0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.plFot. Patryk Ogorzałe...

Były cytaty z Jana Pawła II, było załamywanie rąk, była mowa o chrześcijańskim obowiązku, godnym pochówku i należnym hołdzie dla ofiar. Nikt natomiast nie zająknął się słowem o głębszym niż ten z czasów II wojny kontekście historycznym rzezi Wołynia, a o faktach historycznych rozmawiano bardzo, ale to bardzo mało.

Tak wyglądała sejmowa debata o projekcie uchwały upamiętniającej ofiary rzezi Wołynia. Projekt został przedstawiony Sejmowi przez komisję spraw zagranicznych, która skleiła go z trzech propozycji trzech klubów parlamentarnych.

Uchwała najprawdopodobniej względnie gładko przejdzie przez Sejm, mimo że posłowie prawicy zgłosili do niego swe zdania odrębne w trybie wniosków mniejszości. Głosowanie przewidziano na piątek 17 lipca 2026.

Debata rytualna i powierzchowna

Debata – odbywająca się przy niemal pustych ławach sali plenarnej Sejmu, w których siedzieli jedynie posłowie czekający na swoją kolej przy mównicy – była powierzchowna, niemal pozbawiona jakiejkolwiek poza tą stricte rytualną treści i niemal wolna od nadmiernie obciążających poselskie głowy faktów historycznych.

Relatywnie mało było czystego politycznego folkloru. Owszem, poseł Witold Tumanowicz z Konfederacji postanowił mówić o „masakrycznej zbrodni”, zaś Dariusz Matecki z PiS postanowił oburzyć się, że posłowie koalicji rządzącej nie wpięli w klapy będących symbolem pamięci o Wołyniu kwiatów lnu, po czym został uświadomiony przez prowadzącą obrady wicemarszałek Dorotę Niedzielę, że nie zrobili tego także jego koledzy z PiS.

Nie zabrakło oczywiście polityków powtarzających zmyślone liczby ofiar rzezi. Przypomnijmy, że historyczny consensus po stronie polskiej mówi, że było ich od 40 do 60 tysięcy. A jednak Grzegorz Lorek z PiS mówił o „110-130 tysiącach” ofiar. A Artur Łącki z KO stwierdził nawet, że „zginęły setki tysięcy ludzi”, choć jego wypowiedź wcale nie była szczególnie rewindykacyjna w swej wymowie, wręcz przeciwnie.

Nie były to jednak zdarzenia szczególnie spektakularne – co aż dziwi w kontekście tego, jak ogromne emocje jeszcze chwilę temu rozbudzała w polskiej klasie politycznej kwestia Wołynia.

Co jest w uchwale?

Sejmowa komisja spraw zagranicznych pracowała nad trzema projektami uchwały, zgłoszonymi przez PiS, PSL i KO. Jak zwykle w takich wypadkach komisja opracowała jeden tekst uchwały. Do jego przygotowania użyto jako bazowego projektu PSL – ostateczna wersja różni się jednak dość znacząco od tej przygotowanej przez ludowców.

Wyszło z tego dzieło, które zawiera liczne braki i niedomówienia oraz ideologicznie podporządkowane jest dominującej w Polsce od dekad prawicowej narracji historycznej, ale przynajmniej nie spowoduje kolejnej eskalacji w relacjach Polski z Ukrainą.

W tytule uchwały rzeź Wołynia określona jest mianem „ludobójstwa dokonanego na ziemiach wschodnich II Rzeczpospolitej rękami nacjonalistów ukraińskich”.

Sprawcy są wskazani jako „oprawcy z OUN-UPA, SS-Galizien i innych formacji nacjonalistycznych”.

Już na tym podstawowym poziomie mamy dość istotne problemy – bowiem autorzy uchwały nie zdołali ująć względnie precyzyjnie tej mianowicie kwestii, że „nacjonaliści ukraińscy”, którzy byli sprawcami rzezi „na ziemiach wschodnich II Rzeczpospolitej”, byli również mieszkańcami owych „ziem wschodnich” II Rzeczpospolitej, a nawet jej obywatelami – zupełnie jak jej ofiary.

Wskazanie sprawców wyłącznie jako członków organizacji i formacji nacjonalistycznych zupełnie pomija masowy udział w rzezi Wołynia zwykłej ludności wiejskiej, która kierowała się m.in. chęcią wzięcia prywatnego odwetu na swych polskich sąsiadach, czy też zamiarem wzbogacenia się dzięki przejęciu ich mienia.

Przeczytaj także:

Dalej uchwała oddaje sprawiedliwość tym Ukraińcom, którzy przeciwstawiali się sprawcom rzezi, lub pomagali czy też próbowali pomagać jej ofiarom oraz składa hołd ich polskim obrońcom z AK, Batalionów Chłopskich i innych organizacji zbrojnych.

Dość długi fragment uchwały poświęcony jest kwestii ekshumacji szczątków ofiar rzezi. Konkluzja: Sejm upomina się o kontynuowanie ekshumacji i godnych pochówków.

Dalej są jeszcze wyrazy uznania dla strażników pamięci o Wołyniu oraz potępienie prób relatywizacji zbrodni – bez wskazywania konkretnych winnych. W wersji PSL był jeszcze cytat z Włodzimierza Odojewskiego, co jednak świadczy głównie o tym, że jej autorzy najprawdopodobniej nie czytali „Zasypie wszystko, zawieje”.

Na końcu – inaczej być nie mogło – obszerny cytat z Jana Pawła II: jego wezwanie do pojednania polsko-ukraińskiego.

Czego w uchwale (na szczęście) nie ma?

W finalnej wersji uchwały uniknięto tych najdalej idących fraz i postulatów, których wprowadzenia domagali się posłowie PiS, Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej.

  • Po pierwsze, w związku z upamiętnieniem „bohaterów UPA” nie zostały w uchwale potępione współczesne władze Ukrainy, czego domagała się prawica.
  • Po drugie, w uchwale nie znalazło się proponowane przez PiS wezwanie do ustanowienia przez parlament prawa o „kłamstwie wołyńskim” – wzorem kłamstwa oświęcimskiego.
  • Po trzecie, w uchwale nie zostało użyte słowa „banderyzm” ani jego gramatyczne pochodne – co zapewne świadczy o tym, że w toku debaty publicznej dotyczącej kwestii upamiętnienia UPA przynajmniej część posłów zdążyła sobie uświadomić, że głównym celem politycznym „banderyzmu” było dążenie do niepodległości Ukrainy.
  • Po czwarte, do uchwały nie weszły proponowane przez PiS wezwania do przygotowania przez parlament prawa przeciwdziałającego „szerzeniu ideologii banderowskiej”.

Kompromis dość byle jaki

Powstanie tej – kolejnej już – sejmowej uchwały upamiętniającej ofiary rzezi Wołynia z całą pewnością nie będzie kamieniem milowym ani w debacie dotyczącej historii sprzed 83 lat, ani też w kształtowaniu polskiej polityki historycznej. Choć powielono w niej wiele kalek peerelowskich i prawicowych narracji historycznych dotyczących relacji Polaków i Ukraińców w pierwszej połowie XX wieku,

nie będzie to jednak tekst, który wstrząśnie współczesnymi stosunkami polsko-ukraińskimi.

Sejmowa komisja ustrzegła się tu największych pułapek, wyrzucając proponowane przez prawicę frazy o „kłamstwie wołyńskim”, które mogłyby następnie zostać wykorzystane do atakowania ukraińskich czy zachodnich historyków, oraz nie atakując bezpośrednio współczesnych władz Ukrainy – czego również domagała się prawica.

Uchwała więc nic nowego do debaty ani o Wołyniu, ani o stosunkach między Polakami a Ukraińcami nie wniesie, ale jej niewątpliwą zaletą jest to, że jej treść nie pogłębi i tak już wystarczająco głębokich antagonizmów między Warszawą a Kijowem.

Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze