Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

12:55 19-03-2026

Prawa autorskie: Fot. JOHN THYS / AFPFot. JOHN THYS / AFP

Węgry blokują pożyczkę dla Ukrainy. „Orbán nas zdradził”

„Nie podejmiemy żadnych decyzji korzystnych dla Ukraińców, dopóki nie dostaniemy naszej ropy” – ogłosił Viktor Orbán przed szczytem Rady Europejskiej. Chodzi o awanturę wokół rurociągu Przyjaźń i 90 mld euro pożyczki dla Kijowa

Co się wydarzyło

Już po przyjeździe do Brukseli premier Viktor Orbán powiedział, że Węgry będą blokować pożyczkę dla Ukrainy do czasu przywrócenia transportu rosyjskiej ropy rurociągiem Przyjaźń. Infrastruktura ropociągu została uszkodzona pod koniec stycznia 2026 w wyniku rosyjskiego ataku na Ukrainę. Kijów twierdzi, że go naprawia, ale Orbán oskarża Ukraińców o szantaż, czyli celowe wstrzymywanie tranzytu.

„Nie podejmiemy żadnych decyzji korzystnych dla Ukraińców, dopóki nie dostaniemy naszej ropy” – ogłosił w czwartek 19 marca premier Viktor Orbán. Dodał, że dopiero po odblokowaniu tranzytu ropy będzie można otworzyć „nowy rozdział” w kontaktach na linii Kijów-Budapeszt. Orbána w proteście wspiera drugi odbiorca surowca, czyli Słowacja.

Premier Węgier tłumaczył dziennikarzom w Brukseli, że uruchomienie ropociągu to dla jego kraju kwestia przetrwania. „Tu nie chodzi o politykę, to chodzi o naszą egzystencję. Bez ropy węgierskie gospodarstwa domowe i firmy zbankrutują” – mówił.

Premier Finlandii Petteri Orpo ocenił, że Orbán wykorzystuje Ukrainę jako broń w swojej kampanii wyborczej. „To nie jest dobre. Mieliśmy umowę i myślę, że on nas zdradził” – powiedział Orpo.

Bez poparcia Węgier 90 mld euro na dwa lata, które Rada Europejska uzgodniła w grudniu 2025 – wówczas za zgodą Węgier – nie popłynie do Kijowa. Dlatego we wtorek 17 marca Komisja Europejska ogłosiła, że wspólnie z Radą Europejską zaoferowała Ukrainie wsparcie w przywróceniu działania rurociągu, aby Węgry jak najszybciej odblokowały pożyczki. KE proponuje, by do Ukrainy udali się wydelegowani przez KE eksperci, by ocenić szkody.

Prezydent Zełenski wsparcie przyjął.

Jaki jest kontekst

W tle awantury są zbliżające się wybory na Węgrzech. Orbán utrzymuje, że Ukraińcy złośliwie blokują naprawę ropociągu, żeby pomóc wygrać opozycjnej partii TISZA. Podczas gdy węgierskie media ostrzegają, że rezerwy ropy są na najniższym poziomie w tej dekadzie, a większość stacji benzynowych wprowadziła ograniczenia w sprzedaży, dla Orábna kryzys jest wspaniałą przedwyborczą pożywką.

Lider FIDESZU w przedwyborczym torunee, opowiada, że od losu wyborów zależy to, czy Węgry pozostaną z dala od wojny, czy zostaną w nią wciągnięte. A Budapeszt nie może wspierać Ukraińców „niszcząc po drodze siebie”.

Orbánowi brakuje paliwa do zyskania poparcia swojej partii. Według pracowni 21 Reseach Center Survey, opozycyjna TISZA może zdobyć dziś 115 spośród 199 możliwych do uzyskania mandatów (badanie z 11 marca). Także inne sondaże dają wyraźną przewagę partii Petera Magyara, choć wynik wyborów zależy do osób, które dziś w badaniach wskazują, że są niezdecydowane.

Poza antagonizowaniem Ukrainy i Brukseli, Orbán sięgnie po wsparcie Amerykanów. 19 marca Reuters, powołując się na źródła w Białym Domu, podał, że amerykański wiceprezydent J.D. Vance ma przyjechać do Budapesztu. Tyle że w oficjalnym kalendarzu Vance`a wciąż nie jest wpisana wizyta na Węgrzech, a jego plany mogą zmienić się ze względu na wojnę na Bliskim Wschodzie.

Przeczytaj także:

11:33 19-03-2026

Prawa autorskie: Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plFot. Slawomir Kamins...

Jest decyzja ws. „polskiego SAFE” prezydenta Nawrockiego

Projekt SAFE 0 proc. zgłoszony przez prezydenta Karola Nawrockiego nie będzie procedowany w Sejmie – ogłosił marszałek Włodzimierz Czarzasty

Co się wydarzyło

Posłowie nie zajmą się prezydenckim projektem ustawy o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych, czyli „polskim SAFE zero procent”. Jak 19 marca w Sejmie wyjaśniał marszałek Włodzimierz Czarzasty, prezydent nie wskazał odpowiednich źródeł finansowania swojej inicjatywy.

„Poza ogólnym stwierdzeniem, że model finansowania proponowany przez prezydenta i prezesa NBP pozwoliłby zgromadzić co najmniej 200 mld zł do 2035 r., nie przedstawiono bardziej szczegółowych, wymiernych informacji dotyczących skutków finansowania funduszu, zarówno po jego uruchomieniu, jak i w dłuższej perspektywie czasowej” – mówił Czarzasty.

Marszałek wskazywał, że zabezpieczeniem projektu prezydenta jest zysk z Narodowego Banku Polskiego, a ten jeśli się pojawi, to dopiero w maju 2027. I wówczas będzie dzielony tak, jak już dziś określa to ustawa: 95 proc. trafi do budżetu państwa, 5 proc. pozostanie w banku. „Przypominam, że NBP ma w tej chwili skumulowaną stratę na poziomie 100 mld zł” – mówił Czarzasty.

Wątpliwości dotyczą także zgodności ustawy z Konstytucją. „Art. 221 Konstytucji mówi, że inicjatywa ustawodawcza w sprawie budżetu, zaciąganiu długu publicznego, udzielenia gwarancji finansowych przez państwo przysługuje wyłącznie Radzie Ministrów” – tłumaczył marszałek Sejmu.

Czarzasty dodał, że nie nadał ustawie numeru druku, ale postanowił odesłać projekt do dalszych, szczegółowych analiz.

Jaki jest kontekst

Polski SAFE zero procent to prezydencka alternatywa dla unijnego systemu pożyczek, w ramach którego Polska ma otrzymać 44 mld zł na zbrojenia. Program ogłoszony przez Karola Nawrockiego razem z prezesem NBP Adamem Glapińskim zakładał, że budżet państwa otrzyma z NBP 185 mld zł. Nie byłby to kredyt, więc nie trzeba by było go spłacać. Co więcej, nie wchodziłyby żadne mechanizmy warunkowości. Skąd jednak takie środki? Do sfinansowania polskiego SAFE miałaby posłużyć najprawdopodobniej operacja repo (repurchase agreement). W jej ramach bank zawarłby umowę, na mocy której najpierw sprzedałby złoto, co doprowadziłoby do powstania zysku NBP, który następnie na mocy ustawy praktycznie cały (95 proc.) trafiłby do budżetu państwa. Następnie całe to złoto zostałoby odkupione.

Eksperci wskazywali na wiele problemów: od potencjalnego wzrostu inflacji i utraty wiarygodności banku centralnego, przez trudność w realizacji zobowiązań w krajowej walucie, po niefortunną i chaotyczną komunikację.

Przypomnijmy, że Karol Nawrocki zawetował ustawę wprowadzającą SAFE. Tłumaczył, że w ten sposób walczy o suwerennośc kraju i chroni przyszłe pokolenia od spłaty zaciągniętego dziś kredytu. Rząd podjął decyzję, że program i tak zrealizuje, ale na podstawie uchwały przyjętej przez Radę Ministrów.

Przeczytaj także:

10:25 19-03-2026

Prawa autorskie: Fot. Jim WATSON / AFPFot. Jim WATSON / AF...

Netanjahu zachęca Irańczyków do wyjścia na ulice. „Patrzymy na was z góry”

Premier Izraela wciąż liczy na to, że bombardowania doprowadzą do narodowego zrywu, który obali irański reżim. Eksperci wskazują, że to myślenie życzeniowe

Co się wydarzyło

Nowruz, czyli Perski Nowy Rok, świętuje się od 19 do 21 marca. Rodzinne celebracje poprzedza starożytne święto ognia (Chaharshanbe Suri), które przez reżim postrzegane jest jako pogański zwyczaj. Podczas jego obchodów często dochodziło do protestów. Do wyjścia na ulice także w tym roku, pomimo wojny, zachęcał Irańczyków premier Izraela Benjamin Netanjahu.

„Nasze samoloty atakują terrorystów na ziemi, na skrzyżowaniach, na placach miejskich” – mówił Netanjahu 17 marca, ogłaszając zabicie Alego Laridżaniego, drugiego po Alim Chameneim najważniejszego irańskiego polityka, który zginął podczas amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem. „Ma to na celu umożliwienie dzielnemu narodowi Iranu świętowanie Święta Ognia” – mówił Netanjahu.

„Świętujcie i Wesołego Nowego Roku” – apelował Netanjahu, zapewniając, że Izrael ochroni ewentualnych protestujących. „Patrzymy na was z góry”.

Jaki jest kontekst

Nie pierwszy raz premier Izraela otwarcie wyraża nadzieję, że bombardowania i eleminacja kluczowych polityków irańskiego reżimu będzie bodźcem do narodowego powstania i obalenia obecnej władzy w Teheranie.

„Zwracam się do irańskiego narodu" – mówił Netanjahu podczas konferencji prasowej w ubiegłym tygodniu. „Zbliża się chwila, w której będziecie mogli wyjść na ulice w imię wolności. Stoimy po waszej stronie i pomagamy wam. Ale ostatecznie wszystko zależy od was”.

Amerykanie również przekonywali, że ich działania wojskowe mogą prowadzić do masowego zrywu. Jednak 13 marca prezydent Donald Trump wywiadzie dla Fox News pierwszy raz przyznał, że to coraz mniej prawdopodobne. „Mówią, że jeśli ktokolwiek będzie protestował, zabiją go na ulicy. Myślę, że to ogromna przeszkoda dla ludzi, którzy nie mają broni” – mówił prezydent USA.

Irańczycy nie zdążyli otrząsnąć się z tragedii z początku roku, gdy reżim krwawo stłumił protesty, zabijając dziesiątki tysięcy osób.

Szef irańskiej policji Ahmadreza Radan na antenie państwowej telewizji już po wybuchu wojny groził potencjalnym demonstrantom. „Od tej pory, jeśli ktoś będzie działał z polecenia wroga, nie będziemy już traktować go jako protestującego ani nikogo w tym rodzaju. Będziemy go uważać za wroga i traktować tak, jak traktujemy wroga” – zapowiedział.

Jak podaje The New York Times, Izrael stara się osłabić zdolność operacyjną irańskich służb bezpieczeństwa. Głównym celem jest Basidż, czyli ochotnicza milicja znana z brutalnego tłumienia protestów. Przerwanie łańcucha dowodzenia miałoby utrudnić skuteczne działanie szeregowych członków formacji, a nawet dezercję. A mowa o milionie osób. Tyle że dobrze uzbrojonych i walczących o swoje bezpieczeństwo i bezpieczeństwo swoich rodzin.

Dlatego według większośćci ekspertów, nadzieje na powstanie to myślenie życzeniowe. „Istnieje ogromna nienawiść do Islamskiej Republiki” – mówi Vali Nasr, profesor studiów bliskowschodnich na Uniwersytecie Johna Hopkinsa. „Ale obecnie panuje również nienawiść do Stanów Zjednoczonych i Izraela oraz poważne obawy o przyszłość kraju”.

Społeczeństwo 90 mln kraju jest rozdarte: część może i wierzy, że amerykańsko-izraelskie bomby ich wyzwolą, ale boją się aparatu represji.

Przeczytaj także:

08:54 19-03-2026

Prawa autorskie: Fot . Robert Robaszewski / Agencja Wyborcza.plFot . Robert Robasze...

Zakaz używania smartfonów w szkołach już od 1 września

Ministra edukacji Barbara Nowacka ogłosiła, że zakaz będzie dotyczyć szkół podstawowych. Telefony znikną z lekcji i przerw. Wyjątkiem może być decyzja nauczyciela o wykorzystaniu smartfonów do nauki

Co się wydarzyło

18 marca podczas konferencji prasowej w Olsztynie ministra edukacji Barbara Nowacka ogłosiła, że w jej resorcie kończą się prace nad dużą zmianą legislacyjną dla szkół. „Od 1 września 2026 r. w szkołach podstawowych wprowadzimy zakaz używania telefonów komórkowych. Jest to decyzja przyspieszona po mojej rozmowie z premierem Donaldem Tuskiem” – mówiła Nowacka.

Dzieci nie będą mogły korzystać z telefonów na przerwach i lekcjach. Za wyjątkiem sytuacji, w których nauczyciel będzie chciał wykorzystać telefony do procesu dydaktycznego albo na wypadek sytuacji losowych – ze względów zdrowotnych lub potrzebą kontaktu z rodzicem.

Telefony będą mogły być wnoszone do szkół, ale to szkoły będą decydować, gdzie je przechowywać w czasie zajęć. „To może być szafka przed każdą salą, woreczek, czy koszyk u nauczyciela” – mówiła ministra edukacji.

Ogłaszając zmiany, Nowacka przypomniała, że z diagnozy opracowanej na zlecenie MEN wynika, że już dziś ponad 50 proc. szkół samodzielnie wprowadziła ograniczenia w korzystaniu z telefonów komórkowych.

„Dzisiaj nauczyciele borykają się z tym i bardzo często o tym mówią, że jeżeli zabraniają, to młodzież mówi: »nie ma żadnego zakazu«. A tak będą mogli spokojnie powiedzieć: jest zakaz, jest prawo, są to przepisy wprowadzone odgórnie przez ministerstwo i macie obowiązek ich przestrzegać” – mówiła szefowa resortu edukacji.

Jaki jest kontekst

Zakaz smartfonów to tylko część całego pakietu higieny cyfrowej, który ma wejść do szkół razem z nowymi podstawami programowymi. MEN w porozumieniu z ministerstwem cyfryzacji przygotowuje też zakaz social mediów dla nastolatków, polegający na skutecznej weryfikacji wieku na popularnych platformach oraz ograniczenie dostępu do pornografii.

Całkowity zakaz używania telefonów dla uczniów wprowadziły Belgia i Holandia. W Finlandii smartfon może służyć tylko do nauki. Za to Portugalia ograniczyła liczbę dni, w których można korzystać z urządzeń.

Z badań realizowanych w ramach Narodowego Programu Zdrowia w 2023 roku wynika, że ze smartfona korzysta codziennie 86 proc. uczniów szkół podstawowych. Diagnoza, którą zleciło ministerstwo edukacji pokazuje, że 60 proc. nastolatków odczuwa chroniczne zmęczenie w związku z używaniem telefonów.

W 2025 roku SOS dla edukacji sprawdziło, jak wygląda smartfonoza oczami rodziców, nauczycieli i uczniów. Z ankiety wynikało, że telefon posiada niemal każdy uczeń w Polsce, za wyjątkiem klas 1-3 – tam ze smarfona korzysta co drugie dziecko. Tylko połowa badanych nauczycieli uważała, że szkolne obostrzenia już dziś są przestrzegane. A uczniowie zwracali uwagę, że z pilnowaniem zasad i stosowaniem się do ograniczeń problem mają sami dorośli.

„Patrząc na wyniki naszego badania, należy stwierdzić, że co najmniej 20 proc. uczniów, a więc ci, korzystający z telefonu na każdej bądź prawie każdej lekcji i/lub przerwie, może to robić kosztem np. interakcji z innymi uczniami, czy zdrowego odpoczynku – dla ciała, po spędzeniu 45 minut w szkolnej ławce, i dla umysłu, który oprócz przyswajania nowej wiedzy, jest bombardowany kolejnymi bodźcami płynącymi ze smartfona” – pisało SOS dla edukacji.

Z drugiej strony, twardych dowodów naukowych na destrukcyjny wpływ technologii na dobrostan młodych, w tym znaczące ubytki w uwadze, nadpobudliwość, niską samoocenę, czy problemy behawioralne, nie ma. Jedyne „badania”, które wskazują na takie połączenia, oparte są na korelacjach, a nie związkach przyczynowo-skutkowych.

Sami uczniowie nie wierzą, że ograniczenia w korzystaniu ze smartfonów poprawiłoby ich wyniki w nauce lub atmosferę w szkole. I uważają, że to problem, którym powinni zająć się rodzice.

Najbardziej radykalne obostrzenia wspierają dorośli. Ponad 60 proc. nauczycieli i rodziców opowiada się za całkowitym zakazem korzystania z telefonów w szkołach. Wśród uczniów, bez zaskoczeń, ten odsetek wynosi zalewie 8 proc.

Uczniowie woleliby, żeby zakaz obejmował tylko lekcje, ale nie przerwy (54 proc. badanych). Ale wiele z nich chciałoby, żeby żadnych regulacji nie było (38 proc.).

Oto część ich odpowiedzi:

  • Nauczyciel może za pomocą telefonów uczniów angażować ich w lekcje, kazać im coś wyszukać, sprawdzić. Nauczy to ludzi szukania sprawdzonych informacji.
  • żywanie telefonów w edukacji zamiast durnego zakazywania, co to za dyktatorskie metody, żeby ograniczać w ten sposób wolność uczniów?
  • Osobiście jestem w stanie zrozumieć argumentację dotyczącą rozpraszania uczniów przez telefony, jednakże całkowity zakaz ich używania blokuje jakąkolwiek możliwość nauki posługiwania się nimi w sposób odpowiedni i przydatny. To, że polska szkoła jest zacofana, wiadomo od dawna. Szkoła powinna uczyć posługiwania się telefonem, a nie stosować najłatwiejsze rozwiązania zakaz = sprawa rozwiązana.

Tylko część nauczycieli widzi alternatywne ścieżki, w których szkoła mogłaby być miejscem, gdzie uczniowie uczą się bezpiecznych zasad korzystania z telefonów. Do zakazu przydałaby się też pozytywna oferta dla uczniów i uczennic – zamiast nudy na przerwach, zabawy, gry planszowe, sport, karaoke.

Eksperci zwracają też uwagę, że szkolne zakazy nie są kompleksowym rozwiązaniem. Niezbędna jest edukacja rodziców.

"Skuteczna profilaktyka nadużywania e-mediów wśród dzieci powinna rozpoczynać się od zmiany zachowań rodziców – w pierwszej kolejności od redukcji ich własnego nasilenia nadużywania urządzeń elektronicznych, a w drugiej od poprawy jakości więzi między rodzicem i dzieckiem, poprzez stymulowanie bezpiecznego wzorca przywiązania między nimi. Dopiero w trzeciej kolejności oddziaływania należy skierować na samo dziecko – w tym zarówno na wybrane cechy psychospołeczne, jak i bezpośrednio na zmianę zachowań i świadomą ich kontrolę” – wskazywało SOS dla edukacji.

Przeczytaj także:

06:54 19-03-2026

Prawa autorskie: AP Photo/Matt RourkeAP Photo/Matt Rourke

Trump grozi i rozważa wysłanie wojsk USA do Iranu

Prezydent USA Donald Trump zapewnił w środę wieczorem, że nie wiedział o izraelskim ataku na irańskie złoże gazowe South Pars. Zapowiedział jednocześnie, że jeśli Iran jeszcze raz uderzy w katarskie obiekty LNG, to USA wysadzą w powietrze całe złoże South Pars. Administracja Trumpa szykuje się do wysłania wojsk w strefę konfliktu

Co się stało?

„Izrael, rozzłoszczony tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, agresywnie uderzył w duży obiekt znany jako złoże gazowe South Pars w Iranie. Została zaatakowana stosunkowo niewielka część całości. Stany Zjednoczone nie wiedziały nic o tym konkretnym ataku i Katar w żaden sposób ani w żadnej formie nie był w to zaangażowany, ani nie miał pojęcia, że do tego dojdzie” – napisał Trump w serwisie Truth Social.

South Pars to irański sektor największego na świecie złoża gazu ziemnego. Iran dzieli je z Katarem, bliskim sojusznikiem USA i gospodarzem największej bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej.

Przeczytaj także:

„Niestety Iran nie wiedział ani o tym, ani o żadnych innych istotnych faktach dotyczących ataku na South Pars i w sposób nieuzasadniony i niesprawiedliwy zaatakował część obiektu gazowego LNG Kataru. IZRAEL NIE PRZEPROWADZI WIĘCEJ ATAKÓW na niezwykle ważne i cenne złoże South Pars, chyba że Iran nierozsądnie zdecyduje, by zaatakować bardzo niewinny w tym przypadku Katar. W takim przypadku USA, za pomocą i zgodą Izraela albo bez, wysadzą w powietrze całość South Pars z taką siłą i mocą, jakich Iran nigdy wcześniej nie widział” – napisał Trump.

W odwecie za atak na South Pars Iran zaatakował gigantyczną katarską instalację LNG w Ras Laffan. Obiekt, zarządzany przez QatarEnergy, odpowiada za ok. 20 proc. światowej podaży skroplonego gazu ziemnego (LNG). Nie jest jeszcze jasne, czy irański atak spowoduje zakłócenia w dostawach katarskiego LNG do Polski, niemniej wydaje się to prawdopodobne.

Tymczasem Reuters podaje, że administracja Trumpa rozważa wysłanie tysięcy żołnierzy USA na Bliski Wschód. Wojsko ma się teraz przygotowywać się do możliwych kolejnych kroków w kampanii przeciwko Iranowi.

Chodzi przede wszystkim o zabezpieczenie Cieśniny Ormuz. To jednak musiałoby oznaczać wysłanie wojsk amerykańskich na irańską linię brzegową. Administracja Trumpa omawiała również opcje wysłania wojsk lądowych na irańską wyspę Kharg – centrum irańskiego eksportu ropy naftowej – mówią informatorzy Reutersa. Jeden z nich stwierdził, że taka operacja byłaby bardzo ryzykowna. Iran ma możliwość dotarcia na wyspę za pomocą pocisków i dronów.

Urzędnicy administracji Trumpa mieli też rozmawiać o możliwość wysłania sił amerykańskich w celu zabezpieczenia irańskich zapasów wysoko wzbogaconego uranu.

Jaki jest kontekst

Jakiekolwiek użycie amerykańskich wojsk lądowych – nawet w ramach ograniczonej misji – mogłoby wiązać się ze znacznym ryzykiem politycznym dla Trumpa, biorąc pod uwagę niskie poparcie w USA dla kampanii na rzecz Iranu i obietnice wyborcze samego Trumpa, że nie wciągnie Ameryki w nowe konflikty.

„Trump ma ma trudność z realizacją swojego planu na Bliskim Wschodzie ”– mówi Paulinie Pacule z OKO.press Jacob Funk Kirkegaard, starszy ekspert ds. polityki bezpieczeństwa europejskiego think tanku Breugel. – Domaga się pomocy NATO w Cieśninie Ormuz, bo US Navy uznała taką operację za zbyt niebezpieczną dla swoich marynarzy.

Przeczytaj także:

Trzydniowa wojna Trumpa z Iranem trwa już trzy tygodnie. Eskalacja konfliktu potęguje zakłócenia w globalnych dostawach energii, co podniosło stawkę polityczną dla Trumpa.

Katarski państwowy gigant naftowy QatarEnergy poinformował o „rozległych szkodach” po tym, jak irańskie rakiety uderzyły w przemysłowe miasto Ras Laffan, przetwarzające około jednej piątej światowych dostaw gazu.

Arabia Saudyjska poinformowała, że ​​w środę przechwyciła i zniszczyła cztery rakiety balistyczne wystrzelone w kierunku Rijadu oraz podjęła próbę ataku dronów na obiekt gazowy na wschodzie kraju.

W czwartek Iran ponownie zaatakował katarskie instalacje gazowe, a jego rakiety trafiły również w stolicę Arabii Saudyjskiej.

Od początku konfliktu Teheran atakuje nie tylko Izrael, ale także amerykańskie placówki dyplomatyczne i wojskowe w Zatoce Perskiej i ostrzegał swoich sąsiadów, aby nie organizowali ataków na Iran.