Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
To koniec. Nie działa już nawet strona internetowa. Prezes Zondacrypto zniknął i jak informują media, jest w Izraelu. Nikt nie ma z nim już kontaktu. Tymczasem w Estonii byli już członkowie Rady Nadzorczej złożyli doniesienie do tamtejszej prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa
W czwartek wieczorem przestała już nawet działać strona internetowa giełdy kryptowalut Zondacrypto. Prezes spółki Przemysław Kral już nie tylko nie odpowiada na pytania dziennikarzy, ale również na wiadomości od współpracowników i sms-y od znajomych. Jak informuje Wirtualna Polska, jego firmowe konto e-mail zostało w ogóle wyłączone, a jak z kolei ustalił Onet w kilku różnych źródłach, w tym rządowych, Kral jest od tygodnia w Izraelu.
Prezes Zondacrypto w ostatnich latach mieszkał w Monako, jednak już tydzień temu Wirtualna Polska informowała, że posiada również obywatelstwo izraelskie i tamtejszy paszport. To, że wyjechał do Izraela powoduje, że stał się w praktyce nieosiągalny dla polskich organów ścigania, ponieważ Izrael nie przekazuje swoich obywateli w ręce służb innych krajów – jak podkreśla Onet.
To wszystko jasno wskazuje, że to definitywny koniec. Prezes Kral już nawet nie próbuje udawać, że wszystko jest w porządku, ani nawet wyjaśniać, dlaczego nie jest w porządku, ale to nie jego wina, jak to robił w ostatnich tygodniach.
Stał się nieosiągalny dla klientów, swoich pracowników, polskich, ale i estońskich władz. A estońska prokuratura też z pewnością chciałaby z nim porozmawiać, bowiem w czwartek byli już członkowie Rady Nadzorczej BB Trade Estonia OÜ złożyli zawiadomienie do estońskiej prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, a także równolegle poinformowali Estoński Urząd ds. Prania Pieniędzy.
Zawiadomienie Estończyków poparł również były członek zarządu spółki, Dawid Grzegorz Sendecki, który rezygnację ze stanowiska ogłosił dzień przed tym, gdy zrobiła to cała Rada Nadzorcza.
Przypomnijmy, że giełda Zondacrypto działała na licencji wydanej w Estonii, a jej operatorem była zarejestrowana w tym kraju spółka BB Trade Estonia OÜ. Niespełna tydzień temu wszyscy członkowie Rady Nadzorczej BB Trade Estonia OÜ złożyli rezygnację. Powód? Niejasnościach wokół aktywów i problemy z wypłatami dla klientów, o czym dowiedzieli się dopiero z publikacji w polskich mediach.
„Od początku incydentu nieustannie próbowaliśmy uzyskać od zarządu spółki jasne wyjaśnienia, dowody oraz konkretne działania w odniesieniu do problemów z wypłatami, płynności spółki, a także statusu i dostępności aktywów, które przedstawiano jako własność spółki” – czytamy w oświadczeniu.
Tymczasem minister sprawiedliwości Waldemar Żurek potwierdził w programie „Jeden na Jeden” w TVN24, że w aferę Zondacyrpto zamieszana jest rosyjska mafia. Mówił o tym już kilka dni wcześniej Donald Tusk.
Wtedy również, przed posiedzeniem rządu 8 kwietnia, premier ujawnił, że środki z Zondacrypto finansowały polską politykę, w tym: Instytut Polski Suwerennej Zbigniewa Ziobry, Fundację Dobry Rząd Przemysława Wiplera z Konfederacji.
Przeczytaj także:
O niejasne intencje podejrzewa się również prezydenta Karola Nawrockiego, który dwukrotnie zawetował ustawę, mającą objąć rynek kryptowalut nadzorem KNF. Karol Nawrocki, jeszcze jako kandydat na prezydenta, pomiędzy pierwszą a drugą turą wyborów, podczas konferencji CPAC w Rzeszowie złożył obietnicę, że nie pozwoli na regulację rynku kryptowalut. Konferencja ta była wiecem poparcia dla Nawrockiego. Główną gwiazdą byli Kristi Noem, była już aktualnie sekretarz bezpieczeństwa w administracji Donalda Trumpa oraz Corey Lewandowski, były szef jego kampanii. Sponsorem tej konferencji była Zondacrypto.
„Musimy wiedzieć, czy to nie był zakazany prawem niedozwolony lobbing (...) jeżeli widzimy, że ktoś wetuje ustawę, która ma chronić polskiego obywatela”
- powiedział w TVN24 minister sprawiedliwości Waldemar Żurek i dodał, że Nawrocki zawetował ustawę mimo informacji od służb specjalnych.
Pytany przez dziennikarkę, czy prezydent jest lobbystą, powiedział: „Myślę, że każdy z polskich obywateli, zwłaszcza z tych, którzy będą tracić środki na Zondzie, powinien to ocenić.”
Śledztwo w sprawie afery Zondacyrpto prowadzi Prokuratura Regionalna w Katowicach, która bada kilka różnych wątków tej sprawy. Jednym z nich jest również kwestia umowy sponsoringowej Zondacrypto z Polskim Komitetem Olimpijskim.
Przeczytaj także:
Rankiem 24 kwietnia pod rosyjskim ostrzałem były też inne obwody. W wyniku ataków w chersońskim i mikołajowskim obwodach zginęły dwie osoby, a pięć zostało rannych.
Rano Siły powietrzne Ukrainy poinformowały, że w nocy z 23 na 24 kwietnia wojska rosyjskie przeprowadziły na terytorium Ukrainy atak dwoma pociskami balistycznymi Iskander-M z obwodu rostowskiego, a także 107 bezzałogowymi statkami powietrznymi. Ukraińskim obrońcom udało się zestrzelić/zneutralizować większość dronów.
Odnotowano uderzenia dwóch pocisków balistycznych i 10 bojowych bezzałogowych statków powietrznych w 9 lokalizacjach, a także upadek zestrzelonych obiektów (odłamków) w 2 lokalizacjach.
Pod atakiem była Odessa. Jak informuje Państwowa Służba ds. Sytuacji Nadzwyczajnych Ukrainy w wyniku nocnego ataku zostały uszkodzone budynki mieszkalne i infrastruktura cywilna miasta. Odnotowano uderzenie w trzypiętrowy budynek mieszkalny. Tam wybuchł pożar. Zniszczono również dwa dwupiętrowe budynki mieszkalne, z których strażacy uratowali jedną osobę i ewakuowali kolejne 20 osób (w tym 2 dzieci).
Rosyjski bezzałogowy statek powietrzny uderzył też w dwupiętrowy budynek. Zginęło starsze małżeństwo, oboje mieli po 75 lat, jedna została ranna. Z budynku ratownicy ewakuowali 16 mieszkańców.
Według informacji Serhija Łysaka, szefa odeskiej administracji wojskowej wskutek ataku w Odessie piętnaście osób odniosło obrażenia, osiem z nich przebywa w placówkach medycznych.
Psychologowie Państwowej Służby Ratowniczej pracowali na miejscach uderzeń przez całą noc. Udzielili pomocy ponad 50 mieszkańcom (w tym екосу dzieci), którzy znajdowali się w stanie silnego stresu po nocnym ataku.
Trwa likwidacja skutków rosyjskiego ostrzału, na miejscach uderzeń zaangażowano 140 ratowników.
Pod atakiem były też inne południowe obwody Ukrainy – chersoński i mikołajowski.
Rano rosyjscy żołnierze zaatakowali z drona skuter w pobliżu miejscowości Zeleniwka, w obwodzie chersońskim. Zginęły dwie osoby. Oprócz tego w innej miejscowości od rosyjskiego drona ucierpiały dwie kobiety w wieku 68 i 59 lat, które szły ulicą. Kobiety doznały urazów wybuchowych, a starsza kobieta dodatkowo odłamkowych ran ręki i nogi.
Rosyjski dron zaatakował też samochód w jednej z dzielnic w Chersoniu. 72-letni mężczyzna doznał urazu wybuchowego oraz ran od odłamków w głowie i klatce piersiowej. Trafił do szpitala.
W obwodzie mikołajowskim w wyniku porannego ataku dronów zostało rannych dwie osoby, uszkodzono dwa domy.
Rosyjskie ataki na Ukrainę trwają codziennie. Wczoraj, 23 kwietnia Rosjanie atakowali miasto Dnipro. Trzy osoby zginęły, 10 zostało rannych, w tym dwoje dzieci.
Wcześniej, 22 kwietnia 2026 prezydent Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla amerykańskiej stacji CNN przyznał, że wojna w Iranie odwróciła uwagę od rosyjskiej agresji na Ukrainę.
„Ukraina już teraz przeżywa tak wielką tragedię, że musimy znaleźć sposób, by radzić sobie z tą sytuacją równolegle” – apelował.
Wojna w Iranie zakłóciła dostawy broni dla Ukrainy. Chodzi zwłaszcza o pociski przeciwbalistyczne. Jak wyjaśniał, Ukraina dostaje ich mniej, bo Amerykanie mają dziś ograniczone moce produkcyjne. Na początku konfliktu na Bliskim Wschodzie Zełenski mówił, że Ukraina ma obawy z powodu tego, czy nie zostaną zakłócone dostawy pocisków dla obrony powietrznej. Wcześniej największe zniszczenia – np. dla infrastruktury energetycznej – były spowodowane właśnie brakiem rakiet do zestrzelenia pocisków balistycznych.
Przeczytaj także:
„Na chwilę obecną nie ma żadnych potwierdzonych ustaleń wskazujących, aby zdarzenie miało charakter celowy” – informuje Śląska Policja. Na miejscu wypadku trwają czynności, służby apelują do świadków zdarzenia o pomoc w śledztwie
Do wypadku doszło w czwartek 23 kwietnia na drodze leśnej pomiędzy Sosnowcem a Dąbrową Górniczą. Poseł Łukasz Litewka jechał rowerem, gdy czołowo uderzył w niego jadący z naprzeciwka kierowca pojazdu Mitsubishi Colt.
Według wstępnych informacji 57-letni mieszkaniec Sosnowca albo zasłabł, albo zasnął za kierownicą i nagle zjechał na przeciwległy pas, doprowadzając do zderzenia z rowerzystą. Badania alkomatem nie wykazały, aby był nietrzeźwy.
Jak przekazała prokuratura, „mężczyzna został zatrzymany celem wykonania niezbędnych badań i pobrania materiału do specjalistycznych analiz pod kątem zawartości alkoholu lub innych substancji psychoaktywnych”.
W sieci pojawiały się informacje, że kierowca mógł jechać zbyt szybko, a stan nawierzchni drogi, na której doszło do wypadku, był wyjątkowo zły. Na kilka godzin przed śmiercią Łukasza Litewki samorząd Dąbrowy Górniczej poinformował o ogłoszeniu przetargu na przebudowę ulicy Kazimierzowskiej, na której zginął polityk.
Śląska policja apeluje, żeby zachować spokój i nie rozpowszechniać niesprawdzonych informacji.
„Na chwilę obecną nie ma żadnych potwierdzonych ustaleń wskazujących, aby zdarzenie miało charakter celowy. Trwają intensywne czynności mające na celu dokładne wyjaśnienie wszystkich okoliczności wypadku. Prosimy o powstrzymanie się od publikowania i rozpowszechniania niezweryfikowanych informacji, które mogą wprowadzać w błąd oraz niepotrzebnie potęgować emocje” – piszą służby.
Policja prosi też kierowców, którzy byli świadkami zdarzenia o kontakt oraz udostępnienie nagrań.
„Droga w obu kierunkach jest całkowicie zablokowana. Na miejscu pracują policjanci pod nadzorem prokuratora. Służby ogłosiły czarny alert drogowy” – informuje Śląska Policja.
Łukasz Litewka był politykiem z Sosnowca. Karierę zaczął w 2014 roku od samorządu. W 2023 roku dostał się do Sejmu z ostatniego, 18. miejsca na liście Lewicy. Zdobył wówczas ponad 40 tys. głosów, dwa razy więcej niż otwierający listy Włodzimierz Czarzasty. Litewka był znany z głośnych akcji społecznych, a w Sejmie walczył o dobrostan zwierząt.
"Polska straciła człowieka o wielkim, otwartym sercu i polityka oddanego walce o prawa najsłabszych. Łukasz był uosobieniem dobra. Nigdy nie przechodził obojętnie obok czyjejś krzywdy, zawsze był pierwszy w niesieniu pomocy, zawsze uważny na potrzeby innych, zawsze autentyczny.
Odszedł w sposób, z którym nie potrafimy się pogodzić. Zginął w tragicznym wypadku, jadąc na rowerze, został potrącony przez samochód. Łukaszu, dziękujemy Ci za Twoją pracę, energię, za Twoją ogromną wrażliwość i za to, że pokazywałeś nam, jak być lepszymi ludźmi. Twoja nieobecność pozostawi pustkę, której nic nie wypełni. Będziemy walczyć o Twoje dziedzictwo. Łączymy się w ogromnym bólu z Twoją rodziną oraz wszystkimi Bliskimi. Jesteśmy z Wami w tym niewyobrażalnie trudnym czasie" – żegnali kolegę posłowie i posłanki z klubu Nowej Lewicy.
Trump potrzebuje porozumienia w Libanie, by móc prowadzić rozmowy z Iranem. Ale porozumienie obowiązuje głównie na papierze
W nocy polskiego czasu Donald Trump ogłosił, że zawieszenie broni w Libanie potrwa kolejne trzy tygodnie. Dotychczasowe zawieszenie broni miało potrwać do soboty. Amerykański prezydent zapowiedział też, że w najbliższym czasie w Waszyngtonie spotka się z premierem Libanu Josephem Aounem i premierem Izraela Benjaminem Netanjahu.
„Będziemy pracować z Libanem, żeby wyprostować sprawy w tym kraju” – mówił Trump, ogłaszając przedłużenie zawieszenia broni – „Wspaniale będzie rozwikłać to w tym samym czasie z tym, co robimy w Libanie”.
Podczas ogłoszenia w Gabinecie Owalnym byli z Trumpem ambasadorzy Izraela i Libanu. Obaj chwalili amerykańskiego prezydenta za jego rolę w rozmowach między krajami.
Hezbollah ogłosił, że przyjmuje zawieszenie broni, jeśli nie będzie ono jednostronne. W praktyce wymiana ognia w ostatnich dniach miała miejsce, ale w mniej intensywnym wymiarze niż przed zawieszeniem broni.
Podstawowy problem w rozmowach między Libanem i Izraelem, w których pośredniczy Trump, polega na tym, że nie są one prowadzone przez strony konfliktu. Izrael prowadzi wojnę z Hezbollahem, a nie z państwem libańskim. Hezbollah to organizacja militarna i partia polityczna, która deklaruje, że reprezentuje libańskich szyitów. I jest blisko związana z Iranem.
M.in. dlatego wojna między Hezbollahem a Izraelem w ostatnich tygodniach powróciła do południowego Libanu. Hezbollah wystrzelił rakiety w stronę Izraela 2 marca, niedługo po zabiciu przez izraelsko-amerykańskie siły irańskiego przywódcy, Alego Chameneiego. Rząd libański podjął w marcu kroki, by ograniczyć wpływ Hezbollahu na libańską politykę, ale w praktyce zmieniło się niewiele, bo organizacja jest zbyt silna i prowadzi własną politykę zagraniczną.
Izrael prowadzi w południowym Libanie działania podobne do tych z wielu miejsc Strefy Gazy. W pasie przygranicznym niszczy całe miejscowości, by stworzyć „bufor bezpieczeństwa”, ponieważ, zdaniem Izraela, ze wsi tych Hezbollah przeprowadzał ataki na Izrael. I w wielu przypadkach to prawda. Jednocześnie jednak w miejscowościach tych mieszkały tysiące osób, które nie będą mogły wrócić do swoich domów. Walcząc z wrogą sobie organizacją, Izrael tworzy sobie jednocześnie nowych wrogów.
Iran stawiał warunek, że zawieszenie broni w Libanie jest konieczne, by mógł podjąć rozmowy z USA. Stąd inicjatywa Trumpa. Jednocześnie zawieszenie to jest bardzo kruche, i mało możliwe, by przez kolejne trzy tygodnie w południowym Libanie było spokojnie.
Przeczytaj także:
Putin pierwszy raz skomentował wyłączenia internetu w Rosji. Powodem są „względy bezpieczeństwa”. Dał jednak do zrozumienia, że podległe mu służby nie za dobrze zapewniają to bezpieczeństwo. Taka wypowiedź to wyraźny dowód narastającego kryzysu i napięć społecznych w Rosji.
Wyłączenia internetu trwają w Rosji wiele tygodni. Na prowincji i terenach przyfrontowych — od zeszłego roku. W Moskwie i Petersburgu zaczęły się w marcu. Władze starają się ograniczyć dostęp do niezależnych źródeł informacji i aplikacji. Rodzi to takie niezadowolenie, jakiego nie wywołała nawet trwająca piąty rok wojna w Ukrainie. Oficjalne sondażownie podają, że wyraźnie spada poparcie i zaufanie do Putina.
Przeczytaj także:
Do tej pory władza jednak problem bagatelizowała i komentowali go niżsi kremlowscy funkcjonariusze. 23 kwietnia głos zabrał sam Władimir Putin. I to na nagle, na spotkaniu z rządem poświęconym „strefie arktycznej”. W ten sposób temat internetu trafił pierwszy raz do telewizyjnych dzienników.
Putin przemówił do ministrów tak, jakby o problemach z internetem dopiero się dowiedział.
„Nie mogę nie zauważyć, że ludzie napotykają problemy również w dużych miastach. To rzadkie, ale niestety się zdarza. Mam na myśli problemy z internetem i przerwy w dostawie prądu w dużych aglomeracjach” – powiedział.
Jednocześnie przyznał, że internet jest odcinany ze względów „bezpieczeństwa” i „zagrożenia terrorystycznego”. I że stoją za tym podległe mu służby. Internet będzie nadal wyłączany, gdyż „życie ludzi jest ważniejsze”.
Putin podkreślił jednak „potrzebę informowania obywateli o możliwych ograniczeniach”, pouczając ministrów przy tym, że trzeba to robić właściwie. Gdyż „uprzedzanie o tym może również zaszkodzić działaniom mającym na celu zapobieganie atakom terrorystycznym i aktom przestępczym”.
Następnie „zarządził opracowanie mechanizmu, który zapewni nieprzerwane działanie podstawowych usług internetowych w czasie ograniczeń w dostępie do mobilnego internetu”.
Tu Putin, który sam internetu nie używa (co potwierdza jego rzecznik Pieskow: „Putin nie musi, gdyż i tak jego przesłanie dociera”), objaśnił swoim ministrom: „Dziś, jak wiemy, nawet telefony komórkowe bez środków na koncie nadal umożliwiają wykonywanie połączeń alarmowych. Mobilne usługi internetowe muszą być zorganizowane w podobny sposób. Portal Służb Państwowych, systemy płatności i usługi umawiania wizyt lekarskich muszą działać nawet w okresach ogólnych ograniczeń, zwłaszcza że istnieją takie możliwości technologiczne” – powiedział.
A następnie poinstruował: „Musimy zapewnić ścisłą współpracę między organami ścigania a czysto cywilnymi strukturami rządowymi, aby znaleźć optymalne rozwiązania w kwestii wprowadzenia ograniczeń w internecie”.
W Rosji narasta kryzys gospodarczy wywołany wojną najeźdźczą na Ukrainę. Władze najwyraźniej zaczynają się bać niezadowolenia społecznego, stąd coraz bardziej powszechne blokowanie internetu. Putin chce przejść na chiński model, w którym z sieci można korzystać pod kontrolą państwa, a niezależna komunikacja i usługi nie są dostępne.
Próby blokowania internetu i wprowadzanie tzw. białych list odcięły jednak ludzi od mnóstwa usług, do których się przyzwyczaili. Putin to lekceważył. Jeszcze na grudniowej „konferencji prasowej i pytaniach od narodu”, gdy pytany był o wyłączenia internetu, które uniemożliwiają korzystanie z aplikacji monitorujących poziom cukru u dzieci chorujących na cukrzycę, odpowiadał bez cienia współczucia: „Trzeba było korzystać z rosyjskich aplikacji”.
Teraz odkrywa potrzebę takich usług, bo prewencyjne blokowanie internetu najwyraźniej budzi wściekłość. Putin zauważa nawet potrzebę komunikacji mobilnej w sytuacjach kryzysowych – wspomina pustoszące Rosję powodzie („Ale biorąc pod uwagę obecne wydarzenia, mam na myśli powodzie i tak dalej, jest to niezwykle ważne. Zwłaszcza gdy ludzie są odcięci od — że tak powiem — kontynentu”).
Nie mówi jednak o ukraińskim ostrzale (chyba że do tego odnosi się stwierdzenie: „i tak dalej”). Ostrzał ten jest coraz bardziej dotkliwy. Lokalne władze próbowały tworzyć aplikacje z informacjami, gdzie jest najbliższe bezpieczne miejsce na wypadek alarmu. Ale to nie działa, kiedy nie ma internetu.
Wystąpienie Putina wyglądało na akcję ratunkową. Putin odgrywał rolę dobrego cara, przed którym urzędnicy ukrywają problemy. Objaśniał im przed kamerami, jak ważny jest dla ludzi internet oraz że „trzeba zapewnić działanie podstawowych usług” – jakby sami ministrowie na to nie mogli wpaść.
W końcu nawet wystąpił w tradycyjnej roli cara-ojca narodu:. „Jeśli chodzi o dostęp do internetu w miejscowościach liczących od 100 do 1000 mieszkańców, pracujemy nad tym osobno i chciałbym wiedzieć, jak obecnie wygląda sytuacja” – zapytał (choć, przypomnijmy, tematem spotkania miała być Arktyka).
Swoje uwagi Putin odczytywał z zapisanych ręcznie kartki, co propaganda wyraźnie pokazała (patrz zdjęcie główne). Jego opowieści o internecie dowodziły też cyfrowego analfabetyzmu. Opowiadał bowiem o sieci jak o czymś, o czym słyszał, ale czego nie zna.
Tak więc zarówno treść, jak i forma wystąpienia świadczy o tym, że operacja usprawiedliwienia Putina z problemu z internetem musiała być przygotowywana pospiesznie.
Przeczytaj także: