Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Na kilka godzin przed rozpoczęciem kluczowych negocjacji z USA Teheran oznajmił, że Cieśnina Ormuz znowu zostaje zamknięta. Powodem ma być łamanie przez Izrael i USA postanowień porozumienia.
Iran ponownie ogłosił zamknięcie Cieśniny Ormuz – jednego z najważniejszych szlaków transportu ropy naftowej i gazu na świecie. O decyzji poinformował Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) – podaje Reuters.
Według irańskich władz zamknięcie cieśniny jest odpowiedzią na domniemane naruszenie przez USA i Izrael warunków porozumienia zawartego w tym tygodniu między Waszyngtonem a Teheranem. Teheran wskazuje przede wszystkim na trwające izraelskie działania militarne w Libanie, które uznaje za złamanie uzgodnionego zawieszenia broni. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej ostrzegł statki, by nie zbliżały się do szlaku wodnego.
Reuters zwraca jednak uwagę, że nie ma potwierdzenia, iż cieśnina została faktycznie zamknięta. Dowództwo Centralne USA poinformowało, że tylko w sobotę przez Ormuz przepłynęło 55 statków handlowych, transportujących ponad 17 mln baryłek ropy oraz inne towary.
Sceptyczny wobec deklaracji Teheranu jest również wiceprezydent USA J.D. Vance. W rozmowie z Fox News powiedział, że nie widział żadnych dowodów na zamknięcie cieśniny i wyraził przekonanie, że porozumienie między USA a Iranem zostanie utrzymane.
Ogłoszenie o zamknięciu Cieśniny Ormuz pojawiło się zaledwie kilka godzin przed rozpoczęciem kolejnej rundy rozmów amerykańsko-irańskich w Szwajcarii. Reuters informuje, że na negocjacje udali się m.in. szef irańskiej dyplomacji Abbas Aragczi oraz przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf. Stronę amerykańską reprezentują wysłannicy Donalda Trumpa – Steve Witkoff i Jared Kushner. Do rozmów może dołączyć także J.D. Vance.
Jednym z warunków rozpoczęcia 60-dniowych negocjacji dotyczących irańskiego programu nuklearnego było utrzymanie zawieszenia broni w Libanie. Tymczasem rozejm pozostaje bardzo kruchy. Według informacji przekazywanych Reutersowi w sobotę w izraelskich nalotach na Liban zginęło co najmniej 20 osób. Izrael twierdzi, że odpowiadał na nocny ostrzał swoich wojsk przez wspierany przez Iran Hezbollah i podkreśla, że będzie reagował na każde zagrożenie dla swoich sił.
Przeczytaj także:
Premierka Włoch Giorgia Meloni pokazuje, że z Trumpem można się nie patyczkować. W odpowiedzi na pomówienia ze strony prezydenta USA Meloni odpowiada: te ataki są bezsensowne. I radzi: zamiast moją popularnością, niech Pan się lepiej zajmie swoją.
Premierka Włoch Giorgia Meloni nie pozostawia bez odpowiedzi tego, co uważa za pomówienie przez prezydenta USA Donalda Trumpa.
"Prezydenci Trumpie, te ciągłe, niczym niesprowokowane ataki są bezsensowne. Jeśli chodzi o moją popularność, to bycie zaprzyjaźnioną z panem zdecydowanie jej nie pomogło. Nie pomaga jej też moja relacja z panem. Moja popularność zależy w całości od mojej zdolności do obrony interesu narodowego Włoch. I to jest dokładnie to, co zawsze robiłam.
Dotyczy to także amerykańskich baz we Włoszech. Ich użycie jest regulowane przez umowy, których zawsze przestrzegaliśmy i które nie mogą być pogwałcone tak długo jak jestem premierem. Włochy to suwerenny naród. Tak czy inaczej, moja popularność nie jest pana problemem. Radzę panu skupić się na swojej" – napisała Meloni.
Ten wpis to odpowiedź na publikowane przez Donalda Trumpa w tym tygodniu komentarze dotyczące włoskiej premier. W wywiadzie dla włoskiej telewizji La7 amerykański prezydent stwierdził, że podczas szczytu G7 we Francji Meloni miała wręcz „błagać” go o wspólne zdjęcie.
„Chciała mieć ze mną zdjęcie tak bardzo, że aż błagała. Normalnie bym się nie zgodził, ale zrobiło mi się jej żal” – miał powiedzieć Trump. Z nagrań ze szczytu wynika jednak, że oboje politycy prowadzili długą rozmowę na marginesie obrad.
Meloni błyskawicznie zaprzeczyła słowom Trumpa. Oświadczyła, że są one „całkowicie zmyślone” i wyraziła zdumienie sposobem, w jaki amerykański prezydent traktuje wieloletnich sojuszników Stanów Zjednoczonych. Zarzuciła mu również, że większą wyrozumiałość okazuje przeciwnikom Zachodu niż państwom, które od dekad pozostają bliskimi partnerami USA.
Trump powtórzył swoje zarzuty wobec Meloni także we wpisie na Truth Social. Oberwało się także europejskim członkom NATO.
„Premier Włoch Giorgia Meloni wielokrotnie prosiła mnie o wspólne zdjęcie podczas szczytu G-7 we Francji. Jej notowania we Włoszech są niskie, prawdopodobnie dlatego, że odrzuciła propozycję Stanów Zjednoczonych Ameryki – kraju, który naprawdę kocha i chroni Włochy – dotyczącą uniemożliwienia Iranowi zdobycia lub opracowania broni jądrowej (choć, nawiasem mówiąc, NATO postąpiło tak samo!). Nie pozwoliła nam nawet korzystać z włoskich pasów lądowania ani pasów startowych, co stanowiło ogromną niedogodność logistyczną, i to pomimo faktu, że Stany Zjednoczone przeznaczają setki miliardów dolarów rocznie na ochronę Włoch i innych tak zwanych sojuszników z NATO. Teraz, po tym jak Stany Zjednoczone pokonały Iran militarnie, chce znów się z nami zaprzyjaźnić, aby poprawić swoje wyniki w sondażach. Nie, dziękuję!” – napisał Trump.
Publiczny spór między Trumpem a włoską premier to kolejny sygnał pogarszających się relacji między obojgiem polityków. Jeszcze kilka miesięcy temu Meloni uchodziła za jednego z najbliższych europejskich sojuszników Trumpa i była jedynym przywódcą z Europy obecnym na jego inauguracji w 2025 roku. W ostatnich miesiącach coraz częściej dochodzi jednak między nimi do publicznych napięć – m.in. w związku z wojną na Bliskim Wschodzie oraz odmową części państw NATO, w tym Włoch, zaangażowania się w działania wokół cieśniny Ormuz.
Skala oburzenia zachowaniem Trumpa wobec Meloni we włoskim rządzie okazała się na tyle duża, że minister spraw zagranicznych Antonio Tajani odwołał planowaną na przyszły tydzień wizytę w Stanach Zjednoczonych. Jeden z najbliższych współpracowników Meloni, podsekretarz stanu Giovanbattista Fazzolari, oskarżył z kolei Trumpa o niszczenie historycznych relacji między Europą a USA.
Przeczytaj także:
Niemal 130 mln ludzi na świecie potrzebuje ochrony międzynarodowej, bo musiało uciekać przed wojną, prześladowaniami lub przemocą. ONZ ostrzega: kryzys trwa, a coraz większym zagrożeniem staje się antyuchodźcza dezinformacja.
Niemal 130 mln osób na świecie potrzebuje dziś ochrony międzynarodowej – wynika z najnowszego raportu „Global Trends 2025”, opublikowanego przez agencję ONZ ds. uchodźców (UNHCR) z okazji przypadającego 20 czerwca Światowego Dnia Uchodźcy. To o 5,4 mln osób mniej niż rok wcześniej.
Choć dokument odnotowuje pierwszy od dekady spadek liczby osób dotkniętych przymusowym przesiedleniem, to organizacja ostrzega, że kryzys uchodźczy pozostaje jednym z największych wyzwań humanitarnych świata.
Pośród osób dotkniętych przymusowym przesiedleniem:
Dane UNHCR pokazują także, że w ciągu ostatniego roku 14,7 mln osób przesiedlonych wróciło do miejsc pochodzenia. Chodzi przede wszystkim o uchodźców z Afganistanu (wróciło 1,9 mln), Syrii (1,3 mln) i Sudanu (651,500). Agencja podkreśla jednak, że wiele z tych osób wróciło do krajów wciąż dotkniętych konfliktami, niestabilnością lub kryzysami humanitarnymi, a ich powroty nie zawsze były w pełni dobrowolne. Często wynikały z braku możliwości dalszego pozostania na emigracji.
UNHCR odnotowuje także liczbę nowych osób, które w ubiegłym roku zostały zmuszone do ucieczki. Było to 5,4 miliona osób. Raport wskazuje także na to, że:
Raport UNHCR podkreśla także, że spadła liczba osób, które otrzymały szansę na nowe życie poprzez legalne programy przesiedleń do krajów trzecich. W 2025 roku skorzystało z nich jedynie 81 800 osób – to spadek o ponad połowę w porównaniu z 2024 rokiem.
Jeśli chodzi o Ukrainę to od 2014 roku z Ukrainy ze względów bezpieczeństwa wyjechać musiało już 8,5 miliona osób. Najwięcej, bo 5,7 miliona, wyjechało po wybuchu pełnoskalowej wojny.
Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji (IOM) podkreśla, że fałszywe i wprowadzające w błąd narracje dotyczące migrantów oraz uchodźców stają się jednym z najistotniejszych zagrożeń dla stabilności państw oraz coraz częściej wykorzystywane są jako narzędzie walki politycznej. Rozpowszechniane w mediach społecznościowych nieprawdziwe informacje przedstawiają migrantów jako przestępców, zagrożenie dla bezpieczeństwa lub obciążenie dla systemów socjalnych, mimo że twierdzenia te często nie znajdują potwierdzenia w danych. Takie przekazy sprzyjają wzrostowi ksenofobii i pogłębiają społeczne podziały.
Dokładnie ten problem obserwujemy od lat w Polsce, a dotyczy on narracji antyukraińskich opartych najczęściej na dezinformacji.
Jak na łamach OKO.press pisała wielokrotnie Anna Mierzyńska, antyuchodźcze i antyukraińskie narracje są od lat wzmacniane przez rosyjską machinę propagandową oraz powielane przez część polityków i influencerów. Celem tych działań jest osłabianie poparcia dla pomocy Ukrainie i pogłębianie podziałów społecznych.
„Narracje antyukraińskie sprawiły, że z relacji polsko-ukraińskich zniknęła wojna. A wraz z nią Rosja” – zauważała publicystka OKO.press, wskazując, że debata publiczna coraz częściej koncentruje się na sporach historycznych i incydentach z udziałem migrantów, zamiast na źródłach kryzysu migracyjnego i bezpieczeństwa w regionie.
Według Mierzyńskiej rosyjska propaganda konsekwentnie przedstawia uchodźców jako zagrożenie dla bezpieczeństwa, stabilności społecznej i dobrobytu państw przyjmujących. Tego rodzaju przekazy mają budować niechęć wobec migrantów i uchodźców oraz utrudniać prowadzenie racjonalnej debaty o migracji. Efektem są populistyczne i skrajnie szkodliwe decyzje, jak te o ograniczeniu wsparcia socjalnego migrantów z Ukrainy w Polsce, które pozbawiły m.in. dostępu do służby zdrowia osoby w największej potrzebie.
Przeczytaj także:
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zażądał od Aleksandra Łukaszenki usunięcia z terytorium Białorusi urządzeń wykorzystywanych przez Rosję do prowadzenia ataków na Ukrainę. Zagroził, że jeśli Mińsk tego nie zrobi, Ukraina „zajmie się tym sama”.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył, że białoruski przywódca ma tydzień na usunięcie stacji retransmisyjnych sygnału znajdujących się w dwóch regionach Białorusi graniczących z Ukrainą. Według Kijowa rosyjska armia wykorzystuje je do przekazywania sygnału i naprowadzania dronów atakujących ukraińskie miasta oraz ludność cywilną – informuje brytyjski „The Guardian”.
– Jeśli tego nie zrobi, zrobimy to sami – powiedział ukraiński prezydent. Nie sprecyzował jednak, jakie działania miałby podjąć Kijów. Dodał, że daje Mińskowi tydzień, ponieważ „każdego dnia giną cywile, a dzieci odnoszą obrażenia” w rosyjskich atakach.
Zełenski oskarżył również Białoruś o wspieranie rosyjskiego wysiłku wojennego poprzez dostawy produktów rafineryjnych dla armii Rosji. Jak stwierdził, Mińsk jest obecnie jednym z głównych dostawców paliw dla rosyjskich sił zbrojnych, a Łukaszenka ma możliwość zakończenia tej współpracy.
Ukraiński prezydent podważył również zapewnienia Łukaszenki, że Białoruś nie chce być stroną wojny. W ostatnich tygodniach białoruski przywódca, po kolejnej wymianie ostrych wypowiedzi z Kijowem, deklarował, że Mińsk nie chce angażować się w konflikt i sygnalizował chęć obniżenia napięcia w relacjach z Ukrainą. Zełenski ocenił jednak, że deklaracje te są niewiarygodne, dopóki na terytorium Białorusi działa infrastruktura wspierająca rosyjskie operacje wojskowe.
– Jaki sens ma mówienie, że [Białoruś – red.] nie chce uczestniczyć w wojnie? Niech [Łukaszenka – red.] usunie ten sprzęt, niech go wyłączy. Myślę, że tydzień w zupełności wystarczy – powiedział Zełenski.
W ostatnich miesiącach Ukraina wzmacnia obronę swojej północnej granicy w związku z obawami, że Rosja może ponownie szerzej wykorzystać terytorium Białorusi do działań przeciwko Ukrainie.
Kijów alarmuje o pogłębiającej się integracji wojskowej między Moskwą i Mińskiem, rozbudowie infrastruktury wojskowej na Białorusi oraz regularnych wspólnych ćwiczeniach armii obu państw w pobliżu ukraińskiej granicy. W tym – jak w maju 2026 – z użyciem rosyjskiej taktycznej broni jądrowej. Wołodymyr Zełenski zapowiedział, że Ukraina jest gotowa do podjęcia „prewencyjnych działań” wobec zagrożeń z północy.
Rosja kontynuuje intensywne ataki powietrzne na Ukrainę. Jak donosi „Kyiv Independent”, tylko w ciągu ostatniej doby rosyjskie uderzenia z użyciem dronów, bomb szybujących i artylerii zabiły co najmniej trzy osoby, a 45 kolejnych zostało rannych. W samym Charkowie zginęły dwie osoby, a dziesięć zostało rannych, w tym dziecko i nastolatek. Według ukraińskich sił powietrznych minionej nocy Rosja wystrzeliła w terytorium Ukrainy 99 dronów dalekiego zasięgu, z których 92 zostały zestrzelone.
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
Gdyby Ryszard Petru założył nową partię, która w centrum programu postawiłaby liberalizm gospodarczy, poparcie dla niej rozważyłoby nawet 13 proc. Polaków – wynika z sondażu SW Research dla rp.pl. Wśród najmłodszych wyborców zainteresowanych takim projektem byłoby nawet około 30 proc.
Cztery dni po tym, jak Ryszard Petru oficjalnie potwierdził doniesienia o planie utworzenia nowej formacji politycznej, „Rzeczpospolita” publikuje sondaż dotyczący potencjalnego poparcia dla takiego projektu.
Jak wynika z badania SW Research dla rp.pl, głosowanie na nową partię twórcy Nowoczesnej, a obecnie członka partii Centrum, powstałej po rozłamie w Polsce 2050, rozważyłoby 13,3 proc. badanych. Przeciwnego zdania jest 64 proc. respondentów, a 22,8 proc. nie ma jeszcze wyrobionej opinii.
Największe zainteresowanie nowa formacja Petru budzi wśród młodych wyborców. W grupie wiekowej 18–24 lata głosowanie na nią rozważyłoby 27 proc. badanych. W każdej kolejnej grupie wiekowej odsetek zainteresowanych nowym projektem maleje.
Wśród osób w wieku 25–34 lata wynosi on 20 proc., w grupie 35–49 lat – 14 proc., a wśród respondentów powyżej 50. roku życia – 8 proc. Co ciekawe, największe zainteresowanie nowym ugrupowaniem deklarują mieszkańcy miast liczących od 100 do 199 tys. mieszkańców (19 proc.).
We wtorek 16 czerwca w rozmowie z Polsat News Ryszard Petru potwierdził, że planuje utworzenie nowej formacji politycznej, którą roboczo określa jako „Konfederację light”. Ugrupowanie miałoby łączyć liberalizm gospodarczy z jednoznacznie proeuropejskim kursem i być alternatywą zarówno dla obecnej polityki gospodarczej rządu, jak i dla antyunijnej retoryki części prawicy.
Zdaniem Petru na scenie politycznej pojawia się przestrzeń dla nowego projektu. Polityk wskazuje na zacieśniającą się współpracę Platformy Obywatelskiej i PSL oraz kryzys Trzeciej Drogi, który – jego zdaniem – pozostawił bez politycznej reprezentacji część wyborców o wolnorynkowych poglądach.
Ryszard Petru to ekonomista i jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków liberalnego centrum ostatniej dekady. W 2015 roku założył Nowoczesną, która w swoim pierwszym starcie wyborczym zdobyła 7,6 proc. głosów i wprowadziła do Sejmu 28 posłów. Rok później ugrupowanie notowało w niektórych sondażach poparcie sięgające nawet 20 proc. i przez krótki czas było postrzegane jako główny konkurent Platformy Obywatelskiej po stronie opozycji.
Dynamiczny wzrost okazał się jednak krótkotrwały. Partii zaszkodziły wewnętrzne konflikty, problemy organizacyjne oraz seria wizerunkowych wpadek jej lidera. W kolejnych latach Nowoczesna traciła poparcie, Petru stracił stanowisko przewodniczącego i odszedł z ugrupowania, które stopniowo zbliżało się do Platformy Obywatelskiej. W 2025 roku Nowoczesna zakończyła samodzielne funkcjonowanie, stając się częścią Koalicji Obywatelskiej.
Do aktywnej polityki Petru wrócił w 2023 roku, zdobywając mandat poselski z warszawskiej listy Trzeciej Drogi. Po nieudanej próbie przejęcia przywództwa w Polsce 2050 i późniejszym rozłamie w ugrupowaniu znalazł się w klubie Centrum. Dziś przekonuje, że polskiej polityce brakuje wyraźnie wolnorynkowej, proeuropejskiej formacji zdolnej rywalizować o część elektoratu Konfederacji. To właśnie tę polityczną lukę ma wypełnić jego nowy projekt.
Przeczytaj także: