0:00
Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...
18 września 2020

NEWS OKO.press: PiS chciał podpisać umowę tylko z Gowinem. Odkrywamy kulisy kryzysu w obozie władzy

PiS sondował możliwość podpisania dwustronnej umowy koalicyjnej z Porozumieniem.  Jarosław Gowin taką możliwość wykluczył. Na Nowogrodzkiej rośnie obawa przed Ziobrą: wśród znajomych premiera Morawieckiego krążą plotki, że prokuratura we Wrocławiu analizuje drobiazgowo interesy szefa rządu

Wydrukuj

Napięcia w koalicji rządzącej doprowadziły do bezprecedensowego kryzysu w szeregach obozu władzy. Dziś możliwy jest zarówno rozpad koalicji i przedterminowe wybory, które mogłyby się odbyć wiosną. Szykuje się weekend kuszenia polityków, którzy mogliby wzmocnić PiS. Chodzi zarówno o możliwe przejęcie trójki polityków z Koalicji Polskiej (związanych z Pawłem Kukizem), jak i odejście wicepremier Jadwigi Emilewicz do PiS-u i próba przeciągnięcia innych polityków Porozumienia.

Słyszymy, że po tym jak Emilewicz zagłosowała za ustawą o ochronie zwierząt wbrew stanowisku swojej partii, za to zgodnie z wolą PiS, kierownictwo Porozumienia uznaje, że wicepremier „praktycznie zapisała się do Prawa i Sprawiedliwości”.

Według informacji OKO.press, z dwóch źródeł w Zjednoczonej Prawicy, obecna wicepremier miała otrzymać propozycję objęcia w rządzie premiera Mateusza Morawieckiego teki ministra finansów.

Dostałaby tę funkcję jako zaufana szefa rządu - za lojalność. Ale i tak jest jasne, że wszystkie kluczowe decyzje będzie podejmował Morawiecki.

Posłowie nie posłuchali prezesa

Liderowi obozu władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu nie udało się w czwartek zastraszyć koalicjantów ze Zjednoczonej Prawicy. Tak jak zapowiadali, nie poparli ustawy o ochronie zwierząt. Posłowie Porozumienia w większości wstrzymali się od głosu, a Solidarna Polska zgodnie głosowała przeciwko.

Z rozmów z politykami koalicji wynika, że twarda postawa prezesa PiS to reakcja na serię wystąpień ludzi Ziobry, którzy odmawiali przyjęcia warunków podpisania umowy koalicyjnej. To właśnie w Solidarnej Polsce nasi rozmówcy upatrują praprzyczyny wczorajszego kryzysu w ekipie rządzącej i groźby przyspieszonych wyborów.

Jak ustaliło OKO.press, PiS sondował wśród czołowych polityków Porozumienia możliwość podpisania dwustronnej umowy koalicyjnej z Porozumieniem. Jarosław Gowin taką możliwość wykluczył.

„Gowin miał taką propozycję, ale stwierdził, że nie jest człowiekiem, który sprzeda się dla stołka” - mówi nam osoba z kierownictwa partii. Nie znaczy to jednak, że ludzie Gowina wspierają Zbigniewa Ziobrę. Oferta potwierdza jednak, że największym problemem dla Jarosława Kaczyńskiego jest postawa Solidarnej Polski. A kluczem do zrozumienia konfliktu jest sprzeciw Ziobry wobec tzw. ustawy o bezkarności.

„To jest wojna na śmierć i życie. Kaczyński z Morawieckim są przekonani, że Ziobro im grozi i wcale nie chodzi o prawa zwierząt. Ważniejsza jest tzw. ustawa o bezkarności, którą Solidarna Polska konsekwentnie krytykuje”

- mówi OKO.Press jeden z byłych polityków PiS, dziś w opozycji.

Jak to rozumieć? Zdaniem naszych rozmówców nie chodzi bynajmniej o konkretne zapisy ustawy. Szkopuł w tym, że takie stanowisko Solidarnej Polski to niebezpieczeństwo, że Ziobro w dogodnym dla siebie momencie może zacząć używać prokuratury w sprawach dotyczących kogoś z czołówki Prawa i Sprawiedliwości.

Wśród znajomych premiera Mateusza Morawieckiego pojawiają się plotki o tym, że śledczy z Wrocławia analizują drobiazgowo jego interesy.

Mówi się m.in o przeszłości Morawieckiego na stanowisku prezesa banku oraz o transakcji zakupu ziemi pod Wrocławiem, którą opisywała przed wyborami "Gazeta Wyborcza" (pisało o tym także OKO.press).

Ustawa o bezkarności oczywiście nie obejmowałaby tych spraw - bo miała dotyczyć tylko decyzji podejmowanych w czasie epidemii koronairusa. Ale odmowę poparcia ustawy przez Ziobrę odebrano jako groźny sygnał.

„Fakt, że PiS forsuje ustawę, ma być gwarancją, że Ziobro nie będzie mógł zaatakować poprzez prokuraturę premiera Morawieckiego, czy byłego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Ziobro wyraźnie tej gwarancji nie chce im dać” - zwracają uwagę nasi rozmówcy.

Dodają, że może to być argumentem przesądzającym o wyrzuceniu Solidarnej Polski z rządu.

Kulisy starcia na szczycie

O tym, że w Sejmie toczy się wewnętrzna wojna w łonie koalicji, słychać było już w czwartek przed południem. Najpierw odwołano kolejną turę rozmów liderów na temat rekonstrukcji rządu i nowej umowy koalicyjnej. Ogłosił to po spotkaniu klubu PiS Ryszard Terlecki, zapowiadając możliwość wcześniejszych wyborów, do których partia Kaczyńskiego miała iść bez koalicjantów.

Jak ustaliło OKO.press, już dwie godziny wcześniej doszło do spięcia między Terleckim a posłami Solidarnej Polski. Wicemarszałek miał zagrozić, że jeśli nie zastosują się do narzuconej w klubie parlamentarnym dyscypliny w głosowaniu, zostaną wyrzuceni z klubu.

Ziobryści nie pękli i odpowiedzieli, że jeśli tak się stanie, założą własny klub w Sejmie.

Po tym jak od wielu miesięcy własnego klubu w Sejmie domagali się niektórzy politycy Porozumienia, widmo rozpadu koalicji stało się realniejsze niż kiedykolwiek. Za pat w negocjacjach obwinia się Solidarną Polskę. Jednym z warunków, jakie miała ona postawić, było przejęcie kontroli nad Narodowym Instytutem Wolności, co dałoby im dostęp do ogromnych środków, którymi mogliby wspierać swoje środowisko i kupować nowych zwolenników.

Kategorycznie sprzeciwia się temu wicepremier Piotr Gliński, a Ziobro nie dał się nawet skusić propozycją otrzymania poza resortem sprawiedliwości stanowiska wicepremiera bez teki dla swojej partii. To wszystko miało skłonić prezesa do zwołania klubu bez udziału koalicjantów. „Nie może być tak, żeby ogon merdał psem”- miał 17 września mówić na posiedzeniu o godz. 16.30 prezes i wszyscy odebrali to jako słowa pod adresem Ziobry.

„Prezes mógł się obawiać nawet sytuacji, w której posłowie PiS ugną się pod postulatami protestujących rolników, naciskami ojca Rydzyka i lobbystów branży futerkowej, co mogło przynieść porażkę” - mówi nasze źródło w PiS.

Słyszymy również, że Jarosław Kaczyński dopuszczał nawet, że w ostatniej chwili posłowie Platformy Obywatelskiej zagłosują przeciwko ustawie, co razem głosami z Porozumienia i Solidarnej Polski mogło w teorii doprowadzić do odrzucenia projektu i spektakularnej, poniżającej porażki. Wprawdzie nasi rozmówcy przekonują, że prezes był pewny swego, ale jego legendarna podejrzliwość powodowała, że miał z tyłu głowy również najczarniejszy scenariusz.

Jaka kara dla buntowników?

Po czwartkowych wydarzeniach w Sejmie prezes staje przed trudnymi decyzjami. Tym bardziej, że bunt nie dotyczy tylko koalicjantów, ale także posłów z PiS, którzy nie zastosowali się do dyscypliny w głosowaniu nad ustawą o ochronie zwierząt.

„Każda partia rządzi się swoimi prawami. Jeżeli nie ma dyscypliny, to może być tak, że władze każdego klubu i partii wprowadzają dodatkowe działania. Myślę, że koledzy posłowie, którzy mieli problem z tym, jak zagłosować, już tego problemu nie mają” - mówił na kilka godzin przed głosowaniem wiceminister polityki regionalnej (zarazem poseł sprawozdawca projektu o prawach zwierząt) Grzegorz Puda w TVP Info. Okazało się, że nie miał racji.

Przeciwko ustawie głosowali między innymi posłowie Bartłomiej Wróblewski, Tomasz Rzymkowski i Anna Siarkowska. Zbuntował się też minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, jednak on i tak jest pogodzony z utratą funkcji. Zgodnie z zapowiedziami teraz grozi im nawet wyrzucenie w partii, a decyzje powinny być ogłoszone w ciągu najbliższych dni.

Nasi rozmówcy z Solidarnej Polski i Porozumienia na razie wątpią, że prezes Jarosław Kaczyński zdecyduje się na najdalej idące konsekwencje i zaryzykuje wybory. Nawet oni jednak nie wykluczają tego scenariusza.

„Jeśli prezes nie ulegnie emocjom, będzie grał na czas. Mimo wszystko pamięta, że przyśpieszone wybory w 2007 roku skończyły się utratą władzy. Dziś ma silniejszą pozycję, ale my też mamy atuty i nawet przy wygranej raczej wzmocnimy naszą pozycję niż damy się wyeliminować ze sceny” - relacjonuje nam jeden z bardziej umiarkowanych polityków Solidarnej Polski.

Na dziś wszystkie karty są w rękach Kaczyńskiego. Najbardziej prawdopodobnym z wariantów jest powołanie rządu mniejszościowego, do którego PiS może dopraszać polityków Porozumienia i wskazanie ewentualnego terminu wyborów. Od rana 18 września dominuje przekaz PiS-u o tym, że Ziobro będzie musiał odejść z rządu.

Ważnym a niedocenianym elementem układanki, która może doprowadzić do wyborów, będzie głosowanie nad ustawą budżetową.

Art. 98

  1. Sejm i Senat są wybierane na czteroletnie kadencje. Kadencje Sejmu i Senatu rozpoczynają się z dniem zebrania się Sejmu na pierwsze posiedzenie i trwają do dnia poprzedzającego dzień zebrania się Sejmu następnej kadencji.
  2. Wybory do Sejmu i Senatu zarządza Prezydent Rzeczypospolitej nie później niż na 90 dni przed upływem 4 lat od rozpoczęcia kadencji Sejmu i Senatu, wyznaczając wybory na dzień wolny od pracy, przypadający w ciągu 30 dni przed upływem 4 lat od rozpoczęcia kadencji Sejmu i Senatu.
  3. Sejm może skrócić swoją kadencję uchwałą podjętą większością co najmniej 2/3 głosów ustawowej liczby posłów. Skrócenie kadencji Sejmu oznacza jednoczesne skrócenie kadencji Senatu. Przepis ust. 5 stosuje się odpowiednio.
  4. Prezydent Rzeczypospolitej, po zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu i Marszałka Senatu, może w przypadkach określonych w Konstytucji zarządzić skrócenie kadencji Sejmu. Wraz ze skróceniem kadencji Sejmu skrócona zostaje również kadencja Senatu.
  1. Prezydent Rzeczypospolitej, zarządzając skrócenie kadencji Sejmu, zarządza jednocześnie wybory do Sejmu i Senatu i wyznacza ich datę na dzień przypadający nie później niż w ciągu 45 dni od dnia zarządzenia skrócenia kadencji Sejmu. Prezydent Rzeczypospolitej zwołuje pierwsze posiedzenie nowo wybranego Sejmu nie później niż na 15 dzień po dniu przeprowadzenia wyborów.
  2. W razie skrócenia kadencji Sejmu stosuje się odpowiednio przepis ust. 1.

Art. 255

„Jeżeli w ciągu 4 miesięcy od dnia przedłożenia Sejmowi projektu ustawy budżetowej nie zostanie ona przedstawiona Prezydentowi Rzeczypospolitej do podpisu, Prezydent Rzeczypospolitej może w ciągu 14 dni zarządzić skrócenie kadencji Sejmu”.

Jak słyszymy od naszych źródeł z Kancelarii Premiera stan finansów państwa jest ciężki, a budżet może być zaprojektowany z naruszeniem progów bezpieczeństwa zapisanych w Konstytucji. Przy debacie nad ustawą budżetową może paść propozycja zmiany ustawy zasadniczej. Odmowa opozycji będzie wygodnym pretekstem do ogłoszenia wyborów na wiosnę i atutem w kampanii wyborczej.

Udostępnij:

Radosław Gruca

Pisał m.in. dla "Gazety Wyborczej", "Dziennika" i "Faktu"; współpracuje z kanałem Reset Obywatelski. Autor książki "Hipokryzja. Pedofilia wśród księży i układ, który ją kryje". Od sierpnia 2020 w OKO.press.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne