0:00
12 grudnia 2022

Nie może dojechać do domu, bo Nadleśnictwo postawiło szlaban. Kara za obronę Puszczy Karpackiej?

Pan Andrzej od roku nie może legalnie dojeżdżać do domu. Nadleśnictwo postawiło na jego jedynej drodze dojazdowej szlaban. "Leśniczy powiedział, że szlaban postawiono, bo sprzeciwiam się temu, co robią Lasy Państwowe. A skoro to problem, to mam »latać do domu helikopterem«”.

Wydrukuj

"Wielokrotnie spotykałem się z taką sytuacją: publicznie mieszkańcy Pogórza Przemyskiego mówili, że są przeciwni Turnickiemu Parkowi Narodowemu, a potem podchodzili do nas i przyznawali, że tę ideę popierają" - mówi Antoni Kostka z Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze. "Trudno się dziwić - skoro widzą, co się dzieje, jeśli ktoś publicznie przyznaje, że jest za parkiem czy działaniem aktywistów" - dodaje.

Otwarcie pomysł stworzenia Turnickiego Parku Narodowego oraz działania Inicjatywy Dzikie Karpaty popiera Andrzej Zbrożek, mieszkaniec wsi Huta Brzuska, biolog i nauczyciel w szkole w Birczy. Jak mówi, prawdopodobnie przez swoje poglądy stracił jedyną drogę do domu - Nadleśnictwo Krasiczyn postawiło na niej szlaban. Za każdym razem, kiedy fotopułapka złapała pana Andrzeja korzystającego z drogi leśnej, sprawa trafiała na policję. Mieszkaniec dostał za to mandaty i wyrok nakazowy. "Muszę wynajmować prawników, chodzić na przesłuchania. To bardzo męczące" - mówi w rozmowie z OKO.press.

Nadleśnictwo zaprzecza. "Poglądy pana Andrzeja nie mają żadnego wpływu na decyzje Nadleśnictwa. Proszę nie wierzyć, że skoro jest zwolennikiem utworzenia Turnickiego Parku Narodowego, to ktoś go prześladuje. Nic takiego nie ma miejsca" - zaznacza nadleśniczy Przemysław Włodek.

Andrzej Zbrożek widzi to inaczej. "Przez dziesiątki lat korzystanie z tej drogi leśnej nie było problemem. Dlaczego akurat teraz postanowiono, że ten szlaban jest potrzebny? " - zastanawia się. "Poza tym leśniczy zarządzający tym terenem wyraził to bez ogródek. Powiedział, że szlaban postawiono, bo sprzeciwiam się temu, co robią Lasy Państwowe. A skoro to problem, to mam »latać do domu helikopterem«" - dodaje.

Wyjątkowy kawałek Polski

Miejsce, w którym mieszka Andrzej Zbrożek, jest wyjątkowe. Środek gęstego lasu, z wieloma drzewami o wymiarach pomnikowych. Pogórze Przemyskie, o którego ochronę od lat walczą aktywiści ekologiczni - m.in. z Inicjatywy Dzikie Karparty (IDK) i Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze. Niedaleko od domu pana Andrzeja zaczyna się teren projektowanego Turnickiego Parku Narodowego. Serce Puszczy Karpackiej, które zadaniem przyrodników powinno dostać najwyższy stopień ochrony. Swoje siedliska mają tutaj ptaki, w tym te objęte ścisłą ochroną gatunkową – m.in. puszczyk uralski, orlik krzykliwy czy bocian czarny. Na terenie projektowanego parku żyją wilki, rysie, żbiki i niedźwiedzie brunatne. Można tutaj też znaleźć kilkadziesiąt chronionych (ściśle lub częściowo) gatunków roślin i grzybów oraz 10 gatunków płazów i pięć gadów.

Mimo że planu objęcia tych terenów ochroną sięgają lat 90., Lasy Państwowe prowadzą tam wycinkę.

"Teren Turnickiego PN jest i tak monitorowany przez przyrodników. Wycinki nie przechodzą tam bez echa. Las, w którym mieszkam, do tego terenu przylega i ma taką wartość, że mógłby być nim objęty. Rosną tu piękne pomnikowe drzewa, można znaleźć rzadkie gatunki, a jest kompletnie niszczony" -

opowiada Andrzej Zbrożek w rozmowie z OKO.press.

Utrudnianie życia

O Andrzeju i jego żonie Marcie Inicjatywa Dzikie Karpaty pisze: "nie są radykalnymi aktywistami, przeszkadzającymi w polowaniach, nie blokują też własnym ciałem starodrzewia przed wycinką. Dlaczego Nadleśnictwo Krasiczyn utrudnia im życie?".

Zaczęło się pod koniec grudnia 2021. Na jedynej drodze, prowadzącej do domu Andrzeja Zbrożka i dwóch innych nieruchomości, pojawił się zakaz wjazdu. Mieszkańcy się nim nie przejęli – w końcu nikt nigdy nie zakazywał im dojeżdżania tamtędy do domów. Straż leśna również nie zwracała uwagi, kiedy ktoś przejeżdżał drogą. Alternatywy zresztą nie ma – na mapach jest co prawda droga gminna, ale w praktyce to teren porośnięty drzewami i krzewami.

Tuż przed końcem roku zabetonowano potężny, stalowy szlaban. Cała droga leśna ma ok.3,5 km. Szlaban stoi 200 metrów przed skrętem do nieruchomości.

szlaban, który utrudnia dojazd do domu pana Andrzeja
fot. archiwum prywatne Andrzeja Zbrożka

Będzie droga gminna?

"Pierwsze pismo w tej sprawie wysłałem wczesną wiosną. Zwróciłem się do Nadleśnictwa, sugerując usunięcie szlabanu albo przesunięcie go za ostatni dom - bo w tym miejscu, poza nami, mieszkają również sąsiedzi, w tym osoba z niepełnosprawnością. W tym momencie utrudniony jest dojazd służb. Żona zadzwoniła kiedyś po karetkę, mieliśmy szczęście, że szlaban był otwarty - gdyby był zamknięty, pogotowie musiałoby czekać na straż pożarną" - opowiada mieszkaniec Huty Brzuskiej. "Nadleśnictwo na to pismo nie odpowiedziało, ale zgłosiło się do gminy, że skoro w warunkach zabudowy - bo poza starym domem, mam tutaj również dom w budowie - jest droga gminna, to trzeba ją udostępnić. A oni mają prawo postawić szlaban i będą wyciągać konsekwencje za otwieranie go i korzystanie z drogi leśnej. Gmina na ten pomysł przystała" - dodaje.

Pan Andrzej próbował interweniować w gminie - bezskutecznie. "Tworzenie gminnej drogi nie ma uzasadnienia. Biegnie równolegle do drogi leśnej, a jej budowa będzie się wiązała z wycięciem drzew. To może nie są stare drzewa, ale to fajny kawałek przyrody, który trzeba będzie zniszczyć. Dodatkowo gmina będzie musiała wyłożyć około pół miliona złotych. Zupełnie niepotrzebnie, bo i tak nie rozwiąże to kwestii dojazdu. Droga gminna łączy się z tą leśną, tylko, że kawałek dalej. Nie ma żadnej pewności, że Lasy Państwowe nie przesuną szlabanu, żeby zamknąć i tę drogę" - mówi.

Na miejscu już był geodeta, który wyznaczył przebieg nowej drogi.

Do tej pory zamontowana przy szlabanie fotopułapka zarejestrowała co najmniej kilkanaście przejazdów Andrzeja Zbrożka przez drogę leśną prowadzącą do jego domu. Za pięć z nich już ma wyrok nakazowy. W sprawie kolejnych czekają go postępowania.

Nadleśnictwo odpowiada

"Po rozmowach z wójtem gminy Bircza zdecydowaliśmy, że udostępnimy przejazd drogą leśną do momentu, aż gmina nie rozwiąże problemu z dojazdem" - mówi w rozmowie z OKO.press nadleśniczy Przemysław Włodek. "Szlaban zostanie, ale pan Andrzej i osoby mieszkające w jego domu będą mogły go otwierać. Kiedy postawiliśmy szlaban w ubiegłym roku, jeden z mieszkańców zgłosił się do nas, mówiąc, że nie ma innego dojazdu do domu. Dostał zgodę na korzystanie z drogi leśnej. Inny również zgłosił, że nie ma innego dojazdu, ale to okazało się nieprawdą. Odrzuciliśmy jego wniosek. Pan Andrzej w 2014 roku występował o pozwolenie na budowę. Nie dostałby go, gdyby nie miał do niej dojazdu drogą gminną. Ta droga jest, tylko musi zostać udrożniona. Stąd decyzja, że do momentu rozwiązania kwestii przejazdu drogą gminną, ta leśna będzie dostępna" - dodaje.

Jak podkreśla, fotopułapka, która rejestrowała przejazdy pana Andrzeja, nie służyła do tego, żeby sprawdzać, czy korzysta z drogi leśnej. "Chodziło o to, że po przejazdach szlaban nie był zamykany. Mieliśmy lata temu taką sytuację, że do lasu wjechał nasz patrol, zamykając za sobą szlaban. Ktoś przejechał albo przeszedł za patrolem i zostawił otwarty szlaban. Kiedy leśnicy wracali, a był już wieczór, nie zauważyli otwartego szlabanu. Jeden z nich się na niego nadział. Wylądował w szpitalu z połamanym żebrem i przebitym płucem. Nie chcemy pozwolić, żeby doszło do kolejnej podobnej sytuacji"- podkreśla nadleśniczy.

"Każdy ma siedzieć cicho"

„Pismo, z którego wynika, że mogę korzystać z drogi, rzeczywiście przyszło. Niestety wynika z niego, że mogę jeździć nią tylko ja. Nie ma tam informacji, że może nią jeździć też moja żona. Nasi goście również nie mogą z tej drogi korzystać. Według nadleśniczego szlaban musi być zamykany, więc problem dojazdu służb pozostaje. Mam przekonanie, że to stanowisko nadleśnictwa powstało pod presją mediów i ma sprawić wrażenie jakiegoś rozwiązana. To próba działań wizerunkowych. Dziennikarze dzwonią, więc nadleśniczy musi mieć jakąś odpowiedź na pytania o szlaban. No bo co ma powiedzieć? Że dalej nie zamierzają pozwalać ludziom dojeżdżać do domu? Sprawa zrobiła się ogólnopolska, więc wiadomo, że nawet tak nie dbająca o PR instytucja jak LP musi wyjść z tej sytuacji z twarzą. Nadleśnictwo nie odpuszcza, problem pozostaje, wciąż jesteśmy odcięci od drogi krajowej, a plany wycinki pod rzekomo już istniejącą drogę gminną są nadal aktualne” - komentuje Andrzej Zbrożek.

"Sygnał jest jasny - każdy, włącznie z samorządem, ma siedzieć cicho, każdy ma się bać Lasów Państwowych. To wszystko dzieje się poza jakimkolwiek nadzorem obywateli. Tak w mikroskali wygląda to mroczne państwo w państwie"

- napisali na Facebooku aktywiści zaangażowani w ochronę Turnickiego PN.

Pan Andrzej nie kryje się ze swoimi poglądami i - jak mówi - teraz płaci za nie cenę.

Turnicki Park i orły

"Tutaj jest specyficzne środowisko, duże wpływy mają leśnicy i myśliwi. Nie chodzę na protesty i blokady. Co robię? Organizuję wycieczki przyrodnicze, pomagałem w stworzeniu mapy Turnickiego Parku Narodowego i w zorganizowaniu spotkania Inicjatywy Dzikie Karpaty z Nadleśnictwem. Inicjatywa protestowała przeciwko wycinkom, więc zorganizowałem wizję terenową. Miałem dobre zdanie o tutejszym nadleśniczym, wydawało mi się, że pomimo różnicy zdań będziemy mogli porozmawiać. Samo spotkanie przebiegło w dobrej atmosferze. A po wizycie aktywiści IDK dostali wyroki nakazowe za przebywanie w lesie pomimo zakazu związanego z wycinką. Finalnie Nadleśnictwo przegrało sprawę, bo okazało się, że nadleśniczy nie wydał rozporządzenia o zakazie, a więc nie było podstawy do ukarania. Ale wtedy zaczęła się cała sprawa ze szlabanem"- opowiada.

Dodaje, że współpracuje również z Komitetem Ochrony Orłów. Tymczasem Aktywiści Inicjatywy Dzikie Karpaty odkryli, że Nadleśnictwo prowadzi wycinki w strefie ochronnej orła przedniego, skrajnie rzadkiego gatunku.

„Uważają, że wszystko było zgodne z prawem. Ja się nie zgadzam, podobne zdanie mają inni ornitolodzy. Cięcia były prowadzone nawet w kwietniu, kiedy jest to zabronione. Orzeł przedni to nie bocian biały czy dymówka, które są przyzwyczajone do obecności człowieka. To skryty, płochliwy ptak, gniazdujący w odludnych ostępach. Nie można bez negatywnego wpływu na jego lęg wyć pilarkami spalinowymi i jeździć ciężkim sprzętem w pobliżu gniazda. Toczy się w tej sprawie postępowanie w Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie przeciwko Nadleśnictwu Krasiczyn o wyrządzenie poważnej szkody w środowisku. Nie ma jeszcze rozstrzygnięcia, ale są bardzo silne dowody” – mówi Andrzej Zbrożek.

A co z orłem przednim?

„Wyprowadził się” – mówi biolog.

Wycofać się? Nigdy!

"W tej historii widać jak w soczewce bolączki na styku Lasy Państwowe - samorządy. Gmina Bircza jest słaba, nie ma koncepcji rozwoju, turystyki, przemysłu. Wszystko kręci się wokół nadleśnictwa, którego rola jest silniejsza niż gdziekolwiek indziej. I dlatego blokowane są pomysły objęcia tych terenów ochroną - LP są zainteresowane jedynie utrzymaniem statusu quo" - komentuje Antoni Kostka z Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze, która od lat jest zaangażowana w obronę Pogórza Przemyskiego przed wycinkami.

"Walka o utworzenie Turnickiego PN trwa, ale tu nie mamy żadnego polityka, któremu by zależało na ochronie tych terenów. Mamy wielkie klany leśniczych, którzy będą tę ochronę konsekwentnie blokować. Uważam, że to jest moment na rozmowę o zmianach w całym systemie gospodarki leśnej. Takie przeświadczenie - że czas na zmiany - narasta również wśród bardziej światłych leśników. Ale musiałby przyjechać na Pogórze Przemyskie jakiś leśnik z innej części Polski i zrobić rewolucję. Dopóki tak się nie stanie, ci, którzy będą przeciwko Lasom Państwowym, będą mieli pod górkę. Będzie się im odmawiało wydania drewna na opał albo stawiało szlabany pod domem" - dodaje.

Andrzej Zbrożek na pytanie, czy działania Nadleśnictwa zniechęcają go do działania, odpowiada:

„Dla mnie największą wartością jest przyroda. Kiedy z cennego lasu robi się sieczkę, to nie da się tego zaakceptować. Do tej pory starałem się nie zaogniać sytuacji. Teraz przekonałem się, że represje mogą spotkać człowieka tylko za to, że ma inne zdanie. Tym bardziej nie zamierzam udawać, że nic złego się nie dzieje, kiedy Lasy Państwowe niszczą bezlitośnie Puszczę Karpacką”.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne