Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Modernistyczne śródmieście Gdyni z lat 30. XX wieku jest 18. polskim obiektem na liście UNESCO. Dołączyło do modernistycznych perełek: Tel Awiwu, Asmary czy Kowna – ale trzeba było udowodnić, że Gdynia jest jedyna w swoim rodzaju.
Obradujący w Busan w Korei Południowej Komitet Światowego Dziedzictwa UNESCO podjął decyzję o wpisaniu Gdyni na listę nad ranem czasu polskiego w poniedziałek 27 lipca stosunkiem głosów 18 z 21. To efekt wieloletnich starań władz Gdyni i polskich przedstawicieli w międzynarodowych organizacjach zajmujących się światowym dziedzictwem.
Doceniony został m.in. układ urbanistyczny dzisiejszego śródmieścia Gdyni, powstały w ciągu zaledwie kilku dekad i jego otwarcie na morze poprzez wcinające się w Zatokę Gdańską molo na osi jednej z głównych arterii miasta oraz charakterystyczny, związany z portowym charakterem miasta modernizm streamline, nawiązujący do wyglądu ówczesnych transatlantyków (zaokrąglone narożniki, okrągłe okna jak bulaje).
Władze Gdyni nie kryły radości z decyzji Komitetu: „To wielki powód do dumy i jednocześnie zobowiązanie do dalszej troski o to wyjątkowe miejsce dla przyszłych pokoleń. To także potwierdzenie, że wizja, od której ponad sto lat temu rozpoczęła się historia nowoczesnej Gdyni, zachowała swoją siłę i uniwersalne znaczenie. Wpis jest przede wszystkim hołdem dla ludzi odważnych: urbanistów, architektów, inżynierów i budowniczych, którzy uwierzyli, że z niewielkiej wsi można stworzyć nowoczesny port i miasto. Ten sukces należy również do kolejnych pokoleń Gdynianek i Gdynian, którzy przez dziesięciolecia troszczyli się o swoje miasto i czynią to nadal" – mówiła Aleksandra Kosiorek, prezydentka Gdyni.
Układ urbanistyczny śródmieścia Gdyni to zaledwie 18. polski obiekt na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, która liczy już 1200 pozycji. Jest to także jeden z niewielu do tej pory przykładów architektury modernistycznej XX wieku. Gdynia dołączyła do projektów Le Corbusiera, modernistycznych osiedli w Berlinie, projektów Bauhausu, ale także zabudowy francuskiego Hawru, dzisiejszej stolicy Erytrei Asmary i powojennej już Brasilii.
Ciekawą analogią do gdyńskiego przykładu jest wciągnięte na listę już wcześniej Kowno, które w okresie powojennym pełniło funkcję powojennej stolicy Litwy i również dynamicznie się rozwijało – oraz oczywiście Tel Awiw, który również w latach 30 XX wieku przeżył budowlany boom w związku z żydowskim osadnictwem w Mandacie Palestyny.
Aby dostać się na listę UNESCO, obiekt, układ urbanistyczny czy obiekty dziedzictwa naturalnego muszą się charakteryzować tzw. wyjątkową uniwersalną wartością – mieć unikalny charakter. Gdynia powstawała od lat 20. XX wieku jako otoczenie budowanych od podstaw po odzyskaniu niepodległości najpierw portu wojennego, a potem portu komercyjnego, który już w 1934 roku stał się największym w Europie pod względem przeładunków. Ściągała inżynierów, bankierów, robotników – ale też świetnych architektów. Do najczęściej wymienianych w opracowaniach modernistycznych budynków należy hala targowa z parabolicznym sklepieniem i biurowiec ZUS, flagowy przykład stylu streamline.
„Podsumowując: »Modernistyczne Centrum Gdyni« (pełna nazwa wpisu na WHL UNESCO) to po prostu jeden z najlepiej zachowanych na świecie przykładów nowoczesnego miasta portowego XX wieku" – czytamy na portalu miasta Gdynia.
Przeczytaj także:
Europosłowie Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik nie złożyli wymaganych przez samego prezesa partii oświadczeń o przynależności do PiS – podaje Wirtualna Polska. To nie dlatego, że chcą iść za Morawieckim, wkurzyli się o sam przymus podpisywania lojalek. Teraz Komitet Polityczny PiS będzie miał z nimi ból głowy
We wtorek zbiera się Komitet Polityczny PiS, który oficjalne ma stwierdzić, że ci politycy, którzy nie złożyli na Nowogrodzkiej wymaganych przez Jarosława Kaczyńskiego lojalek, zostaną usunięci z partii.
Takie ultimatum – albo lojalka albo życie poza PiS – wymierzone było w stowarzyszenie Mateusza Morawieckiego, ale pojawił się też niespodziewany efekt uboczny.
Wirtualna Polska informuje, że poza ludźmi Morawieckiego zwierającymi szeregi w ramach stowarzyszenia Rozwój Plus, lojalek nie podpisali również dwaj eurospołowie – Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik.
„Wąsik i Kamiński za Morawieckim nie pójdą. Oni się wkurzyli, że ktoś każe im jakieś lojalki podpisywać.
Wedle mojej wiedzy, to nie chodzi o to, że chcą do nas dołączać. Takich parlamentarzystów, którzy denerwują się na to, co się dzieje, jest cała masa" – mówi w nieoficjalnej rozmowie z WP stronnik Morawieckiego.
To może być kolejny kłopot dla Jarosława Kaczyńskiego. Żeby nie tracić autorytetu, powinien z partii usunąć również tych dwóch europosłów. Tymczasem PiS w ostatnich dniach walczy raczej o każde ręce na podkładzie, które do wtorku może jeszcze wyrwać z objęć Morawieckiego.
Jasne jest, że kiedy w czwartek o północy minęło ultimatum postawione przez Jarosława Kaczyńskiego i w piątek prezes wydał oświadczenie, w którym mówił, że „trzydziestu kilku posłów naszej formacji zrezygnowało z członkostwa”, nie pomylił się wcale w liczeniu.
Choć w stowarzyszeniu Morawieckiego jest 40 posłów, to Jarosław Kaczyński ewidentnie liczy, że do wtorku ta liczba jeszcze spadnie do „trzydziestu kilku” właśnie. A ostatnie dni z pewnością maślarze poświęcają na to, żeby harcerzy przekonać do powrotu.
Z jednym się już zresztą udało. W poniedziałek rzecznik PiS Rafał Bochenek poinformował, że poseł Grzegorz Lorek zrezygnował z uczestnictwa w inicjatywie byłego premiera i "wraca do PiS”. Lorek to były polityk AWS i Ligi Polskich Rodzin. Do Sejmu wszedł w 2018 roku.
„Harcerze” w rozmowie z WP mówią, że spodziewali się, że Lorek może być potencjalnie słabym ogniwem.
Przeczytaj także:
Rozłam w PiS, który dokonał się w ubiegłym tygodniu, a przypieczętowany zostanie we wtorek (28 lipca), od miesięcy wydawał się nieunikniony. Już w kwietniu sprawa wisiała na włosku, jednak koncepcja „dwóch płuc” pozwoliła chwilowo zażegnać wizję rozłamu w partii.
Tym razem nie dość, że się nie udało, to atmosfera wewnątrz partii zrobiła się bardzo ostra, a przeciwnicy publicznie już bez żadnych zahamowań obrzucali się błotem, czego szczytowym momentem była kłótnia Jacka Kurskiego z Robertem Gontarzem na antenie Telewizji Republika.
Kurski przeprowadził bezpardonowy atak na Mateusza Morawieckiego. Oskarżał go o współpracę z Donaldem Tuskiem, mówił m.in.:
„PiS ma być rozwalony w wyniku realizacji niemieckiego planu podboju Europy, a Morawiecki jest żałosnym trybikiem.”
Ten występ rozzłościł samego Jarosława Kaczyńskiego i może skończyć się dla Kurskiego nawet zakazem występów medialnych.
Ostatecznie, jak pisze WP, Nowogrodzka zaczyna rozumieć, że czas wyciszyć emocje, bo publiczne obrzucanie się błotem pomiędzy „malarzami” a „harcerzami” nikomu nie służy.
„Jeśli ich sondaże rzeczywiście okażą się niezłe, to w którymś momencie trzeba będzie wrócić do rozmów i być może zbudować coś wspólnie na przyszłoroczne wybory – ocenia w WP jeden z polityków PiS.
Przeczytaj także:
Delegacja Prokuratury Krajowej i CBA zorganizowała w jednym z krajów Zatoki Perskiej potajemne negocjacje z prezesem Zondacrypto Przemysławem Kralem. Cel: namówić go do zeznań w zamian za status świadka koronnego – informuje „Rzeczpospolita”
Polska Prokuratura próbuje namówić Przemysława Krala, prezesa Zondacrypto do współpracy. Z informacji „Rzeczpospolitej” wynika, że doszło do tajnego spotkania przedstawicieli polskich służb z Kralem na terenie jednego z krajów Zatoki Perskiej.
Najprawdopodobniej wybór padł na kraj neutralny w tym sensie, że podejrzewa się, Przemysław Kraj po opuszczeniu Monako zamieszkał w Izraelu. Na spotkanie jednak wybrano kraj trzeci.
Uczestniczyć w nim miał według gazety miał jeden z naczelników delegatury CBA oraz prokurator Marek Wełna, naczelnik śląskiego wydziału Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Ich zadaniem było przekonać Przemysława Krala, by został świadkiem koronnym.
Przypomnijmy, że choć Przemysław Kral zniknął trzy miesiące temu, wyjechał z Monako, gdzie ostatnio mieszkał, przestał się udzielać w social mediach, nie kontaktuje się już z pracownikami, a przede wszystkim Zondacyrtpo nie obsługuje już żadnych płatności, w związku z czym katowicka prokuratura w połowie kwietnia wszczęła postępowanie sprawie oszustwa i prania pieniędzy.
Kral jednak nie został przesłuchany. Nie jest też o nic oskarżony, ścigany ani podejrzany.
Tymczasem status świadka koronnego dotyczy osób podejrzanych, które uczestniczył w działalności zorganizowanej grupy przestępczej i zdecydowałby się ujawnić organom ścigania wszystkie informacje o przestępstwach oraz ich sprawcach – wyjaśnia „Rzeczpospolita”.
Druga kwestia dotyczy tego, że świadek koronny powinien uczestniczyć w działalności grupy, ale nie może nią kierować.
Jeśli Kral zdecydowałby się na taki układ z polską prokuraturą, straciłby cały majątek uzyskany z przestępstw, ale uzyskałby niekaralność oraz dożywotnią ochronę służb, w tym zmianę wizerunku, nowe życie i tożsamość.
Przeczytaj także:
Choć w sprawie Zondacyrpto w prokuraturze toczy się kilka postepowań równolegle, nie ma jednej teorii, kto stał za giełdą Zondacrytpo, a wcześniej za BitBay, która była jej poprzednikiem.
Choć w sprawie BitBay wiadomo znacznie więcej. W pierwszych latach działalności giełdy szarą eminencją był prawdopodobnie Roman Ż., cichy wspólnik Suszka, który formalnie nigdy nie pełnił żadnej funkcji w spółce, nie był też jej udziałowcem, jednak 70 proc. udziałów posiadali ludzie z nim związani.
Jak pisaliśmy niedawno w OKO.press, prokuratura już w 2022 roku postawiła jemu oraz byłemu prezesowi i wiceprezesowi BitBay zarzuty dotyczące prania pieniędzy. Proces jest w toku i niewykluczone, że ludzie, którzy odpowiadali za działalność przestępczą w BitBay, już są na celowniku.
W tamtym okresie w spółce nie było jeszcze jednak Przemysława Krala. On pojawił się dopiero w 2019 roku, w dodatku doradzał jedynie Sylwestrowi Suszkowi, a kontrolę na firmą przejął dopiero tuż przed zaginięciem Suszka w marcu 2022 roku.
Media podawały informacje, jakoby za tym zaginięciem miały stać konflikty pomiędzy środowiskami mafijnymi, w tym mafią krakowską, pruszkowską i „Mańkiem”, czyli właścicielem słynnej stacji benzynowej w Czeladzi, na której zaginął Sylwester Suszek. Przemysław Kral był właśnie człowiekiem „Mańka”.
Dziś prokuratura uważa, że Sylwester Suszek najprawdopodobniej nie żyje – został zamordowany przez grupy przestępcze, które wykorzystywały giełdę kryptowalut do prania brudnych pieniędzy. Śledztwo w tej sprawie toczy się od 2022 roku, a od lutego 2026 roku kieruje nim prok. Marek Wełna.
To właśnie prok. Wełna według „Rzeczpospolitej” ma prowadzić potajemne negocjacje z Przemysław Kralem na temat statusu świadka koronnego.
Przeczytaj także:
„Wstrząśnięci i z głębokim smutkiem przyjęliśmy informację, że ofiarą tragicznego ataku w Berlinie była obywatelka Polski” – przekazał w poniedziałek rzecznik MSZ Maciej Wewiór. To 65-letnia kobieta z Warszawy. Córka ofiary również została ranna i przebywa w szpitalu. Sprawca został zastrzelony podczas policyjnej obławy
Ofiarą zamachu, do jakiego doszło w sobotę wieczorem (25 lipca) w Berlinie, w czasie trwania Parady Równości, jest 65-letnia Polka z Warszawy.
Potwierdził to już wcześniej również burmistrz Berlina Kai Wegner, który złożył kondolencje charge d'affaires Rzeczypospolitej Polskiej w Niemczech Janowi Tombińskiemu. Agencja prasowa dpa cytuje go:
„Bardzo poruszyło mnie to, co wydarzyło się w sobotę, a moje myśli są z państwem, a przede wszystkim z córką i rodziną zamordowanej.”
Media podają, że córka również została w tym zamachu ranna. We wtorek o godz. 15 przed Bramą Brandenburską ma się odbyć uroczystość upamiętniająca zmarłą Polkę. Poza nią w zamachu polegającym na tym, że duży samochód dostawczy wjechał w tłum, ucierpiało także 29 innych osób. W niedzielę część z nich zostało wypisanych ze szpitala, nikt nie walczy już o życie.
W sobotę wieczorem (25 lipca) duży samochód dostawczy wjechał w tłum ludzi w berlińskim parku Tiergarten, w pobliżu Bramy Brandenburskiej. To właśnie w tej okolicy trwała jedna z największych Parad Równości w Europie.
Sprawca został w niedzielę zastrzelony podczas obławy na terenie ogródków działkowych w dzielnicy Spandau. Według nieoficjalnych informacji działka, na której się ukrywał, należała do jego ojca. Jednostki specjalne policji zjawiły się tam zaalarmowane o jego obecności. Abdul B. nie chciał się poddać, próbował atakować policję białą bronią, na co otwarto ogień. Sprawca został postrzelony i mimo reanimacji zmarł ok. 18.30.
Minister spraw wewnętrznych Niemiec Alexander Dobrindt poinformował w niedzielę, że wszystko wskazuje na to, że atak w berlińskim Tiergarten był islamistycznym zamachem terrorystycznym. Dodał, sprawca na miejscu zbrodni prawdopodobnie atakował ludzi także maczetą.
Sprawcą tym jest 21-letni Abdul B., sympatyk Państwa Islamskiego, który był już wcześniej znany policji. Abdul B. urodził się w 2005 roku w Niemczech i ma libańskie pochodzenie. W 2025 roku wyjechał do Libanu, jak informują niemieckie media, stamtąd chciał przedostać się do Syrii, by dołączyć do Państwa Islamskiego, jednak nie udało mu się i wrócił do Berlina.
Po powrocie do Berlina został zatrzymany przez policję i do maja 2026 roku przebywał w areszcie śledczym. W końcu wyszedł, ponieważ usłyszał wyrok w zawieszeniu za przygotowywanie poważnego, zagrażającego państwu aktu przemocy. Sąd uwierzył mu, gdy podczas procesu dystansował się do Państwa Islamskiego. Dostał jedynie sądowy nakaz wzięcia udziału w programie deradykalizacyjnym.
Niemiecki minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrint przyznał w wywiadzie dla telewizji ZDF, że „postawienie wyłącznie na program deradykalizacji było z pewnością naiwne”. Dodał, że kwestia potraktowania Abdula B. przez sąd zostanie zbadana.
Przeczytaj także:
Aleksandra Freus z wrocławskiej policji potwierdza w rozmowie z OKO.press: do ataku najprawdopodobniej doszło na tyle narodowościowym. Mężczyźni mieli usłyszeć w sklepie wschodni akcent pary z Ukrainy.
„Dzisiaj moja córka Nastia i jej chłopak Maksym zostali brutalnie zaatakowani w sklepie we Wrocławiu. Powodem był ukraiński akcent” – napisała na Facebooku Karina, mama Nastii.
Jak potwierdziło OKO.press, w niedzielę, 26 lipca, ok. 18:30 przy ul. Okulickiego we Wrocławiu troje mężczyzn zaatakowało parę pochodzącą z Ukrainy. Z pierwszych ustaleń policji wynika, że wszyscy spotkali się w okolicznym sklepie, a napastnikom nie spodobał się wschodni akcent Nastii i Maksyma. Do pobicia (nagranego i opublikowanego w sieci) doszło na ulicy.
Na filmie widać, jak dwóch mężczyzn podchodzi do chłopaka, który próbuje ich od siebie odsunąć. Zaczynają go okładać pięściami. Kiedy dziewczyna próbuje odciągnąć agresorów, sama obrywa w twarz. Po chwili do grupy napastników dołącza trzeci mężczyzna. W trójkę kopią chłopaka, który próbuje zakryć głowę przed kolejnymi ciosami. Upada na ziemię i tam jest dalej bity i kopany. Sytuacji przyglądają się przynajmniej dwie kobiety, które pozostają bierne. Nie reagują na nienawistny atak.
Podkomisarz Aleksandra Freus z wrocławskiej policji potwierdziła, że funkcjonariusze przesłuchali już zaatakowaną parę. Od rana trwają czynności mające na celu ustalenie tożsamości i zatrzymanie sprawców nienawistnego ataku.
Brutalne pobicie Nastii i Maksyma we Wrocławiu jest przynajmniej piątą głośną historią ataku na obywateli Ukrainy, do której doszło na polskich ulicach w tym miesiącu.
Na początku lipca we Wrocławiu został zaatakowany 19-latek z Ukrainy chwilę po tym, jak rozmawiał z mamą przez telefon po ukraińsku. Chłopak ma złamany nos, uszkodzony kręgosłup.
W połowie lipca w Bielsku-Białej mężczyzna zwyzywał 11-latki pasażerki miejskiego autobusu. Agresorowi, jak pisaliśmy w OKO.press, postawiono zarzuty znieważenia trzech Ukrainek, a także naruszenia nietykalności cielesnej jednej z nich.
Przed tygodniem na komisariat policji w Poznaniu zgłosił się 60-latek, który został kilka razy uderzony w twarz po tym, jak stanął w obronie nastolatka z Ukrainy zaczepianego w miejskim autobusie. Mężczyzna runął na ziemię, był kopany, spędził noc na SOR-ze. Tego samego dnia dorosła kobieta zaatakowała dwie 13-letnie dziewczynki bawiące się na placu zabaw w Legnicy.
Radni Sopotu, jako pierwsi lokalni politycy, zdecydowali, że muszą dać odpór fali nienawiści, jaka przechodzi przez Polskę. Przyjęli rezolucję przeciw narastającym nastrojom antyukraińskim w Polsce. Radni apelują do władz państwowych i polityków o przeciwdziałanie mowie nienawiści, dezinformacji i ksenofobii.
Przeczytaj także: