Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Wojewódzki Sąd Administracyjny odrzucił najważniejsze ze skarg na krakowską SCT. Wskazał jednak na potrzebne zmiany i możliwą dyskryminację części mieszkańców.
Strefa Czystego Transportu zostaje — zdecydował Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie. To najważniejsza część decyzji, w której sąd kwestionuje jednak niektóre z zapisów krakowskiej uchwały o SCT. Chodzi o możliwość wjazdu do miasta dla osób korzystających ze świadczeń medycznych i zwolnienie z restrykcji jedynie dla osób zameldowanych i płacących podatki w mieście. Tylko one mogą liczyć na możliwość jazdy po Krakowie samochodem niespełniającym wymogów SCT. Zdaniem sądu na wyłączenie z zasad uchwały powinni liczyć wszyscy jego mieszkańcy, niezależnie od faktu czasowego lub stałego zameldowania w mieście. To najważniejszy z zarzutów sformułowanych w wyroku. Drugim mówi o możliwości dyskryminacji osób spoza miasta korzystających z prywatnej opieki zdrowotnej — w uchwale mowa jest o tymczasowym wyłączeniu dla pacjentów placówek finansowanych przez NFZ. Zdaniem sądu uchwała nie powinna zawierać tego rozróżnienia.
Do krakowskiej SCT, działającej od 1 stycznia, mogą wjeżdżać auta na benzynę bezołowiową spełniające normę Euro 4 i wyższą (rok produkcji od 2004) oraz samochody z silnikiem diesla spełniające normy emisji spalin od Euro 5 w górę (czyli wyprodukowane najwcześniej w 2014 roku). Obowiązek wprowadzenia Strefy na władze miasta nakłada polskie i europejskie prawo. Muszą je wyznaczać ośrodki powyżej 100 tys. mieszkańców, w których zmierzono przekroczenie rocznych norm zanieczyszczenia tlenkami azotu — głównego składnika smogu z rur wydechowych. Działa on rakotwórczo, może powodować i wzmagać objawy między innymi astmy i POChP.
Sąd nie dopatrzył się powodów do unieważnienia uchwały lub jej istotnej zmiany. Tego domagali się skarżący, czyli przedstawiciele ościennych gmin, osoby prywatne oraz przedstawiciele wojewody Jana Klęczara (PSL). Według tego ostatniego strefa ma „dyskryminować” posiadaczy aut niespełniających wymogów. „Ten sam samochód emitujący spaliny mieszkańca Krakowa i mieszkańców innych miejscowości nie różni się niczym oprócz tablicy rejestracyjnej. Jako wojewoda nie mogę pozwolić na to, żeby mieszkańców Krakowa traktować inaczej niż pozostałych” – mówił Gazecie Krakowskiej. Wojewoda wskazywał też na błąd przy wyznaczaniu granic Strefy, według niego zbyt dużej. SCT obejmuje 61 proc. obszaru miasta, czyli jego część znajdującą się wewnątrz autostradowej obwodnicy Krakowa.
Wyrok jest nieprawomocny i nie zmienia prawa automatycznie. Władze Krakowa mogą jednak przychylić się do jego postanowień. Możliwa jest również skarga kasacyjna przeciwników SCT do Naczelnego Sądu Administracyjnego.
„To dobra wiadomość dla wszystkich osób mieszkających w Krakowie, którzy cenią swoje zdrowie i zdrowie swoich bliskich. Sąd stwierdził nieważność uchwały tylko w niewielkim stopniu, ale meritum pozostało nietknięte” – komentuje Miłosz Jakubowski, radca prawny Fundacji Frank Bold, która występuje jako uczestnik postępowania ws. Strefy Czystego Transportu.– „W ciągu kilku lat SCT powinna doprowadzić do znaczącego obniżenia stężeń bardzo szkodliwego dwutlenku azotu. Pozytywne efekty odczują w największym stopniu osoby z grup najbardziej narażonych na oddziaływanie tego gazu – dzieci, osoby przewlekle chore, osoby w podeszłym wieku. Z ulgą odetchną na przykład astmatycy, u których wysokie stężenia dwutlenku azotu powodują zaostrzenie choroby.”
W Krakowie i ościennych gminach od początku stycznia trwają protesty. Przeciwnicy SCT wandalizują znaki drogowe oznaczające wjazd do Strefy. W sobotę 10 stycznia odbyły się również dwa protesty skupiające osoby sprzeciwiające się ograniczeniom. Łącznie wzięło w nich udział kilkaset osób. W OKO.press pisaliśmy o zaangażowaniu politycznym niektórych z osób odpowiedzialnych za ich organizacje. Tropy prowadzą między innymi do ekstremistycznej prawicy, w tym Fundacji Ordo Iuris oraz popleczników Grzegorza Brauna.
Przeczytaj także:
Ukraińskie służby opublikowały nagrania, które mają obciążać byłą szefową rządu Julię Tymoszenko.
Była premierka Ukrainy Julia Tymoszenko potwierdziła, że przeszukano biuro jej partii Batkiwszczyna. Polityczka stwierdziła, że jest to element szykan wymierzonych w jej partię, pozostającej w opozycji wobec ugrupowania prezydenta Wołodomyra Zełenskiego. Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) oraz Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAP) powiadomiły owykryciu korupcji wśród kierownictwa jednej z frakcji parlamentu. Zdaniem ukraińskich mediów, w tym Ukraińskiej Prawdy, chodzi o samą Tymoszenko. Zarzut dotyczy wręczenia łapówki w zamian za głosy w parlamencie.
„Nie znaleźli nic, więc po prostu zabrali moje telefony służbowe, dokumenty parlamentarne i osobiste oszczędności, o których informacje są w całości zawarte w oficjalnej deklaracji. Kategorycznie odrzucam wszystkie absurdalne zarzuty” – skomentowała sprawę Tymoszenko. – „To nie jest pierwsze polityczne zlecenie wymierzone we mnie. Prześladowania i terror to moja codzienność od wielu lat. Od dawna nie boję się niczego, bo wiem, że jestem uczciwa wobec siebie, ludzi i Ukrainy.”
Narodowe Biuro Antykorupcyjne opublikowało taśmy, które mają obciążać Tymoszenko. Na nagraniu słychać, jak liderka Batkiwszczyny ma przekonywać jednego z posłów do głosowania w określony sposób za pieniądze. Rozmowa miała odbyć się 12 stycznia, przed głosowaniem nad odwołaniem ministra obrony Denysa Szmyhala i ministra transformacji cyfrowej Mychajły Fiodorowa. Tymoszenko stwierdza w niej, że płaci „dziesięć” za dwie sesje (przypuszczalnie – dwa posiedzenia parlamentu).
W Radzie Najwyższej Ukrainy, czyli parlamencie tego kraju, większością dysponuje prezydencka partia Sługa Narodu. W 450-osobowej izbie ma reprezentację 236 posłów. Centrowa Batkiwszczyna dysponuje 24 posłami.
Przeczytaj także:
Nadal wrze na linii Teheran-Waszyngton. Władze Iranu ostrzegły sojuszników Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, że zaatakują amerykańskie bazy na ich terytorium, jeśli Waszyngton uderzy w Iran – informuje agencja Reutera, powołując się na wysokiego rangą irańskiego urzędnika
Reuters donosi też o izraelskich raportach oceniających, że amerykańska interwencja jest pewna. Waszyngton miał już podjąć decyzję o ataku, jednak nie jest znany termin i zakres interwencji. Według źródła agencji irańskie władze miały poprosić sojuszników Stanów Zjednoczonych w regionie o próbę odwiedzenia Donalda Trumpa od planów ataku. Bezpośrednie kontakty między ministrem spraw zagranicznych Iranu Abbasem Arakczim a specjalnym wysłannikiem USA Steve’em Witkoffem miały zostać zawieszone.
Trump zasugerował możliwość interwencji w Iranie we wtorek 13 stycznia we wpisie na platformie społecznościowej Truth Social.
„Irańscy patrioci, KONTYNUUJCIE PROTESTY – PRZEJMIJCIE KONTROLĘ NAD SWOIMI INSTYTUCJAMI! Zachowajcie nazwiska zabójców i sprawców przemocy. Zapłacą za to wysoką cenę” – napisał amerykański prezydent (formatowanie tekstu oryginalne).
W tym samym wpisie Trump poinformował też, że odwołał wszystkie spotkania z irańskimi władzami, póki te nie zaprzestaną krwawego tłumienia protestów, oraz że „pomoc jest w drodze”. „MIGA!” – dodał Trump.
„MIGA” to zapewne irańska wersja hasła obozu Trumpa – Make Iran Great Again. Wcześniej Trump wspólnie ze swoimi europejskimi sojusznikami ukuł również skrót MEGA (Make Europe Great Again).
Trwające od końcówki grudnia protesty w Iranie z pewnością zbierają krwawe żniwo. Trudno jednak oszacować, jak wiele osób straciło do tej pory w nich życie.
„Niestety na dokładne oszacowanie liczby zabitych w trwających od dwóch tygodni protestach jest zdecydowanie za wcześnie. Na razie Hengaw Organization for Human Rights codziennie publikuje kolejne nazwiska, sylwetki i wizerunki zabitych osób. Inna grupa obrońców praw człowieka, HRANA, mówi o ponad 500 ofiarach śmiertelnych. Na dokładniejsze dane przyjdzie nam jeszcze poczekać” – pisał na naszych łamach Jakub Szymczak.
Przeczytaj także:
Protesty w Iranie trwają od 28 grudnia. Wybuchły w odpowiedzi na wzrost cen, a następnie zwróciły się przeciwko duchownym, którzy sprawują w kraju władzę od rewolucji islamskiej w 1979 r.
Wiceprezydent USA J.D. Vance spotka się późnym popołudniem z ministrami spraw zagranicznych Danii i Grenlandii. Donald Trump wciąż daje do zrozumienia, że wciąż zależy mu na przejęciu wyspydeqf
Przypomnijmy: prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump już w czasie swojej pierwszej kadencji sugerował, że Stany Zjednoczone powinny zyskać kontrolę nad Grenlandią. Z zapowiedzi z 2019 roku nic nie wyszło. Trump wrócił do nich po ponownym objęciu urzędu. Po powodzeniu operacji w Wenezueli i usunięciu ze stanowiska tamtejszego prezydenta Nicolasa Maduro wyraża chęć – lub potrzebę – kontrolowania autonomicznego terytorium Danii ze stolicą w Nuuk coraz częściej. Nie jest jasne, w jaki sposób Waszyngton miałby zyskać władzę nad wyspą. Trump sugerował, że może zakupić ją od rządu w Kopenhadze. Rzucił też pomysł stworzenia funduszu pochodzącego z amerykańskich środków, które przeznaczyłby na wypłaty jednorazowych świadczeń dla mieszkańców wyspy.
„Sama rozmowa o możliwości wykupienia innych ludzi jest oznaką braku szacunku” – odpowiedział Trumpowi premier Grenlandii Jens-Frederik Nielsen. Jednocześnie stwierdził, że jeśli miałby wybór pomiędzy pozostaniem przy Danii lub patronatem USA, wybrałby uzależnienie od Kopenhagi.
W reakcji Trump zakpił z szefa grenlandzkiego rządu: „Cóż, to ich problem. Nie zgadzam się z nim. Nie wiem, kim on jest. Nic o nim nie wiem. Ale to będzie dla niego duży problem” – stwierdził prezydent Stanów Zjednoczonych.
Zapowiedzi Donalda Trumpa na poważnie wzięły państwa europejskie – mimo że próba agresywnego przejęcia kontroli nad Grenlandią mogłaby wywołać trzęsienie ziemi wewnątrz Sojuszu Północnoatlantyckiego.
"Duński MON poinformował, że siły stacjonujące na Grenlandii otrzymały rozkaz natychmiastowej odpowiedzi zbrojnej na ewentualny atak, nawet jeszcze przed nadejściem rozkazów z kontynentu. Liderzy państw europejskich (w tym Polski) wydali zaś bezprecedensowe oświadczenie sugerujące możliwy udział Europy w ewentualnej obronie wyspy. Obecnie toczą się rozmowy prowadzone pod egidą Wielkiej Brytanii, dotyczące zwiększenia europejskiej obecności wojskowej na Grenlandii.
Na wzór misji Baltic Sentry (obejmującej m.in. polską granicę wschodnią) uruchomiona miałaby zostać inicjatywa Arctic Sentry – w jej ramach państwa Europy miałyby wysłać na Grenlandię kontyngenty wojskowe dla zwiększenia bezpieczeństwa wyspy" – pisał na naszych łamach Witold Głowacki. Jak zwracał uwagę, USA już teraz w dużej mierze kontrolują wojskowo Grenlandię, gdzie od 85 lat utrzymują swoje bazy militarne.
„Mamy tam dużo żołnierzy, ale potrzebujemy więcej. Potrzebujemy własności. Naprawdę potrzebujemy tytułu do ziemi, jak mówią w świecie nieruchomości” – mówił jednak Trump.
Przeczytaj także:
Cele “specjalnej wojskowej operacji” w Ukrainie są jedynymi słusznymi. Dlatego należy je wspierać – ogłosił marszałek Dumy Wiaczesław Wołodin 13 stycznia na rozpoczęcie wiosennej sesji. Sam Putin tradycyjnie w czasach zamieszania nie zabiera głosu.
„Naszym nadrzędnym i bezwarunkowym priorytetem jest wsparcie specjalnej operacji wojskowej. Czas po raz kolejny pokazał, jak bardzo było to konieczne. Cele SWO są jedynymi słusznymi. Mają one na celu ochronę bezpieczeństwa naszego kraju, a także praw milionów obywateli Ukrainy , którym reżim nazistowski zabronił posługiwania się ojczystym językiem rosyjskim i praktykowania wiary ojców i dziadków. Historia została przepisana na nowo, pamięć zdradzona, kultura zniszczona, a państwo upadło. Cele SWO muszą zostać osiągnięte. Naszym zadaniem jest zrobić wszystko, aby to zapewnić” – powiedział Wołodin.
„Przywódcy Ukrainy są obecnie nielegalni . Powinni byli zaapelować do społeczeństwa o poparcie, organizując wybory już dawno temu. Ale tego nie robią” – dodał.
W ten sposób Rosja Putina odrzuca jakiekolwiek próby zakończenia wojny i zawarcia porozumienia z Ukrainą. A dzieje się to, gdy Ukraińcy, Amerykanie i Europejczycy dopinają propozycje porozumienia, w którym Ukraina idzie na ustępstwa wobec Rosji, ale zyskuje gwarancje niezależności od niej i suwerenności.
Jedną z tych gwarancji ma być stacjonowanie korpusu stabilizującego składającego się m.in. z kilkunastu tysięcy żołnierzy brytyjskich i francuskich. “Zachodni kontyngent jest dla Rosji niedopuszczalny i stałby się w Ukrainie celem ataków rosyjskich sił zbrojnych, jest dla Rosji nie do przyjęcia – powiedział 13 stycznia Dmitrij Polanski, stały przedstawiciel Rosji przy OBWE.
Kiedy sytuacja staje się trudna, Putin tradycyjnie nie zabiera głosu – robią to za niego współpracownicy. Komentarze Wołodina, Polianskiego, a także Miedwiediewa (patrz niżej) są dowodem, że Rosja jest w kryzysie. Wojna w Ukrainie – jak już pisaliśmy – trwa dłużej niż wojna Stalina z Hitlerem, sukcesy na froncie są umiarkowane, a Rosję codziennie atakują ukraińskie drony i rakiety. Do tego państwo Putina właśnie zamarzło – bo nastała cięższa niż zwykle zima. Przerwy w dostawie prądu i ciepła następują nie tylko z powodu ataku dronów, ale dlatego, że spadło dużo śniegu.
Rosja Putina nie może zakończyć wojny bez zwycięstwa, więc o końcu wojny nie ma mowy. Ale ostatnie usztywnienie stanowiska jest też skutkiem ruchów Donalda Trumpa. Jego sukces w Wenezueli z błyskawicznym pochwyceniem prezydenta Maduro, zagarnięcie dwóch tankowców pod ochroną Rosji (jeden próbował się bronić przechodząc pod rosyjską banderę – nic mu nie pomogło), publiczne rozważania o przejęciu Grenlandii, straszenie władz Iranu interwencją – to wszystko powoduje, że Moskwa musi też pokazać nieustępliwość.
Łamanie zasad i stawianie na swoim jest esencją tego, czym wedle Putina jest suwerenność. Z przerażeniem może zauważać teraz, że to nie ona łamie zasady w sposób najbardziej spektakularny. A to podważa fundamenty jego władzy. „Widzimy, jak zasady prawa międzynarodowego, ustanowione i skodyfikowane po II wojnie światowej, są podważane. Świat bez reguł stał się nową regułą. Prowadzi to do ogromnych problemów i napięć”. “Niektóre państwa spokojnie naruszają suwerenność innych, nawet nie próbując tego ukryć pod figowym listkiem rozmów o demokracji” – skarży się Wołodin w przemówieniu otwierającym sesję parlamentu.
Co brzmi jak przyznanie się, że Rosja atakując inne państwa, stosuje fałszywe preteksty.
Były prezydent Rosji Miedwiediew dowcipkuje 13 stycznia po putinowsku: „Trump musi się pospieszyć. Według niepotwierdzonych informacji, za kilka dni może się odbyć niespodziewane referendum, w którym mieszkańcy wszystkich 55 tysięcy Grenlandii będą mogli zagłosować za przyłączeniem do Rosji . I to wszystko! Koniec z gwiazdami na fladze. A Rosja będzie miała nowego – 90. – podmiot federalny”.
Z tego z kolei wynika, że Rosja przyznaje, iż jej referenda w okupowanej Ukrainie były fikcyjne.
Tak oto przedstawiciele Putina przyznają, że Rosja – z jej fikcyjnymi referendami i fałszywymi pretekstami do najazdu – została pobita przez Trumpa, który pretekstów nie potrzebuje. Rosyjska propaganda tłumaczy więc teraz poddanym Putina, że Putin mógłby poczynać sobie nawet ostrzej niż Trump, tylko nie chce. Mógłby np. zamordować prezydenta Zełenskiego (co byłoby przecież łagodniejszym rozwiązaniem niż amerykańskie więzienie dla Maduro – tłumaczą propagandyści) albo zetrzeć z powierzchni ziemi Kijów – ale świadomie zdecydował się tego nie robić. “Bo Kijów w końcu będzie nasz. Jak nie teraz, to za parę lat” (propagandystka Margarita Simonjan w programie tv propagandysty Władimira Sołowiowa).
Propaganda Kremla powtarza teraz, że atak balistyczną, prototypową i bardzo kosztowną rakietą Oriesznik na okolice Lwowa to tylko początek. Moskwa się nie cofnie. Zaś każdy kolejny atak na Kijów jest w rosyjskiej telewizji powodem do narodowej dumy i radości.
Przeczytaj także: