Po Marszu Niepodległości 2018 policja wyznaczyła nagrodę za wskazanie, kto podczas tego zgromadzenia spalił flagę UE, stwarzając zagrożenie dla otoczenia. Samooskarżyli się narodowcy - chlubiąc się podpaleniem. Ale policja od pół roku nie jest w stanie skierować sprawy do sądu. Nie wiadomo jak wybrnie z obietnicy nagrody, której oczekują narodowcy

11 listopada 2018, w setną rocznicę niepodległości Polski, przez centrum Warszawy przeszedł marsz „2 w 1”. Przodem – w pochodzie „Dla Ciebie Polsko” szli prezydent Andrzej Duda, premier Mateusz Morawiecki, prezes PiS Jarosław Kaczyński, inni politycy tej partii i ludzie sprawdzeni przez służby odpowiadające za bezpieczeństwo.

W pewnej odległości za nimi, w Marszu Niepodległości, podążali narodowcy i tysiące zwykłych warszawiaków oraz przyjezdnych, którzy chcieli uczcić Święto Niepodległości.

Policja bezczynnie przyglądała się jak uczestnicy tego drugiego zgromadzenia odpalali setki, a może nawet tysiące rac – także podczas przejścia przez Most Poniatowskiego, gdzie rozprzestrzenienie się ognia mogłoby wywołać panikę tłumu i niewyobrażalne szkody – oraz gdy zrzucali płonące race na ulice przebiegające pod mostem.

Nie zareagowała także, gdy w tłumie, w okolicach Mostu Poniatowskiego, kilka osób podpaliło flagę UE.

Do dziś większość uczestników marszu, którzy łamali wówczas prawo i narażali innych na niebezpieczeństwo, nie została ukarana. Za odpalanie rac mandaty karne otrzymało zaledwie kilka osób.

W związku ze spaleniem flagi UE policja przedstawiła zarzut tylko Ziemowitowi Przebitkowskiemu – szefowi Młodzieży Wszechpolskiej, na którego doniósł policji skarbnik tej organizacji. Przebitkowski sam go o to prosił – oczekując, że wyznaczona przez policję nagroda za wskazanie sprawcy, trafi na konto MW.

Mimo że od 11 listopada minęło już pół roku, policja jeszcze nie skierowała sprawy do sądu. Policjanci wciąż poszukują pozostałych sprawców.

Marsz niepodległy prawu

Podczas zgromadzeń, takich jak Marsz Niepodległości, nie wolno używać (ani nawet posiadać przy sobie) wyrobów pirotechnicznych, do których należą m.in. race, świece dymne i petardy hukowe. Mogą one bowiem być potencjalnie niebezpieczne, zwłaszcza w dużym tłumie. Za złamanie zakazu art. 52 kodeksu wykroczeń przewiduje karę aresztu (do 14 dni), ograniczenia wolności albo grzywny.

  • Przeczytaj art. 52 kodeksu wykroczeń

    Art. 52 § 1. Kto bierze udział w zgromadzeniu, posiadając przy sobie broń, materiały wybuchowe, wyroby pirotechniczne lub inne niebezpieczne materiały lub narzędzia – podlega karze aresztu do 14 dni, karze ograniczenia wolności albo karze grzywny. (…)

Spalenie flagi podczas zgromadzenia publicznego, w zależności od okoliczności, może być uznane za nieostrożne obchodzenie się z ogniem (art. 82 kodeksu wykroczeń) albo za przestępstwo przeciwko bezpieczeństwu powszechnemu (art. 164 kodeksu karnego).

Zgodnie z kodeksem wykroczeń, za „niedozwolone używanie otwartego ognia”, które może prowadzić do pożaru, grozi kara aresztu, grzywny lub nagany.

  • Przeczytaj art. 82 kodeksu wykroczeń

    Art. 82 § 1. Kto dokonuje czynności, które mogą spowodować pożar, jego rozprzestrzenianie się, utrudnienie prowadzenia działania ratowniczego lub ewakuacji, polegających na:

    1) niedozwolonym używaniu otwartego ognia, paleniu tytoniu i stosowaniu innych czynników mogących zainicjować zapłon materiałów palnych (…) podlega karze aresztu, grzywny albo karze nagany.

Kodeks karny za sprowadzenie niebezpieczeństwa pożaru, zagrażającego życiu lub zdrowiu wielu osób przewiduje zaś karę pozbawienia wolności – od pół roku do 8 lat.

  • Przeczytaj art. 164 kodeksu karnego

    Art. 164. § 1. Kto sprowadza bezpośrednie niebezpieczeństwo zdarzenia określonego w art. 163 § 1, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. (…)

    Art. 163. § 1. Kto sprowadza zdarzenie, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu w wielkich rozmiarach, mające postać:

    1) pożaru,

    2) zawalenia się budowli, zalewu albo obsunięcia się ziemi, skał lub śniegu,

    3) eksplozji materiałów wybuchowych lub łatwo palnych albo innego gwałtownego wyzwolenia energii, rozprzestrzeniania się substancji trujących, duszących lub parzących,

    4) gwałtownego wyzwolenia energii jądrowej lub wyzwolenia promieniowania jonizującego,

    podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

Dlaczego zatem policja nie interweniowała? Czemu nie zatrzymywała i nie legitymowała od razu osób naruszających przepisy – jak to robiła wielokrotnie np. podczas manifestacji Obywateli RP czy protestów ekologów?

Wynikało to z przyjętej przez policję taktyki, by nie rzucać się w oczy uczestnikom zgromadzenia i działaniami funkcjonariuszy nie prowokować ich do starć.

Pisaliśmy o tym po Marszu Niepodległości w 2017 roku.

Jak tłumaczył nam wówczas rzecznik Komendy Stołecznej Policji – Sylwester Marczak, funkcjonariusze pouczali organizatorów marszu – czyli narodowców – o zakazie używania materiałów pirotechnicznych. Według Marczaka, narodowcy reagowali „wydając odpowiednie komunikaty za pomocą urządzeń nagłaśniających”.

W rzeczywistości na komunikaty nikt nie zwracał uwagi, a Straż Marszu Niepodległości, odpowiedzialna za porządek podczas zgromadzenia, podobnie jak policja, nie reagowała, gdy uczestnicy odpalali race i palili flagi.

Tych, którzy złamali prawo, policja planowała znaleźć po marszu – na podstawie filmów z monitoringu miejskiego, nagrań policyjnych i filmików zamieszczanych w internecie. Ale – jak pisaliśmy na OKO.press w lutym 2019 – nie udało się jej ustalić tożsamości większości sprawców.

Do sądu trafiło zaledwie kilkadziesiąt wniosków o ukaranie za wykroczenia (osób popełniających je było wielokrotnie więcej). Zarzutu popełnienia przestępstwa nie postawiono ani jednej z osób, które podczas marszu w 2017 roku niosły transparenty z neofaszystowskimi symbolami i rasistowskimi hasłami (art. 256 kk).

  • Przeczytaj art 256 kodeksu karnego

     Art. 256 par. 1 Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch.

Mimo niewielkiej skuteczności działań podjętych 11 listopada 2017 roku, rok później policja znów zastosowała podczas Marszu Niepodległości taką samą taktykę. Zapewniając, że każdy, kto złamie podczas niego prawo, „będzie musiał liczyć się z konsekwencjami”.

Narodowcy zgłaszają się po nagrodę

Parę godzin po ubiegłorocznym Marszu Niepodległości Komenda Stołeczna Policji opublikowała na swojej stronie internetowej zdjęcia osób, które podczas tego zgromadzenia odpalały race i apel o pomoc w ich identyfikacji.

W styczniu 2019 rzecznik KSP informował OKO.press, że policja „wyodrębniła wizerunki 40 osób”, które używały materiałów pirotechnicznych, a mandaty nałożono na 7 z nich. Konsekwencje poniosła więc znów żenująco mała grupa spośród tych, którzy złamali art. 52 kodeksu wykroczeń.

Za wskazanie sprawcy spalenia flagi UE Komendant Stołeczny Policji wyznaczył 5 tys. zł nagrody. Jeszcze tego samego dnia zgłosili się po nią narodowcy.

„Skarbnik @MWszechpolska na moją prośbę zgłosił mnie na podany numer, celem uzyskania obiecanej nagrody za wskazanie sprawcy spalenia flagi UE. Nie mam zamiaru ukrywać tego faktu, a dodatkowo jeszcze @MWszechpolska może zarobić! ?” – ogłosił wówczas na Twitterze Ziemowit Przebitkowski, szef Młodzieży Wszechpolskiej.

Rzecznik MW Mateusz Marzoch, w wywiadzie dla wPolsce.pl wyjaśniał, że flagę UE specjalnie przywieziono na marsz, by ją publicznie spalić – bo jest ona symbolem „kłamstw i oszczerstw” Brukseli, dotyczących faszyzmu „który podobno jeszcze istnieje i to szczególnie u nas, w Polsce”.

Podczas zorganizowanej wówczas konferencji prasowej Marzoch z jednej strony potwierdzał, że to Przebitkowski spalił flagę, z drugiej – dziękował służbom, które zabezpieczały Marsz Niepodległości. Kpiąc sobie w ten sposób publicznie z policji.

KSP – również na Twitterze – komentowała: „Można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z próbą zamiany całej sytuacji w żart. Tylko w tym przypadku nie ma nic śmiesznego. Zachowanie to było skrajnie nieodpowiedzialne. Nie ma dla nas znaczenia, że została podpalona flaga, bo ta nie jest flagą państwową.

Istotą jest sam fakt podpalenia w czasie uroczystości, co w tak ogromnym tłumie mogło doprowadzić do niewyobrażalnej w skutkach tragedii w przypadku wywołania paniki. Cała sytuacja będzie podlegać ocenie prokuratury.”

Jak wynika z odpowiedzi, którą otrzymaliśmy od Przebitkowskiego, policja przedstawiła mu zarzut „nieostrożnego obchodzenia się z ogniem” – a więc naruszenia art. 82 kodeksu wykroczeń, a nie art. 164 kodeksu karnego. Dotąd nie skierowała do sądu wniosku o ukaranie go. Dlaczego?

„Czynności w sprawie trwają. (…) Policjanci poszukują pozostałych sprawców” – tłumaczy kom. Sylwester Marczak.

Według zapewnień KSP, narodowcom dotąd nie wypłacono nagrody za doniesienie na Przebitkowskiego. Ale z informacji, które uzyskaliśmy nieoficjalnie wynika, że policja ma z tym kłopot. Jeśli skarbnik MW będzie się upominał o pieniądze – nie ma podstaw, by mu odmówić. A jeśli KSP wypłaci nagrodę – ośmieszy się w oczach opinii publicznej.

„Niezłe jaja” z policji i bezpieczeństwa

Gdyby okazało się, że faktycznie to Ziemowit Przebitkowski podpalił flagę UE – byłby to skandal i argument za tym, by w kolejnych latach odmówić narodowcom zgody na organizację Marszu Niepodległości. Bo zagrożenie dla bezpieczeństwa marszu stworzył szef jednej z organizacji, które go współprzygotowują i są odpowiedzialne za bezpieczeństwo jego uczestników.

Formalnie organizatorem przemarszu narodowców jest Stowarzyszenie Marsz Niepodległości. Założyli je w 2011 roku działacze Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo-Radykalnego właśnie po to, by ułatwić narodowcom z różnych frakcji wspólne przygotowania obchodów 11 listopada.

Prezesem organizacji jest Robert Bąkiewicz, koordynator Brygady Mazowieckiej ONR. W zarządzie zasiadają m.in. Witold Tumanowicz (członek władz Ruchu Narodowego, pracownik biura posła Roberta Winnickiego) i Mateusz Marzoch (również pracownik biura posła Winnickiego, rzecznik prasowy Młodzieży Wszechpolskiej i szef Straży Marszu Niepodległości).

W komisji rewizyjnej jest m.in. były poseł Ligi Polskich Rodzin Krzysztof Bosak.

Jako organizator Marszu Niepodległości, stowarzyszenie MN odpowiada za utrzymanie porządku i przestrzeganie prawa podczas tego zgromadzenia.

Ale 11 listopada 2018 roku organizatorzy nie tylko nie podejmowali działań, by uniemożliwić czy choćby ograniczyć używanie nielegalnych rac, lecz przeciwnie: przed marszem dawali do zrozumienia, że będzie można je odpalać, a w czasie marszu – chwalili się w mediach społecznościowych fotografiami „płonącego” tłumu.

9 listopada Krzysztof Bosak pytany przez kogoś na Twitterze, czy na marszu będą race odpowiadał: „Oczywiście że będą race. Przecież to nie my je ludziom kupujemy, tylko ludzie sami dbają o to żeby zrobić piękną atmosferę na #MarszNiepodległości”.

W dniu marszu Ruch Narodowy na swoim profilu na Twitterze opublikował zdjęcie z lotu ptaka, na którym czerwono jest od płonących w tłumie rac i szaro od unoszącego się dymu. „Z pozdrowieniem dla @hannagw [Hanny Gronkiewicz Waltz – red.], która chciała rozwiązać #MarszNiepodległości od pierwszej odpalonej racy ?” – kpiła sobie organizacja.

Rzeczywiście ówczesna prezydent Warszawy przed marszem zapowiadała, że rozwiąże go, jeśli – tak jak w 2017 roku – jego uczestnicy będą odpalali race. Ale później marsz przerodził się w uroczystość państwową (patronat objął prezydent, a organizacją zajął się rząd) i Gronkiewicz Waltz nie mogła go rozwiązać.

Młodzież Wszechpolska wrzuciła na Twittera zdjęcie ludzi z płonącymi flarami, opatrzone podpisem: „Nasza oprawa na błoniach obok stadionu Narodowego”.

Oba wpisy udostępniał dalej Mateusz Marzoch, który jako szef Straż Marszu odpowiadał m.in. za to, by uczestnicy zgromadzenia nie używali materiałów pirotechnicznych i nie łamali prawa w żaden inny sposób.

On i Bosak podawali też dalej zdjęcie osób podpalających flagę UE, opublikowane przez Młodzież Wszechpolską.

Gdy po marszu policja ogłosiła, że ustanawia nagrodę za wskazanie sprawców spalenia flagi UE, Bosak pisał na swoim profilu na TT: „Przecież to nie jest żadne przestępstwo. Na jakiej podstawie chcecie marnować pieniądze podatnika? Po co ta polityczna gra?”.

A gdy ktoś komentował, że Bosaka należałoby przesłuchać w tej sprawie jako pierwszego, były poseł odpisał: „To nie ja, ale blisko, blisko… Będą z tej sprawy niezłe jaja, zobaczycie!”


OKO obserwuje służby. Uważnie.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Wicenaczelna i szefowa zespołu śledczego OKO.press. Dziennikarka „Polityki” (2000–13), krótko „GW”, a od wiosny 2016 roku - OKO.press. Dziennikarka Roku Grand Press 2016. Laureatka kilkunastu innych nagród dziennikarskich, m.in. Grand Press za dziennikarstwo specjalistyczne, Nagrody Radia Zet im. A. Woyciechowskiego, Nagrody im. Dariusza Fikusa, kilku nagród i wyróżnień SDP (przed jego przejęciem przez dziennikarzy "niepokornych"). Bałucki charakter.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press

Wiesz więcej? Skontaktuj się z zespołem śledczym OKO.press i przekaż nam swoje informacje [email protected]