Od września 2018 nauczanie indywidualne będzie odbywać się tylko w domach. Decyzję o zindywidualizowanej ścieżce nauczania MEN zostawia w rękach dyrektorów. Jeśli rodzic zawalczy o swoje dziecko, może uda się, by kontynuowało naukę w szkole. Jeśli nie - straci szansę na kontakt z rówieśnikami, terapię i usamodzielnienie. Rozmowa OKO.press

Tomek ma 19 lat. Przed nim ostatni rok nauki w liceum. Gdy miał kilka miesięcy stwierdzono u niego wiotkość mięśni. Mimo to odbył 11 lat nauki w szkole. Większość czasu razem z kolegami i koleżankami – w klasie. Potem uczył się w gimnazjum integracyjnym.

Dopiero w liceum – po chorobie – zaczął nauczanie indywidualne, ale nadal w szkole, choć nie wszystkie zajęcia ze swoją klasą. „To pozwoliło mu nadrobić straty i łatwiej opanować materiał. Ma większą uwagę nauczyciela prowadzącego, ale wciąż ma kontakt z rówieśnikami. To zbawienne” – mówi OKO.press, Monika Mamulska, mama Tomka.

Rozmawiamy w trakcie ich wspólnych wakacji nad morzem. Tomek opowiada o ulubionych przedmiotach: „Wuef, matematyka, etyka i kiedyś WOS”. Pytam, czy jest rozpolitykowany. „Rozpolitykowany to może nie, ale interesuje się tym, co dzieje się na bieżąco” – mówi mama Monika.

Te wakacje są jednak pełne nerwów.

Rozporządzenie

Zgodnie z rozporządzeniem MEN z 28 sierpnia 2017 roku możliwość prowadzenia nauczania indywidualnego w szkole – którym objęci są nie tylko uczniowie z niepełnosprawnościami, ale też ci przechodzący rekonwalescencję czy przewlekle chorzy – zostanie ograniczone.

Do tej pory (zgodnie z treścią rozporządzenia z 2014 roku) dzieci z orzeczeniami o potrzebie nauczania indywidualnego, wydawanymi przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne, mogły brać udział w zajęciach szkolnych, o ile w orzeczeniu było to wyraźnie wskazane.

Zmiany wprowadzone w ubiegłym roku miały roczne vacatio legis. W roku szkolnym 2017/2018 – zgodnie z paragrafem 13 rozporządzenia – z nauczania indywidualnego na terenie szkoły mogły korzystać tylko dzieci, których orzeczenia zostały wydane przed 1 września 2017 roku. Obowiązywały te same, co do tej pory warunki:

  • uczeń musi posiadać orzeczenie, w którym wskazuje się na możliwości realizowania nauczania indywidualnego w danej jednostce edukacyjnej;
  • szkoła musi dysponować odpowiednim pomieszczeniem, w którym mogą odbywać się zajęcia dla tego ucznia.

Jednak tylko: „do końca okresu, na jaki zostało wydane to orzeczenie, nie dłużej niż do końca roku szkolnego 2017/2018”. A ten okres właśnie mija.

MEN twierdzi, że chciał uporządkować przepisy, aby dyrektorzy nie nadużywali furtki z nauczaniem indywidualnym. Orzeczenia do tej pory były masowo wypisywane dzieciom, z którymi nauczyciele po prostu sobie nie radzili. Najczęściej były to dzieciaki ze zdiagnozowanym Zespołem Aspergera lub ADHD. Według szacunków MEN w roku szkolnym 2017/2018 takich orzeczeń wydano ponad 20 tys.

Jednak, jak twierdzą rodzice, MEN zapomniał o ogromnej grupie osób z niepełnosprawnościami, którym nauczanie indywidualne w szkołach dawało szansę na socjalizację, naukę i równy start.

Monika Mamulska: „Żeby uczestniczyć w edukacji integracyjnej każdy uczeń musi mieć ustawowe orzeczenie o niepełnosprawności – to jest właśnie orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. Jest podsumowaniem stanu zdrowia, odzwierciedleniem indywidualnych zaleceń. Wydawane są one do końca każdego etapu edukacyjnego. Tomek ma też oświadczenie o potrzebie nauczania indywidualnego. Teraz już nie są one wydawane.

Mieliśmy szczęście, bo o zmianach dowiedzieliśmy się jeszcze przed tym rokiem szkolnym i mieliśmy czas, by załatwić dodatkowe orzeczenia. To był przypadek.

Nowe przepisy wprowadzono w ubiegłym roku pod osłoną wakacji, mimo że MEN zapewniał protestujących rodziców, że do tego nie dojdzie. Część dzieciaków o zmianach dowiedziała się pierwszego września. To haniebne. Ministerstwo dało narzędzie szkołom, by pozbyć się niechcianych dzieci. Zamiast integracji dostają wykluczenie.

Przepisy są tak zagmatwane, że wszyscy uczestnicy konfliktu uważają je za burdel. Jasny jest tylko jeden artykuł, który mówi o tym, że nauczanie indywidualne można realizować tylko w domu.

Jest w tych przepisach wprawdzie tzw. zindywidualizowana ścieżka. Ale o nią każdy musi się bić sam. Jeśli nie masz możliwości walki, a organ prowadzący i szkoła nie są ci przychylne, to nie masz miejsca w polskiej szkole.

Jaka jest skala zjawiska?

W Łodzi, w której mieszkamy, liczba osób uczących się w indywidualnym trybie w szkołach tylko w ciągu jednego roku spadła z 337 do 194″.

Dzieci w luce

Mimo że od roku szkolnego 2018/2019 całe nauczanie indywidualne zostanie przeniesione ze szkół do domów, dyrektorzy placówek powinni umożliwić uczniom objętym nauczaniem indywidualnym (paragraf 10 ww. rozporządzenia):

  • kontakt z grupą rówieśniczą;
  • udział w zajęciach rozwijających zainteresowania i uzdolnienia;
  • udział w uroczystościach szkolnych;
  • udział w wybranych zajęciach wychowania przedszkolnego lub zajęciach edukacyjnych.

Oznacza to, że dzieci będą mogły chodzić na zajęcia do szkół, ale tylko na niektóre. Ustalać to będzie dyrektor. Pomysł jest trudny w realizacji. „Stowarzyszenie nie-grzeczne dzieci” wskazywało na trudności praktyczne związane z nowym trybem „edukacji włączającej”:

  • jak zagospodarować czas dzieci, które pomiędzy zajęciami będą mieć wielogodzinne luki – czy będą czekać w przepełnionych i niedostosowanych świetlicach, czy może będą kursować pomiędzy domem i szkołą;
  • kto będzie odpowiedzialny za dowóz dzieci;
  • jak realizować nauczanie indywidualne w domu ucznia, w którym nie ma do tego warunków;
  • na jakiej zasadzie dyrektor będzie ustalał zakres „włączania” dzieci objętych nauczaniem indywidualnym w życie szkoły;
  • czy do zajęć integracyjnych będą zatrudnieni dodatkowi pedagodzy ze specjalistycznym przygotowaniem.

Ponadto, jak mówi nam Monika, na tę nową formę nauczania MEN nie wygospodarował dodatkowych pieniędzy.


Petycja przygotowana przez Monikę Mamulską o doprecyzowanie rozporządzeń MEN dotyczących kształcenia indywidualnego dostępna tu. Podpisało się pod nią już ponad 22 tysiące osób. 


Walka o Tomka

Monika: „Mamy obiecane, że Tomek będzie miał wszystkie zajęcia w szkole. Sam mówi, że szkoły są po to, żeby dzieci do nich chodziły. Wszystkie dzieci. Ja dodam do tego, że szkoły są po to, żeby wyrównywać szanse. Nie tylko zdrowotne, ale też środowiskowe.

Osobiście powiedziałam pani z Kuratorium, że nie biorę pod uwagę innego rozwiązania. Ale nie mam nic na papierze poza pismem organu prowadzącego szkołę, który potwierdza, że nauczanie indywidualne będzie odbywać się… w domu.

Mimo, że mamy ważne orzeczenia, nowe przepisy zmusiły nas do ponownej diagnozy. To kosztuje – nie tylko pieniądze, ale i czas. Zdobycie nowych papierów zajęło nam aż trzy miesiące. Bez nowych orzeczeń organy prowadzące zwyczajnie nie skierują pieniędzy na ucznia do szkoły.

Nie wystarczy więc dobra wola dyrektorów i samorządów, bo poradnie psychologiczno-pedagogiczne zajmujące się wydawaniem orzeczeń pracują swoim trybem. A to trwa i jest uzależnione od dostępności m.in. lekarzy – to ogromny problem szczególnie w małych miejscowościach.

MEN opowiada, że wyda instrukcje i zobowiąże dyrektorów do wyjaśniania sytuacji na korzyść uczniów. Szykuje plakaty i ulotki. Ale to nic nie zmieni, szkoły i tak będą wydawać uznaniowe decyzje.

My mamy szczęście, bo przed Tomkiem ostatnia klasa. A gdyby miał sześć lat? Gdybyśmy co roku musieli walczyć o miejsce w szkole? Załatwiać orzeczenia? Martwić się? Spędzać wakacje na negocjacjach ze szkołami? To przecież koszmar.

Dlatego stworzyłam petycję w tej sprawie.

Przepadną nie tylko najsłabsze dzieci, ale i całe rodziny. Bez siły przebicia, bez wiedzy jak walczyć z opresyjnym systemem, bez możliwości zorganizowania alternatywnej opieki.

Gdy dziecko dostanie przymus nauki w domu, konsekwencje dotkną też przynajmniej jednego z rodziców, który będzie zmuszony zająć się organizowaniem nauki zamiast pracować. Takie są przepisy. Lekcji w domu nikt nie lubi:

  • Nauczyciele, bo szkoła nie płaci im za dojazd i nie mają warunków i pomocy naukowych.
  • Rodzice – bo muszą być w domu.
  • Dzieci – bo są zamknięte w czterech ścianach i nie mają kontaktu z rówieśnikami.

W niektórych domach zwyczajnie nie ma też miejsca i warunków, by przeprowadzić lekcje. A co z terapią? W szkole Tomek ma dwa razy w tygodniu rewalidację (rehabilitacja intelektualna, fizyczna i wychowawcza). Chodzi na spotkania z panią psycholog, na zajęcia sportowe. Wcześniej tańczył i śpiewał w zespole szkolnym. Nie ma lepszej terapii niż integracja. A integracja to nie jest jednorazowy happening. To bardzo złożony proces. Wycieczki, wyjazdy, zielone szkoły, zajęcia rekreacyjne.

W gimnazjum braliśmy udział w wielu rajdach rowerowych. Były tam trzy stopnie trudności. A dla tych, którzy nie mogli jechać rowerem były przygotowane bryczki. Można? Można. Tylko trzeba każdego brać pod uwagę.

Te wszystkie dzieci, które dziś są wykluczane nie podejmą próby nauczenia się samodzielności. Zabiera się im szansę na starcie.

Dla dzieci zdrowych to też strata. Nie będą uczyć się empatii i wartości, które płyną z różnorodności.

Zamiast tworzyć na poziomie lokalnym indywidualne wsparcie, MEN finansuje administrację. Tworzy kolejne poradnie orzecznicze, które diagnozują. Ale od samych diagnoz i kolejnych orzeczeń stan zdrowia dziecka i jego szanse się nie poprawiają.

Pieniądze mogłyby iść na szkolenia nauczycieli wspierających, których brakuje, dodatkowe godziny indywidualnych lekcji i zajęć, mniejsze klasy, terapię w szkole, wizyty u specjalisty, oraz projekty integrujące w celu tworzenia lokalnych grup wsparcia na starcie w dorosłe życie”.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Redaktor "Codziennika Feministycznego". Wcześniej członek zarządu Fundacji "Trans-fuzja". W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym