Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Trwa walka z gigantycznymi pożarami we Francji i Hiszpanii. Tymczasem ofiarą ognia padły tereny w Portugalii, a unijne służby ostrzegają przed ekstremalnymi warunkami także w Grecji, Włoszech, Czechach, na Słowacji i Węgrzech.
Zagrożenie pożarowe rozszerza się na kolejne obszary Europy.
„Nad Węgry, Słowację i Czechy, a także Francję i Półwysep Iberyjski nadciągają ekstremalne warunki. Sytuacja ma się tam pogorszyć, w tym w Portugalii już od dziś” – powiedziała we wtorek 28 lipca unijna komisarz ds. zarządzania kryzysowego Hadja Lahbib.
Z kolei szefowa unijnego Centrum Koordynacji Reagowania Kryzysowego, Maria Zuber, ostrzegła, że zagrożenie przesuwa się w stronę Grecji, a na początku sierpnia wzrośnie również we Włoszech. W ostatnich dniach setki osób ewakuowano tam drogą morską z plaż w Apulii.
Według prognoz temperatura w Budapeszcie może sięgać 35°C-37°C do 5 sierpnia, podobnie w Bratysławie i wschodnich Czechach, a także w Madrycie. We francuskim Bordeaux w prowincji Żyronda, gdzie od ponad tygodnia trwa walka z gigantycznymi pożarami tamtejszych lasów sosnowych – prognozy przewidują 40°C, na szczęście tylko przez jeden dzień. Prognozy dla przeważającego obszaru Włoch wskazują, że temperatura ok. 35°C utrzyma się do końca pierwszego tygodnia sierpnia.
Wysokie temperatury, brak opadów, wiatr i nieostrożność ludzka przyczyniają się do bardzo dużego ryzyka pożarów. W Portugalii od wtorku z ogniem walczy ponad tysiąc strażaków i pracowników innych służb, wspieranych z powietrza – podaje AFP. W znacznej części kraju obowiązuje maksymalny lub bardzo wysoki poziom zagrożenia pożarowego.
W Grecji dwóch strażaków zginęło w pożarze, który wybuchł w środę na Krecie, gdzie w rejonie Retimno ponad 150 strażaków walczy z ogniem, podaje agencja AP. Na wyspie Paros (należącej do Cyklad) zarządzono ewakuację dziesięciu miejscowości, a z żywiołem walczy 90 strażaków wspieranych z powietrza.
Największe pożary nadal trwają we Francji i Hiszpanii. Ogółewm do 22 lipca pożary objęły ponad 254 tys. hektarów powierzchni UE – wynika z najnowszych dostępnych danych unijnego systemu Europejskiego systemu informacji o pożarach lasów (EFFIS).
Europa jest najszybciej ocieplającym się kontynentem na świecie – według danych unijnej agencji klimatycznej Copernicus temperatura rośnie tu dwukrotnie szybciej niż wynosi średnia globalna. Czerwiec 2026 roku okazał się najcieplejszym czerwcem w historii pomiarów w Europie Zachodniej i drugim najcieplejszym czerwcem na świecie. Naukowcy ostrzegają – i obawiają się – że na skutek fenomenu pogodowego El Niño, który cyklicznie ociepla ogromne obszary Pacyfiku, rok 2027 okaże się nowym najcieplejszym rokiem w historii pomiarów, wyprzedzając rok 2024.
W Polsce jak do tej pory jest spokojnie. Według ekspertów mamy sprawny system ochrony przeciwpożarowej lasów, a – mimo czerwcowej fali rekordowych upałów – długotrwałe ekstremalnie wysokie temperatury zdarzają się w naszym kraju stosunkowo rzadziej niż na południu i południowym zachodzie Europy. Ryzyko pożarowe zwiększają jednak wieloletnia susza i dominacja łatwopalnych drzewostanów sosnowych.
Wojna kolejny raz rozszerza się na cały region. Nie widać prostej drogi do jej zakończenia. A Trump grozi kolejnym odwetem
Po kilku dniach ciszy na froncie cieśniny Ormuz, w ciągu ostatnich kilkunastu godzin wydarzyło się sporo.
W nocy 28 lipca Iran wystrzelił pociski w stronę amerykańskiej bazy w Jordanii. Według oświadczenia Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej atak był „odpowiedzią na amerykańskie działania przeciwko irańskim interesom”. Amerykanie przekazali, że zestrzelili te pociski.
Iran uderzył dziś (29 lipca) też w statki w cieśninie Ormuz. Ataki te to przerwanie małego zawieszenia broni, które jednostronnie podjęli od piątku 24 lipca Amerykanie. Wcześniej codziennie przez dwa tygodnie prowadzili ostrzał celów w Iranie. Następnie, bez podania przyczyny, ataki ustały.
Uderzenie Iranu nie mogło pozostać bez odpowiedzi. Razem z Saudyjczykami Amerykanie przeprowadzili atak na bazę Al-Haszd asz-Szabi (Siły Mobilizacji Ludowej) w Iraku. To grupa militarna, która teoretycznie włączona została do struktur państwowych Iraku, ale de facto jest ona wciąż blisko związana z Iranem. I często realizuje interesy Iranu. W ataku zginęło 20 osób.
W ciągu dnia Donald Trump przekazał, że atak na iracką milicję był skoordynowany z rządem Iraku. I w wulgarnych słowach zapowiedział dalszy odwet.
W oświadczeniu po ataku irańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych napisało:
„Wyrażając kondolencje z powodu męczeństwa grupy honorowych obywateli Iraku w tych agresywnych atakach, Ministerstwo podkreśla pełne wsparcie i solidarność Islamskiej Republiki Iranu z rządem i narodem Iraku oraz obarcza odpowiedzialnością reżim wojennych podżegaczy z USA i jego wspólników w regionie za niebezpieczne konsekwencje tych przestępczych, nieludzkich i prowokacyjnych działań”.
W ciągu dnia Iran odrzucił kompromisową propozycję Omanu co do zarządzania żeglugą przez cieśninę Ormuz, którą popierały inne kraje Zatoki Perskiej.
Obecna przerwa trwała więc niecały tydzień. I wszystko wskazuje na to, że się skończyła.
Odkąd w piątek amerykańskie ataki ustały, słyszeliśmy, że trwają zabiegi dyplomatyczne. Te ponownie zostały odrzucone przez Iran. Irański atak na Jordanię może być sygnałem, że Iran nie chce tylko biernie czekać na kolejne ataki, ale chce też przejmować inicjatywę w tej konfrontacji.
Dzisiejsze wydarzenia to kolejny krok ku rozszerzaniu wojny.
W ostatnich dwóch tygodniach odmrożony został konflikt Hutich w Jemenie z Arabią Saudyjską. Dziś Huti ogłosili, że rozważają pobór opłat za żeglugę cieśniną Bab al Mandab. Teraz Arabia Saudyjska wspiera Amerykanów w uderzeniu na irackie milicje. Wszystko coraz bardziej wygląda na szeroką wojnę regionalną. A Trump nie umie w satysfakcjonujący dla siebie sposób zamknąć wojny, którą sam rozpoczął.
Przeczytaj także:
Wybrana przez Sejm za zgodą Senatu na rzeczniczkę praw obywatelskich Sylwia Gregorczyk-Abram złożyła 29 lipca ślubowanie przed Sejmem i odebrała nominację z rąk marszałka Sejmu.
Sylwia Gregorczyk-Abram, kandydatka KO na Rzecznika Praw Obywatelskich, formalnie objęła dziś stanowisko i zastąpiła na nim Marcina Wiącka.
Każdy rzecznik ślubuje przed Sejmem, że powierzone mu obowiązki wypełniać będzie „bezstronnie, z najwyższą sumiennością i starannością”, i że będzie „strzec godności powierzonego mi stanowiska oraz dochowa tajemnicy prawnie chronionej”.
Ślubowanie przed Sejmem ma podkreślać rolę, jaką RPO pełni w polskim systemie jako organ nadzorujący respektowanie praw człowieka i kontrolujący działanie prawa w praktyce. Dodatkowo jego pozycję wzmacnia to, że odwołać go można tylko większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.
Na czas ślubowania klub PiS opuścił swoje ławy (na zdjęciu). Lekceważenie instytucji i osoby RPO jest stałą taktyką partii Kaczyńskiego od czasów RPO Adama Bodnara (2015-21), któremu PiS nie tylko groził odwołaniem, ale i ciął budżet, ograniczając możliwości działania. Sytuacja poprawiła się nieco w czasie kadencji prof. Marcina Wiącka.
Jego kadencja minęła 23 lipca, bowiem zgodnie z wyrokiem podporządkowanego PiS-owi Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej ustępujący RPO nie sprawuje urzędu do czasu przejęcia go przez następcę, ale po prostu odchodzi. Zgodnie z tym wyrokiem, jeśli parlament ma problemy z wyborem RPO, instytucja ta przechodzi w stan zamrożenia, a bieżącymi sprawami zarządza zastępca RPO.
Nowa RPO Sylwia Gregorczyk-Abram jest adwokatką związaną z Wolnymi Sądami oraz członkinią zarządu Stowarzyszenia im. prof. Zbigniewa Hołdy. Od maja 2025 do końca czerwca 2026 kierowała komisją do spraw wyjaśnienia mechanizmów represji wobec organizacji społeczeństwa obywatelskiego oraz działaczy społecznych w latach 2015-2023. Komisja przedstawiła premierowi raport końcowy – nie został jeszcze opublikowany (znane są tylko raporty cząstkowe).
PiS jako swojego kontrkandydata na stanowisko RPO zgłosił Adama Borowskiego, działacza opozycji demokratycznej z czasów PRL, a obecnie działacza Klubów Gazety Polskiej.
Gregorczyk-Abram i Borowski przedstawili swoje programy i plany w czasie obywatelskiego wysłuchania, a także na posiedzeniu Komisji Praw Człowieka:
Przeczytaj także:
Koszty partycypacji w inwestycjach pod tani i stabilny najem blokują dziś wielu zainteresowanych. Dlatego rząd pomoże tym, których nie stać dziś na wkład w TBS i SIM
Rząd chce poprawić dostępność społecznej mieszkaniówki. Z informacji, do których dotarła „Rzeczpospolita” wynika, że Ministerstwo Rozwoju i Technologii przygotowało projekt preferencyjnych kredytów, które pomogą partycypować w kosztach budowy mieszkań powstających w ramach Towarzystw Budownictwa Społecznego (TBS) i Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych (SIM).
Dziś koszty partycypacji, wynoszące do 100 tys. zł, trzeba pokryć albo z własnej kieszeni, albo zaciągając wysoko oprocentowaną pożyczkę gotówkową. A to według szacunków MRiT stanowi barierę dla 40 proc. gospodarstw domowych, które kwalifikowałyby się do stabilnego, taniego najmu.
„Chcemy, by banki na partycypację lub wkład budowlany udzielały kredytu konsumenckiego. Będzie on objęty gwarancją Banku Gospodarstwa Krajowego. W zamian za to oczekujemy od banków, które będą oferować ten produkt, że zastosują oprocentowanie takie, jak przy kredytach hipotecznych. Dzięki temu zapewnimy kredytobiorcom dostęp do finansowania nie gorszego, niż to, z którego korzystają osoby, zaciągające kredyt mieszkaniowy, co będzie dla nich rozwiązaniem zdecydowanie korzystnym” – tłumaczył w rozmowie z „Rzeczpospolitą” wiceminister rozwoju Tomasz Lewandowski (Lewica).
Według MRiT do 2030 roku z preferencyjnego kredytu skorzysta ok. 30 tys. gospodarstw domowych.
Dziś w zasobie TBS znajduje się ponad 130 tys. mieszkań, tylko w 2026 ma przybyć 18 tys. lokali. W SiM-ach wybudowano do tej pory 2,3 tys. mieszkań, na ukończeniu znajduje się 7,7 tys. inwestycji. Budownictwo społeczne, zaniedbane w ostatnich dwóch dekadach, przeżywa renesans dzięki radykalnej zmianie polityki mieszkaniowej. Programy dotowania kredytów hipotecznych odeszły w niepamięć, zamiast tego władze finansują rozwój sieci lokali pod stabilny i tani najem. Według strategii mieszkaniowej ogłoszonej w marcu 2026 roku rząd chce objąć wsparciem przede wszystkim ludzi znajdujących się w tzw. luce czynszowej. Rodzin lub młodych singli zbyt bogatych na socjalną pomoc państwa, ale zbyt biednych na rynek – własność mieszkania lub najem prywatny – ma być dziś w Polsce aż 4 mln. „Zależy nam na tym, aby Polki i Polacy mieli prawdziwy wybór. Jeśli nie chcą lub nie mogą wziąć 30-letniego kredytu hipotecznego, otrzymają ofertę stabilnego najmu w porządnych mieszkaniach o dostępnym czynszu” – mówił OKO.press wiceminister Tomasz Lewandowski.
Aby program się udał, nie wystarczy jednak tylko budować. Trzeba usuwać bariery, a więc poprawiać dostępność oferty. I właśnie dlatego już wcześniej rząd zaprosił do inwestycji w najem lokatorski spółdzielnie mieszkaniowe, które w latach 90. przekształciły się w deweloperów produkujących mieszkania na własność w ramach wspólnot. Rząd zaoferował też wsparcie w uporządkowaniu sytuacji miejskich gruntów, ale z jednym zastrzeżeniem – jeśli gmina pozyska uprawnienia do spornych działek, nie będzie mogła bawić się na tym terenie w deweloperkę. Rząd ustalił też stawki czynszów dla przyszłych lokatorów. W zależności od miasta będą one wahać się od 20 do 30 zł za metr. W Warszawie za mieszkanie rzędu 50 m² najemcy będą płacić ok. 1200/1500 zł miesięcznie. To trzy razy mniej niż na rynku prywatnym.
„Mówimy o cenie i standardzie, który dziś dla wielu jest nieosiągalny. Mieszkania będą w blokach energooszczędnych, co oznacza niskie koszty eksploatacji. Wiele realizacji to też fajna architektura. Zobaczmy, co udało się zrobić w warszawskiej Falenicy, gdzie zabudowa nawiązuje do lokalnej architektury, czyli tzw. świdermajerów” – mówił nam wiceminister Lewandowski.
Przeczytaj także:
Rano 29 lipca ukraińskie drony uderzyły w rafinerię ropy naftowej oraz centrum logistyczne rosyjskiej platformy handlowej Wildberries w Riazaniu.
Pawieł Małkow, gubernator Riazani poinformował, że w wyniku upadku odłamków dronów na terenie jednego z zakładów wybuchł pożar. Dodał, że mieszkańcom zaleca się pozostanie w pomieszczeniach i nie zbliżanie się do okien. Według Małkowa po ataku w regionie hospitalizowano sześć osób.
W mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia oraz nagrania płonącego magazynu. Według kanału Astra na Telegramie doszło do uderzenia w centrum logistyczne Wildberries, które znajduje się na terenie parku przemysłowego „Riazański”.
Jak podaje Militarnyj, trafiony kompleks jest jednym z największych ośrodków sieci Wildberries, w którym odbywa się przetwarzanie, sortowanie i dystrybucja towarów.
Po ataku firma poinformowała o tymczasowym ograniczeniu działalności tego magazynu.
„Obiekt logistyczny Wildberries w Riazaniu został ewakuowany zgodnie z wymogami bezpieczeństwa” – dodaje firma.
Oprócz tego pod atakiem była rafineria ropy naftowej w Riazani, która należy do koncernu „Rosnieft”.
„Jest to jeden z największych zakładów rafinacji ropy naftowej w Rosji, a jego zdolność produkcyjna wynosi około 17 mln ton ropy rocznie. [...] Rafineria produkuje benzyny samochodowe wszystkich gatunków, olej napędowy, paliwo lotnicze, olej opałowy, gazy skroplone, bitumy oraz surowce petrochemiczne. Zakład jest głównym dostawcą paliw silnikowych dla regionów w okolicy stolicy Rosji” – wyjaśnia Militarnyj.
Rafineria ta była wielokrotnie atakowana przez ukraińskie drony. Poprzedni atak miał miejsce w maju 2026 roku. Wówczas zakład na dłuższy czas wstrzymał działalność.
Od 18 lipca Siły Obronne Ukrainy przeprowadziły ataki na szereg magazynów rosyjskiej platformy handlowej Wildberries, w szczególności w regionach moskiewskim i tambowskim, w obwodach krasnodarskim i stawropolskim, w Sankt Petersburgu i obwodzie leningradzkim, a także w Jekaterynburgu.
Przeczytaj także:
Prezydent Ukrainy nazwał te uderzenia odpowiedzią na rosyjskie ataki na ukraińską infrastrukturę cywilną. Jak stwierdził, obiekty te zapewniały dostawy komponentów objętych sankcjami, wykorzystywanych do produkcji dronów i sprzętu nawigacyjnego.
Jak pisze Meduza, po atakach ukraińskich dronów na terminale Wildberries rosyjski „Yandex Market” zmienił warunki umów ze sprzedawcami i odmówił ponoszenia odpowiedzialności za skutki ataków bezzałogowych statków powietrznych.
Wildberries reklamował na swojej stronie internetowej oprócz artykułów cywilnych również sprzęt wojskowy: kamizelki kuloodporne, szpule optyczne do dronów, same drony oraz ich akcesoria, podkreślając w ogłoszeniach, że są one przeznaczone do tzw. operacji specjalnych.
Po ukraińskich skutecznych atakach sklep internetowy Wildberries usunął ze swojej strony kategorię „Wszystko dla SWO”, czyli „specjalnej operacji wojskowej”. Mimo to nadal sprzedaje produkty przeznaczone do celów wojskowych.
Przeczytaj także:
W nocy 29 lipca Rosja również przeprowadziła atak na Ukrainę przy użyciu 80 dronów bojowych. Ukraińska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła/zneutralizowała 65 z nich. Odnotowano trafienia 14 bezzałogowców w 10 lokalizacjach, a także upadek zestrzelonych statków (odłamki) w 2 lokalizacjach.