0:00
29 czerwca 2021

Niemy krzyk mniejszych miast. "Jedyny bunt, jaki jest możliwy, to wyjazd" [ROZMOWA]

"Tym ludziom nie tylko nie dano alternatywy, ale też przez kilkanaście lat metodycznie piętnowano ich w felietonach publicystów. To też historia mediów, które pozwalały sobie na tak krzywdzący opis rzeczywistości". O kryzysie małych i średnich miast rozmawiamy z Markiem Szymaniakiem, autorem książki „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”

Wydrukuj

Kacper Leśniewicz: W swojej książce pt. „Zapaść” opisujesz, jak wygląda codzienne życie w małych i średnich miastach, którym grozi trwała marginalizacja. Pierwsze skojarzenia to depopulacja, wygaszanie publicznych instytucji i imigracja.

Marek Szymaniak*: Zacznijmy od tego, że są to miejsca, które od dekad tracą kolejne społeczno-gospodarcze funkcje i wspomniana depopulacja czy wygaszania instytucji publicznych są konsekwencją tych procesów. Dzisiaj znaczna część tych miast znajduje się w sytuacji granicznej, co często jest równoznaczne z tym, że dla ich mieszkańców to jest ostatni dzwonek, żeby spróbować poprawić jakość swojego życia.

Jest tak źle?

Ludzie potrzebują pewnych niezbędnych rzeczy, aby móc uważać, że mają dobre życie. W tym kontekście często przywołuję historię młodej 30-letniej kobiety w ciąży, która tuż przed porodem dowiedziała się, że oddział położniczy w jej szpitalu rejonowym ma zostać zlikwidowany. Jeszcze wczoraj mogła korzystać z konkretnej usługi publicznej, która dnia na dzień została zlikwidowana.

W 2017 roku Instytut Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN na potrzeby Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju opracował listę 122 (spośród 255) średnich miast, którym grozi marginalizacja i zjawiska kryzysowe. Pełną analizę można znaleźć pod tym adresem. Poniżej lista miast.

Gdy powszechnie dostępne usługi publiczne zawodzą, często opcją ratunkową są prywatne usługi, co obserwujemy w ostatnich latach np. w obszarze edukacji. W mniejszych miastach wygląda to podobnie?

Zacznijmy od tego, że nie zawsze taka prywatna przychodnia czy szpital działają w takich miasteczkach, a nawet jeśli to wiąże się to z dużymi kosztami. Nie wszystkich stać na opłacenie kilku wizyt u lekarza, za które trzeba zapłacić kilkaset złotych. Zdarza się, że w odwodzie pozostaje jeszcze szpital wojewódzki, który jest oddalony np. 60 km od miasteczka, do którego trzeba jednak dojechać własnym samochodem.

Takich instytucjonalnych wyrw jak brak oddziału położniczego jest wiele i to one określają parametry jakości naszego życia.

Jakie wyrwy napotykają jeszcze w swoim codziennym życiu mieszkańcy średnich i mniejszych miast?

Powszechnym problemem jest dostępność, a właściwie brak dostępu do transportu publicznego. Wpływ transportu publicznego na nasze życie jest ogromny. To kluczowy zasób, który określa nasze możliwości edukacyjne, zarobkowe i kulturowe.

Historie osób, które składają się na benzynę i jeżdżą po kilkadziesiąt kilometrów do pracy, są stałym elementem codziennego życia mieszkańców małych miast.

Pamiętam pięcioosobową grupkę, której droga do pracy w obie strony zajmowała łącznie ponad 3 godziny. Fabryka znajduje się w takim miejscu, że albo masz własny samochód i dojedziesz na własną rękę, często są to wysłużone pojazdy bez takich luksusów jak klimatyzacja albo po prostu nie masz pracy. Podobnie sytuacja wygląda z mieszkaniami.

Jeśli w debacie publicznej pojawia się wątek mieszkalnictwa, to przeważnie rozważany jest w kontekście największych miast. Jak problem z dostępem do mieszkań wygląda z perspektywy mieszkańców peryferii?

To jest wyrwa, której nie sposób już tak łatwo ominąć, jak w przypadku wyjazdu do kina. Jeśli jesteś 30-latkiem, myślisz o założeniu rodziny, ale mieszkasz np. w Tomaszowie Lubelskim czy Jaśle, to nie kupisz mieszkania od ręki w tym mieście. Po pierwsze buduje się bardzo mało, a po drugie ceny niejednokrotnie przekraczają możliwości finansowe mieszkańców.

Niektórzy z nich marzą o tym, żeby dostać kredyt, ale przy ich zarobkach nie mają na nie najmniejszych szans, więc jedyną opcją, jaka jest w ich zasięgu to wspólne mieszkanie z rodzicami.

Większość tych ludzi jest rozgoryczona tym tkwieniem między tym, jak chcieliby, aby ich życie wyglądało a tym, jak ono teraz wygląda.

Andrés Rodríguez-Pose geograf ekonomiczny z London School of Economics, zwraca uwagę w swoich analizach poświęconym peryferyjnym miastom i miasteczkom, że są to „miejsca, które nie mają znaczenia”. Tak widzą je mieszkający tam ludzie, którzy mają zarazem poczucie, że zostały one – i oni wraz z nimi – pozostawione przez elity polityczne same sobie. Czy Twoje rozmowy i obserwacje w jakiś sposób potwierdzają tezy tego naukowca?

To jest doskonały opis tego, co czują mieszkańcy tych miast. Oni nie tylko czują się gorsi od tych, którzy mieszkają w metropoliach i z ich wysokości opowiadają o tym, co jest wartościowe i jak trzeba żyć, ale mają też poczucie odrzucenia przez klasę polityczną.

Jedna z moich rozmówczyń opowiadała mi, że ma już dość życia klasy B, płaci podatki tak jak inni, chodzi na wybory, interesuje się tym, co dzieje się w życiu jej lokalnej społeczności, ale nie może liczyć na taką samą ofertę publicznych usług, jak w metropoliach.

Kiedy więc chce zrobić badania i skonsultować z lekarzem specjalistą, to jedyną opcją jest strategia indywidualna, czyli ominięcia wyrwy, ale za własne, często duże pieniądze. Tego typu rozgoryczenie wyrasta również na gruncie bezradności politycznej.

Takie małe miasta w ostatnich latach utożsamiano z bazą wyborczą obecnie rządzącej partii. Teza ta, sądząc po kolejnych wygranych wyborach przez PiS, wydaje się przynajmniej w jakiejś części uzasadniona. Czy w rozmowach z bohaterami Twojej książki dało się to odczuć?

Obserwując sprawne lokalne kampanie wyborcze Andrzeja Dudy i Beaty Szydło, które skupione były wokół przywrócenia godności i poprawy jakości życia mieszkańcom tzw. Polski B oraz pamiętając o deklaracjach premiera Mateusza Morawieckiego czy Jarosława Kaczyńskiego trudno mieć pretensje do tych ludzi za to, że głosowali na kogoś, kto tak intensywnie odwoływał się do ich problemów i obiecywał je rozwiązać. Głosowali oni więc w swoim interesie.

Dożynki w Ciechanowie. Fot. Małgorzata Adamczyk

Trochę jednak już czasu minęło od tych szumnych zapowiedzi. Z jednej strony mamy transfery socjalne, których efekt realnie odczuły miliony obywateli i obywatelek, ale Ty w swojej książce uparcie i dociekliwie przedstawiasz historię zwijania usług publicznych.

Proces zwijania czy wygaszania instytucji publicznych trwa właściwie nieustająco od trzech dekad. Zmieniają się tylko gadające głowy polityków i medialne narracje. Trzeba uczciwie przyznać, że w ostatnich latach peryferie nie są już tak stygmatyzowane w dyskursie publicznych, jak miało to miejsce jeszcze kilkanaście lat temu. Dzisiaj nikt nie odważyłby się nakręcić tak jednostronnego filmu, jak np. „Arizona”. Polityka nie jest jednym z głównych tematów, które poruszam w swojej książce. Mogę jednak powiedzieć, że ważną kategorią w takiej refleksji na ten temat jest kategoria społecznego sprawstwa.

Dlaczego akurat ten wątek jest tak ważny?

Bo jak w soczewce skupia w sobie kluczowe problemy społecznego szacunku, uznania i przekonania, że jest się traktowanym na równy z równym. Weźmy takich lokalnych polityków, którzy często bywają zupełnie bezwładni na poziomie lokalnym. Dobrze oddaje to historia z Nowej Rudy, gdzie próbowano zamknąć w miejscowym szpitalu oddział wewnętrzny. Mieszkańcy tego miasta protestowali, pisali kolejne pisma i petycje do władz wojewódzkich i posłów z regionu, podobnie radni miejscy i burmistrz.

Bar w Nowej Rudzie. Fot. Małgorzata Adamczyk

I co?

I nic! W pewnym momencie na radzie miejskiej ktoś gniewnie rzucił w kierunku części radnych miejskich z PiS-u, aby ci przekazali te skargi i żale miejscowych tym, którzy rządzą tam na samej górze w Warszawie. Odpowiedzią ze strony lokalnych polityków była bezradne rozłożenie rąk i przyznanie się do tego, że nikt z ich głosem się w Warszawie nie liczy.

I tak jest wszędzie?

Innym przykładem jest Kraśnik, gdzie najpierw lokalni politycy z PiS-u silnie optowali za likwidacją miejscowej porodówki, bo ta przynosiła straty finansowe, ale po nagłej interwencji starosty z tej partii w trakcie kampanii prezydenckiej okazało się, że oddział trzeba uratować. Te historie się różnią, ale ich wspólnym mianownikiem jest poczucie pozostawienia samych sobie, które towarzyszy mieszkańcom mniejszych miast. Ci ludzie mają poczucie, że ich głos nie ma znaczenia.

Jak powiedziała jedna z bohaterek książki: „Nie czujesz się w ogóle ważny, jeśli krzyczysz, nikt nie zwraca na to uwagi”.

Żeby była jasność, tak jak wyżej opisani politycy PiS-u przez ostatnie trzy dekady postępowali politycy ze wszystkich partii, które rządziły na poziomie krajowym i lokalnym.

Kluczowym problemem, z którym zmagają się mieszkańcy mniejszych miast, jest praca. Jedna z bohaterek Twojej książki mówi wprost, że od zawsze było tak, że w mieście, w którym mieszka od urodzenia pracę w publicznych instytucjach zawsze dostawało się po znajomości. Dodaje jednak, że taki mechanizm zaczął funkcjonować także w obszarze prywatnych firm.

W tym przypadku bardzo często sytuacja jest beznadziejna. W mniejszym mieście tworzą się kolejki do jednego miejsca pracy. Niezależnie, czy jest to państwowa instytucja czy prywatna, znaczenie ma to, czy ktoś zna albo kojarzy Twoją matkę lub ojca. Nawet ci, którzy wracają z zagranicy i mogą przedstawić lepsze CV, przyznają, że nie mają szans z lokalnymi układami.

Jak wygląda taki peryferyjny kapitalizm?

To jest bardzo ważny wątek mojej książki. W takich miasteczkach na rynku pracy królują małe prywatne firmy, w których trudno o stabilne zatrudnienie czy godną płacę. Dominują więc niskie pensje, często częściowo wypłacane pod stołem.

Spoglądając na relacje między pracownikiem a pracodawcą, z perspektywy większych miast możemy postawić hipotezę, że coś ruszyło w dobrą stronę. W niektórych branżach mówi się nawet o rynku pracownika.

Tymczasem na poziomie małych miast wciąż obowiązującym modelem kapitalizmu jest ten, który kojarzy się nam z bardzo słabą pozycją pracownika.

Tutaj nie istnieje coś takiego jak rynek pracownika, w którym to pracownik stawiałby wyśrubowane warunki pracodawcom.

Wprowadzono jednak minimalną stawkę godzinową.

Z opowieści pracowników w mniejszych miastach, szczególnie tych mniej wykwalifikowanych i łatwych do zastąpienia wiem, że i ten zapis respektowany tylko w teorii. W praktyce niejednokrotnie wygląda to tak, jak wyglądało przed zmianą przepisów, czyli dziki kapitalizm bez jakichkolwiek reguł. Jeśli nie pasuje ci niska stawka, brak umowy i reszta pod stołem, to na twoje miejsce jest kilku chętnych. Pamiętam młodą dziewczynę, która pracowała w lokalnej pizzerii. Nadgodziny? Jakie nadgodziny?! Może co najwyżej zjeść darmową pizzę.

Ludzie się nie buntują?

Jedyny bunt, jaki jest możliwy, to wyjazd. Za granicę albo do większego miasta. Jeśli zostajesz, to musisz godzić się na takie warunki, jakie są. Musisz w końcu zapłacić rachunki, zapewnić rodzinie byt. A jak ktoś się buntuje, to szybko zyskuje złą opinię i trudno mu znaleźć pracę nawet w innej firmie. Zostanie wykluczony z lokalnego rynku pracy. Tak to działa.

Pamiętam historię kobiety, która opiekuje się dziećmi i pracuje bez umowy, choć zdaje sobie sprawę, że powinna płacić składki, jeśli chce jakoś w miarę godnie przeżyć swoją starość. Przy tak niskich zarobkach nie ma jednak logicznego uzasadnienia, żeby założyć własną działalność gospodarczą, która oznacza konieczność płacenia wysokich składek. Dla niej to nierealne.

Oczywiście myśląc o przyszłości myśli, także o emeryturze i składkach, ale teraz chce móc przeżyć. Emerytura to wizja 40 lat, najbliższe rachunki to kwestia najbliższego tygodnia. Wiele osób opowiadało mi o nieopłaconych nadgodzinach. Dlaczego to się dzieje? Nie rozumiem tego, bo przecież te firmy nie zbankrutowałyby od dodatkowych kilkuset złotych, szczególnie, że płaciłby za pracę, którą ktoś przecież wykonał.

Jawor, woj. dolnośląskie. Fot. Małgorzata Adamczyk

Co się dzieje z tymi, którzy jednak w pewnym momencie mówią „dość”?

Ludzie widzą kolejne nowe samochody i domy swoich szefów, ale to, jak postępują, zależy od tego, jakie mają opcje w swoim zasięgu i w jakim miejscu mieszkają. Pamiętam młodego chłopaka, który ostatecznie zdecydował się na emigrację, ale zanim się wyjechał ze swojego miasta, zaczynał od kładzenia dachów bodaj za 4 zł za godzinę. Przy drugiej pracy przy kładzeniu posadzki zarabiał już kilka złotych więcej, ale spał w jakimś baraku na starych workach. Jakiś czas później poszedł na staż z urzędu pracy, który polegał na tym, że w sklepie ze sprzętem RTV i AGD wnosił po schodach nowe lodówki czy pralki. Kilka lat w ten sposób walił głową w mur, zderzając się z lokalnym rynkiem pracy. Aż w końcu poddał się i wyjechał za granicę.

Emigracja to często trudny i bolesny temat, który przedstawiasz w swojej książce z dużą wrażliwością. Jaki obraz Polski peryferyjnej zobaczymy, gdy spojrzymy na nią właśnie przez pryzmat emigracji?

Strategie radzenia sobie w takiej sytuacji są różne. Większość ludzi po tym, jak odbija się od ściany lokalnego rynku pracy, wyjeżdża za granicę. Raczej nie żałują tego, że wyjechali. Poznałem wiele historii ludzi, którzy przez lata zarabiali w miejscowych knajpach kilka złotych za godzinę, a wiadomo, że napiwki w takim miasteczku nie są takie jak na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, więc to, co zarobili na miesiąc, wystarczało im tylko na przeżycie.

Niskie pensje i złe warunki pracy zmusiły ich do wyjazdu. Nagle przekonali się, że za granicą można się nie tylko utrzymać, ale też trochę odłożyć. W Polsce byli w stanie odłożyć 300 zł miesięcznie.

W Wielkiej Brytanii mogą bez specjalnego oglądania każdego funta kupić sobie na koniec miesiąca nową książkę, zabawkę dla dziecka, nową grę komputerową, czy wyjechać gdzieś na weekend. Pracując tam nawet na niespecjalistycznych posadach stać ich prowadzić stabilne i godne życie.

Czego jeszcze brakuje w dominującej w Polsce wielkomiejskiej opowieści?

Przede wszystkim mamy do czynienia z historią ludzi, którzy często ryzykują całe dotychczasowe życie, rzucając siebie w nieznane miejsca. To są trudne historie. Rodzice mówią swoim dzieciom, aby jechały tam, gdzie ich życie będzie po prostu lepsze. Nie jest to łatwe, każdy kocha swoje dziecko i chciałby dla niego jak najlepiej, takie wyjazdy oznaczają też długą rozłąkę, samotność, tęsknotę. Częstym pytaniem, jakie zadawałem moim bohaterom, było to, czy chcieliby, żeby ich dzieci zostały w tych miasteczkach, kiedy dorosną.

Nawet to najmłodsze pokolenie posiadające dzieci, czyli osoby po 30 roku życia przyznawały, że nie chciałyby dla swoich dzieci takiego losu jak oni.

Zresztą, niektórzy ciągle wahali się, czy jednak nie wyjechać, aby podobnych dylematów oszczędzić swoim pociechom w przyszłości.

Część tych ludzi jednak wraca.

Tak, ci, którzy wrócili, cieszą się z powrotu do domu i rodziny, ale często jest tak, że w ich mieście jedyną pracą jest ta za 2 tys. miesięcznie. Co z tego, że znasz obcy język i masz większe doświadczenie. Żeby mieć lepsze zarobki, musisz często i tak wyjechać do większego miasta albo wrócić za granicę.

Kogo obwiniają za taką sytuację?

Nikogo, ciężko kogoś konkretnie obwiniać, bo tam jest tak od zawsze. Jeden włodarz zamknął fabrykę, drugi przejście graniczne, trzeci rozkłada bezradnie ręce. Trzeba pamiętać również o tym, że to transformacja polityczna i społeczno-gospodarcza po 1989 r. spowodowała silną deindustrializację większości miast, co przełożyło się na problemy z utrzymaniem ich bazy ekonomicznej. Szczególnie ucierpiały na tym średnie i mniejsze ośrodki. W tym sensie jest to historia długiego trwania ignorancji ze strony elit.

Wśród miast, które przedstawiasz w swojej książce, są też miasta poprzemysłowe, które mocno ucierpiały podczas transformacji. Jak wygląda życie w tych miejscach?

One są zawieszone między niedokończoną transformacją a współczesnością. Ich mieszkańcy mają poczucie, że zabrano im coś ważnego na poziomie pamięci społecznej i tożsamości i oczywiście jakąś stabilność. Nikt z nich nie idealizuje pracy w zamkniętych fabrykach i zakładach. Podkreślają, że to była ciężka praca, zarobki nie były wysokie, ale wszystko to razem wzięte składa się na degradację symboliczną i materialną. Pamiętam historie pracowników Frotexu czy Bielbawu, którzy wprost mówili, że dawniej byli częścią rozumianej szeroko wspólnoty społecznej. Potężny, zatrudniający kilka tysięcy osób zakład w małym mieście, to było często coś więcej niż firma, gdzie idziemy tylko zarobić na chleb i nic więcej nas z nią nie łączy.

Turek, woj. wielkopolskie. Fot. Małgorzata Adamczyk

Kolejna opowieść o wyrwie.

Tak, w miastach poprzemysłowych w miejsce likwidowanych zakładów i fabryk, które rzekomo nie nadawały się do nowej rzeczywistości, nic w zamian nie powstało.

W Kętrzynie ludzie opowiadali mi, jak zamykano kolejne duże zakłady, na horyzoncie nie było żadnego miejsca pracy, jedyną alternatywą był przemyt albo ucieczka.

Pamiętajmy, że w takich miastach bezrobocie często szybowało w okolice 40 proc. Tym ludziom nie tylko nie dano alternatywy, ale też przez kilkanaście lat metodycznie napiętnowano w felietonach publicystów. To też historia mediów, które pozwalały sobie na tak niesprawiedliwy i krzywdzący opis rzeczywistości.

Deindustrializacja i jej społeczne konsekwencje stanowią ważny obszar współczesnej refleksji na temat codziennego życia lokalnych społeczności i ich politycznych identyfikacji w całej Europie. Amerykańska badaczka Sherry Linkon autorka książki „The Half-Life of Deindustrialization” pisze o tym, że dezindustrializacja jest długotrwałym procesem, a nie krótkotrwałym wydarzeniem. Linkon stawia tezę, że pozostałości po takim procesie utrzymują się wiele lata i że kształtuje życie mieszkańców miast poprzemysłowych dziesiątki lat po utracie pracy w przemyśle.

Na pewno to wszystko, o czym opowiedziałem, żyje w tych ludziach. W tym miastach od wielu lat nie ma dobrych, stabilnych miejsc pracy i nadziei, że to się kiedyś zmieni.

Pamiętam historię byłego robotnika, któremu zawalił się cały świat po likwidacji fabryki. Ten człowiek powtarzał z żalem, że nie rozumie, jak można przez lata mówić o takich jak on jako niezaradnych i roszczeniowych ludziach, skoro byli w stanie zrobić dosłownie wszystko, łącznie z wymagającą ogromnego poświęcenia emigracją. To potwierdza, jak duże oddziaływanie ma język debaty publicznej.

Zaskoczyło mnie również to, że nawet trzecie pokolenie na pytanie o ważne miejsce w ich mieście wskazywali na ruiny zakładów i fabryk. To są historie, które kształtują historie i tożsamości nie tylko tych miast, ale też całych rodzin.

Wałbrzych - zrujnowane blokowisko
Wałbrzych. Fot. Małgorzata Adamczyk

*Marek Szymaniak (ur. 1988) – dziennikarz i reporter. Publikował m.in. w „Dużym Formacie” i magazynie „Pismo”. Autor książki "Urobieni. Reportaże o pracy" (2018). Książka "Zapaść. Reportaże z mniejszych miast" ukazała się w czerwcu 2021 nakładem Wydawnictwa Czarne.

Zdjęcia Małgorzaty Adamczyk wykonane w Wałbrzychu, Nowej Rudzie, Ciechanowie, Turku, Jaworze i Tomaszowie Mazowieckim publikujemy dzięki uprzejmości fotografki. Więcej zdjęć pod tym adresem.

Udostępnij:

Kacper Leśniewicz

Kacper Leśniewicz – publikował m.in. w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Przekroju”, „Tygodniku Przegląd”, „Nowych Peryferiach” i „Nowym Obywatelu”. W 2017 roku nominowany do Nagrody im. Bolesława Prusa. W 2019 roku nominowany do Nagrody Grand Press w kategorii publicystyka za tekst Elity patrzą na wieś. Pisze doktorat o granicach symbolicznych klasy ludowej w miastach poprzemysłowych.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne