Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
To Roman Abramowicz, były właściciel Chelsea, był biznesmenem i „kolegą Putina”, którego Kijów wykorzystał do przesłania Putinowi propozycji bezpośrednich rozmów. O inicjatywie tej, choć bez nazwisk, opowiedział 5 czerwca Putin. „Financial Times” podaje szczegóły.
„Financial Times” potwierdził w czterech źródłach, że Kijów próbował nawiązać bezpośredni kontakt z Putinem za pośrednictwem Romana Abramowicza (na zdjęciu z 2019 r. jeszcze jako właściciel Chelsea). Rosyjski, objęty sankcjami Zachodu biznesmen już wcześniej uczestniczył w rozmowach rosyjsko-ukraińskich — w tym tych w Stambule, zerwanych po ujawnieniu rosyjskiego mordu w Buczy w kwietniu 2022.
Przeczytaj także:
Ostatnio Abramowicz miał podróżować między Kijowem a Moskwą w maju, po tym, jak Amerykanie zaprzestali prowadzenia rozmów mediacyjnych między Rosją a Ukrainą. Fakt tych rozmów i odrzucenia przez Kreml bezpośrednich negocjacji Putin-Zełenski ujawnił 5 czerwca sam Putin.
Opowiedział o nich, komentując otwarty list prezydenta Zełenskiego z propozycją bezpośrednich rozmów i natychmiastowego rozejmu. Uznał go za wyraz braku manier, bo przecież już tę propozycję odrzucił, tyle że w rozmowach poufnych i biznesowych.
I opowiedział, na czym one polegały. Otóż „pewien biznesmen”, którego zna, „ale nie tak dobrze”, zapytał go, czy może jechać do Kijowa, bo go tam zaproszono. A kiedy otrzymał zgodę, pojechał i wrócił z propozycją spotkania. Kijów na to naciska, bo jak podkreśla Zełenski, o wojnie i warunkach jej zakończenia decyduje w Rosji tylko Putin. Putin tymczasem uważa, że może najwyżej podpisać wynegocjowane przez „specjalistów” porozumienie i to niekoniecznie z prezydentem Zełenskim.
Moskwa równocześnie cały czas proponuje Wołodymyrowi Zełenskiemu spotkanie w Moskwie, czyli na warunkach petenta. Równocześnie w propagandzie Kremla pojawiają się stale wezwania, by prezydenta Ukrainy uśmiercić — po schwytaniu go i „osądzeniu w nowej Norymberdze”.
Ukraiński prezydent odpowiada, że wizyta w Moskwie jest dla przywódcy Ukrainy nie do pomyślenia. W otwartym liście do Putina zauważył, że równie trudna do wyobrażenia byłaby wizyta Putina w Kijowie. Ale spotkanie możliwe jest w krajach trzecich (Szwajcarzy natychmiast ogłosili, że są do takich rozmów gotowi).
Do rewelacji „Financial Times” Ukraińcy w ogóle odmówili komentarza, a Kreml i Abramowicz nie nadesłali jeszcze swojego.
Formalnie, od czasu ujawnienia mordu w Buczy, Ukraina nie prowadzi z Rosją rozmów. Odbywały się one do tej pory tylko w formacie trójstronnym, z udziałem mediatorów krążących między stronami. Dzięki mediatorom dochodziło też do wymiany jeńców.
Moskwa przy tym cały czas opowiadała, że bezpośrednio z Ukrainą rozmawiać nie zamierza, bo nie jest to partner jej godny. Poza tym władze Ukrainy nie mają już mandatu, bo upłynęła ich kadencja (Putin uwielbia wykładać publiczności zawiłości ukraińskiej konstytucji i to, że nie precyzuje ona, co się dzieje, kiedy trwa wojna i wyborów przeprowadzać nie wolno). A poza tym — powtarza Kreml — konflikt mogą rozwiązać tylko mocarstwa. Ukraina ma się podporządkować. A Rosja „musi osiągnąć” wszystkie swoje cele w Ukrainie.
Piątkowa rewelacja Putina o kanałach kontaktu z Ukraińcami musiała więc wywołać więc nieco zamieszania. Doradca Putina Uszakow pośpieszył w niedzielę 7 czerwca z informacją, że Rosja „cały czas” utrzymuje „zarówno otwarte, jak i zamknięte kontakty z Kijowem”.
Nie zmienia to faktu, że Putin ujawnił, że on sam utrzymuje kontakty z Zełenskim, choć nie uznaje go za równego sobie.
Przy okazji Putin ujawnił też, że kontakty te dotyczą bezpieczeństwa jego osoby: kiedy Ukraińcy zaatakowali jego pilnie strzeżoną rezydencję nad jeziorem Wałdaj, to dali mu znać, iż „wiedzą, że go tam nie ma”, więc atak nie był wymierzony w niego osobiście.
Rewelacje Putina i to, jak rozegrali go Ukraińcy, opisaliśmy w OKO.press. Brakowało tylko nazwiska „kolegi Putina”.
Przeczytaj także:
Rosyjski dron uderzył w niedzielę rano w magazynu wypalonego paliwa jądrowego w strefie wykluczenia elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Poziom promieniowania pozostaje w normie – poinformowała Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej.
Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej poinformowała, że zgodnie z informacjami przekazanymi przez władze Ukrainy rosyjski dron uderzył w niedzielę rano w magazyn wypalonego paliwa jądrowego znajdujący się w strefie wykluczenia wokół Czarnobyla. Uderzenie spowodowało poważne uszkodzenia budynku. Zniszczona została część elewacji, okna i drzwi, a fala uderzeniowa uszkodziła także pobliskie budynki.
Agencja podała, że poziom promieniowania na terenie obiektu pozostaje w granicach normy. Zespół MAEA pracujący w Czarnobylu ma przeprowadzić inspekcję miejsca ataku.
Dyrektor generalny MAEA Rafael Grossi oświadczył, że incydent jest szczególnie niepokojący, ponieważ doszło do niego w obiekcie, w którym przechowywane są znaczne ilości materiałów jądrowych.
„Ataki na obiekty jądrowe są całkowicie niedopuszczalne i stanowią bezpośrednie naruszenie podstawowych zasad bezpieczeństwa jądrowego” – podkreślił Grossi.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oskarżył Rosję o to, że celowo przeprowadza ataki na infrastrukturę atomową.
„Dziś Rosjanie ponownie uderzyli w specjalną strefę wokół elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Shahed trafił w jeden z budynków Centralnego Magazynu Wypalonego Paliwa Jądrowego. To obiekt infrastruktury o krytycznym znaczeniu i wyjątkowo podły rosyjski atak” – napisał Zełenski w serwisie X.
Ukraiński prezydent poinformował, że pożar wywołany uderzeniem został ugaszony przez służby ratownicze, a poziom promieniowania nie przekracza dopuszczalnych norm.
„Rosja celowo zaatakowała właśnie ten obiekt infrastruktury jądrowej” – stwierdził Zełenski. Wezwał również społeczność międzynarodową do zwiększenia presji na Moskwę.
Centralny Magazyn Wypalonego Paliwa Jądrowego to nowoczesny kompleks magazynowy zbudowany w strefie wykluczenia, którego zadaniem jest długoterminowe przechowywanie zużytego paliwa jądrowego z działających ukraińskich elektrowni atomowych. Paliwo jest umieszczane w specjalnych stalowych pojemnikach i przechowywane metodą tzw. suchego składowania (dry storage), uznawaną za jeden z najbezpieczniejszych sposobów długoterminowego magazynowania wypalonego paliwa.
Obiekt zbudowano, by uniezależnić Ukrainę od Rosji. Przez lata Ukraina wysyłała bowiem część wypalonego paliwa na przechowywanie i przetwarzanie do Rosji. Budowa magazynu w strefie czarnobylskiej miała uniezależnić kraj od Rosji i pozwolić przechowywać paliwo na własnym terytorium. Według Energoatomu ma to przynosić oszczędności rzędu ok. 200 mln dolarów rocznie.
Od początku pełnoskalowej inwazji Rosja wielokrotnie naruszała zasady bezpieczeństwa dotyczące infrastruktury jądrowej. Już w marcu 2022 roku rosyjskie wojska ostrzelały teren Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej, największej siłowni atomowej w Europie, a następnie zajęły ją i utrzymują pod swoją kontrolą do dziś. W kolejnych miesiącach obiekt był wielokrotnie narażony na ostrzał, przerwy w dostawach energii oraz działania wojskowe w jego bezpośrednim sąsiedztwie.
Sytuacja wokół elektrowni pozostaje niestabilna. Zaledwie dzień przed atakiem na Czarnobyl, 6 czerwca, Zaporoska Elektrownia Jądrowa odzyskała zewnętrzne zasilanie po trwającej 15 godzin awarii. W tym czasie obiekt był całkowicie uzależniony od awaryjnych generatorów dieslowskich, które zapewniały energię niezbędną do chłodzenia sześciu wyłączonych reaktorów. Według MAEA był to już 18. przypadek całkowitej utraty zasilania zewnętrznego od początku pełnoskalowej wojny.
Na początku wojny rosyjskie wojska zajęły także teren nieczynnej elektrowni w Czarnobylu, ale pod koniec marca teren wrócił pod kontrolę ukraińskiego personelu. W lutym 2025 roku rosyjski dron uszkodził osłonę ochronną nad zniszczonym reaktorem nr 4. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej poinformowała, że doszło do uszkodzenia zarówno zewnętrznej, jak i wewnętrznej powłoki dachu, ale poziom promieniowania pozostaje stabilny.
Przeczytaj także:
Zdaniem premiera Albanii protesty przeciwko budowie luksusowego kurortu w chronionej delcie rzeki Wjosa na wybrzeżu Albanii są spowodowane jedynie tym, że głównym inwestorem jest Jared Kushner, zięć prezydenta Donalda Trumpa. „Gdyby nie chodziło o Jareda, nic by ich to nie obchodziło” – powiedział o protestujących albański premier.
Premier Albanii Edi Rama bagatelizuje protesty przeciwko budowie luksusowego kurortu na wyspie Sazan oraz w rejonie Zvërnecu i laguny Narta nad Adriatykiem. W rozmowie z serwisem „Politico” podczas szczytu UE–Bałkany Zachodnie w Czarnogórze stwierdził, że sprzeciw wobec inwestycji jest w dużej mierze motywowany nie troską o środowisko, lecz niechęcią do rodziny Donalda Trumpa.
– Gdyby nie Jared, nic by ich to nie obchodziło – powiedział Rama, cytowany przez „Politico”.
Według albańskiego premiera protesty, które od 1 czerwca przez kilka kolejnych dni, w tym także w sobotę 6 czerwca, przyciągnęły do centrum Tirany tysiące osób, są wyolbrzymiane przez międzynarodowe media i przeciwników Donalda Trumpa. Rama uważa też, że za częścią kampanii przeciw inwestycji stoją działania dezinformacyjne. Pojawiające się w internecie teorie o osiedlaniu Palestyńczyków ze Strefy Gazy na albańskim wybrzeżu nazwał „obrzydliwymi fałszerstwami”.
Spór dotyczy projektu realizowanego przez Affinity Partners, fundusz inwestycyjny Jareda Kushnera. Na wyspie Sazan oraz w rejonie laguny Narta i Zvërnecu ma powstać luksusowy kompleks turystyczny marki Aman Resorts. W przedsięwzięciu uczestniczą również inwestorzy katarscy i albańscy.
Projekt budzi ogromne emocje, ponieważ obejmuje jedne z najcenniejszych przyrodniczo terenów Albanii. Chodzi o obszar delty rzeki Wjosa i laguny Narta, położony w sąsiedztwie Parku Narodowego Wjosa. Wjosa jest uznawana za ostatnią dużą dziką rzekę Europy – na większości swojego biegu pozostaje nieuregulowana, tworząc unikatowy ekosystem rzeczny i przybrzeżny o wyjątkowej bioróżnorodności.
Obszar jest siedliskiem flamingów, pelikanów, żółwi morskich, fok i ponad 200 gatunków ptaków migrujących. Organizacje ekologiczne alarmują, że inwestycja może nieodwracalnie zniszczyć unikatowe ekosystemy laguny Narta i wybrzeża Adriatyku oraz zakłócić trasy migracyjne ptaków.
Protesty wybuchły w czerwcu w związku z rozpoczęciem wycinek lasów sosnowych oraz rozkopywaniem wydm pod budowę dróg dojazdowych. Doszło też do siłowego usunięcia jednego z aktywistów protestujących przeciwko grodzeniu terenu inwestycji.
W ostatnich dniach tysiące Albańczyków protestowały pod hasłami „Albania należy do Albańczyków”, „Ręce precz od Wjosa-Narta”, „Narta dla flamingów, nie dla buldożerów” oraz „Edi Rama zdrajcą narodu”. Młodzi aktywiści nazwali protesty „rewolucją flamingów”.
Inwestycja Kushnera nie byłaby możliwa bez zmian w albańskim prawie przyjętych przez rząd Ediego Ramy w 2024 roku. Nowelizacja ustawy o terenach chronionych dopuściła realizację dużych projektów turystycznych na obszarach wcześniej objętych ścisłą ochroną. Dodatkowo rząd stworzył system przywilejów dla tzw. inwestorów strategicznych, którzy otrzymują łatwiejszy dostęp do gruntów i uproszczone procedury administracyjne.
Protestujący zarzucają władzom, że prace rozpoczęto bez odpowiednich konsultacji społecznych i bez wystarczającej przejrzystości dotyczącej wpływu inwestycji na środowisko. Ich zdaniem państwo podporządkowuje ochronę przyrody interesom wielkich inwestorów.
Rama przedstawia inwestycję jako szansę rozwojową dla kraju. Według władz projekt ma stworzyć nawet 10 tys. miejsc pracy i przyciągnąć kolejnych zagranicznych turystów. Według danych przytaczanych przez Euronews wartość przedsięwzięcia w rejonie Zvërnecu może sięgać około 3 mld euro. Premier podkreśla, że rozwój turystyki pozwolił potroić albański PKB od czasu objęcia przez niego władzy w 2013 roku.
Krytycy odpowiadają jednak, że model rozwoju oparty niemal wyłącznie na turystyce przynosi przede wszystkim wzrost cen nieruchomości i kosztów życia. Zwracają uwagę, że Albania już dziś cierpi na niedobór pracowników, a znaczną część zatrudnionych w sektorze usług stanowią migranci z Filipin, Indii i Bangladeszu.
Protestujący domagają się wstrzymania inwestycji w Zvërnecu, cofnięcia zmian w prawie dotyczącym terenów chronionych oraz likwidacji specjalnych przywilejów dla tzw. inwestorów strategicznych.
Przeczytaj także:
Decyzja Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA” wywołała krytykę polityków niemal wszystkich ugrupowań w Polsce i zaostrzyła debatę o relacjach z Ukrainą.
Decyzja prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA” nadal wywołuje silne emocje w Polsce. W niedzielę była szeroko komentowana przez polityków wszystkich najważniejszych ugrupowań w programach publicystycznych Polsat News i TVN24.
Przedstawiciele koalicji rządzącej oceniali decyzję Zełenskiego jako błąd, ale jednocześnie podkreślali, że nie może ona prowadzić do podważania polskiego wsparcia dla Ukrainy. Posłanka KO Jolanta Niezgodzka mówiła w Polsat News, że wielu Ukraińców nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie skojarzenia budzi w Polsce UPA i jak głęboko w pamięci historycznej obecne są zbrodnie wołyńskie.
— Nie możemy doprowadzić do tego, że ta sytuacja stanie się pretekstem do wzywania do zaprzestania pomocy Ukrainie — podkreślała.
Znacznie ostrzej wypowiadali się politycy opozycji. Poseł Konfederacji Przemysław Wipler stwierdził, że Zełenski powinien wskazać bohatera UPA „bez krwi polskich kobiet i dzieci na rękach”. Z kolei poseł PiS Jacek Ozdoba argumentował, że ukraińskie władze musiały zdawać sobie sprawę z konsekwencji swojej decyzji dla relacji polsko-ukraińskich.
Temat pojawił się również w programie „Kawa na ławę” TVN24. Zbigniew Konwiński z KO ocenił, że otoczenie Zełenskiego musiało wiedzieć, jak decyzja zostanie odebrana w Polsce. Anna Górska z Lewicy wyraziła nadzieję, że Ukraina wycofa się z tego kroku. Jarosław Sellin z PiS stwierdził natomiast, że gloryfikowanie UPA utrudnia Ukrainie integrację ze światem zachodnim.
Spór wybuchł po decyzji prezydenta Ukrainy o nadaniu elitarnej jednostce wojsk specjalnych „Północ” imienia „Bohaterów UPA”. Dla wielu Ukraińców Ukraińska Powstańcza Armia pozostaje symbolem walki o niepodległość, jednak w Polsce organizacja kojarzona jest przede wszystkim ze zbrodniami popełnionymi na ludności polskiej podczas rzezi wołyńskiej.
W sobotę sprawę omawiał z szefem Biura Prezydenta Ukrainy Kyryłem Budanowem minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz. Szef MON podkreślił, że Polska i Ukraina pozostają partnerami w kwestiach bezpieczeństwa, ale „w sprawach historii musimy mówić sobie prawdę”.
„Pamięć o ofiarach Wołynia nie podlega negocjacjom. Są granice, których przekraczać nie wolno” – napisał po rozmowie minister.
Dodatkowe napięcie wywołała propozycja prezydenta Karola Nawrockiego, który zapowiedział wystąpienie o odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego, przyznanego mu przez prezydenta Andrzeja Dudę w kwietniu 2023 roku. Premier Donald Tusk ocenił jednak, że choć decyzja Zełenskiego była błędem, nie powinna prowadzić do eskalacji konfliktu między Warszawą i Kijowem.
2 czerwca inicjatywę Nawrockiego jednogłośnie poparł komitet polityczny PiS. W wydanym oświadczeniu władze partii uznały, że nadanie jednej z ukraińskich jednostek imienia „Bohaterów UPA” jest „nie do pogodzenia z polską racją stanu” i szkodzi relacjom polsko-ukraińskim. Kapituła Orderu Orła Białego ma zebrać się 8 czerwca.
W ostatnich dniach pojawiły się również głosy domagające się ograniczenia wsparcia dla Ukrainy. Wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak z Konfederacji wezwał do zakończenia finansowania ukraińskich systemów Starlink wykorzystywanych na froncie. Z kolei były ambasador RP w Kijowie Bartosz Cichocki poinformował o zwrocie przyznanego mu przez Ukrainę odznaczenia „Za zasługi”.
Do dyskusji odniósł się także minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. „Na swarach polsko-ukraińskich zawsze na koniec korzysta Moskwa” – napisał w serwisie X.
Komentatorzy zwracają uwagę, że spór wokół decyzji Zełenskiego wpisuje się w szerszą debatę o pamięci historycznej i przyszłości relacji polsko-ukraińskich. Były prezydent Aleksander Kwaśniewski ocenił w rozmowie z OKO.press, że dla wielu Ukraińców UPA pozostaje przede wszystkim symbolem walki o niepodległość, a świadomość znaczenia zbrodni wołyńskiej jest na Ukrainie znacznie mniejsza niż w Polsce. Jednocześnie ostrzegał, że każdy podobny gest ze strony Kijowa może stać się paliwem dla środowisk politycznych budujących poparcie na nastrojach antyukraińskich.
Przeczytaj także:
Rosyjski dron uderzył w budynek centralnego magazynu zużytego paliwa jądrowego elektrowni czarnobylskiej. W nocy 7 czerwca Rosja zaatakowała Ukrainę 236 dronami. Ukraińcy twierdzą, że 218 zestrzelili. Informują, że Rosjanom udało się uderzyć 17 razy w 13 miejscach. Dodatkowe zniszczenia wywołały odłamki dziewięciu zestrzelonych dronów.
Zaporoże pozbawione zostało prądu. W sobotę siły rosyjskie po raz kolejny zaatakowały obwód sumski, atakując infrastrukturę energetyczną, stację benzynową i linię pocztową. Zginęło 15 osób, a wiele zostało rannych. Danych o ofiarach z niedzieli jeszcze nie ma.
W niedziele — jak poinformował prezydent Zełenski — Rosjanie ostrzelali też infrastrukturę nieczynnej atomowej elektrowni czarnobylskiej. Jeden z dronów uderzył w budynek Centralnego Magazynu Wypalonego Paliwa Jądrowego, który znajduje się 15 km od elektrowni. Ukraińcom udało się ugasić tam pożar.
Atak nastąpił tam z przygranicznych rosyjskich obwodów, z Krymu i regionów nad Morzem Czarnym.
„Atak trwa, a kilka wrogich bezzałogowych statków powietrznych wciąż znajduje się w przestrzeni powietrznej. Przestrzegajcie zasad bezpieczeństwa!” – ostrzegły Siły Powietrzne.
Jeśli chodzi o ukraińskie ataki obronne, to Rosjanie ogłosili, że w nocy zestrzelili 339 dronów nad Rosją. W ciągu całej doby – 500 oraz 11 bomb kierowanych (poprzedniego dnia komunikowali o zestrzeleeniu 900 dronów). Informują o trafieniach w obszarach przygranicznych.
Ukraińcy trafili w most Czonharze, który łączący Zaporoże z Krymem. Ruch na tej linii został wstrzymany, o czym poinformowali sami Rosjanie. Tymczasem Ukraińcy ogłosili trafienie w nocy 26 obiektów na terytoriach okupowanych, w tym na pociągi z paliwem i elektrownie.
Rosjanie wprowadzają ograniczenia ruchu transportowego na trasach wiodących przez tereny okupowane na Krym. Ruch na moście krymskim jest regularnie wstrzymywany. Na Krymie nie ma benzyny, a władze próbują rozgonić gigantyczne kolejki, przekierowując oczekujących do internetu, gdzie też można ustawić się w kolejce. „Zasada jest prosta: otrzymujesz osobisty kod QR, który uprawnia do zakupu 20 litrów paliwa do konkretnego pojazdu, i to tylko po okazaniu tego kodu QR. Liczba dostępnych kodów QR dziennie będzie odpowiadać ilości paliwa dostępnego w sprzedaży danego dnia. Otrzymany kod QR należy wykorzystać między 9:00 a 21:00 bieżącego dnia”. Internauci donoszą, że na stacjach wielkich sieci benzyny nie ma w ogóle, ale można ją upolować na stacjach prywatnych, zasilanych dzięki prywatnym, nielegalnym transportom przez most krymski — władze zakazały transportu paliwa tamtędy z uwagi na ryzyko ukraińskiego ataku.
Po atakach dalekiego zasięgu Ukraina zintensyfikowała od maja ataki średniego zasięgu. Wymierzone są precyzyjnie w zasilanie frontu i okupowanych terenów Ukrainy. Konsekwencje widoczne są zwłaszcza na Krymie, bowiem Ukraińcy przejęli kontrolę nad główną lądową trasą komunikacyjną na Krym. Zdobycie lądowego połączenia Krymu z Rosją było do tej pory największym osiągnięciem „operacji specjalnej” Putina.
Rosjanie — jak zapowiada Putin — szukają na to odpowiedzi. Na razie jednak utrzymują dotychczasowe działania polegające na masowych atakach na Ukrainę. Próbują też zastraszyć świat potencjalną katastrofą jądrową. Nie chodzi tylko o Czarnobyl, ale o Zaporoską Elektrownię Atomową, która znajduje się praktycznie na linii frontu i raz po raz odcinane jest zasilanie niezbędne dla bezpiecznej pracy reaktorów.
„To nie są precyzyjne ataki na cele wojskowe. To celowe kampanie terrorystyczne przeciwko ludności cywilnej” – pisze Kyiv Post. Propaganda Kremla też przestała nazywać ostrzał Ukrainy „precyzyjnym” – obecnie są to „ataki odwetowe”.
Ukraińcy zaczynają sobie dobrze radzić z rosyjskimi dronami, ale nadal poważne problemy mają z częścią rakiet. W sferze narracyjnej Rosja ciągle powtarza, że „zamierza osiągnąć wszystkie cele SWO”, jakby nic nie zmieniło się od 2022 r.
„Konflikt jest długotrwały, trwa od dawna, a faza bojowa trwa już pięć lat. To długi czas. Dla Rosji kluczowe jest osiągnięcie naszych interesów i zrealizowanie celów wyznaczonych na początku specjalnej operacji wojskowej” – powiedział 6 czerwca rzecznik Putina Pieskow w wywiadzie dla China Media Corporation.
Przeczytaj także: