0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plFot. Jakub Orzechows...

W relacjach polsko-ukraińskich historia znów wysunęła się na pierwszy plan. Pod koniec maja prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek Sił Operacji Specjalnych Ukrainy nazwę „Bohaterów UPA”. W Polsce decyzję odebrano jako uhonorowanie formacji odpowiedzialnej za zbrodnie na ludności polskiej podczas II wojny światowej. Reakcja była natychmiastowa.

Prezydent Karol Nawrocki zdecydował o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego, podkreślając jednocześnie, że decyzja nie oznacza zmiany polskiego wsparcia dla Ukrainy w wojnie z Rosją.

Na tym jednak spór się nie zakończył. Zełenski odesłał polskie odznaczenie do Warszawy, a kolejni ukraińscy politycy i wojskowi zaczęli zrzekać się polskich orderów. Byli prezydenci Ukrainy, w tym Leonid Kuczma, Petro Poroszenko i Wiktor Juszczenko, również ogłosili rezygnację z najwyższego polskiego odznaczenia państwowego. Z obu stron padły mocne słowa o pamięci historycznej, godności narodowej i granicach kompromisu.

Przeczytaj także:

Nie był to zresztą pierwszy taki kryzys. Od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2014 roku relacje polsko-ukraińskie wielokrotnie oscylowały między coraz bliższą współpracą strategiczną a sporami o pamięć historyczną. Ale jakoś mało pamięta się o Hrubieszkowie ‘46.

Już dwa lata po aneksji Krymu i wybuchu wojny w Donbasie polski Sejm przyjął uchwałę uznającą zbrodnię wołyńską za ludobójstwo i ustanowił 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej.

Uchwałę poprzedziła burzliwa debata parlamentarna, w której spór dotyczył nie tylko oceny wydarzeń z lat 1943–1945, ale także pytania, czy użycie terminu „ludobójstwo” nie zaszkodzi relacjom z walczącą z Rosją Ukrainą. Ostatecznie niemal jednomyślnie zdecydowano się na jego przyjęcie. Od tamtej pory niemal każda kontrowersja dotycząca Wołynia, ekshumacji czy upamiętniania UPA wywoływała silne emocje po obu stronach granicy.

Wspólny atak na UB w Hrubieszowie

W demokracji spory o pamięć są nieuniknione, zwłaszcza gdy dotyczą wydarzeń tak tragicznych jak rzeź wołyńska. Problem polega jednak na czymś innym. Dzisiejsza debata sprawia wrażenie, jakby historia relacji polsko-ukraińskich zatrzymała się w 1943 roku. Jakby po Wołyniu nie wydarzyło się już nic, co mogłoby zmienić sposób, w jaki patrzymy na siebie nawzajem.

Tymczasem zaledwie dwa lata po zakończeniu wojny wydarzyło się coś, co jeszcze w 1943 roku wydawałoby się całkowicie niemożliwe.

Polscy i ukraińscy partyzanci — ludzie, którzy jeszcze niedawno stali po przeciwnych stronach jednego z najkrwawszych konfliktów etnicznych w Europie XX wieku — zaczęli zawierać lokalne rozejmy, wymieniać informacje wywiadowcze i prowadzić wspólne akcje sabotażowe. Z perspektywy ówczesnych uczestników nie było to pojednanie w moralnym sensie tego słowa. Był to proces stopniowego dochodzenia do wniosku, że dalsza walka między sobą prowadzi donikąd, podczas gdy nowy przeciwnik systematycznie niszczy obie organizacje. Kulminacją tej współpracy był wspólny atak na komunistyczne więzienie i siedzibę aparatu bezpieczeństwa w Hrubieszowie. Nie jest to nowa sensacyjna interpretacja historii. Historycy opisują te wydarzenia od wielu lat. Po prostu niezwykle rzadko przebijają się one do szerszej świadomości społecznej.

Byli wrogowie, którzy podali sobie rękę

W polskiej pamięci historycznej relacje z Ukraińcami po II wojnie światowej kończą się zwykle na Wołyniu. To zrozumiałe. Skala przemocy była ogromna, a pamięć o ofiarach pozostaje żywa do dziś. Łatwo odnieść wrażenie, że po latach 1943–1944 nie było już miejsca na nic poza wzajemną nienawiścią.

Tymczasem historia potoczyła się znacznie mniej przewidywalnie.

Już w 1945 roku dowódcy polskiego i ukraińskiego podziemia zaczęli dochodzić do wniosku, że dalsza walka między sobą nie ma sensu. Wojna się skończyła, granice zostały przesunięte, a oba ruchy znalazły się wobec przeciwnika nieporównywalnie silniejszego od nich samych — komunistycznego państwa wspieranego przez Związek Radziecki.

Zarówno polskie podziemie niepodległościowe, jak i Ukraińska Powstańcza Armia były systematycznie rozbijane przez aparat bezpieczeństwa. Obie strony ponosiły ogromne straty.

Pierwsze kontakty nie oznaczały nagłego pojednania. Wręcz przeciwnie. Z dokumentów i wspomnień wynika, że dominowała głęboka nieufność. Jeszcze niedawno ci sami ludzie prowadzili ze sobą brutalną walkę. Wielu straciło bliskich. Trudno było oczekiwać, że nagle zaczną sobie ufać.

Dlatego porozumienie rodziło się stopniowo. Najpierw pojawiły się lokalne zawieszenia broni. Następnie uzgadniano strefy działania, aby uniknąć przypadkowych starć. Z czasem rozpoczęto wymianę informacji wywiadowczych o ruchach komunistycznego wojska i Urzędu Bezpieczeństwa. Dopiero później dochodziło do pierwszych wspólnych akcji.

Współpraca mimo pamięci o zbrodniach

Kulminacją tego procesu był wspólny atak na Hrubieszów w nocy z 27 na 28 maja 1946 roku. Około 150 żołnierzy polskiego podziemia i blisko 300 partyzantów UPA wspólnie uderzyło na miasto. Ich celem było rozbicie siedziby Urzędu Bezpieczeństwa, posterunku Milicji Obywatelskiej oraz uwolnienie więźniów politycznych.

Atak został starannie przygotowany. Wcześniej przecięto linie telefoniczne i telegraficzne, zniszczono mosty oraz drogi dojazdowe, aby uniemożliwić szybkie nadejście posiłków. Dla obu stron była to największa wspólna operacja przeciwko komunistycznemu aparatowi represji.

Co ważne, wydarzenia te nie są nowym odkryciem. Opisywali je od lat m.in. Grzegorz Motyka, Rafał Wnuk i inni badacze zajmujący się historią powojennego podziemia. Historycy wiedzą o nich od dawna. Nigdy jednak nie stały się częścią szerszej pamięci zbiorowej. W debacie publicznej relacje polsko-ukraińskie z okresu wojny kończą się zwykle na Wołyniu, podczas gdy ich powojenny rozdział — choć znacznie mniej znany — pokazuje, że nawet po doświadczeniu masowych zbrodni możliwe było zawarcie pragmatycznego porozumienia.

To właśnie ten paradoks zainspirował moje nowe badania z Anselmem Hagerem, profesorem stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. W 1947 roku komunistyczne władze rozpoczęły akcję „Wisła” – masowe przesiedlenie około 140 tysięcy Ukraińców i Łemków z południowo-wschodniej Polski na tzw. Ziemie Odzyskane. Oficjalnym celem operacji było odcięcie UPA od zaplecza społecznego i definitywne zniszczenie ukraińskiego podziemia. Jeśli rodząca się współpraca między polskim i ukraińskim podziemiem rzeczywiście istniała, to właśnie akcja „Wisła” była momentem, w którym powinna ujawnić się najwyraźniej.

Nasze pytanie było więc proste: czy ślady tej współpracy można odnaleźć nie tylko we wspomnieniach i opracowaniach historyków,

lecz także w tysiącach raportów sporządzanych na bieżąco przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa?

Co zobaczyliśmy w raportach bezpieki?

Przez wiele lat wiedza o współpracy polskiego i ukraińskiego podziemia opierała się przede wszystkim na wspomnieniach uczestników, dokumentach organizacyjnych oraz pracach historyków. Zastanawialiśmy się, czy tę samą historię można zobaczyć oczami drugiej strony – komunistycznego aparatu bezpieczeństwa.

W archiwach zachowały się tysiące dwutygodniowych raportów sporządzanych przez Urząd Bezpieczeństwa i Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Dokumentowały one niemal każdą odnotowaną akcję podziemia: ataki na posterunki, zabójstwa funkcjonariuszy, napady na magazyny, uwalnianie więźniów, ale także akty sabotażu, takie jak przecinanie linii telefonicznych, niszczenie mostów czy blokowanie transportu.

Na podstawie tych materiałów stworzyliśmy bazę danych obejmującą kilkaset działań partyzanckich w całej Polsce w latach 1946–1948. Następnie połączyliśmy ją z informacją o przebiegu akcji „Wisła” – czyli o tym, do których powiatów trafiło najwięcej przymusowo przesiedlonych Ukraińców.

Logika komunistycznych władz była prosta. Rozproszenie ludności miało pozbawić UPA zaplecza, uniemożliwić kontakty z miejscową ludnością i ostatecznie doprowadzić do zaniku oporu. Gdyby plan się powiódł, należałoby oczekiwać, że tam, gdzie przesiedlono więcej Ukraińców, aktywność podziemia będzie słabsza.

Okazało się jednak, że w raportach bezpieki widać coś bardziej złożonego.

Dlaczego sabotaż?

Nie znaleźliśmy dowodów na ogólny wzrost aktywności podziemia w powiatach, przyjmujących więcej ukraińskich przesiedleńców. Nie rosła liczba zabójstw ani dużych ataków na funkcjonariuszy państwa. Natomiast wyraźnie częstszy stawał się sabotaż. Częściej przecinano linie telefoniczne, uszkadzano infrastrukturę, zakłócano transport i prowadzono inne niewielkie, ale dobrze skoordynowane działania przeciwko państwu.

Na pierwszy rzut oka może się to wydawać zaskakujące. Dlaczego właśnie sabotaż?

Tutaj szczególnie pomocne okazały się ustalenia historyków. Z ich relacji wynika, że wspólne akcje sabotażowe były często pierwszym etapem odbudowy współpracy między dawnymi wrogami. Nie wymagały zgromadzenia większej ilości ludzi ani podejmowania ogromnego ryzyka. Pozwalały natomiast sprawdzić, czy druga strona dotrzyma ustaleń, czy potrafi zachować tajemnicę i czy rzeczywiście jest gotowa wspólnie działać przeciwko komunistycznym władzom.

Dopiero z takich niewielkich, powtarzanych działań rodziły się większe operacje, jak wspólny atak na Hrubieszów.

Nasze wyniki dobrze wpisują się więc w obraz wyłaniający się z badań historycznych. Korzystając ze statystycznej analizy danych, pokazujemy, że opisany przez historyków mechanizm pozostawił systematyczne ślady również w materiałach wytwarzanych przez sam aparat bezpieczeństwa.

Co więcej, ślady te nie zniknęły wraz z likwidacją podziemia. W osobnej analizie statystycznej sprawdziliśmy, czy miejsca, do których po 1947 roku trafiło najwięcej przesiedleńców, odegrały później większą rolę w oporze wobec komunizmu. Okazało się, że właśnie tam częściej dochodziło do strajków „Solidarności” w latach osiemdziesiątych. Nie dowodzi to oczywiście prostego związku przyczynowego. Pokazuje jednak, że skutki przymusowych przesiedleń i polsko-ukraińskiej współpracy mogły być znacznie trwalsze, niż dotychczasowe historyczne analizy sugerowały.

Historia nie skończyła się na Wołyniu

Żaden z tych faktów nie unieważnia tragedii Wołynia. Nie zmniejsza odpowiedzialności sprawców ani cierpienia ofiar. Nie rozstrzyga też współczesnych sporów o ekshumacje, miejsca pamięci czy sposób upamiętniania UPA. Te pytania pozostaną przedmiotem debaty zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie.

Pokazuje jednak coś, o czym wyjątkowo rzadko pamiętamy. Historia polsko-ukraińskich relacji nie zakończyła się w 1943 roku. Po latach wzajemnych mordów nastąpił jeszcze jeden, znacznie mniej znany rozdział. Byli przeciwnicy potrafili zawrzeć rozejm, wypracować ograniczone zaufanie i wspólnie wystąpić przeciwko komunistycznemu państwu. Nie dlatego, że zapomnieli o wcześniejszych zbrodniach, lecz dlatego, że uznali, iż wobec nowej rzeczywistości dalsza wojna między nimi nie ma już sensu.

To właśnie ten rozdział niemal całkowicie zniknął z polskiej pamięci zbiorowej. Historycy opisują go od dawna, ale rzadko staje się częścią publicznej dyskusji. W efekcie współczesne spory o pamięć historyczną często przedstawiają relacje polsko-ukraińskie tak, jakby ich jedyną historią była historia wzajemnej przemocy.

Dwa rozdziały

Nasze badanie z Anselmem Hagerem nie zmienia tego, co wydarzyło się na Wołyniu. Pokazuje jednak, że równie prawdziwa jest inna część tej historii: zaledwie kilka lat później ci sami ludzie potrafili wspólnie walczyć z nowym przeciwnikiem. Co więcej, ślady tej współpracy można odnaleźć nie tylko we wspomnieniach i opracowaniach historyków, lecz także w dokumentach pozostawionych przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa.

Być może właśnie dlatego warto dziś przypominać oba rozdziały tej historii.

Pamięć nie jest grą o sumie zerowej. Opowiedzenie historii Hrubieszowa nie oznacza przemilczania Wołynia. Przeciwnie – pozwala zobaczyć relacje polsko-ukraińskie w całej ich złożoności: jako historię przemocy, ale także pojednania; historię konfliktu, ale również współpracy.

Dzisiejsze spory wokół odznaczeń, patronów czy symboli pokazują, że przeszłość nadal silnie oddziałuje na politykę obu państw. Tym bardziej warto pamiętać, że nawet w znacznie trudniejszych okolicznościach – gdy pamięć o wojennych zbrodniach była świeża, a rany dosłownie niezabliźnione – znaleźli się ludzie, którzy uznali, że wspólna przyszłość wymaga zakończenia wojny. Nie dlatego, że przeszłość przestała mieć znaczenie, ale dlatego, że nie chcieli pozwolić jej decydować o wszystkim, co miało nadejść później.

Może więc, obok Wołynia, warto częściej przypominać również Hrubieszów – nie po to, by zapomnieć o tragedii, lecz po to, by pamiętać, że nawet po najgłębszym konflikcie historia nie musi kończyć się na nienawiści.

Na zdjęciu Krzysztof Krakowski
Krzysztof Krakowski

Doktor nauk społecznych Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji oraz wykładowcą w Departamencie Ekonomii Politycznej na King’s College London, gdzie koordynuje grupę badawczą zajmującą się zagadnieniami przemocy, konfliktów zbrojnych i pokoju na świecie.

Komentarze