Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Na stanowisko NATO w sprawie Rosji i jej agresji na Ukrainę Kreml zareagował z kilkunastogodzinnym opóźnieniem. Początkowo propaganda ustalenia Kremla bagatelizowała i szydziła z Ukrainy. Nowe wytyczne przyszły 9 lipca rankiem. Brzmią one: „NATO to wróg”, a Trump „się myli”.
Przywódcy NATO w deklaracji przyjętej 8 lipca po szczycie w Ankarze stwierdzili, że Rosja „stanowi długoterminowe zagrożenie” dla wspólnoty euroatlantyckiej.
Deklaracja stała w sprzeczności z tym, co zapowiadała poddanym Putina propaganda Kremla. Dlatego zajęło jej trochę czasu, by się do tego odnieść. Ostatecznie głos zabrał rzecznik samego Putina Pieskow.
„Sam akt ogłoszenia kogoś przeciwnikiem jest w istocie aktem agresji” – ogłosił 9 lipca rzecznik Pieskow. – „To zobowiązuje nas do bycia silnymi, pewnymi siebie i kontynuowania naszej konsekwentnej polityki”.
Pieskow dodawał uspokajająco, że w sumie nie ma w tym nic dziwnego, gdyż „Sojusz Północnoatlantycki jest instrumentem stworzonym do konfrontacji. Głównym przeciwnikiem Sojuszu zawsze był najpierw Związek Radziecki, a następnie jego następca, Federacja Rosyjska. I tak pozostaje”.
Na wiadomość o przekazaniu Ukrainie licencji na produkcję rakiet do systemu Patriot propaganda Kremla zareagowała najpierw rechotem („nie dali rakiet, kazali samemu sobie produkować” – opowiadały telewizyjne „Wiesti” 8 lipca). Następnego dnia było już jednak nie do śmiechu:
„Wszystkie nasze odpowiednie agencje i wódz naczelny [Putin] wiedzą dokładnie, co robić. I proszę mi wierzyć, robimy wszystko, co konieczne, aby chronić nasze interesy” – komentował Pieskow 9 lipca.
„Moim zdaniem [decyzja USA] jest elementem negocjacji, nacisku na Moskwę i jej pozycję w procesie negocjacyjnym. Tak jak w przypadku pocisków manewrujących Tomahawk dla Ukrainy, co na szczęście nigdy nie wyszło poza retorykę” – uspokajał, rozwijając nową linię propagandową senator Konstantin Basiuk (że to nowa linia, świadczy to, że senatora natychmiast zacytowała TASS).
Te pocieszenia bardzo kontrastują jednak z analizami z dnia poprzedniego, że NATO się rozpada, Ukraina nic nie znaczy i coraz więcej krajów nie chce jej pomagać.
Kreml musiał przyznać, że USA zmieniają front. Tymczasem od wielu dni przedstawiciele Kremla powtarzali, że Trump jest „zbyt silnym przywódcą”, by „mógł zmienić zdanie” w sprawie Ukrainy pod wpływem argumentów sojuszników z Europy.
Niestety musiało jednak do tego dojść, że zdanie zmienił. Bowiem „doszło do eskalacji”,
jak wyraził się Pieskow.
Moskwa zauważyła teraz „pewne błędne przekonania w administracji Białego Domu, że presja militarna może ułatwić pokojowe rozwiązanie”. Tymczasem – grozi Moskwa – „dalsza eskalacja prawdopodobnie w pewnym stopniu wydłuży specjalną operację wojskową. Doprowadzi do tego, że będziemy musieli stworzyć większą strefę bezpieczeństwa, większą strefę buforową” – pogroził Pieskow.
To nie jest nowa groźba i staje się coraz bardziej anachroniczna – widać tu bezradność Kremla „Strefa buforowa” miałaby chronić Rosję przed ukraińskimi ostrzałami, ale Ukraina trafia teraz już za Ural, więc czym w zasadzie grozi teraz Moskwa?
Trump zaskoczył też Kreml pomysłem, by zamknąć nad Ukrainą niebo, by uniemożliwiając rosyjskie ataki.
„To nowe oświadczenie; wcześniej nie było podobnych. Trzeba to przemyśleć, dowiedzieć się, jak dalece ta kwestia została już omówiona, z kim to zrobiono, i tak dalej” – komentował Pieskow. „W każdym razie problemem byłoby tu to, że [w celu zamknięcia nieba] siły zbrojne krajów NATO operowałyby na terytorium Ukrainy – właśnie przeciwko temu prowadzona jest specjalna operacja wojskowa” – dodał, nie ukrywając zdumienia.
Moskwa nadal liczy jednak na „konstruktywny dialog” Putina z Trumpem, chociaż „w stanowisku Stanów Zjednoczonych widoczna jest pewna dwoistość”. Bowiem „z jednej strony USA nadal dostarczają broń Ukrainie”. Ale „w przeciwieństwie do Europejczyków, nadal pragną ułatwiać proces pokojowy. Czasami mogą się mylić, czasami popełniają błędy, ale to pragnienie wydaje nam się szczere” – mówił Pieskow
„Prezydent Putin jest otwarty na dialog” – podkreślił Pieskow. Trzeźwo jednak ocenił, że z powodu wojny w Iranie Trump nie ma na to głowy.
Niestety, zapowiedziana i hucznie obtrąbiona w rosyjskich mediach rozmowa Putina z Trumpem — jako przeciwwaga do osobistego spotkania Trump – Zełenski w Ankarze 8 lipca — nie odbyła się. Pieskow musiał się dziś tłumaczyć, że być może „pan Trump nie miał czasu”.
Przed szczytem NATO w Ankarze Moskwa robiła wszystko, by utrzymać prezydenta Trumpa po swojej stronie w sprawie Ukrainy. Putin w rozmowie telefonicznej przekonywał, że doniesienia, jakoby Rosja miała kłopoty na froncie, są nieprawdziwe. To Putin wygrywa i zdobędzie w Ukrainie wszystko, co chce.
Problem w tym, że o ile Trump mógł w to wierzyć latem i jesienią zeszłego roku, to teraz sytuacja się zmienia. Ukraina zablokowała front i atakuje samą Rosję. Dysponuje technologią dronową, jakiej nie ma nikt – więc kolejne kraje podpisują z nią umowy handlowe. Precyzyjnymi atakami wywołała w Rosji gigantyczny kryzys paliwowy.
Przeczytaj także:
W maju Amerykanie przestali mediować między Rosją a Ukrainą, co do tej pory polegało raczej na wmawianiu Ukrainie, że jedynymi warunkami do przyjęcia są warunki Rosji. W czerwcu i lipcu Putin dwukrotnie prosił Trumpa przez telefon o przysłanie mu na dalsze rozmowy zięcia Kushnera i partnera biznesowego Witkoffa. Ci jednak zajęci są konfliktem w Iranie i do Moskwy nie chcą jechać, o ile Putin nie przedstawi nowych propozycji. Putin nie może jednak ustąpić o włos, bo byłoby to jego całkowitą klęską.
W czasie tych przepychanek propaganda Kremla przekonywała, że NATO jest słabe i podzielone, Donald Trump pomiata Europą, a kolejne kraje europejskie wycofują się z pomocy Ukrainie. Prezydent Polski Nawrocki wywołał w Ankarze skandal i poniżył Zełenskiego, odmawiając spotkania z nim (do spotkania doszło, ale o tym propagadna Kremla jeszcze nie powiedziała i pewnie nie powie). Dlatego teraz wyjaśnienie ustaleń szczytu NATO jest bardzo trudne.
Pierwszą reakcją Kremla na ustalenia w Ankarze był komentarz wysłanego tam „dziennikarza”, że „nie wiadomo, skąd wezmą na to wszystko pieniądze”.
Czym jest to „to”, propaganda Kremla nie powiedziała. Czytelnicy OKO.press mogą to przeczytać w korespondencjach z Ankary Pauliny Pacuły.
Przeczytaj także:
Daniel Obajtek chce przyłączyć się do protestujących górników. Siłą próbował wedrzeć się do siedziby kopalni. Doszło do ostrej przepychanki.
Były szef Orlenu zapowiedział, że przystępuje do strajku głodowego górników, którzy sprzeciwiają się sprzedaży aktywów firmy chemicznej Qemetica (dawniej Ciech). Trafić mają one do niemieckiego koncernu K+S. Górnicy żądają od państwa przejęcia udziałów przedsiębiorstwa, które jest głównym odbiorcą solanki z inowrocławskich kopalni IKS Solino.
„Będę protestował do piątku wieczorem razem z moimi pracownikami. To będzie strajk głodowy. Mam prawo wejść na teren tej firmy, jestem europarlamentarzystą, nie wchodzę w część produkcyjną, tylko biurową, bo chcę zwrócić uwagę opinii publicznej, że takie skandale gospodarcze nie powinny mieć miejsca” – mówił Obajtek.
Po zakończeniu konferencji prasowej Daniel Obajtek udał się do siedziby IKS Solino, próbując przecisnąć się przez bramki wejściowe bez pozwolenia „Ja wchodzę na zakład na siłę!” – krzyczał Obajtek.
„Nie wejdzie pan! Proszę się opamiętać! Kim pan jest?! Proszę natychmiast wyjść!” — odpowiadał prezes spółki Wojciech Kotlarek. Polecił współpracownikom zadzwonić na policję, po czym między mężczyznami doszło do szarpaniny. „Pan bije ludzi! Pan narusza nietykalność cielesną!” – odpierał podniesionym głosem Obajtek. Gdy policjanci pojawili się na miejscu, poinformowali Obajtka, że może złożyć zawiadomienie o naruszeniu nietykalności cielesnej na najbliższym komisariacie.
Były prezes Orlenu i europoseł przez ostatnie miesiące był nieco mniej aktywny, jednak od usunięcia ze stanowiska często krytycznie odnosi się między innymi do polityki surowcowej państwa czy działalności koncernu, którym wcześniej kierował. Za Obajtkiem ciągną się również prokuratorskie zarzuty. Dotyczą między innymi zawarcia umowy z firmą detektywistyczną bez wcześniejszego przetargu i nierozliczenia należnego podatku.
W maju do Parlamentu Europejskiego wpłynął wniosek o wyrażenie zgody na pociągnięcie europosła Daniela Obajtka do odpowiedzialności karnej. „Według ustaleń śledztwa Daniel Obajtek miał zaniżyć w deklaracjach podatkowych za 2020 rok wartość osiągniętych przychodów i dochodów o ponad 3 mln zł. Miało to skutkować zaniżeniem należnego podatku dochodowego od osób fizycznych oraz należnej daniny solidarnościowej łącznie o 1 089 395 zł” – informuje prokuratura. To nie pierwszy taki wniosek. Europarlament uchylał Obajtkowi immunitet już w dwóch innych sprawach.
Przeczytaj także:
Policja zatrzymała dwóch mężczyzn w związku z incydentem o charakterze antyukraińskim w Poznaniu. Zatrzymani próbowali wtargnąć do biura ukraińskiej firmy, aby sprawdzić, czy pracownicy „nie popierają Stepana Bandery”. Usłyszeli zarzuty
O zatrzymaniu sprawców w środę 8 lipca poinformował minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński.
„W związku z incydentem na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu policjanci zatrzymali dwie osoby. Nie ma zgody na nienawiść i agresję. W tego typu przypadkach policja będzie reagować zdecydowanie” – napisał minister w mediach społecznościowych.
Według Wielkopolskiej Policji chodzi o incydent, który miał miejsce 3 lipca w budynku, w którym obywatelka Ukrainy wynajmuje biuro na potrzeby działalności gospodarczej.
W sieci pojawiło się nagranie, na którym widać, jak kilku mężczyzn próbuje dostać się do biura ukraińskiej firmy ProLegalization, która zajmuje się m.in. pomocą obywatelom Ukrainy w kwestiach związanych z pobytem w Polsce, wyrabianiu dokumentów czy pozwoleń na pracę, twierdząc, że chcą sprawdzić, czy jej pracownicy „nie popierają Stepana Bandery”. Pytają o to Ukrainkę prowadzącą biuro, która otworzyła im drzwi.
Mężczyźni przedstawili się jako „obywatele Rzeczpospolitej Polskiej”. Według informacji, które pojawiają się w mediach społecznościowych byli to aktywiści związani z partią KORWiN.
Mężczyźni stwierdzili, że „Ukraina jest wrogo nastawiona do Polski”, dlatego chcieli obejrzeć biuro firmy. Oprócz pytań o Banderę pytali Ukrainkę dlaczego nie prowadzi działalności w swoim kraju. Pracownica odmówiła wpuszczenia mężczyzn do biura i zapewniła ich, że jej firma działa legalnie.
Po incydencie obywatelka Ukrainy złożyła zawiadomienie na policji, że kilka osób ją zniesławiło.
Policjanci zabezpieczyli nagranie krążące w sieci oraz zidentyfikowali osoby biorące udział w tym wydarzeniu.
„Sprawa jest prowadzona w zakresie pomówienia oraz opublikowania nagrania, które mogło poniżyć pokrzywdzoną w oczach opinii publicznej, a także narazić na utratę zaufania potrzebnego dla rodzaju prowadzonej działalności gospodarczej (art. 212 kk).” – czytamy w komunikacie. Według policji obu podejrzanym grożą kary grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
Według Radia Poznań dziś dwaj mężczyźni usłyszeli zarzuty za zniesławienie Ukrainki.
Sprawcami są mieszkańcy Poznania w wieku 47 i 41 lat. Mężczyźni nie przyznali się do winy.
„Prokuratura zdecydowała o zastosowaniu wobec podejrzanych dozoru policyjnego i zakazu zbliżania do pokrzywdzonej” – podaje Radio Poznań. Zarzuty może usłyszeć też trzecia osoba – kobieta, która nagrywała zdarzenie.
Dochodzenie dotyczy również nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, które pojawiło się w komentarzach pod nagraniem udostępnionym w internecie.
W Polsce ma miejsce coraz więcej antyukraińskich i antymigranckich incydentów. Jak pisaliśmy w połowie czerwca w Warszawie narodowe bojówki patrolowały Dworzec Centralny, legitymując osoby, które mogą być obcokrajowcami.
Przeczytaj także:
A pod koniec maja w Lublinie wybuchła afera dotycząca studiujących tam od lat obcokrajowców z Afryki.
Przeczytaj także:
Antyimigrancka nagonka przekłada się na bezpośrednie akty przemocy.
W połowie czerwca przy Dworcu Gdańskim w Warszawie został pobity taksówkarz z Azerbejdżanu:
Przeczytaj także:
Na początku lipca we Wrocławiu został zaatakowany 19-latek z Ukrainy chwilę po tym, jak rozmawiał z mamą przez telefon po ukraińsku. Chłopak ma złamany nos, uszkodzony kręgosłup. Wcześniej podobne pobicia na tle narodowościowym miały miejsce w Warszawie. Cudzoziemcy czują się w Polsce coraz mniej bezpiecznie.
Przeczytaj także:
Władymira zaatakowało kilkunastu rówieśników. Złamali mu nos, uszkodzili kręgosłup. Jak relacjonuje chłopak, po zdarzeniu napastnicy śmiali się, że „pobili Ukraińca”
Do zdarzenia doszło wieczorem 4 lipca na Wyspie Słodowej we Wrocławiu. Jak podaje Radio Wrocław, Władymir został zaatakowany chwilę po tym, jak rozmawiał z mamą przez telefon po ukraińsku. Jeden z napastników podszedł do niego i wulgarnie zażądał, by chłopak oddał e-papierosa. Gdy ten odmówił, zaatakowało go kilkunastu rówieśników. „Zaczęli mnie wtedy bić po głowie. Nie mogłem się obronić, miałem do połowy ściągniętą koszulę i zasłonili mi tak twarz, żebym nic nie widział. Kopali mnie, został mi złamany nos, dwie kości nosowe, tylna część chrząstki mi została też wykrzywiona” – relacjonował 19-latek.
Po zdarzeniu agresorzy śmiali się i głośno komentowali, że „pobili Ukraińca”.
Chłopak ma złamany nos i uszkodzony kręgosłup. Zdarzenie zostało najpierw zakwalifikowane jako „bójka”, dopiero po obdukcji, która wykazała średni uszczerbek na zdrowiu, Władymir zgłosił pobicie na Komisariacie Policji Wrocław-Ołbin.
Rodzice chłopaka apelują do świadków zdarzenia o pomoc w namierzeniu sprawców. „Mówi w języku ukraińskim i rosyjskim? I to spowodowało taką agresję, ale dlaczego taka agresja? Ludzie, broń Boże, żeby ktoś taką sytuację spotkał na swojej drodze. Po prostu jak zwierzęta pobili jednego człowieka. Ta agresja nie musi płynąć po całym mieście Wrocław, nie musi płynąć. Musimy ją zastopować” – apelował Ihor, ojciec 19-latka.
Ksenofobiczne nastroje coraz mocniej rozlewają się po polskim społeczeństwie. I na ma się co dziwić, skoro antyukraiński resentyment jest podgrzewany przez polityków wszystkich opcji politycznych.
Pobicie Władymira to kolejny głośny przypadek napaści wobec Ukraińca na tle narodowościowym z ostatnich miesięcy.
Na początku maja w Warszawie został pobity 16-letni Artem, który z czwórką przyjaciół spacerował po Moście Świętokrzyskim. Sprawę opisywała „Gazeta Wyborcza”. Nastolatka oraz jego przyjaciół zaatakowało około dziesięciu Polaków. Nie spodobało się im, że rozmawiali w swoim języku. Artem trafił do szpitala. Był operowany. Miał pękniętą czaszkę, zmasakrowaną twarz i bóle głowy. Uważa, że gdyby nie policja, to oprawcy zakatowaliby ich na śmierć. Przyjaciela Artema próbowali zepchnąć przez barierkę mostu do Wisły, ale chłopak mocno trzymał się metalowych prętów. Kolejnemu nastolatkowi złamali nos. Napastnicy krzyczeli: „Wypierdalać do Ukrainy!”.
26 czerwca 14-letni Dawid został zaatakowany na przystanku autobusowym, gdy wracał z kolegami znad Jeziorka Czerniakowskiego w Warszawie. Rówieśnik poprosił Dawida, żeby ten pokazał mu na hulajnodze różne sztuczki. Po tym, jak chłopak odmówił, w jego kierunku padły „słowa pełne nienawiści na tle narodowościowym”. Dalej – jak relacjonowało TOK FM – prawdopodobnie wtrącił się ojciec chłopca. Miał uderzyć 14-letniego Ukraińca pięścią w twarz. Chłopak miał podbite oko, siniaki na rękach i twarzy.
Przeczytaj także:
Donald Trump po szczycie NATO w Ankarze nie szczędzi sojusznikom dobrych słów: „To dobrzy ludzie, którzy robią dużo dobrego dla swoich krajów”. Ale nie rozwiewa wątpliwości: w sprawie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie czy planów ws. Grenlandii.
Konferencja prasowa prezydenta USA po szczycie NATO w Ankarze trwała – nietypowo dla Trumpa – zaledwie 45 minut. Tymczasem reporterzy czekali na jego pojawienie się niemal trzy godziny. Z takim poślizgiem prezydent USA wyszedł do setek dziennikarzy.
„Właśnie zakończyliśmy bardzo udany szczyt NATO” – powiedział Trump.
W dusznej, bo wypchanej po brzegi sali, Trump pojawił się w otoczeniu swoich najważniejszych współpracowników: sekretarza stanu Marco Rubio, sekretarza wojny Pete'a Hegsetha i sekretarza skarbu Scotta Bessenta.
Stwierdził, że miał w Ankarze „świetny czas”, a szczyt był „wielkim sukcesem”. Kilkukrotnie podkreślił, że spotkanie Rady Północnoatlantyckiej przebiegało w bardzo serdecznej atmosferze („w pokoju było czuć mnóstwo miłości”), a sojusznicy deklarowali nawet, że go… kochają. „Mówili że mnie kochają, to miłe. To chyba miłe?” – relacjonował.
Dodawał, że w sali, gdzie odbywało się spotkanie, panowała „ogromna jedność".
„Jeśli z dzisiejszego dnia miałoby wyjść jedno słowo, byłoby to: zjednoczenie. Nigdy nie widziałem czegoś takiego” – mówił w typowy dla siebie, enigmatyczny sposób.
Jedność, o której mówił Trump, to nie tyle jedność w postaci żelaznego zobowiązania do kolektywnej obrony, bo w tej kwestii prezydent Stanów Zjednoczonych nie złożył żadnych zapewnień. To jedność w sprawie zeszłorocznego porozumienia o zwiększeniu wydatków obronnych z 2 proc. do 5 proc., która, zdaniem Trumpa, doprowadziła do „historycznej zmiany w NATO”.
„Podnieśliśmy cel z 2 proc. do 5 proc. PKB, choć wszyscy mówili, że to niemożliwe. A teraz wszyscy mi dziękują” – mówił.
Trump podkreślił przede wszystkim, że szybkie zwiększenie wydatków na obronność przez europejskich sojuszników będzie korzystne dla amerykańskiego przemysłu obronnego, bo ci kupują przede wszystkim sprzęt produkowany w USA.
„Wszyscy chcą amerykańskiego sprzętu. Produkujemy najlepszy sprzęt na świecie” – chwalił.
Zapowiedział też zwiększenie produkcji amerykańskiego uzbrojenia, celem skrócenia czasu oczekiwania na dostawy z kilku lat do kilku tygodni.
Reakcja Trumpa po szczycie pokazuje, że
strategia udowodnienia, że Europa dowozi, poprzez ogłoszenie dziesiątek gigantycznych kontraktów obronnych, zadziałała.
Jeszcze przed rozpoczęciem szczytu, we wtorek 7 lipca podczas forum przemysłowego, ogłoszono umowy i inicjatywy warte dziesiątki miliardów dolarów. Od rozwoju europejskich zdolności dronowych i obrony powietrznej, po produkcję amunicji i pocisków dalekiego zasięgu.
Wiele z nich to projekty realizowane z amerykańskimi firmami. Lockheed Martin i niemiecki Rheinmetall podpisały porozumienie o pierwszej poza USA produkcji pocisków ATACMS. Polska Grupa Zbrojeniowa i amerykański Anduril ogłosiły współpracę przy produkcji pocisków Barracuda 500M. Polska, USA, Niemcy, Szwecja i Holandia porozumiały się w sprawie budowy europejskich zdolności serwisowania rakiet PAC-3 do systemów Patriot.
Sojusz ma też pozyskać do pięciu amerykańskich bezzałogowych samolotów rozpoznawczych Triton, które pozwalają prowadzić długotrwałą obserwację dużych obszarów morskich, m.in. w Arktyce. To tylko kilka z wielu przykładów kontraktów z pompą podpisanych podczas szczytu.
Ta strategia miała na celu swego rodzaju „udobruchanie” Trumpa poprzez przemówienie do niego jedynym językiem, jaki ten rozumie: językiem korzyści. Zapewnienia o jedności NATO i o tym, że szczyt był sukcesem sugerują, że okazała się choć na chwilę owocna.
Ze względu na to, że Trump przyjął pytania tylko od kilku dziennikarzy, nie poruszono tematów jego najbardziej kontrowersyjnych wypowiedzi sprzed rozpoczęcia szczytu: m.in. ponownych deklaracji o tym, że Stany Zjednoczone chciałyby przejąć kontrolę nad Grenlandią, ani o planowane zmiany w amerykańskiej obecności wojskowej w Europie.
W tym kontekście Trump podkreślał jedynie, że europejscy sojusznicy robią postępy w zwiększaniu własnych zdolności obronnych i w ten sposób „odpowiadają na wezwanie” USA.
„Wiele z tych krajów jest bardzo bogatych. Nie musimy im współczuć. Ale to nie oznacza, że są odpowiednio chronione. To duża różnica” – mówił w nie do końca zrozumiały sposób.
Podkreślał, że część państw już znacząco zwiększyła wydatki obronne, a pozostałe deklarują zmiany.
„Niektóre naprawdę odpowiedziały na wezwanie, inne dokonują dużych zmian i odpowiedzą na wezwanie. Myślę, że mogę powiedzieć, że wszystkie odpowiedzą” – stwierdził.
Największa część konferencji była poświęcona jednak wojnie z Iranem. Trump był pytany m.in. o to, czy konflikt stał się dla niego „ślepą uliczką” oraz o zmianę tonu wobec irańskich przywódców, których najpierw określał mianem „racjonalnych ludzi”, a podczas konferencji prasowej po spotkaniu z sekretarzem generalnym Sojuszu Markiem Rutte w środę 8 lipca powiedział, że to ”kłamcy, oszuści i chorzy ludzie".
W wymijającej odpowiedzi na te pytania Trump przekonywał, że amerykańska operacja w Iranie była „ogromnym sukcesem”, bo jej celem było zatrzymanie irańskiego programu nuklearnego. Zmianę opinii na temat przywódców Iranu wytłumaczył tym, że „poznał ich lepiej”.
W wielu momentach Trump mówił jednak zupełnie nie na temat. Pytany o Iran przeszedł do krytyki polityki migracyjnej administracji Joe Bidena. Odpowiadając na pytanie o „zagrożenie komunizmem”, przeszedł do chwalenia się swoimi wynikami na TikToku i amerykańskich wyborach.
Nie zrezygnował też choć z częściowej krytyki części sojuszników NATO. Pytany o wcześniejsze słowa, że część państw NATO nie wsparła USA w konflikcie z Iranem, stwierdził, że „Hiszpania była bardzo zła”, ale poza tym „prawie wszystkie kraje”, w tym Włochy, "były dobre”.
„Mieli po prostu zły moment. Nie pomogli nam. Nie potrzebowaliśmy tej pomocy, ale gdybym jej chciał, wolałbym, żeby nie stali z boku” – powiedział.
Z jego poszczytowego wystąpienia wynika, że podejście do NATO ma – jak do wszystkiego – czysto transakcyjne. Aby był zainteresowany pozostaniem w Sojuszu, musi mieć poczucie, że się mu to opłaca.
Przeczytaj także: