Moskiewska narracja rozlała się w ostatnich dniach po Polsce, jakby nagle pękł napompowany balon. Pompowali go od lat rosyjscy propagandziści, prorosyjscy aktywiści, antyukraińscy politycy, fałszywe konta w sieci. Ale dziś Rosją mówi spora część polskiej sceny politycznej
Zaślepieni przekazami, rozpowszechnianymi na Zachodzie przez Moskwę od lat, demokratycznie wybrani polscy politycy najwyraźniej tracą z oczu to, co najważniejsze: długoterminowy interes Polski. Jesteśmy w wyjątkowym momencie historii. Grozi nam, że staniemy się państwem realizującym interesy Kremla, jak jeszcze niedawno Węgry pod rządami Victora Orbána. A nowo wybierani polscy prezydenci i premierzy znów będą kłaniać się władzom Rosji. Czy naprawdę chcemy przeżyć tę historię po raz kolejny?
O tym, jakie narracje rozpowszechnia Rosja na Zachodzie, wiadomo od dawna. To głównie przekazy antyukraińskie, których celem jest osłabianie zachodniego wsparcia dla Ukrainy. Ponieważ po rozpętaniu wojny w Ukrainie Rosja nie dostała istotnego wsparcia politycznego na Zachodzie, wzmocniła swoje oddziaływanie oddolne.
Za pomocą platform społecznościowych i niszowych środowisk aktywistyczno-politycznych postanowiła kształtować nastroje społeczne w korzystny dla siebie sposób. Wszystko po to, by obywatele Zachodu zaczęli popierać polityków działających na rzecz Rosji. Aby doprowadzić do tych światopoglądowych zmian, Kreml zdecydował na prowadzenie na Zachodzie niejawnej wojny kognitywnej. Dziś to setki operacji kognitywnych, na które Moskwa wydaje miliardy dolarów. Niestety, efekty tych działań możemy właśnie teraz obserwować w Polsce.
„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.
Elementem rozsiewanych przez Moskwę antyukraińskich narracji w Polsce jest zbrodnia wołyńska. Najczęstszą metodą manipulacji tymi wydarzeniami historycznymi jest zrównywanie ich bieżącymi zdarzeniami. Co najmniej od lutego 2022 pojawiają się w sieci bezpodstawne,
manipulacyjne wpisy ze stwierdzeniami, że skoro Ukraińcy w czasie II wojny światowej i tuż po niej zabijali Polaków, to teraz też będą.
Na tym tle rozpalany jest strach wobec Ukraińców. A każde dokonane przez nich przestępstwo czy wykroczenie (np. jazda samochodem pod wpływem alkoholu) jest rozdmuchiwane do skali niemal epickiej. O to, żeby ów strach nie wygasł wraz z poznawaniem Ukraińców, którzy żyją w Polsce, dba rosyjska machina propagandowa. Nie tylko pompuje ona w Polaków przerażenie, ale też podżega do przemocy wobec osób pochodzących z Ukrainy. Postulat deportacji jest w tych podżegających wpisach jednym z łagodniejszych.
Niestety, o to samo dbają też prorosyjscy obywatele Polski. Środowiska sympatyzujące z Rosją od dawna włączają się niemal w każdą inicjatywę upamiętniającą ofiary Wołynia, narzucają swoje opinie i pomysły. Eskalują nastroje i dbają, aby niechęć Polaków do Ukraińców, ta wynikająca z historii, nie tylko nie wygasła, ale rozpaliła się na nowo.
To powtarzane dziesiątki razy wpisy o tysiącach zamordowanych malutkich dzieci oraz opisy najbardziej przerażających zbrodni i tortur, podawane bez wiarygodnych źródeł historycznych. Są one mieszane z doniesieniami (często fałszywymi lub zmanipulowanymi) o przestępczości Ukraińców, mieszkających dziś w Polsce.
Powstaje z tego emocjonalna mieszanka o charakterze silnie wybuchowym.
W grupach siejących tego rodzaju treści długo najważniejszym postulatem było przeprowadzenie ekshumacji ofiar zbrodni wołyńskiej. Jednak kiedy ekshumacje w Ukrainie się zaczęły (trwają do dziś, właśnie rozpoczęto poszukiwanie ofiar w Hucie Pieniackiej, przy zgodnym udziale historyków z Polski i Ukrainy), w żaden sposób nie zmieniło się nastawienie osób z tych grup wobec Ukraińców. To dobra wskazówka pokazująca, że ich celem nie jest uporanie się z historią ani nawet godny pochówek ofiar.
Celem jest jątrzenie między Polakami a Ukraińcami.
O tym mechanizmie, stosowanym przez służby Kremla w wojnie kognitywnej, wiadomo od dawna. Są na ten temat raporty analityków wielu instytucji i think tanków, nie tylko z Polski. Są też zapewne raporty służb. Nie mam wątpliwości, że wiedzę o tym mechanizmie mają (albo przynajmniej powinni mieć) wszyscy funkcyjni polscy politycy, od prezydenta Karola Nawrockiego poczynając, przez premiera Donalda Tuska, po ministrów i zainteresowanych tematem parlamentarzystów.
Wiadomo również, że rosyjska machina propagandowa jeszcze intensywniej niż w Polsce pracuje w Ukrainie. Podburzanie, pogłębianie podziałów, zniechęcanie Ukraińców do ich własnych władz – to standard działań służb informacyjnych Kremla. Ale te same służby na wielką skalę przekonują Ukraińców także o tym, że Polacy są ich wrogami.
To się dzieje na wielu poziomach. Poczynając od rozpowszechniania fake newsów o tym, że Ukrainki porzucają okaleczonych na wojnie mężów – ukraińskich żołnierzy – i jadą do Polski, układać sobie nowe życie z Polakami. Przez straszenie, że celem Polski jest aneksja zachodniej Ukrainy, w ramach odtwarzania projektu „Wielkiej Rzeczypospolitej” (tak, to też jest wykorzystywanie zaszłości historycznych przez Rosję, tym razem przeciwko Polakom). Aż po rozpowszechnianie twierdzeń, że to NATO (a więc i Polska) nie chce zakończenia wojny w Ukrainie i właśnie przez NATO Ukraińcy wciąż giną na froncie.
A więc oba społeczeństwa – polskie i ukraińskie – znajdują się na froncie rosyjskiej wojny kognitywnej. Polacy niestety nie są przed tym kognitywnym atakiem chronieni w żaden sposób. Wpływ wojny informacyjnej jest od lat lekceważony, zupełnie jak gdyby politycy (niezależnie od tego, której są opcji) nie byli sobie w stanie wyobrazić, jak takie oddziaływanie zmienia nastroje i postawy ludzi. Dodajmy, że nie muszą sobie tego wyobrażać, są przecież badania, które to jasno pokazują. Wystarczy się z nimi zapoznać.
Na palcach jednej ręki można dziś policzyć polityków w Polsce, którzy rozumieją związany z tym poziom zagrożenia.
Do tej pory Rosja w Polsce na poziomie kognitywnym działała przede wszystkim oddolnie, za pomocą platform społecznościowych i prorosyjskich aktywistów, którzy zinfiltrowali środowiska antysystemowe i narzucili antysystemowcom poglądy zbieżne z interesami Rosji. Do tego dochodziły wpływy niektórych środowisk politycznych, przede wszystkim niszowych, choć niektóre z nich przebiły się do mainstreamu. Mam tu na myśli przede wszystkim Konfederację Korony Polskiej Grzegorza Brauna, która od lat powtarza antyukraińskie narracje, pasujące do przekazów kremlowskich propagandzistów. Hasło „Stop ukrainizacji Polski” jest przecież jednym z głównych haseł, którym posługuje się europoseł Braun niemal od początku wojny w Ukrainie.
Tyle że Moskwa w Polsce rozlewa się coraz bardziej. Prorosyjskie tezy powtarza (choć czyni to „w białych rękawiczkach”) były polski premier Leszek Miller. Robi to choćby na kanale YouTube Moniki Jaruzelskiej, córki gen. Wojciecha Jaruzelskiego, tego samego, który wprowadził do Polski stan wojenny. Monika Jaruzelska w ogóle chętnie rozmawia z osobami o tego rodzaju poglądach, zwłaszcza ze skrajnej prawicy, ale nie tylko.
Oczywiście gościł u niej na kanale także Grzegorz Braun, który już buduje listy na kampanię parlamentarną. I nie ukrywa, że widziałby na nich Mateusza Piskorskiego, byłego posła Samoobrony, którego proces o szpiegostwo na rzecz Rosji wciąż trwa. Plotkuje się o tym, że Jaruzelska też dostała od Brauna propozycję startu, ale na razie miała nie wyrazić zgody. Za to zapewne z tej właśnie listy wystartuje Janusz Korwin-Mikke, niemal legendarny już polityk polskiej skrajnej prawicy, którego zachwyty Rosja są znane od lat.
Można by tu wymienić też ileś innych mediów i kanałów, które (świadomie lub nie) od miesięcy powtarzają antyukraińskie przekazy. I nie zawsze są to media o niskich zasięgach.
Ktoś powie, że takie rozlewanie się Rosji w Polsce nie zaskakuje. Skrajna prawicy czy byli politycy komunistyczni to przewidywalne pole oddziaływań Kremla. Tyle że od ubiegłego roku narracje antyukraińskie zajmują coraz więcej miejsca także w polskiej polityce mainstreamowej. W dużej mierze za sprawą obecnego prezydenta Karola Nawrockiego.
Z pierwszą falą nastrojów antyukraińskich, wygenerowanych przez prezydenta, mieliśmy do czynienia we wrześniu 2025 r. Nawrocki zawetował wtedy ustawę o pomocy Ukraińcom. Jak wyliczałam wówczas w OKO.press, po jego decyzji „tylko w ciągu jednego tygodnia w sieci powstało tyle antyukraińskich wpisów, ile wynosiła ich średnia miesięczna w ostatnim kwartale”.
Dziś obserwujemy drugą falę, znowu w związku z działaniami prezydenta Nawrockiego.
Tym razem istotna była jego reakcja, na razie jeszcze nie decyzja. Nawrocki zareagował na decyzję prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu nazwy UPA jednej z ukraińskich jednostek wojskowych. Prezydent, można powiedzieć, że w odwecie, postanowił rozpocząć procedurę odbierania polskiego odznaczenia – Orderu Orła Białego – Zełenskiemu.
Symboliczny, wewnątrzukraiński gest (dla Ukraińców UPA jest symbolem walki o niepodległość Ukrainy) urósł do rangi najważniejszej sprawy w relacjach polsko-ukraińskich.
Nie będę opisywać tego konfliktu, relacje z niego można znaleźć w wielu materiałach. Z mojej perspektywy najistotniejszy jest w nim jeden element:
oto spór o nazwę ukraińskiej jednostki sprawił, że z relacji polsko-ukraińskich zniknęła wojna. A wraz z nią Rosja.
Wyparowały. Nagle nie ma już mowy o zagrożeniu NATO atakiem Rosji, o konieczności wspierania Ukrainy nie ze względu na sympatyzowanie z jej historią, tylko ze względu na dużo większe zagrożenie płynące z Kremla. Przez ostatnie lata polskie władze niekoniecznie kochały Ukrainę, a jednak były w stanie działać zgodnie z powiedzeniem: „Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Dziś zachowują się tak, jakby nie były w stanie wyjść poza kwestie historyczne, a ochrona państwa przed atakiem Rosji przestała być priorytetem.
Niestety, dotyczy to nie tylko prezydenta. Płynące od współpracowników premiera Donalda Tuska sugestie sprzed kilku dni, że jeśli prezydent zdecyduje się na odebranie orderu Zełenskiemu, to premier nie będzie protestował, dolały oliwy do ognia. Były tak samo zbieżne z interesami Rosji, jak działania Nawrockiego, bo w interesie Rosji leży skłócenie Polski z Ukrainą.
Dolewaniem kolejnych kropli oliwy do antyukraińskiego ognia w Polsce było także deportowanie dwóch Ukraińców za niewielkie przewinienia: odłowienie suma w stawie oraz wjechanie samochodem pod Morskie Oko. Zamiast ukarać ich proporcjonalnie do winy, zgodnie z polskim prawem, wyrzucono ich z kraju. Bez procesu, bez sądu.
Co w ten sposób powiedziały Polakom władze? Że właśnie tak należy obchodzić się z Ukraińcami: bezwzględnie i radykalnie.
Najwięksi radykałowie wykorzystali tę okazję, by pójść jeszcze dalej. O tym polskie władze powinny pamiętać: ich bezwzględne decyzje dają przyzwolenie skrajnym działaczom z różnych środowisk, by w kolejnych krokach promować jeszcze bardziej okrutne zachowania. Tym razem poseł Przemysław Czarnek „wytropił Ukraińca” w polskim rządzie.
Chodzi o wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego. Minister ma polskie obywatelstwo, urodził się w Polsce, wykształcił w Polsce i żyje w Polsce, jest polskim profesorem nauk społecznych. Dla Czarnka wystarczające było jednak to, że przypomniał, iż UPA dla Ukraińców to organizacja, która walczyła o ich niepodległość. Czarnek zaczął podważać polskość Szeptyckiego, a prawica zaczęła tropić „elementy ukraińskie” w rodowej historii ministra.
Z kolei poseł Janusz Kowalski zapowiedział kontrole poselskie, których celem będzie sprawdzenie, czy w polskich urzędach pracują Ukraińcy. Jeżeli pracują, to źle, bo przecież w polskich urzędach i instytucjach rządowych mają pracować tylko Polacy. Warto zauważyć, że ewentualna obecność np. Rosjan (że nie wspomnę o innych cudzoziemcach) w tych samych instytucjach nie spędza posłowi snu z powiek. Denerwują go wyłącznie Ukraińcy.
Jeśli wyczuwacie w inicjatywie Kowalskiego duch 1968 roku, to gratuluję wyczucia. Poseł Kowalski usiłuje rozpętać nagonkę na Ukraińców w Polsce. Wtedy chodziło o Żydów, dziś o Ukraińców.
Ja wyczuwam tutaj także ducha lat 30-tych hitlerowskiej Rzeszy.
W 1933 roku w Niemczech wprowadzono tzw. paragraf aryjski. Na jego podstawie osoby niebędące „Aryjczykami”, a pracujące jako urzędnicy państwowi, sędziowie, prokuratorzy i nauczyciele akademiccy, zostały zwolnione lub zmuszone do przejścia na emeryturę. A w 1935 ustawami norymberskimi pozbawiono niemieckich Żydów obywatelstwa i zakazano im pełnienia jakichkolwiek funkcji publicznych.
Dziś ochrona pracujących w urzędach i instytucjach Ukraińców przed inicjatywami takimi jak ta Kowalskiego będzie niemal najważniejszym testem polskich władz.
To ona odpowie na pytanie, czy idziemy w kierunku hitlerowskiej Rzeszy i putinowskiej Rosji, czy nie.
Tyle że formalna ochrona nie wystarczy. Posłowie Czarnek i Kowalski właśnie przesuwają okno Overtona w polskim społeczeństwie. To jedna z metod rosyjskich spin doktorów w operacjach kognitywnych wobec Zachodu. Z lubością opisywała tę metodę rosyjska agencja Dziewiąta Fala, specjalizująca się w tego typu działaniach.
Przesuwanie okna Overtona to proces poszerzania społecznej akceptacji dla kontrowersyjnych poglądów: od tych nie do pomyślenia, przez radykalne, po dopuszczalne. Aż wreszcie to, co wcześniej było nie do pomyślenia, staje się popularne i politycznie usankcjonowane. W kwestii stosunku do Ukraińców Rosja oraz niektórzy liderzy opinii publicznej przesuwają to okno w Polsce cały czas.
Wystarczy pomyśleć o tym, jak zmieniły się od 2022 roku poglądy dotyczące pomagania ukraińskim uchodźcom.
Już w lutym 2025 roku Dziewiąta Fala opisała fragment tego procesu na swoim kanale na Telegramie. Przytaczałam ten opis w artykule z lipca 2025 roku, zrobię to jeszcze raz, bo dziś jest chyba jeszcze bardziej aktualny niż wtedy.
„Polscy politycy zmieniają postrzeganie ukraińskich żołnierzy w zachodniej opinii publicznej: z »bohaterów broniących demokracji« na potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa europejskiego. […] W ramach tej kampanii tworzą mechanizmy wpływania na opinię publiczną:
W ten sposób w polskim społeczeństwie kształtuje się negatywny stosunek do ukraińskich uchodźców, co pozwala władzom na dalsze zaostrzanie polityki wobec nich, a także kształtuje opinię o potrzebie zaostrzenia polityki migracyjnej”.
Dziś sytuacja w Polsce wygląda tak, jakby
Moskwa, ze swoim antyukraińskim przekazem płynącym wprost z okien Kremla, rozlała się na całą polską scenę polityczną.
Dzieje się to w momencie, gdy rośnie zagrożenie atakiem Rosji na któreś z państw NATO. Eksperci wojskowi nie rozmawiają dziś o tym, czy to się stanie, tylko kiedy. Dyskutują, czy atak będzie „poniżej progu wojny” (np. cyfrowy atak na infrastrukturę krytyczną w jakimś państwie), czy jednak będzie konwencjonalną operacją militarną. NATO intensywnie wzmacnia obronę szwedzkiej Gotlandii, która jest typowana jako jeden z prawdopodobnych celów. Kraje bałtyckie podejmują wysiłki dyplomatyczne, aby mimo wycofywania się wojsk amerykańskich z tych terenów inni sojusznicy NATO-wscy wspomogli Litwę, Łotwę i Estonię w obronie przed Rosją.
Rosyjska enklawa między państwami UE, czyli Obwód Królewiecki, jest obecnie opisywana jako najsilniej zmilitaryzowany obszar Rosji, przygotowany przede wszystkim do wojny elektronicznej z NATO. Niech nikogo nie zmyli to słowo: wojna elektroniczna oznacza dziś możliwość prowadzenia poważnych wrogich operacji, zagrażających w dużej mierze cywilom, tyle że bez wprowadzania wojska na teren danego państwa. Przypomnę, bo mam wrażenie, że wielu osobom to umyka: Polska graniczy z Obwodem Królewieckim. Ta zmilitaryzowana strefa rosyjska leży zaledwie 60-70 kilometrów od Trójmiasta (w linii prostej).
I to właśnie w takiej sytuacji polskie władze zajmują się nazwą jednostki wojskowej w Ukrainie. Polska opinia publiczna dyskutuje nie o tym, jak się obronić przed Rosją i czy możemy liczyć na wsparcie sojuszników, zwłaszcza w kontekście niestabilności USA, lecz o odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy.
Wszyscy zgadzamy się, że decyzja Zełenskiego była zła i negatywnie wpłynęła na relacje polsko-ukraińskie. Ale trzeba tę sytuację szybko wyjaśnić, podjąć naprawcze działania dyplomatyczne z udziałem obu stron, a potem całą energię przekierować na obronę przed Rosją. Niestety, tak się nie dzieje.
Miejmy przy tym świadomość, że jeżeli prezydent Polski odbierze ów order, rosyjska propaganda natychmiast wykorzysta ten fakt do pogłębiania niechęci Ukraińców wobec Polaków.
Jedną z cech używanej przez Rosję w wojnie kognitywnej broni informacyjno-psychologicznej jest jej zaraźliwość. Stosowana tu amunicja opiera się bowiem na emocjach, którymi ludzie wzajemnie się łatwo zarażają.
Jak widać, polscy politycy okazali się na ten rodzaj broni podatni.
Czy mimo to będą w stanie zwalczyć głos Putina w swoich głowach? Wyhamują, zanim przekształcą Polskę w drugie Węgry Victora Orbána, sprzyjające Putinowi i realizujące jego interesy w Unii Europejskiej? Czy zrozumieją, że weszli na najgorszą drogę, która realnie zagraża niezawisłości i niezależności Polski?
Bezpieczeństwo
Propaganda
Władza
Grzegorz Braun
Janusz Kowalski
Karol Nawrocki
Wołodymyr Zełenski
antyukraińskie narracje
niechęć do Ukraińców
rosyjska propaganda
treści prorosyjskie
wojna informacyjna
wojna kognitywna
Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.
Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.
Komentarze