Prawa autorskie: Jacek Marczewski / Agencja GazetaJacek Marczewski / A...
01 października 2020

"Nie chcemy oddawać pola homofobom" - mówi aktywistka, która namalowała imiona na gmachu MEN

OKO.press rozmawia z jedną z trzech autorek akcji malowania imion ofiar homofobii na gmachu resortu edukacji. Wszystkie chcą pozostać anonimowe, by ich nazwiska nie przykryły imion tych, których zabiła homofobia

Zuzia, 12-latka z Kozienic, to kolejna ofiara szkolnej homofobii. W sieci wciąż można znaleźć komentarze, z którymi spotkała się, gdy na facebooku ujawniła, że jest w związku z koleżanką. "Je**ne lesbijskie ku*wy", "fuj", "jak na was patrzę, chce mi się wymiotować", "dwie dzi**ki". Z relacji rówieśników przekazanych "Gazecie Wyborczej" wynika, że szykan miała doświadczać także na szkolnych korytarzach. Od dwóch dni pod zdjęciem profilowym dziewczyny internauci, głównie młodzież, stawiają internetowe znicze — [*].

Jej imię znalazło się też na murach gmachu MEN, przy ul. Szucha w Warszawie. Jej i piątki innych dzieci, które gnębione za odmienność, popełniły samobójstwo — Michał, Milo, Dominik, Kacper, Wiktor.

Obok widniał napis: "Twoje dziecko LGBT+".

OKO.press rozmawia z jedną z trzech autorek akcji. Wszystkie chcą pozostać anonimowe, bo minister edukacji Dariusz Piontkowski, zapowiedział, że sprawców będzie szukać policja. "Idioci. (...) Mam nadzieję, że sąd ich ukarze, by kolejni barbarzyńcy nie niszczyli polskich budynków" — mówił Piontkowski. Nie chcą też, by ich nazwiska przykryły imiona tych, których zabiła homofobia. W tekście będziemy nazywać je tak jak sobie życzą, czyli "Osobami".

Anton Ambroziak, OKO.press: Jak wyglądało planowanie akcji?

Osoba: Siedziałyśmy na kawie, gdy przeczytałam na Facebooku informację o samobójstwie Zuzy. Szybko powiedziałam o tym koleżance. Całą mnie nosiło. Byłam tak wk**wiona, że miałam ochotę od razu coś zrobić. Postanowiłyśmy to jednak przemyśleć.

Miejsce było oczywiste — gmach MEN. Trudniej było z napisami. Pierwsze, co przyszło nam do głowy to "Mordercy", "Macie krew na rękach". Stwierdziłyśmy, że to zbyt ogólne, mało osobiste. Ostatecznie wpadłyśmy na pomysł z imionami.

Wieczorem zabrałyśmy jeszcze jedną osobę i z puszkami spreju poszłyśmy pod budynek MEN. Były kamery, ale my byłyśmy zamaskowane. Spodziewałyśmy się, że możemy mieć problemy, jednak wkurw był większy niż obawa przed karą, która może nas spotkać. Takie akcje trzeba brać na klatę.

Obok imion namalowałyście napis "Twoje dziecko LGBT+". Co to znaczy?

Do imion, które znamy można dołączyć kolejne. Te, których nie znamy, a które również zabiła homofobia. A także wszystkie przyszłe, które jeśli coś się nie zmieni, mogą tu zginąć. W ten sposób każdy może wziąć nasz przekaz do siebie.

Chciałyśmy, żeby w głowie pojawiła się myśl: "To mogło być moje dziecko".

Był to krzyk rozpaczy?

Pomieszany z absolutną złością. Znów kolejne dziecko LGBT zabija się, bo było dręczone, a nikt o tym nie mówi. Jasne, ktoś przyjdzie i postawi znicz, to też jest ważne. Nasza akcja również była symboliczna, tyle że napisanie tych imion miało uruchomić debatę w całym kraju. Nie spodziewałyśmy się, że - w tym momencie już były - minister poświęci nam całą konferencję prasową.

Minister Piontkowski nazwał was barbarzyńcami, idiotami, bo niszczycie budynki. Dotknęło was to?

Absolutnie nie. Nie spodziewałyśmy się niczego innego. Już nie raz przekonałyśmy się, że w tym kraju budynki i pomniki są ważniejsze od żywych ludzi. No, może ważne są też płody i zarodki, które chroni się z całą mocą.

Ale żywi ludzie, a szczególnie ci, którzy nie wpisują się w profil władzy, czyli białego, heteronormatywnego, katolickiego mężczyzny - bo kobiety to też obywatelki drugiej kategorii - nie mają tu czego szukać.

Dlatego minister zrobił z nas wandalki, które bez powodu niszczą budynki.

Ale z drugiej strony nie spodziewałyśmy się, że akcja odbije się aż takim echem. I tu trzeba przyznać, że minister, organizując tę gniewną konferencję, odwalił za nas większość roboty. Dzięki niemu cała Polska poznała ofiary homofobii, dzieci. Widziałam, że na Twitterze i Facebooku ludzie podawali sobie posty z imionami: Zuza, Michał, Milo, Kacper, Dominik, Wiktor. Efekt przerósł nasze oczekiwania.

A czy trzeba niszczyć mienie? Pytam o to, nie po to żeby powielać argument ministra Piontkowskiego, ale dać głos tym wszystkim, dla których podobne akcje to, mówiąc kolokwialnie, przesada.

Na szczęście podobnych głosów jest coraz mniej. W tej konkretniej sytuacji naprawdę ich nie widziałam. Pewnie dlatego, że chodziło o dzieci, które się zabiły. Ale generalnie uważam, że czego byśmy nie zrobiły, to i tak spłynie na nas krytyka, że jesteśmy zbyt radykalne. Nie ma co się tym przejmować, trzeba działać dalej.

Tylko terapia szokowa cokolwiek zmieni?

Nasza akcja otwiera oczy, a to bardzo ważne. Ale równie ważna jest praca, którą codziennie wykonują organizacje społeczne, zapewniając osobom LGBT wsparcie psychologiczne i prawne. Myślę jednak, że wszystkie niepopularne, ale głośne akcje tego roku, podnoszą naszą widzialność. A wraz z widzialnością rośnie świadomość społeczna. Ludzie widzą, że nie jesteśmy sektą czy subkulturą, tylko ludźmi, którzy są ich sąsiadami, współpracownikami, koleżankami ze szkoły.

Jesteśmy zwykłymi ludźmi, którzy różnią się tylko tym, że dyskryminuje nas polskie prawo.

Nie chcemy też oddawać pola homofobom. Idzie nam to bardzo dobrze. Nie pamiętam, żeby osoby LGBT miały kiedykolwiek tak dużo przestrzeni w debacie publicznej, jak w ostatnich miesiącach.

Akcja, taka jak wasza, z pewnością wyryje się w świadomości publicznej, ale co musi się stać, żeby poprawić los nastolatków LGBT?

Bez zmian systemowych będzie trudno, ale tych nie będzie dopóki ludzie nie zrozumieją, że temat praw osób LGBT to sprawa fundamentalna. Wtedy zaczną też wybierać lepszą reprezentację polityczną. Póki co, zostaje nam samoorganizacja, która też potrafi zdziałać cuda. Póki jesteśmy ze sobą, damy radę.

Teraz będzie was ścigać policja i pewnie prokuratura. Boicie się?

Nie.

A jak policja zapuka do drzwi?

Pewnie będzie stres, bo to nowa sytuacja. Ale takie akcje robi się ze świadomością poważnych konsekwencji. Telefony do prawników mamy pod ręką. Lepiej, żeby wszystko wydarzyło się w fleszu kamer. Pewnie tak czułabym się bezpieczniej, chociaż z drugiej strony nie chcę, żeby ta akcja była o nas.

To znaczy?

Oczywiście robimy ją anonimowo, żeby nie ułatwiać pracy służbom. Ale chodzi też o to, żeby nasze nazwiska nie przykryły imion tych dzieciaków. Nie wiem czy kiedykolwiek się ujawnimy. Zobaczymy, co będzie dalej.

Czyli niczego więcej się o was nie dowiemy?

Trzy pedalskie osoby skrzyknęły się jednego dnia, by zrobić coś słusznego. Ot, cała historia.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne