będzie trudności z procedowaniem kluczowych ustaw i doprowadzi do politycznej inercji aż do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Obecna koalicja jest jedynie doraźnym sojuszem partii różniących się ideowo, zaś spór o konwencję stambulską tylko wzmocnił dotychczasowe nieporozumienia — podnosi Chmielewski.
Przeczytaj także:
Jarosław Kaczyński wezwał na Twitterze do wspierania Daniela Obajtka podczas przesłuchania w prokuraturze, które odbędzie się 12 listopada. Na wpis prezesa PiS zareagowało biuro prasowe Orlenu. Spółce odpowiedział sam Obajtek
Jarosław Kaczyński wezwał sympatyków PiS, aby 12 listopada przyszli pod siedzibę Prokuraturę Regionalnej w Warszawie. Tego dnia odbędzie się przesłuchanie Daniela Obajtka. Były prezes Orlenu może usłyszeć zarzuty przekroczenia uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej.
„Najwybitniejszy polski menedżer jest dzisiaj wściekle atakowany za to, że z polskiej firmy petrochemicznej zrobił koncern multienergetyczny, który zaczął się liczyć w Europie i na świecie”
- stwierdził we wpisie Jarosław Kaczyński.
„Degradowanie polskiej gospodarki trwa w najlepsze, a wraz z nią człowieka, który pracował na jej sukces. Nie zapominajmy o nim” – dodał Kaczyński.
Na wpis prezesa PiS zareagowało biuro prasowe Orlenu.
„Panie Pośle, manager, o którym Pan wspomina, nie jest atakowany za tworzenie koncernu multienergetycznego” – wyjaśnia spółka.
I wylicza sprawy, które jej zdaniem wymagają wyjaśnienia:
Na końcu wpisu spółka podkreśliła, że
od momentu odejścia „wspomnianego menedżera” wartość Orlenu wzrosła o ok. 40 mld złotych.
Na wpis firmy, której przewodził w czasach rządów PiS, zareagował sam Daniel Obajtek.
Były szef koncernu wskazał, że wezwanie do prokuratury dotyczy „rzekomego braku kontroli celów i zakresu wykonywanych usług przez firmę detektywistyczną” zatrudnionej w Orlenie w czasie połączenia z Lotosem. Zdaniem Obajtka detektywi badali ingerencję obcych wpływów w firmie. Wskazał, że chodziło m.in. o powiązania firm Bartłomieja Sienkiewicza „które zarobiły w Orlenie 14 mln zł”.
Według europosła PiS śledczy chcą go rozliczyć za wycofanie ze stacji Orlen jednego z numerów tygodnika „Nie”, który miał obrażać Jana Pawła II i uczucia katolików.
Obajtek odniósł się także do obecnych wyników Orlenu. „Wasz zysk w zeszłym roku to marniutkie 1,3 mld zł – wobec 21 mld zł w 2023 wypracowanych przez nas – brzmi jak ponury żart” – napisał były prezes koncernu.
W swoim wpisie Daniel Obajtek odniósł się także do ostatnich zmian w radzie nadzorczej Orlenu.
„Mówicie o porządkach, a to niedawno szef MAP zrobił porządki w Radzie Nadzorczej, bo jak sam stwierdził, w Orlenie nic się nie dzieje”
- wskazał były prezes koncernu.
28 października na wniosek MAP odwołano przewodniczącego rady nadzorczej Orlenu Wojciecha Popiołka oraz jego zastępcę Michał Gajdusa. Obaj trafili do rady nadzorczej spółki na początku 2024 roku kiedy ministrem aktywów państwowych był Borys Budka.
Wojciecha Popiołka na stanowisku przewodniczącego rady nadzorczej Orlenu zastąpił Przemysław Ciszak, bliski znajomy i współpracownik ministra Wojciecha Balczuna. Obaj pracowali w PKP Cargo za czasów pierwszego rządu (2007-2011) Platformy Obywatelskiej. Gdy w 2015 r. PiS przejęło władzę, Ciszak trafił do PKP. Współpracował też nad zmianami w przepisach dotyczących nadzoru właścicielskiego z ówczesnym szefem MAP Jackiem Sasinem i jego zastępcą Januszem Kowalskim.
Przeczytaj także:
Prezydent Karol Nawrocki zawetował powstanie Parku Narodowego Doliny Dolnej Odry. Jak ustaliło Radio Zet obszar chroniony jednak powstanie, ale jako filia innego, istniejącego już parku narodowego
Jak ustaliło Radio ZET obszar chroniony na terenie tzw. Międzyodrza jednak powstanie. W piątek (7 listopada) prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę, dzięki której miał powstać Park Narodowy Doliny Dolnej Odry.
Mimo prezydenckiego weta rząd i tak che objąć ten obszar specjalną ochroną. Zamierza utworzyć tam filię istniejącego od 1960 roku Wolińskiego Parku Narodowego. Do jej stworzenia nie potrzeba ustawy. Wystarczy rozporządzenie Rady Ministrów.
„To musi być inicjatywa, którą zaakceptują samorządy. Trwają rozmowy ministerstwa z samorządami, jak wykonać ten ruch” – wyjaśniał w rozmowie z Radiem Zet wojewoda zachodniopomorski Adam Rudawski.
W uzasadnieniu prezydenckiego weta Kancelaria Prezydenta napisała, że powstanie Parku Narodowego Doliny Dolnej Odry „budzi obawy o zablokowanie rozwoju gospodarczego regionu, w którym Odra jest kluczowym źródłem potencjału inwestycyjnego”.
Jeszcze w kampanii wyborczej Karol Nawrocki wypowiadał się przeciwko utworzeniu nowego parku narodowego.
„Mamy do czynienia z działalnością paraekologicznych organizacji niemieckich czy z próbami budowania Parku Narodowego Doliny Dolnej Odry, co mnie jako Prezydenta Polski niepokoi w kontekście naszej strategicznej potrzeby rozwijania i gospodarki morskiej, i gospodarki śródlądowej” – mówił Nawrocki.
Międzyodrze jest częścią międzynarodowej ostoi ptaków, ważnym korytarzem migracyjnym, miejscem odpoczynku i zimowiskiem dla gęsi, kaczek i żurawi. Żyje tu aż osiem gatunków nietoperzy, bobry, wydry, jelenie i wilki. Inicjatywa parkowa podkreśla na swojej stronie internetowej, że herpetofauna (płazy i gady) reprezentowana jest przez 16 gatunków, z największą na Pomorzu populacją żaby śmieszki.
Utworzenie nowego obszaru najwyższej ochrony popierają dyrektorzy wszystkich 23 istniejących już parków narodowych. „Walory przyrodnicze Międzyodrza pretendują go w 100 proc. do włączenia w granice parku narodowego. Dotychczasowa wiedza naukowa potwierdza wyjątkowość przyrodniczą tego obszaru oraz potrzebę jego pilnej ochrony” – podkreślali w liście poparcia dla nowej inicjatywy przyrodniczej.
W Polsce od niemal ćwierć wieku nie powstał żaden nowy park narodowy. Ostatnim był utworzony w 2001 roku Park Narodowy Ujście Warty.
Przeczytaj także:
Niedzielny wywiad szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa dla TASS ujawnia fatalny stan relacji rosyjsko-amerykańskich. Ławrow (najwyraźniej w imieniu Putina) po raz kolejny zaprasza Trumpa do negocjacji o Ukrainie. Mówi też otwarcie, że Trump nie zrealizował nadziei Putina.
Szef dyplomacji Putina Siergiej Ławrow w wywiadzie dla rosyjskiej agencji RIA-Nowosti opowiedział 9 listopada o relacjach amerykańsko-rosyjskich [do otwarcia linka potrzebny jest VPN].
Stan tych rozmów wedle Ławrowa jest taki: Trump umówił się z Rosją w sprawie Ukrainy na Alasce 15 sierpnia. Było to porozumienie "kompromisowe”. Ławrow nie mówi, na czym kompromis polegał, ale w języku rosyjskiej dyplomacji oznacza to na ogół to, że ktoś ustępuje Rosji.
W każdym razie na Alasce zdaniem Ławrowa doszło do porozumienia, w którym USA uznały roszczenia Putina wobec Ukrainy. Okazało się jednak, że następnie Trump nie był w stanie narzucić tego „kompromisu” prezydentowi Zełenskiemu. Zwłaszcza po tym, jak wsparli go sojusznicy z Unii Europejskiej i Wielka Brytania.
„Amerykanie zapewnili nas wówczas, że będą w stanie zagwarantować, że Wołodymyr Zełenski nie będzie utrudniał osiągnięcia pokoju. Najwyraźniej pojawiły się pewne trudności w tym zakresie” – skarży Ławrow.
Rosja – ujawnia Ławrow – wiele obiecywała sobie po Trumpie, ale nie jest w stanie nawet odzyskać od niego nieruchomości w USA zajętych przez administrację Obamy po aneksji Krymu: „Nasze propozycje dotyczące nieruchomości dyplomatycznych i podróży lotniczych zostały przekazane stronie amerykańskiej. Obecnie trwają rozmowy robocze dotyczące możliwości kontynuowania dialogu”.
Do tego Amerykanie nie odpowiedzieli na propozycję Putina o przedłużeniu wygasającego za trzy miesiące traktatu o redukcji zbrojeń strategicznych START. A kiedy Putin zaczął straszyć swoją nową bronią atomową – morskim Posejdonem i międzykontynentalnym Buriewiestnikiem – zapowiedzieli powrót do testów nuklearnych.
Ławrow oficjalnie przyznaje, że Kreml nie rozumie teraz Amerykanów i Trumpa, więc chętnie by to powyjaśniał.
„Jedyne, czego potrzebujemy, to wzajemności ze strony Stanów Zjednoczonych:. (…) Oczywiście, jeśli Amerykanie będą mieli jakieś pytania, zawsze mogą je zadać. Jak dotąd nie otrzymaliśmy żadnej konkretnej odpowiedzi ze strony Waszyngtonu. Jak poinformowano nas kanałami dyplomatycznymi, »sprawa jest rozważana«”.
Na koniec Ławrow grozi odwetem za próbę przejęcia zamrożonych zachodnich aktywów. Są one w dyspozycji Europy, ale wedle Reutersa Amerykanie w zeszłym tygodniu mieli zgodzić się na ich użycie jako środka pomocy Ukrainie:
„Rosja zareaguje odpowiednio na wszelkie drapieżne działania, zgodnie z zasadą wzajemności, opierając się na interesach narodowych i konieczności rekompensaty za wyrządzone nam szkody. Bruksela i inne stolice zachodnie mogą jednak opamiętać się i porzucić planowaną awanturę”.
Po pierwsze – Ławrow publicznie zabiera głos po tym, jak rozeszły się plotki, iż popadł w niełaskę po tym, jak nieustępliwa postawą storpedował spotkanie Putina z Trumpem w Budapeszcie. Na te plotki rosyjski MSZ zareagował z furią nazywając je świadomą dezinformacją Zachodu. Ale – warto zauważyć – dokładnie tych samych słów MSZ Ławrowa używał, gdy pojawiły się informacje, iż do spotkania Trumpa z Putinem w Budapeszcie nie dojdzie. To też miała być dezinformacja wymagająca oficjalnego dementi rzeczniczki MSZ.
Wywiad Ławrowa może oznaczać, że kolejne dementi rzeczniczki nie uspokoiło aparatu.
Po drugie – aktywną grę prowadzi tu sam Orbán. 6 listopada ogłosił, że dzięki jednej wizycie przedstawiciela „maleńkich Węgier” udało mu się zmienić stanowisko Trumpa wobec sankcji na rosyjską ropę, którą kupuje Budapeszt [Orbán nie mówi dokładnie, na jakich warunkach się to stało i np. jak i za ile Węgry będą teraz kupować amerykański LNG]. A jeśli Orbanowi się to tak łatwo udaje, to kłopoty rosyjskiej dyplomacji stają się bardziej widoczne – stąd zadziwiająca opowieść Ławrowa, że prezydent Zełenski, przedstawiony w propagandzie Kremla jako zachodnia marionetka, storpedował osobiście i skutecznie zabiegi Putina.
Orbán też opowiada publicznie, że spotkanie Putin-Trump, które miało też być wielkim sukcesem ekipy Orbána przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi na pewno się odbędzie, wystarczy tylko, że Amerykanie i Rosjanie uzgodnią „jedną czy dwie kwestie”. Propaganda Kremla powtarza ten przekaz – bo jej też zależy na tym spotkaniu.
Na to pojawia się wywiad Ławrowa z wyjaśnieniem, że kwestii do uzgodnienia jest więcej, a ich wyjaśnianie idzie opornie, a w zasadzie wcale nie idzie, choć Ławrow bardzo się stara.
Przeczytaj także:
Wszystko więc wskazuje, że wywiad Ławrowa jest dowodem rosnącego napięcia na Kremlu. Wojny nie udało się wygrać, a zatrzymanie jej na tym etapie byłoby dla ekipy na Kremlu i wspierającego ją aparatu katastrofą. Jedynym pomysłem jest teraz dla Putina prowadzenie niekończących się rozmów z USA, by blokować albo opóźniać wsparcie dla Ukrainy, w nadziei, że się podda po codziennych atakach na insfrastrukturę cywilną
Rosji rozgrywka z Trumpem (wedle opisywanej przez nas strategii „Tak, ale”) przestała wychodzić. Amerykanie wyraźnie stracili do tego cierpliwość. Nie udało się zorganizować spotkania „na czerwonym dywanie” w Budapeszcie, a w nuklearnym szantażu (który miałby zainicjować nowy „pokojowy dialog”) Putina przelicytował Trump ogłaszając „testy nuklearne”. Trump chce po prostu rozejmu w Ukrainie – jest to rozwiązanie nie wymagające wgłębiania się w szczegóły i dobrze sprzedające się w populistycznej polityce.
Przeczytaj także:
Ławrow demonstruje więc teraz wierność linii Kremla, ale też – jako dyplomata – dyplomatycznie pokazuje, że ta linia jest dziś trudna do zrealizowania.