„Wyrucham cię, ale na razie chcę popatrzeć” – szedł za nią, onanizował się. Uciekła. Policja: nic takiego się nie stało. To „wybryk nieobyczajny”, nie ma po co zgłaszać. Całe Leszno wie o atakujących kobiety mężczyznach – często mają nawet „swoje” ulice. Tylko policja nie chce o niczym wiedzieć

Dokąd uciekać? Przed nią nieoświetlona droga, która biegnie przy wejściu do lasu. Jeśli ją tam zaciągnie, to koniec. Po prawej ciemny park. Wybiera ślepą uliczkę po lewej. Chce biec, ale ma wiązane buty na obcasie. Truchta. Mija domki jednorodzinne, światła pogaszone – w końcu Sylwester.

– Dlaczego pani nie krzyczała?– zapyta potem policja. Nie wie. Może bała się, że ją uciszy?

Dochodzi do końca uliczki, szarpie się z jakąś bramą. Zamknięta. Zastanawia się, czy nie uciekać na równoległą ulicę przez teren wokół budynku archiwum – zadrzewiony i nieoświetlony. Już prawie się decyduje, ale wtedy dostrzega go między drzewami.

Wyprzedził ją? Pobiegł dookoła? Jak można biec ze spuszczonymi spodniami? Sama niewiele będzie z tego wszystkiego pamiętała. Z pomocą przyjdą inne kobiety z Leszna. Napiszą: taki w kominiarce? Też się zastanawiałam, jak mógł tak szybko się poruszać z opuszczonymi spodniami. Ma wyciętą dziurę.

Całe Leszno wie o atakujących kobiety mężczyznach – często mają nawet „swoje” ulice. Tylko policja nie chce o niczym wiedzieć.

„Nieobyczajny wybryk”

– Proszę mi pomóc, ktoś mnie goni, mówi, że mnie zgwałci. Nie jestem pijana! — mówi A. jeszcze zanim starszy pan stojący w drzwiach zapyta. Wpuszcza ją, zawozi do przyjaciół (szła do nich właśnie na imprezę), dzwonią na policję. Żeby zgłosić przestępstwo, ma przyjść osobiście.

Przychodzi. Razem z siostrą, jej chłopakiem i przyjaciółką. Rozmowę pamięta tak:

– Chcę zgłosić próbę gwałtu.

– Wie pani, że nie mogę od pani przyjąć zgłoszenia, jeśli jest pani pijana?

A. patrzy na policjanta i nie rozumie.

– Ale ja jestem trzeźwa, przecież nie zdążyłam nawet nic wypić.

Nie zraża się, zaczyna opowiadać. Tak, około 21:00 na skrzyżowaniu Solskiego i Dekana. Nie widziała go, wyszedł chyba z jakichś krzaków. Powiedział „nie bój się”, miał kominiarkę, masturbował się. Uciekła w Solskiego. Tam znowu ją dopada. Mówi: „wyrucham cię, ale na razie chcę tylko popatrzeć”. Pobiegła w drugą stronę, zobaczyła oświetlony dom. Zadzwoniła.

Kiedy A. to opowiada, jest jeszcze roztrzęsiona, płacze. Zza szyby patrzy na nią pięciu policjantów. Jeden prowadzi wywiad, czterech po prostu siedzi. Obok znajomi. Przez 20 minut rozmowy będzie stała przed tym okienkiem na korytarzu, nikt nie zaproponuje jej, żeby usiadła, nie zaprosi do pokoju.

– Czyli nie doszło do innej czynności seksualnej? – pyta w końcu policjant.

– Proszę?

Jak już coś się stanie, proszę pamiętać o obdukcji.

Policjant wyjaśnia: – Gdyby dotknął pani sutka albo pod spódnicą, to wtedy to się kwalifikuje jako czynność seksualna. Wtedy i tak musiałaby pani najpierw pojechać na obdukcję. Ale tutaj przecież do niczego nie doszło.

– Nie doszło, bo robiłam wszystko, żeby temu zapobiec – mówi A.

– Czy rzeczywiście uważa pani, że było realne zagrożenie?

Policjant tak nie uważa. Stwierdza, że to podpada najwyżej pod wykroczenie przeciwko obyczajności. Wyślą radiowóz.

– Ale ja chciałabym zgłosić popełnienie przestępstwa, grożono mi gwałtem.

– Wtedy też wyślemy radiowóz. A takie formalne zawiadomienie potrwa długo, co najmniej 2 godziny. Nie miała pani jakichś planów na ten wieczór? Może pani z nich skorzysta?

Policjant poucza ją jeszcze:

– Tak na przyszłość, jak już taka sytuacja z inną czynnością się stanie, sutek na przykład będzie dotknięty, to wtedy najpierw do szpitala na obdukcję. Oszczędzi pani czasu sobie i nam – słyszy A.

O oszczędzeniu komuś doświadczenia gwałtu najwyraźniej nie ma mowy. A. rezygnuje, udaje jej się jedynie wymusić sporządzenie notatki z jej imieniem i nazwiskiem, numerem telefonu, szczątkowym rysopisem sprawcy.

Policjant pyta jeszcze, czy nie ma przypadkiem więcej informacji o sprawcy. Imię, nazwisko, numer telefonu? Wtedy procedura wyglądałaby inaczej. Nie ma, trudno. Odezwą się, gdyby kogoś znaleźli.

– No szczęście w nieszczęściu, że nic się nie stało, prawda? – miło kończy pan policjant.

A. wychodzi. Rzecznik napisze potem: „Kobieta nie zdecydowała się wówczas na formalne złożenie zawiadomienia o powyższym zdarzeniu. Na tym etapie czynności wówczas zakończono”. Policja zaklasyfikowała całe zajście jako „nieobyczajny wybryk”.

– Najgorsze jest to, że jestem przecież z wykształcenia psychologiem, robiłam tę specjalizację z seksuologii i fakultet z sądówki. Niby wiedziałam, jak policja traktuje ofiary przemocy seksualnej, że pomoc jest żadna, ale mimo wszystko nie umiałam się temu przeciwstawić – mówi A.

Wychodzi na to, że powinnam była dać się poszarpać, rozedrzeć ubranie, cokolwiek, to wtedy może wzięliby mnie na poważnie. Jak dostawałam mandat za przechodzenie na czerwonym świetle na pustej ulicy, to usłyszałam, że stwarzałam realne zagrożenie dla ruchu drogowego. Ale gdybym goniła kogoś obok po chodniku z penisem na wierzchu, obrażałabym tylko obyczajność.

W kominiarce? A, to nie ten, tamten był nagi.

A. się nie poddaje.

– Pomyślałam, że jeśli policja nic nie zrobi, to muszę sama się tym zająć. Przede wszystkim, żeby ostrzec inne dziewczyny.

Pisze na swoim facebooku, na grupach związanych z Lesznem. Tego i tego dnia, tak wyglądał, w tym miejscu — może coś wiecie? Idzie do lokalnej prasy. Jej zeznanie publikuje portal leszno.naszemiasto.pl.

Kilka dni później głos nagle zabiera portal Leszno 24. Cytują wpis A. z facebooka. Wybiórczo. Zwracają uwagę na to, że napisała komenda zamiast komisariat. – Trudno powiedzieć, co kobieta ma na myśli używając określenia „zaatakował” – piszą. Potem konsekwentnie umieszczają atak w cudzysłowie. Stawiają pytania bez odpowiedzi.

– Ale żeby do mnie napisać, to już nie pomyśleli, nie? – mówi A.

Czytelnicy wydają się nie zauważać tonu artykułu. Nie są zaskoczeni. Ktoś pisze: mi policja powiedziała, po podobnym zgłoszeniu, że nie przyjadą, bo nic mi ten mężczyzna nie zrobi. A jak znowu mnie będzie zaczepiał i się onanizował, to wyślą jakiś patrol. Inna użytkowniczka pyta w komentarzu znajomą: a pamiętasz tego zza szpitala?

W prywatnej wiadomości odzywa się kobieta z Leszna. Pisze, że widziała jednego podejrzanego mężczyznę jakiś czas wcześniej, ale nie miał kominiarki, był akurat nagi. A gościa w kominiarce też często widzi na swojej ulicy, ale w Sylwestra akurat nie.

A. sama jest z Leszna, choć od lat tam nie mieszka. Był taki ekshibicjonista w kominiarce przy wejściu do lasu. Zawsze uciekał potem na rowerze — przypomina sobie. Wszyscy o nim wiedzieli, bo każdy miał jakiegoś znajomego, który go tam widział. Kilka kobiet zaatakował. Nikt nic z tym nie zrobił.

Inna mieszkanka Leszna pamięta tamtego mężczyznę. Sama mieszkała koło lasu i kilka razy się na niego natknęła. Poszła na policję. Powiedzieli, że i tak nic się z tym nie da zrobić, bo jak ma kominiarkę, to go nie zidentyfikują. A las jest za duży, żeby go szukać. – Miałam wrażenie, że zabieram im czas w sobotnie sierpniowe popołudnie.

To być może ten sam ekshibicjonista, którego złapano po dwóch latach dzięki pewnej biegaczce. Postanowiła sama zadbać o bezpieczeństwo. Kilka razy wskazywała oficerom śledczym miejsce, gdzie mężczyzna pojawiał się najczęściej. Nic to nie dało, więc w końcu zapisała się na policyjny kurs samoobrony i razem z innymi biegaczami pomogła go zatrzymać.

Z rozmów z dziewczynami z Leszna A. wyciągnęła wniosek, że obecnie jest przynajmniej trzech takich mężczyzn, o których wszyscy wiedzą. Mają nawet swoje ulice. Kobiety powtarzają, że policja nie chce przyjeżdżać na miejsce zdarzenia.

Rozumiem cię

Dostaje wiele wiadomości.

„Jestem przekonana, że wszystko, co zrobiłaś w tej sytuacji, zrobiłaś najlepiej, jak potrafiłaś” — napisała dziewczyna, która sama nie mogła poradzić sobie z poczuciem winy po tym, jak nie umiała obronić się przed napastującym ją mężczyzną.

„Jak niesamowicie byłam wtedy miła i taktowna, a przecież mogłam j**** mu w jaja z kolana albo chociaż zwyzywać”. Długo nie mogła sobie wybaczyć własnej bezradności.

O czym jeszcze piszą do A.?

  • o poczuciu winy, z którym borykały się po atakach, mimo że przecież wiedziały wszystko o wiktymizacji ofiary;
  • ile czasu zajęło im dojście do wniosku, że jeśli jeszcze raz ktoś zacznie je obmacywać, to zamiast ze wstydem szukać ustronnego miejsca w tramwaju, zareagują;
  • o własnych, podobnych doświadczeniach z zeznawaniem na policji;
  • o długiej walce z lękami i poczuciem upokorzenia;
  • o zasłyszanych gdzieś wskazówkach — co zrobić, żeby policja przyjęła zawiadomienie (mów, że groził śmiercią, wtedy muszą przyjąć);
  • że nie jest sama.

– Dostałam bardzo dużo wsparcia, czasem od zupełnie nieznanych mi osób. Najbardziej wkurzyło mnie to, jak sama na to wszystko zareagowałam — mówi A. Byłam na siebie zła: że szłam pieszo, nie miałam gazu, nie krzyczałam, że długo nie mogłam sobie potem nic przypomnieć.

Siostrze mówiłam — przecież miałam długi płaszcz. Mężczyźnie, który mi otworzył — że nic nie piłam. Obcej kobiety na pewno bym nie oceniała, umiałabym udzielić jej wsparcia. A sobie nie umiałam.

A potem to, jak mnie potraktowali na komisariacie? Nawet sobie nie wyobrażam, co bym o sobie myślała, gdyby to się stało w liceum, a ja bym nie miała, no wiesz — szerszej perspektywy.

Łódź: jak to — nie przyjęli zgłoszenia?

A. postanawia spróbować jeszcze raz, gdzie indziej. Studiuje w Łodzi, więc 7 stycznia idzie na komisariat w Łodzi. Niedobrze jej na myśl, że znowu przeżyje to samo upokorzenie. Ale tutaj jest zupełnie inaczej. Policjant zaprasza A. do pokoju, słucha, nie pogania, pozwala się wypłakać. – Jak to nie przyjęli zgłoszenia? – oburza się. Radzi złożyć zawiadomienie do prokuratury, tłumaczy, jak to zrobić.

Dlaczego policja w Lesznie nie chciała przyjąć zawiadomienia o przestępstwie?

– Gdyby pani tu pracowała 20 lat, to by pani wiedziała, że często przychodzą osoby, które same nie wiedzą, czy chcą zgłosić i co dokładnie — tłumaczy OKO.press pani policjant z zespołu dyżurnych w Lesznie. – Nie wiedzą, na przykład, czy ukradziono, czy może same zgubiły.

– To się zdarza bardzo często. Pytamy, podpowiadamy, bo to przecież emocje, wiadomo, ale czasem jest trudno. Wtedy robimy notatkę i pouczamy, że można przyjść w innym terminie, jeśli taka osoba się jednak zdecyduje. Szczególnie że groźbę karalną ściga się przecież na wniosek poszkodowanego.

Leszno: a jednak przestępstwo

Do A. policja z Leszna dzwoni jednak sama. Po tym, jak A. pisze do mediów, idzie na komendę w Łodzi i pisze do prokuratury. 17 stycznia zapraszają ją do Leszna na komisariat w celu złożenia zeznań. Tym razem A. przepytuje kobieta, w osobnym pokoju. W ocenie A. profesjonalnie.

Do policji w Lesznie trafia później dokumentacja z Prokuratury Rejonowej, która zawiadamia o postępowaniu sprawdzającym pod kątem usiłowania zgwałcenia.

Po czterech tygodniach A. dostaje pismo z Komendy Miejskiej Policji w Lesznie. Rezygnują z dalszego dochodzenia w sprawie „nieobyczajnego wyroku”. Dlaczego? Okazało się, że opisane przez A. wydarzenie nosi jednak znamiona przestępstwa, a nie wykroczenia. Sprawę skierowano do Wydziału Dochodzeniowo — Śledczego.

Kobiety zdane na siebie

Z raportu „Przełamać tabu” Fundacji na Rzecz Równości i Emancypacji Ster z 2016 roku wynika, że przemoc seksualna jest powszechnym doświadczeniem kobiet. 87 proc. biorących udział w badaniu spotkało się w swoim życiu z jakąś formą molestowania seksualnego.

37 procent uczestniczyło w aktywności seksualnej wbrew swojej woli. 23 procent doświadczyło próby gwałtu, a 22 procent – gwałtu.

Z raportu wynika, że decydowana większość przypadków molestowania w miejscu pracy lub w miejscu publicznym (94,1 procent) nie jest zgłaszana na policję. Kobiety nie decydowały się na zgłoszenie, ponieważ:

  • same poradziły sobie ze sprawą (67 procent),
  • uważały, że sprawa jest zbyt błaha, by ją zgłaszać (66 proc.)
  • były przekonane, że policja nic w tej sprawie nie zrobi (53,3 procent).
  • powstrzymało je poczucie wstydu i zażenowania (33,8 procent),
  • uważały, że nikt im nie uwierzy (16,9 procent),
  • bały się sprawcy (14,5 procent).

 

 

OKO pilnuje praw kobiet. Codziennie.
Wesprzyj nas, byśmy mogli i mogły działać dalej.

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Masz cynk?