Uprawnienia stracili ci lekarze z Ukrainy, którzy nie zdali w terminie egzaminu językowego. Sejm przedłuża termin, ale prezes Naczelnej Izby Lekarskiej protestuje i szuka ratunku u prezydenta Nawrockiego. Pytamy go o to, jakie ma argumenty
W ostatnich dniach temat ukraińskich i białoruskich lekarzy w Polsce zrobił się gorący, ponieważ Izby Okręgowe zaczęły odbierać im warunkowe prawa do wykonywania zawodu.
Każdy lekarz w Polsce musi być zarejestrowany i mieć prawo wykonywania zawodu. Dokument taki wydaje Izba, czyli zawodowy samorząd.
Na początku pandemii COVID-19 rząd PiS zaniepokojony dotkliwymi brakami kadrowymi zaczął zachęcać lekarzy z Ukrainy, a także Białorusi do pracy w Polsce, co było dla nich atrakcyjne finansowo.
Ministerstwo Zdrowia postanowiło zasadniczo ułatwić obcym lekarzom wejście w nasz system ochrony zdrowia. Wywołało to ostry protest ze strony samorządu. Pisaliśmy o tym w OKO.press, m.in. w tekście ze stycznia 2023 roku.
Początkowo od lekarzy nie wymagano żadnego certyfikatu językowego. Po zmianie władzy samorząd wywalczył taki oblig. Lekarzom dano 2 lata na nauczenie się języka i zdanie egzaminu na poziomie B1 (samorząd nadal uważał, że to zbyt niski poziom).
Termin ten minął 30 kwietnia 2026 roku. W Polsce w tej chwili pracuje ok. 3 tys. ukraińskich lekarzy, ok. 800 nie dopełniło obowiązku.
Ministerstwo Zdrowia „przespało” tę kwestię. Urzędnicy obudzili się, gdy Okręgowe Izby zgodnie z prawem zaczęły odbierać warunkowe prawa wykonywania zawodu. Do początku tego tygodnia odebrano je 209 osobom.
Ponieważ lekarze ci tracą automatycznie pracę, w wielu miejscach natychmiast porobiły się „dziury”, co bezpośrednio wpływa na poziom leczenia pacjentów m.in. na SOR-ach.
Zaniepokojone ministerstwo naprędce przygotowało ustawowy zapis przesuwający termin zdania egzaminu językowego na 30 kwietnia 2027 roku. Prawo miałoby działać tu wstecz. Stosowny zapis może bowiem wejść w życie najwcześniej pod koniec maja bądź w czerwcu, a miałby obowiązywać od 30 kwietnia 2026 roku.
Naczelna Izba Lekarska nie chce się na to zgodzić. Prezes NIL wystąpił z oficjalną prośbą do prezydenta Karola Nawrockiego o spotkanie. Najpewniej do tej wizyty dojdzie i – biorąc pod uwagę ksenofobiczną retorykę Nawrockiego i jego historię decyzji wymierzonych w Ukraińców w Polsce – prezydent zmianę przepisów zawetuje.
Jest jasne, że z jednej strony władze od początku nie popisują się w tej sprawie. Z drugiej, twardy, pryncypialny stosunek samorządu też trudno uznać za do końca uzasadniony.
Lekarze tradycyjnie zawsze się wspierali (czasem mówimy o wręcz zbyt daleko posuniętej ich solidarności zawodowej). W przypadku lekarzy zza wschodniej granicy tę solidarność – przynajmniej ze strony Izb – ciężko dostrzec. Trudno również do końca uwierzyć w zapewnienia izb lekarskich, że jedyne, co kieruje samorządem, to bezpieczeństwo polskich pacjentów.
Środowisko lekarskie ma też na koncie poważny przypadek dezinformacji na temat lekarzy-obcokrajowców. Chodzi o powtarzaną przez prezesa Dolnośląskiej Izby Lekarskiej dr. Pawła Wróblewskiego (a potem podchwyconą przez prawicowe media i polityków) opowieść o śmierci pacjenta rzekomo z powodu nieznajomości języka przez lekarza (prokuratura temu zaprzeczyła, historia była fejk niusem).
Dlaczego Naczelna Izba Lekarska tak się upiera przy ograniczeniu prawa do zawodu?
Pytamy o to dr. Łukasza Jankowskiego, prezesa NIL.
Sławomir Zagórski OKO.press: Ilu ukraińskich lekarzy pracuje w Polsce?
Dr Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej*: Według naszych danych w Polsce pracuje ok. 4000 lekarzy z zagranicy. Najwięcej, bo ok. 3 tys., z Ukrainy. Na drugim miejscu jest Białoruś (ok. tysiąca). Jest też kilkunastu lekarzy z Rosji.
Naczelna Izba Lekarska od początku była źle nastawiona do cudzoziemskich lekarzy.
Nie zgodzę się z panem. Historycznie wyglądało to zupełnie inaczej. To my proponowaliśmy Ministerstwu Zdrowia stworzenie procedur na wzór tych, które obowiązują w Anglii albo w Niemczech. Procedur, które przygotowywałyby lekarza z zagranicy do wejścia w nasz system ochrony zdrowia.
Np. w Niemczech na początku jest hospitacja. Potem pracuje się przez jakiś czas pod nadzorem. Poznaje się realia systemu, uczy się języka. Następnie zdaje się egzamin z języka ogólnego na poziomie B2 i z języka specjalistycznego na poziomie C1 i dopiero wtedy można podjąć pracę jako samodzielny lekarz.
Proponowaliśmy to ministerstwu jeszcze za czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości. Usłyszeliśmy, że nie ma pieniędzy.
To było jeszcze przed COVID-em?
To było w czasie COVID-u.
Rząd w obliczu pandemii obawiał się, że mamy w kraju za mało lekarzy. Dlatego postanowił ułatwić pracę chętnym z zagranicy, głównie Ukraińcom.
Te ułatwienia poszły naszym zdaniem zdecydowanie za daleko.
Mamy pismo z ministerstwa świadczące o tym, że co do zasady nie weryfikowano nawet prawdziwości uprawnień wykonywania zawodu lekarza. Wystarczało pokazać kserokopię dyplomu uzyskanego jakoby w Ukrainie i powiedzieć, że jest się lekarzem. Ministerstwo przyjmowało to na wiarę. Przyznawało stosowny numer, a następnie kierowało pismo do nas, żebyśmy przyznali warunkowe prawo wykonywania zawodu.
Dodatkowo wprowadzono przepis, który oznaczał, że taki lekarz nie musiał w ogóle znać języka polskiego i my jako Izba nie mogliśmy tego od niego wymagać.
Na tym tle powstały liczne spory.
Początkowo proponowaliśmy, że będziemy prowadzić kursy z języka, potem je certyfikowali, a przy okazji zorganizujemy specjalny staż adaptacyjny, by przygotować tych lekarzy do polskiego systemu. Usłyszeliśmy, że nie ma na to ani pieniędzy, ani czasu, ponieważ trzeba jak najszybciej wpuścić te osoby do systemu.
W efekcie w Polsce zaczęło pracować trzy tysiące lekarzy bez udokumentowanej znajomości języka.
Potem, już za rządów koalicji, walczyliśmy, by obowiązującym poziomem znajomości języka było co najmniej B2, bo w większości krajów europejskich to jest B2 łamane na C1, czyli B2 język ogólny i C1 język medyczny. Nowy rząd złagodził jednak kryteria prawdopodobnie pod wpływem pracodawców w ochronie zdrowia, którzy zatrudniali te osoby.
Postanowiono, że lekarze w ciągu dwóch lat mają obowiązek dostarczenia do Izby certyfikatu znajomości języka polskiego na poziomie B1.
I trzeba wyraźnie powiedzieć, że zdecydowana większość ten wymóg wypełniła. My dzisiaj nie mówimy o trzech tysiącach, tylko o ok. ośmiuset lekarzach, którzy nie przedstawili nam tego certyfikatu.
Wspomniał pan o sporach pomiędzy ministerstwem a lekarskim samorządem. Spory toczyły się także między niektórymi Izbami Okręgowymi a nowoprzybyłymi lekarzami.
Zgoda. Wprawdzie zgodnie z wprowadzoną ustawą lekarze nie musieli znać języka, tymczasem my argumentowaliśmy, że zgodnie z konstytucją językiem obowiązującym w Rzeczypospolitej jest polski i powoływaliśmy komisje mające za zadanie sprawdzić ich umiejętności językowe. Tym, którzy nie mówili po polsku, odmawialiśmy prawa wykonywania zawodu. Oni oddawali sprawy do sądów, a sądy w części podzieliły ich pogląd. Po prostu kalekie prawo pozwalało na to, by uniemożliwić nam sprawdzenie znajomości języka polskiego.
Ten impas prawny trwał w rzeczywistości do dzisiaj. Część Izb Okręgowych wciąż wymagało znajomości języka na podstawie konstytucji. A teraz, ponieważ od 1 maja 2026 roku to musi być już poziom B1, w zasadzie sytuacja się uprościła.
„Rynek Zdrowia” niedawno podał, że w sądach toczyło się ok. 300 spraw tego typu. Dziennikarze tego portalu przeanalizowali 24 wyroki. W żadnym z nich sądy nie uznały waszej argumentacji.
To prawda. Naczelna Izba Lekarska jako organ drugiej instancji utrzymywała w mocy orzeczenia Izb Okręgowych, że jeżeli ktoś nie zna języka polskiego, jest zagrożeniem dla pacjentów.
Ale w większości przypadków przegrywaliśmy te sprawy w sądzie administracyjnym. Sąd bowiem patrzył expressis verbis na brzmienie przepisu, a ten nie wymagał udokumentowanej znajomości języka polskiego. W związku z tym uchylał nasze uchwały o nieprzyznaniu prawa i nakazywał powtórne rozpatrzenie wniosków. System prawny pozwolił lekarzom bez znajomości polskiego pracować przynajmniej przez dwa lata.
Wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie w 2022 roku zmienił tę sytuację?
Nie. Większość osób nadal wybierała tzw. tryb uproszczony, bo on gwarantował im bardzo szybkie wejście do systemu ochrony zdrowia.
My też nie zmieniliśmy naszego stanowiska, choć byli tacy, którzy mówili o konieczności wyciągnięcia ręki do tych lekarzy i jego złagodzeniu. Z drugiej strony słyszeliśmy też głosy o drenażu mózgów i o tym, że kadra lekarska jest szczególnie potrzebna w czasie wojny na miejscu. I w związku z tym otwieranie szeroko drzwi do zawodu w Polsce jest podchodzeniem do tematu nie fair.
Cały czas stoimy twardo na stanowisku, że lekarz, który pracuje w Polsce, musi znać język polski.
Za czasów rządów PiS sprawa rozbiła się m.in. o pieniądze. Czy nauczenie grupy lekarzy języka polskiego naprawdę wymagało wielkich środków?
Wszystko rozbiło się o staż adaptacyjny. Proponowaliśmy, żeby on trwał trzy miesiące i żeby na wzór stażu lekarskiego państwo płaciło tym osobom przynajmniej minimalną krajową. Usłyszeliśmy, że nie ma na to środków.
Taki staż był naprawdę potrzebny. Obserwowaliśmy lekarzy, którzy np. nie mieli do czynienia z nowoczesnym tomografem, rezonansem. Nie wiedzieli, jak się kieruje pacjenta w systemie. Oni po prostu pracowali w zupełnie innych warunkach. I w Polsce byli w pewnym sensie skazani na „rozpoznanie bojem”, co trudno uznać za optymalne.
A nie można było do całej sprawy podejść łagodniej? Skoro nie było pieniędzy na staż, może chociaż ułatwić im kwestie językowe. Można było np. szybko przygotować słowniki medyczne ukraińsko-polskie.
My nawet pomagaliśmy w tłumaczeniu książek medycznych na język ukraiński.
Jednak opinia publiczna odbierała większość waszych działań jako restrykcyjne, a nie pomocowe.
Oczywiście wiem, że taki był odbiór społeczny. Ale upieram się, że drzwi do zawodu lekarza otwarto u nas zbyt szeroko. Gdyby rządzący powiedzieli: „Staż adaptacyjny trzy miesiące, uczymy języka, wymagamy poziomu znajomości B2, robimy to w sposób cywilizowany”, nikt nie podnosiłby głosu w tej sprawie.
Spotkałem się z opinią, że dostęp do egzaminów językowych w Polsce nie jest łatwy.
To nieprawda. Zmodernizowaliśmy w Naczelnej Izbie Lekarskiej system zapisów na egzaminy z języka polskiego. Czas oczekiwania skrócił się do dwóch, maksymalnie trzech tygodni (przepisy nałożyły na nas obowiązek informowania o terminie egzaminu na dwa tygodnie przed nim). Można więc powiedzieć, że egzaminowaliśmy praktycznie na bieżąco.
Dodam, że NIL jest tylko jedną z jednostek egzaminacyjnych, a nie jedyną.
Czy to nie dziwny pomysł, że to akurat Izba Lekarska organizuje egzamin z języka? W końcu nie sprawdzaliście języka medycznego, tylko ogólny poziom znajomości polskiego.
Akurat w NIL egzamin zawiera elementy medyczne. W dyktandzie są pewne proste słowa medyczne. W rozmowie dyskutujemy o stricte medycznym przypadku.
Proszę jednak zauważyć, że mówimy o poziomie B1. Jeżeli trafia do nas pacjent z zawałem serca i mówi, że boli go w klatce piersiowej, polski lekarz zapyta o charakter bólu. Czy on jest piekący, kłujący, opasujący? Czy jest zlokalizowany miejscowo, czy rozlany? I to nie są słowa z poziomu B1.
Po prostu po to, żeby zrozumieć pacjenta, przekazać informacje następnemu lekarzowi, trzeba naprawdę dobrze znać język. Nie mówiąc już o pacjencie cierpiącym. O pacjencie pod wpływem środków odurzających, z bełkotliwą mową np. z racji zaburzeń neurologicznych, o pacjencie psychiatrycznym.
No z poziomem turystycznym nie da się pracować, a poziom B1, bo ludzie też często tego nie rozumieją, to poziom, na którym można zamówić sobie danie w restauracji czy pokój w hotelu. Nawet w specyfikacji do znajomości języka na poziomie B1 czytamy, że jest to „rozumienie kontekstów w sytuacjach społecznych wtedy, gdy mówi się wolno”.
Na egzaminy z języka przychodzili do was poloniści, czy przeprowadzali je lekarze pracujący w Izbie?
Jest wyznaczona komisja, w której zawsze jest polonista.
Pan ma jakieś osobiste doświadczenia z lekarzami z zagranicy, którzy nie potrafili się w pracy porozumieć?
Kiedyś wziąłem za kolegę dyżur w szpitalu powiatowym na północy Polski. Na SOR był lekarz z zagranicy, który nie rozumiał słowa po polsku. Nie badał pacjentów, bo prawdopodobnie się ich bał. To był jeden z jego pierwszych dyżurów. Jedyne co robił, to wzywał na konsultacje, albo mnie z oddziału interny, albo kolegę z chirurgii i prosił, żeby wpisać dokładnie wszystko, co trzeba z tym pacjentem zrobić.
Zdenerwowaliśmy się i podsumowaliśmy jego przydatność w pracy tak, że gdyby poszedł do domu, stałoby się to z korzyścią dla pacjentów, bo sami natychmiast nieślibyśmy pomoc, bez tracenia czasu na tłumaczenie mu niemal na migi i z użyciem słów po angielsku co należy zrobić z pacjentem.
To nie jedyny tego typu przypadek. Potem były pisma do dyrekcji, a dyrekcje zwykle odpowiadają, że nie ma obowiązku sprawdzenia znajomości języka polskiego, tymczasem nie ma skarg ze strony pacjentów.
Trafiały do nas, do Izby, również pytania z prokuratury, która wszczynała np. postępowanie o nieumyślne spowodowanie śmierci, bo lekarz nie dogadał się z pielęgniarką i ona podała jakiś lek niezgodnie ze zleceniem. A w zasadzie chyba zgodnie ze zleceniem lekarskim i pacjent zmarł.
Sprawdziłem liczbę skarg na ukraińskich lekarzy kierowanych do Rzecznika Praw Pacjenta z racji kłopotów komunikacyjnych. To pojedyncze przypadki. Może te skargi dochodziły do was, do samorządu?
Bardzo rzadko. Potwierdzam, mieliśmy takie skargi, ale zupełnie pojedyncze.
To wiąże się z tym, że lekarzy niemówiących po polsku jest w Polsce od ośmiuset do tysiąca, a nas wszystkich w rejestrze 200 tysięcy.
Wciąż myślę, że do całego problemu można było podejść mniej pryncypialnie, po ludzku. Przecież ci lekarze, przebywając w Polsce, w tym otoczeniu, z każdym miesiącem są językowo coraz lepsi.
Jeśli tak jest, powinni zdać egzamin na poziomie B1. Nie zgadzam się z pana podejściem, że trzeba podchodzić do tego po ludzku. Gdy polski lekarz wyjeżdża do Niemiec, do Anglii, czy do Szwecji, to nie ma tam pojęcia „myślenia po ludzku”, tylko jest myślenie jakościowe, jak zapewnić bezpieczeństwo zdrowotne pacjentom.
I tak było przez długie lata, że polscy lekarze wyjeżdżali do innych krajów, nostryfikowali tam dyplom, zdawali egzamin z języka. W Niemczech bez certyfikatu na poziomie B2 nikt nie dopuszcza w ogóle do egzaminu z języka medycznego. To jednak trochę inna sytuacja niż z uchodźcami, bo mamy zawód ściśle regulowany, w którym każdy błąd językowy może kosztować życie.
A teraz zrobił się z tego temat polityczny. Ministerstwo Zdrowia najwyraźniej zapomniało, że 30 kwietnia 2026 roku minął ostateczny termin dostarczenia zaświadczeń o zdanym egzaminie językowym i dopiero gdy Izby zaczęły odbierać warunkowe prawa, zrobił się szum. Może gdybyście w porę upomnieli urzędników, sytuacja byłaby prostsza?
My stoimy na straży wykonywania zawodu lekarza w Polsce. Staliśmy na stanowisku, że lekarze, którzy nie znają języka, w zasadzie w ogóle nie powinni być wpuszczeni do naszego systemu.
I rzeczywiście, byliśmy i jesteśmy w tym bardzo pryncypialni. Wszyscy świetnie wiedzieli, że po dwóch latach od wprowadzenia przepisu jego termin minie. A przecież każdy jest w stanie w 2 lata nauczyć się języka na poziomie B1.
Rozumiem, że nie monitowaliście w tej kwestii ministerstwa.
Ministerstwo przespało sprawę, a teraz na hura próbuje wprowadzić poprawkę z mocą wsteczną, co też jest psuciem prawa [MZ zaproponowało przedłużenie terminu obowiązku zdania egzaminu o rok, tj. do 30 kwietnia 2027. Prawo miałoby więc w tej kwestii działać wstecz].
Kuriozalne jest to, że pani wiceminister Katarzyna Kęcka informuje nas, żebyśmy nie stosowali obowiązujących przepisów, bo poprawka już idzie przez Sejm i być może będzie przyjęta.
18 maja 2026 poprosiłem o spotkanie z panem prezydentem Nawrockim właśnie w tej sprawie i mam nadzieję, że w tym tygodniu do tego spotkania dojdzie. Nie może być tak, że w ten sposób psuje się prawo, a jednocześnie naraża pacjentów. Jeżeli lekarz przez dwa lata nie nauczył się polskiego, świadczy to źle o tym lekarzu, a nie o systemie.
Nie robi się panu nieprzyjemnie, że w kwestii ukraińskich lekarzy Naczelna Izba Lekarska mówi jednym głosem z Konfederacją? A teraz idzie pan jeszcze po pomoc do prezydenta Nawrockiego.
Oczywiste jest to, że dzisiaj, kiedy zabieramy głos w jakiejś sprawie, siłą rzeczy podpinani jesteśmy do jakiegoś obozu politycznego.
Podpinanie nas dzisiaj do Konfederacji, do PiS, do prawej strony, nie jest w mojej ocenie adekwatne do tego, co robimy.
Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby rządzący po prostu zakończyli sprawę. Uznali, że niektórzy lekarze nie wypełnili w porę obowiązku zdania egzaminu językowego, w związku z tym siłą rzeczy wracamy do standardów sprzed okresu pandemii. I wtedy byśmy temu przyklasnęli.
Układ sił politycznych dzisiaj jest tak trudny, że kiedy mówimy np. o dyskryminacji pacjentów poprzez dzielenie ich na pierwszorazowych i kolejnorazowych i chcemy zwrócić się do TK w tej sprawie, to też mamy wątpliwości, czy w ogóle to robić, bo za chwilę zostaniemy zaszufladkowani do jednej ze stron. To jest przykry wniosek o stanie państwa.
Jeżeli ktoś walczy o to, żeby w Polsce lekarz mówił po polsku i zostaje zaszufladkowany do jednej, dość radykalnej partii politycznej, to znaczy, że z innymi partiami też coś w tej sprawie nie jest w porządku.
Jeżeli dzisiaj moc sprawczą do zatrzymania złych zmian w ustawie miałby marszałek Sejmu, bylibyśmy dzisiaj w gabinecie marszałka Sejmu. Gdyby moc sprawczą miała pani minister, pikietowalibyśmy Ministerstwo Zdrowia.
Jak widać, nasze argumenty się nie przebijają, więc rolę pana prezydenta traktujemy jako bezpiecznik i ostatnią instancję.
To jest jak z Trybunałem Konstytucyjnym. Coś musimy robić, a sytuacja polityczna w Polsce blokuje nas w dramatyczny sposób.
15 maja 2026 Sejm przegłosował poprawkę przygotowaną przez Ministerstwo Zdrowia w kwestii przesunięcia terminu zdania egzaminu językowego o rok. 235 posłów było „za”, 22 „przeciw”, wstrzymało się 182. Przeciw byli głównie posłowie Konfederacji, duża część posłów PiS wstrzymała się od głosu, koalicja rządowa zasadniczo projekt poparła. Co pan pomyślał, jak pan zobaczył wyniki?
Zrobiło mi się nieswojo.
Wydaje mi się, niektórzy posłowie Razem głosowali ramię w ramię z Konfederacją [Konfederacja głosowała przeciw, posłowie Razem wstrzymali się od głosu – przyp. red]. Widać więc, że ten temat nie jest aż tak silnie polaryzujący, a jest w zasadzie tematem o interesach. Interesach pracodawców, którzy mieli tańszych pracowników i którym mogli narzucać niższe stawki, dlatego że ci nie mówili po polsku i cały czas korzystali z warunkowego prawa wykonywania zawodu. I teraz – mówiąc już zupełnie wprost – walczą o swoje interesy, w tym interesy finansowe.
Uważam od początku, że jedynym dokumentem, który powinien obowiązywać w Polsce, jest prawo wykonywania zawodu lekarza. Że wprowadzenie przez PiS tych trybów uproszczonych, „uszczerbkowych”, było otwarciem drzwi do świata, w którym nikt nie chciałby się znaleźć.
To był założycielski błąd, A potem utrzymywanie tego błędu, mówienie, że system runie, gdy nie będzie tych lekarzy, to jest nieprawda.
Jeżeli mamy system, który opiera się na pracy 800 lekarzy, którzy nie umieją mówić po polsku, to jest to system, który chyba rzeczywiście powinien runąć.
Wstrzymaliście do tej pory warunkowe prawo do wykonywania zawodu 209 lekarzom.
Spraw jest więcej, ale robimy to rozważnie. Nie chcemy zrobić tym lekarzom krzywdy. To znaczy, część z nich nie dostarczyła certyfikatu do 30 kwietnia 2026 roku i zgodnie z ustawą powinniśmy im prawa wygasić. Ale wiemy już, że po pierwsze instytucja, która miała certyfikować ośrodki egzaminacyjne, spóźniła się i część lekarzy ma zdany egzamin, a wciąż czeka na certyfikat.
Część z nich ma już certyfikat, ale jeszcze go nie doniosła do Izby. Większość Izb wszczęła postępowania i czeka na dokumenty, żeby uniknąć też sytuacji, że my wygaszamy prawo wykonywania zawodu komuś, kto umie posługiwać się językiem polskim.
Także tutaj idziemy jak najbardziej frontem do tych lekarzy, bo nie chcemy też wyjść na instytucję, która wykorzystuje kruczki prawne.
Sądzi pan, że znajdą się pracodawcy, którzy zignorują fakt, że komuś odebraliście warunkowe prawo do wykonywania zawodu i będą nadal takie osoby zatrudniać?
Myślę, że nie. Dlatego że usuwamy tych lekarzy z systemu i z Centralnego Rejestru Lekarzy. Czyli oni nie mogą wystawiać recept, zwolnień. A jeżeliby dalej pracowali, to tak samo jakby ktoś pracował, podając się za lekarza, nie będąc nim, czyli sprawa dla prokuratora.
Z pewnością spotkał się pan z argumentem, że tak naprawdę wy to wszystko robicie nie z troski o pacjentów, tylko dlatego, że nie chcecie mieć konkurencji? Co pan wtedy odpowiada?
Że tych ośmiuset lekarzy z Ukrainy na dwieście tysięcy lekarzy zarejestrowanych w Polsce, to jest naprawdę kropla i oni nie stanowią dla nas konkurencji. Co więcej, oni zwykle byli zatrudnieni w miejscach, które dla polskich lekarzy były nieatrakcyjne, w których polscy lekarze nie chcieli pracować.
Czyli nie ma dzisiaj kolejki chętnych do pracy na SOR-ze i konkurencji, która sprawiłaby, że lekarz z Ukrainy nagle pozbawił pracy polskiego lekarza. Tak się nie dzieje.
Potrzeby kadrowe w systemie publicznym są ogromne i ja nie widzę tutaj konkurencji, w tym konkurencji płacowej. Widzę raczej chęć pracodawców, żeby oszczędzić na takich pracownikach.
Naczelna Izba Lekarska głośno w tej chwili protestuje przeciwko temu, żeby ci lekarze mogli prowadzić w Polsce prywatne praktyki.
Zdecydowanie. Uważamy, że do prowadzenia praktyki prywatnej w Polsce potrzebna jest samodzielność zawodowa. Jeżeli ktoś ma warunkowe prawo wykonywania zawodu, to nie ma tej samodzielności i prowadzenie przez niego samodzielnej praktyki jest tak naprawdę nadużyciem, również nadużyciem prawa.
Myślę, że tutaj nikt z nas akurat nie ma wątpliwości. Jeżeli taka osoba chce prowadzić praktykę, powinna nostryfikować dyplom albo zdać lekarski egzamin końcowy i wtedy otrzymać pełne prawo wykonywania zawodu i bez żadnej dyskryminacji na tych samych prawach, co polscy koledzy, móc pracować. Tymczasem dopuszczenie do indywidualnych praktyk tych, którzy nie mają pełnej samodzielności zawodowej, jest niezgodne nawet ze zdrowym rozsądkiem. Byłoby po prostu oszukiwaniem pacjentów.
Zna pan jakieś pozytywne historie ukraińskich lekarzy mieszkających w Polsce?
Znam mnóstwo takich historii.
Pracowałem z kilkoma lekarzami z Ukrainy, którzy byli bardzo mocno zaangażowani w opiekę nad pacjentami. Mówiąc wprost, wydaje się, że oni przez własne zaangażowanie i motywację chcieli udowodnić swoją przydatność do polskiego systemu ochrony zdrowia i to się udawało.
To nie jest tak, że jeżeli spotkamy w szpitalu lekarza z Ukrainy, to on a priori działa gorzej niż polski lekarz. Wręcz jest tak, że ci lekarze, którzy podjęli trud, zdali notyfikację, zdali egzamin z polskiego, oni naprawdę mają dużą motywację do działania.
Mówię też o przypadkach konkretnych koleżanek, z którymi akurat miałem przyjemność pracować i które były absolutnie wartościowymi członkami zespołu. Nasza Pani Doktor Irina, którą ze względu na ogromną życzliwość i empatię pozwalamy sobie nazywać „naszą Irinką”, jest niezastąpiona.
Pól konfliktów Naczelnej Izby Lekarskiej z Ministerstwem Zdrowia jest więcej. 15 maja 2026 Sejm przegłosował dochodzenie do wysokości zarobków lekarzy po PESEL-u. Po co to jest robione?
To kolejna odsłona walki z naszym środowiskiem i próba odwrócenia uwagi od bieżących problemów w ochronie zdrowia. W grudniu 2025 roku próbowano zwrócić opinię publiczną przeciwko nam, epatując zarobkami promilowej grupy lekarzy.
Teraz system się wali, limituje się świadczenia, pacjenci się buntują. W związku z tym znów próbuje się znaleźć kozła ofiarnego. A wiadomo, że jeżeli stworzy się jakiś dodatkowy rejestr z naszymi danymi, to bezpieczeństwo tych danych stoi pod znakiem zapytania. Martwimy się również tym, że takie dane mogą być użyte do prób dyskredytacji naszego środowiska.
Myśli pan o tym, że ktoś się dowie, że konkretny lekarz zarabia nie 80, ale 130 tys. miesięcznie i w związku z tym naraża go to na kradzież?
Na przykład.
Nie chcemy być jedyną grupą zawodową, której zarobki są ujawniane w taki sposób. Jeżeli politycy proponują rejestr zarobków po PESEL-u, chcielibyśmy też poznać ich zarobki po PESEL-u ze wszystkimi dodatkami. Myślę, że nie byliby bardzo chętni do tego, żeby dokładnie wszystko powpisywać, pomimo że mają oświadczenia majątkowe.
My tych oświadczeń nie mamy i próba ich wprowadzenia, inwigilacji nas dodatkowej, nam się po prostu nie podoba. Nie widzimy też żadnego prawnego interesu, dla którego miałby być robiony dodatkowy rejestr z danymi wrażliwymi.
*Łukasz Jankowski – lekarz, specjalista nefrologii, doktor nauk medycznych i nauk o zdrowiu. Były prezes Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. Obecnie prezes Naczelnej Izby Lekarskiej. Jego kadencja upływa 21 maja 2026. Łukasz Jankowski startuje ponownie w wyborach na prezesa NIL.
Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.
Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.
Komentarze