Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Dawid Kacprzyk, 28-letni lekarz, który kilka dni temu zszokował Polskę tym, że w rok zarobił 1,7 mln zł, ma na koncie kolejne zaskakujące osiągnięcia – jako koordynator SOR stworzył w Warszawskim Szpitalu Południowym salonik dla VIP-ów, a politycy Koalicji Obywatelskiej mogli tam liczyć na szybką ścieżkę do badań poza kolejnością.
28-letni lekarz Dawid Kacprzyk, który zaledwie w listopadzie 2024 roku uzyskał pełne prawo wykonywania zawodu lekarza po ukończeniu rocznego stażu, już w 2025 roku został zatrudniony jako koordynator, a więc szef SOR w Szpitalu Południowym w Warszawie, gdzie zarobił w rok 1,6 mln zł.
Jego łączne zarobki (biorąc pod uwagę również dochody poza Szpitalem Południowym) wyniosły 1,7 mln zł. Wiemy to z jego z oświadczenia majątkowego, które był zobowiązany złożyć, ponieważ jednocześnie jest radnym warszawskiej dzielnicy Ursus z ramienia Koalicji Obywatelskiej.
To wywołało falę oburzenia, która doprowadziła do odkrycia kolejnych informacji. Portal Zero pisze, że dotarł do dokumentów, z których wynika, że Dawid Kacprzyk stworzył w publicznym szpitalu specjalną, nieoficjalną ścieżkę przyjęć dla polityków Koalicji Obywatelskiej i ich rodzin.
Pacjenci VIP mieli nie tylko mieć wykonywane badania niemal natychmiast po zarejestrowaniu się, podczas gdy zwykli pacjenci czekali na swoją kolej wiele godzin. Wykonywano im również ogromną liczbę badań, co przecież nie jest zadaniem oddziału ratunkowego.
A dodatkowo w szpitalu stworzono dla polityków nawet osobną salę, w której w bardziej komfortowych warunkach – z kanapą, fotelami i telewizorem – mogli czekać na wyniki lub kolejne badania.
Kanał Zero podsumowuje, że Dawid Kacprzyk de facto stworzył w publicznym szpitalu przychodnię dla polityków działającą jak luksusowy prywatny ośrodek zdrowia.
Szpital Południowy nie zaprzeczył doniesieniom dziennikarzy, nie odpowiedział też na ich pytania na ten temat, za to ostrzegł, że nieuprawnione pozyskiwanie, ujawnianie lub rozpowszechnianie informacji dotyczących zdrowia lub korzystania ze świadczeń zdrowotnych stanowi naruszenie powszechnie obowiązujących przepisów prawa.
Zaznaczmy, że portal Zero nie podał do publicznej wiadomości, którzy politycy korzystali z szybkiej, luksusowej ścieżki badań w Szpitalu Południowym. Przekazał je za to Narodowemu Funduszowi Zdrowia.
Przeczytaj także:
Afera wokół Dawida Kacprzyka staje się coraz większym ciężarem dla Koalicji Obywatelskiej. Publicyści zaczynają nazywać ją „nowymi ośmiorniczkami”.
I wcale nie dlatego, że to prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski nadzoruje formalnie Szpital Południowy. Ani nie dlatego, że opisywany salonik VIP i specjalne zasady opieki medycznej miały dotyczyć polityków KO i ich rodzin.
One miały dotyczyć polityków KO, bo sam Dawid Kacprzyk był szefem młodzieżówki KO i członkiem Koalicji Obywatelskiej. Po wybuchu afery Marcin Kierwiński, minister spraw wewnętrznych i administracji poinformował, że 15 czerwca przyjął rezygnację Dawida Kacprzyka z członkostwa w Koalicji Obywatelskiej.
To właśnie polityczna działalność lekarza nasuwa wątpliwości, co do samego faktu jego zatrudnienia jako szefa SOR. Objął on tę funkcję zaraz po stażu, nie mając nawet jeszcze specjalizacji, a powinien mieć specjalizację z medycyny ratunkowej.
Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, właśnie ze względu na brak specjalizacji, formalnie szpital zatrudnił w charakterze szefa SOR innego lekarza, który w rzeczywistości jest już na emeryturze.
Dodajmy, że to nie tyle sama wysokość zarobków Dawida Kacprzyka jest tu najbardziej kontrowersyjna, ale fakt, że brał on publiczne pieniądze za pracę, której de facto nie wykonywał. Bo nie mógł.
Według danych udostępnionych przez Szpital Południowy młody lekarz przepracował w 2025 roku 3976 godzin, średnio to 331 godzin w miesiącu, co po odliczeniu dni wolnych od pracy, daje 16 godzin dziennie pięć dni w tygodniu.
A to był dopiero początek jego zawodowych obowiązków. Pracował on jeszcze w trzech innych miejscach w Warszawie, był radnym dzielnicy Ursus, brał udział w posiedzeniach parlamentarnego zespołu ds. badań naukowych i innowacji w ochronie zdrowia, często też występował jako ekspert w radiu i telewizji.
Portal Zero ujawnił kilka dni temu, że w czasie, kiedy zgodnie z grafikiem pracy powinien być w szpitalu, był właśnie w telewizji.
W reakcji na doniesienia medialne, Kacprzyk nie tylko musiał odejść z KO.
Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski zgłosił sprawę Kacprzyka do rzecznika odpowiedzialności zawodowej przy NIL. Co ciekawe, będzie ona z pewnością rozpatrywana przez rzecznika przy Okręgowej Izbie Lekarskiej innej niż ta w Warszawie, bowiem Kacprzyk właśnie niedawno został wybrany do warszawskiej Okręgowej Rady Lekarskiej, mógłby więc móc wpływać na postępowanie, którego jest przedmiotem.
Tymczasem równolegle kontrole w Warszawskim Szpitalu Południowym zapowiedział NFZ i Urząd m. st. Warszawy, który zresztą kontrolę już rozpoczął w tej placówce 15 czerwca, a kolejne w najbliższych dniach zapowiada również na innych SOR-ach w szpitalach należących do miasta – w Szpitalu Praskim, Szpitalu Czerniakowskim, Szpitalu Wolskim i Szpitalu Bielańskim.
Warszawski ratusz na razie nie jest rozmowny i nie chce komentować, co dokładnie kontroluje, ani kiedy kontrole zakończy i ujawni jej efekty.
Natomiast NFZ wyjaśnia nieco szerzej, że sprawdzi, czy Dawid Kacprzyk rzeczywiście był w pracy wtedy, kiedy był na grafiku, a nadto przeanalizuje krzyżowo grafiki wszystkich placówek, w których pracował lekarz, by zweryfikować, czy nie był w kilku miejscach jednocześnie.
Afera wokół kariery i zarobków Dawida Kacprzyka zmobilizowała rząd do podjęcia działań mających uporządkować kwestie wynagrodzeń lekarzy. W końcu, bo dotąd rząd tego tematu starał się unikać jak ognia i to mimo iż wiemy, że to właśnie zarobki lekarzy są jednym z ważniejszych czynników wpychającym budżet NFZ w zapaść.
We wtorek 16 czerwca rząd przyjął projekt ustawy, która pozwoli w końcu zbierać prawdziwe dane na temat zarobków lekarzy. Prawdziwe, ponieważ dotąd można było zweryfikować pensję lekarza tylko w jednej placówce, podczas gdy ta sama osoba mogła pracować w kilku miejscach. Czasem jednocześnie.
Dopiero przyjęty właśnie przez rząd projekt pozwala na zbieranie przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) danych dotyczących wynagrodzeń konkretnych medyków w oparciu o numer PESEL, ewentualnie prawo wykonywania zawodu, co da realny obraz wynagrodzeń lekarzy i pozwoli zlikwidować ewentualne patologie.
Sprawa nabiera tempa, bo okazuje się, że przyjęty przez rząd we wtorek projekt już w środę 17 czerwca wylądował w Komisji Zdrowia, dopisany do harmonogramu obrad w ostatniej chwili.
Sam rzecznik rządu Adam Szłapka natomiast nie ukrywa, że nowe przepisy, czyli zbieranie danych o zarobkach lekarzy po ich PESEL, to krok w kierunku ograniczenia zarobków medyków.
Przeczytaj także:
Julita Dziedzic-Bogucka, żona Zbigniewa Boguckiego, który kieruje kancelarią prezydenta, została odwołana z pracy w szczecińskiej Prokuraturze Krajowej i zdegradowana do pracy w okręgu. Decyzję osobiście podjął prokurator generalny Waldemar Żurek.
„Pan minister jest osobliwą postacią” – tak Zbigniew Bogucki na łamach „Faktu” skomentował informację o odwołaniu żony z posady w Prokuraturze Krajowej.
Julita Dziedzic-Bogucka pracuje w Prokuraturze Krajowej w Szczecinie od 2017 roku. Zajmuje się przestępczością zorganizowaną i korupcyjną. Do pracy w PK została delegowana bezpośrednio z Prokuratury Rejonowej, z pominięciem szczebla okręgowego.
Decyzję o odwołaniu prokuratorki Waldemar Żurek podpisał 11 czerwca. Jak wynika z informacji podanych przez RMF FM, dekret zawiera ledwie jedno zdanie. „Podobne decyzje kadrowe nigdy nie zawierają uzasadnienia, a odwołanie następuje z odpowiednim, trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia” – przekonuje rzeczniczka Prokuratora Generalnego Anna Adamiak. Odwołanie wchodzi w życie 30 września.
I to wtedy, Julita Dziedzic-Bogucka rozpocznie pracę w Prokuraturze Okręgowej.
Julita Dziedzic-Bogucka jest żoną Zbigniewa Boguckiego, wieloletniego działacza PiS, a obecnie szefa kancelarii prezydenta Karola Nawrockiego.
PiS w czasach swoich rządów od 2015 roku tak zreformował sądownictwo i prokuraturę, że pozwolił politykom prawicy na przejęcie kontroli nad wymiarem sprawiedliwości. Zaczęła się od prokuratury.
28 stycznia 2016 roku, a więc niecałe dwa miesiące po pierwszym posiedzeniu Sejmu z większością PiS-owską, posłowie uchwalili nową ustawę o prokuraturze, która połączyła funkcję prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości nadając pełnię władzy Zbigniewowi Ziobrze. w Prokuraturze Krajowej powołano też Wydział Spraw Wewnętrznych, oddelegowany do przestępstw popełnianych przez sędziów czy prokuratorów.
Ziobro otrzymał możliwość powoływania i odwoływania szefów prokurator, nowe przepisy zniosły też kadencyjność i umożliwiły natychmiastowe odwołania. Co ważne w przypadku Boguckiej, reforma zniosła też konkursy na wyższe stanowiska i umożliwiła prokuratorowi generalnemu powołania na stanowiska kogo chce i kiedy chce. A to umożliwiło PiS-owi oraz Zjednoczonej Prawicy obsadzenie prokuratur zaufanymi sobie ludźmi.
Za kadencji Zbigniewa Ziobry wymieniono niemal wszystkich prokuratorów na kierowniczych stanowiskach w Prokuraturze Krajowej, w prokuraturach okręgowych i rejonowych. Awanse dostawali głównie osoby związane z politykami PiS-u i Zjednoczonej Prawicy.
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
„To ustawa, która pozwoli na zebranie danych dotyczących wynagrodzeń konkretnych medyków w oparciu o numer PESEL” – powiedział Adam Szłapka tuż po posiedzeniu rządu. Projekt ustawy został przyjęty tuż po tym, jak na jaw wyszło, że lekarz-rezydent z partyjną legitymacją KO w zeszłym roku zarobił 1,5 miliona złotych i był m.in. koordynatorem SOR.
Rząd przyjął we wtorek projekt ustawy, która pozwoli na weryfikację wysokości zarobków medyków po sprawdzeniu ich numeru PESEL. Donadl Tusk nie ukrywał, że to ustawa powiązana z Dawidem Kacprzykiem, lekarzem-rezydentem i działaczem KO, który tylko w ubiegłym toku mial zarobić horrendalne sumy, i to pracując bez specjalizacji.
Jak wskazał rzecznik KPRM Adam Szłapka, nowy system ma pomóc „zarządzić i wprowadzić dokładniejsze zmiany w systemie„. Ale żeby to się stało, ”najpierw trzeba posiąść te wszystkie informacje”.
Dziś Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji otrzymuje ze szpitali i przychodni informacje o wygagrodzeniach pracowników, ale zanonimizowane. Dlatego nie sposób przypisać kontraktów do jednej osoby i ustalić łącznej wysokości wynagrodzenia przypadającego na konkretnego medyka.
„W interesie lekarzy jest, żeby rząd miał dostęp do ”rzetelnej informacji, jak wyglądają zarobki w poszczególnych jednostkach„ – mówił we wtorek premier. I dodał, że chodzi o możliwość rzetelnej wyceny procedur i udział zarobków lekarzy w danej procedurze. ”Ta informacja jest niezbędna, aby skutecznie i adekwatnie wyceniać samą procedurę, udział zarobków we wszystkich kosztach szpitala i tak dalej. I dlatego bardzo króciutki projekt ustawy, który umożliwi agencji rządowej orientację, kto w jakich miejscach ile zarabia, tak żeby to zracjonalizować i żeby nie dochodziło do, mam nadzieję, pojedynczych, skandalicznych sytuacji" – powiedział premier.
Naczelna Izba Lekarska krytycznie komentuje ten pomysł twierdząc, że to kolejna odsłona walki z medykami i próba odrówcenia uwagi od bieżących problemów.
„W grudniu 2025 roku próbowano zwrócić opinię publiczną przeciwko nam, epatując zarobkami promilowej grupy lekarzy. Teraz system się wali, limituje się świadczenia, pacjenci się buntują. W związku z tym znów próbuje się znaleźć kozła ofiarnego. A wiadomo, że jeżeli stworzy się jakiś dodatkowy rejestr z naszymi danymi, to bezpieczeństwo tych danych stoi pod znakiem zapytania. Martwimy się również tym, że takie dane mogą być użyte do prób dyskredytacji naszego środowiska” – podnosił w rozmowie ze Sławomirem Zagórskim dr Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej.
„Nie chcemy być jedyną grupą zawodową, której zarobki są ujawniane w taki sposób. Jeżeli politycy proponują rejestr zarobków po PESEL-u, chcielibyśmy też poznać ich zarobki po PESEL-u ze wszystkimi dodatkami. Myślę, że nie byliby bardzo chętni do tego, żeby dokładnie wszystko powpisywać, pomimo że mają oświadczenia majątkowe” – podnosi prezes NIL.
Rozmowy o wysokich zarobkach lekarzy wybuchła po tym, gdy Patryk Słowik na portalu X, a potem Tomasz Mikulicz na łamach TVN ujawnili, że radny dzielnicowy KO Dawid Kacprzyk, w 2025 roku zarobił niemal 1,6 miliona złotych. Kacprzyk ma 29 lat, jest młodym lekarzem z niespełna dwuletnim stażem, w trakcie specjalizacji z anestezjologii i intensywnej terapii.
Jak ustalił Patryk Słowik na łamach portalu Zero.pl Kacprzyk pracuje w czterech warszawskich publicznych placówkach. Najmocniej związany jest z Warszawskim Szpitalem Południowym (placówka jest własnością miasta), w którym jest koordynatorem szpitalnego oddziału ratunkowego.
„Tak wysoka stawka we wczesnym etapie kształcenia bardzo odbiega od standardowej procedury. Młodzi lekarze tyle nie zarabiają” – mówi TVN-owi Sebastian Goncerz, przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL. Dodał, że nie słyszał, aby ktoś w tak młodym wieku i w trakcie specjalizacji pełnił tak ważną funkcję, jaką jest koordynowanie SOR-u i miał w związku z tą funkcją aż takie zarobki.
Znaki zapytania mnożą się nie tylko w kwestii wysokości zarobków, ale i czasu pracy lekarza. Jak odkrył Słowik, lekarz w lutym 2025 spędzał na dyżurach średnio 13,5 godziny dziennie, w czerwcu zbliżył się już do 14 godzin na dobę, a w listopadzie – 15 godzin dziennie. Słowik odkrył przynajmniej kilkanaście błędów w dokumentacji wskazując, że mężczyzna był wpisany w szpitalny grafik i w teorii pełnił dyżur. A publicznie chwalił się spotkaniami m.in. z marszałek Sejmu Małgorzatą Kidawą-Błońską, komentował debaty wyborczej na portalach społecznościowych czy przebywał na spotkaniach rady dzielnicy.
Przykład: 11 kwietnia 2025 r. Dawid Kacprzyk oglądał debatę przed zbliżającymi się wówczas wyborami prezydenckimi. Poinformował o tym internautów, wskazując, że wygrał Rafał Trzaskowski. Tego dnia przez całą dobę dyżurował na SOR-ze (a przynajmniej tak wynika z papierów). Był to zresztą dyżurowy maraton, gdyż Kacprzyk – według grafiku – pracował od 11 kwietnia od godz. 8 rano do 15 kwietnia do godz. 8 rano. Oznacza to, że – jeśli tylko dokumentacja szpitalna nie zawiera błędów – dyżurował bez przerwy przez 96 godzin – ustalił Patryk Słowik.
Kiedy sprawa wyszła na jaw, Dawid Kacprzyk złożył mandat członka partii KO. Donald Tusk poinformował też, że w szpitalu zlecona została kontrola. „Prokuratura będzie interesowała się tą sytuacją i będzie wyjaśniać, na ile działania mężczyzny były zgodne z prawem, a na ile były przekroczeniem takiego prawa” – zapowiedział premier.
Przeczytaj także:
W piątek memmorandum między USA a Iranem za zostać osobiście podpisane przez obydwie strony konfliktu – potwierdził MSZ Iranu oraz prezydent Stanów Zjednoczonych. Donald Trump twierdzi, że już uzgodnił, iż Iran nigdy nie będzie miał broni jądrowej. „Reszta jest dla nas nieistotna” – powiedział na szczycie G7 we Francji.
Pierwsza runda negocjacji między USA i Iranem doprowadziła do zawarcia (na razie sygnowanego elektronicznie) wstępnego porozumienia o zakończeniu wojny. Dokument ma liczyć 1,5 strony i nie został ujawiony publicznie. Według „New York Timesa”, mają tam pojawić się zapewnienia dotyczące otwarcia cieśniny Ormuz oraz zawieszenia broni na ok. 60 dni.
MSZ Iranu potwierdził, że kolejna runda negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi ma odbyć się w piątek, tuż po rzeczywistym podpisaniu umowy. Agencja AFP podaje, że rozmowy mają odbyć się o godzinie 19 w szwajcarskim kurorcie Burgenstock.
Ich kluczowym elementem będzie wizja rozwoju nuklearnego Iranu. Donald Trump w rozmowie z dziennikarzami w Francji na szczycie G7 ogłosił jednak, że Iran już zapewnił i potwierdził, iż nie będzie rozwijał broni jądrowej – i że jest to już ustalone oraz wpisane w umowę.
„Iran nigdy nie będzie miał broni jądrowej. Tak jest tam napisane. Nie będą mieli prawa kupić, rozwijać, nie będą mieli broni jądrowej” – przekazał Trump. I dodał: „Reszta jest dla nas nieistotna” – mówił we wtorek, 16 czerwca, prezydent USA.
Przeczytaj także:
„Mamy wszystkie porozumienia, jakich oczekiwaliśmy. Osiągnęliśmy 99,9 procent tego, co chciałem” – mówił we Francji Trump.
Jak wyjaśniał na łamach OKO.press Jakub Szymczak, uzgodnione memorandum nie jest umową pokojową, a zapisem zasad i warunków dalszychrozmów na poważniejsze tematy, jak np. irański program atomowy i zniesienie sankcji czy sfinansowania obudowy Teheranu.
„Prawdziwe wyzwania dopiero przed negocjatorami” – pisze Szymczak. Pod znakiem zapytania jest też postawa Izraela, którego władze otwarcie przyznają, że porozumienie ich nie dotyczy i zamierzają dalej bombardować Liban oraz stacjonować w Gazie i Syrii.
Otwarta wojna między USA i Izraelem a Iranem wybuchła 28 lutego 2026 roku. Jej celem było osłabienie potencjału militarnego Iranu, który zdecydował się zablokować cieśninę Ormuz doprowadzając do destabilizacji rynków energetycznych na całym świecie.
Przeczytaj także:
Amerykański prezydent pozwala sobie na śmiałe uwagi krytyczne wobec premiera Izraela. Ich spór może być jednym z głównych przeszkód ku dalszemu porozumieniu z Iranem
Podczas wypowiedzi dla mediów we francuskim Évian-les-Bains, gdzie Donald Trump bierze udział w szczycie G7, amerykański prezydent zapewniał, że jego relacja z Benjaminem Netanjahu jest bardzo dobra. A następnie niemal wszystko, co powiedział, świadczyło o czymś zupełnie przeciwnym. Ze słów Trumpa wynika np., że jest on zirytowany działaniem Izraela w Libanie. Zarówno w ostatnich dniach, jak i w szerszej perspektywie.
„Za dużo ludzi ginie, nie trzeba niszczyć całych budynków za każdym razem, gdy chce się trafić jakiś cel, bo w tych budynkach jest dużo ludzi, którzy nie są z Hezbollahu. Sugerowałem Izraelowi, by to Syria zajęła się Hezbollahem, bo, szczerze mówiąc, myślę, że zrobiliby to lepiej” – przekonywał Trump w stylu, który z całą pewnością nie został dobrze przyjęty w Izraelu. Amerykański prezydent mówił, że premier Netanjahu „musi być bardziej odpowiedzialny” w odniesieniu do Libanu.
Trump powiedział też wprost, że nie podobały mu się ataki Izraela na cele Hezbollahu w Libanie na chwilę przed uzgodnieniem wstępnego porozumienia z Iranem. Ataki te są powszechnie interpretowane jako próba sabotowania tego porozumienia przez Izrael.
To kolejna odsłona konfliktu na linii Trump-Netanjahu, którego katalizatorem jest wojna w Iranie i jej rozczarowujący dla obu przywódców wynik. Liban i wojna Izraela z Hezbollahem to jednocześnie jeden z kluczowych czynników dla powodzenia dalszych rozmów USA z Iranem. Możemy się więc spodziewać, że napięcia między Trumpem a Netanjahu będą w najbliższych miesiącach nieustannie silne.
Izrael konsekwentnie realizuje w regionie agresywną politykę zagraniczną. Prowadzi działania wojenne na terenie sąsiednich krajów bez konsultacji z tymi krajami, jeśli uzna, że tego wymaga jego polityka bezpieczeństwa. Konsekwencją jest bardzo duża liczba ofiar cywilnych, co zauważa sam Trump. Według libańskiego Ministerstwa Zdrowia liczba ofiar śmiertelnych izraelskich ataków od 2 marca wynosi obecnie 3826 osób. Wśród ofiar są setki cywili, dzieci, ratowników.
Izrael jesienią czekają wybory parlamentarne. Wątpliwe więc, by Netanjahu chciał się wycofać, by nie pokazywać się jako słaby przywódca. Izraelskie wojsko zapowiedziało już z resztą, że z zajętych na południu Libanu terenów nie zamierza się wycofywać w związku z amerykańskim porozumieniem z Iranem.
Irańczycy z kolei zdążyli już zapewnić Hezbollah (który jest bliskim sojusznikiem Islamskiej Republiki Iranu), że w kolejnej rundzie rozmów z USA będą domagali się pełnego wycofania sił izraelskich z południa Libanu. Iran w swojej retoryce i praktyce politycznej traktuje Izrael jako byt w pełni zależny od USA, który nie prowadzi własnej polityki, a jedynie realizuje zadania nakreślone w Waszyngtonie. To, że nie jest to do końca prawda, pokazują np. ostatnie spięcia między Netanjahu i Trumpem (jednocześnie Izrael w sprawach wojskowych w dużej mierze polega na Amerykanach). Ale takie podejście ma konkretne konsekwencje dla dalszych rozmów. Będzie to powodowało nieustanne napięcie, które może spowodować zerwanie rozmów.
Przeczytaj także: