Energetyka rozproszona to zdaniem wielu ekspertów rozwiązanie problemów z prądem, które trapią Polskę, a także szansa dla jej rozwoju i bezpieczeństwa. „Ten, kto wygra wyścig w obecnej dekadzie, będzie dominował w długim horyzoncie” – pisze o niej prof. Jan Popczyk. Jeśli rząd to prześpi, to my będziemy zdominowani

Jeszcze w 2019 roku mają zostać oddane do użytku węglowe elektrownie w Jaworznie i Opolu, których budowa zaczęła się w czasach PO-PSL. A w grudniu oficjalnie rozpoczęły się prace wykonawcze nad flagowym projektem energetycznym PiS – jedną z największych w Polsce elektrowni wykorzystujących węgiel kamienny, Ostrołęką C.

Tymczasem w ostatnich dekadach jedną z najdynamiczniej rozwijających się dziedzin elektroenergetyki jest energetyka rozproszona (ER), oparta na wytwarzaniu energii elektrycznej i/lub ciepła w obiektach małej skali, zlokalizowanych w sieciach rozdzielczych lub u odbiorców, często z wykorzystaniem zasobów odnawialnych, choć nie tylko.

Odpowiedź na marnotrawstwo

Już pierwsze elektrownie budowane pod koniec XIX zaopatrywały w energię elektryczną niewielkie sieci lokalnych odbiorców, jednak wraz ze wzrostem ich mocy i rosnącymi regulacjami, system coraz bardziej się centralizował: szedł w stronę wielkich ośrodków produkcji, dostarczających energię licznym odbiorcom na dużym obszarze.

Jednak w obliczu częstego przeciążania sieci energetycznych oraz znacznymi stratami, spowodowanymi dystansami przesyłu, ten model robi się przestarzały. Jak pisze prof. Józef Paska z Politechniki Warszawskiej: „Po blisko stuletnim, niepodzielnym panowaniu energetyki scentralizowanej coraz większych mocy, pojawiły się tendencje powrotu do korzeni, wyrażające się ponownym zainteresowaniem małymi źródłami energii, tj. źródłami rozproszonymi”.

ER ma bowiem nad systemami scentralizowanymi wyraźną przewagę na polu technicznym, ekologicznym, gospodarczym i społecznym.

W zdrowym środowisku zdrowy Polak

Im więcej energii zostanie wyprodukowane w ramach ER, tym mniej energii będzie trzeba produkować w dużych jednostkach, ponieważ po stronie konsumentów spadnie zapotrzebowanie, zaspokajane dzięki własnym instalacjom. A kluczowe duże jednostki w Polsce działają dzięki spalaniu węgla, przez co emitują groźne dla zdrowia zanieczyszczenia oraz przyczyniają się do zmian klimatu, które również przekładają się na nasze zdrowie.

Więcej małych źródeł energii elektrycznej i ciepła, które wykorzystują odnawialne źródła energii (OZE), to również mniejsza skala zanieczyszczeń powietrza z tzw. niskiej emisji, czyli np. domowych kotłowni – poza dużymi miastami, gdzie większość zanieczyszczeń pochodzi z ruchu samochodowego, to właśnie one generują problem smogu. A kiedy wzrosłaby liczba obywateli korzystających z ciepła wytworzonego w małych „zielonych” instalacjach przydomowych, spadłoby jednocześnie zużycie paliw kopalnych, nierzadko niskiej jakości.

Pani zarobi, pan zarobi, wszyscy zarobimy

ER nie bez powodu bywa nazywana „energetyką obywatelską”. Przy odpowiednio skonstruowanym systemie podatkowym oraz systemie dotacji publicznych korzyści finansowe osiągane przez wielu drobnych producentów i sprzedawców energii są łatwe do osiągnięcia. Zapotrzebowanie na zakupy energii spada, a za sprzedawany do sieci produkt otrzymuje się wynagrodzenie. Co więcej,

w miarę rozwoju ER przybywa przedsiębiorstw wykonujących, montujących i serwisujących instalacje, co rozszerza lokalne rynki pracy – również na terenach wiejskich.

To z kolei sprzyja zrównoważonemu rozwojowi i może stanowić wsparcie dla wielu zapóźnionych technicznie i ekonomicznie regionów, skutkujące zmniejszeniem skali ubóstwa i wykluczenia energetycznego, czyli zjawiskiem, którego jednym z najbardziej drastycznych przykładów jest palenie śmieciami, by ogrzać dom.

Budujemy „Fort Prąd”

Rozwój ER zwiększa poziom lokalnego bezpieczeństwa energetycznego. „Awarie sieciowe w Polsce są problemem szybko narastającym, bez perspektyw rozwiązania tradycyjnymi sposobami, tzn. za pomocą inwestycji sieciowych. Rozwiązaniem w tym wypadku jest rozproszona energetyka wytwórczo-zasobnikowa” – pisze prof. Jan Popczyk z Politechniki Śląskiej, jeden z najważniejszych krajowych autorytetów w dziedzinie zrównoważonej energetyki.

Wzrosłoby też bezpieczeństwo energetyczne kraju. Produkując w ramach ER energię elektryczną, ciepło, a nawet gaz (ten z biogazowni, po uzdatnieniu, może być wykorzystywany analogicznie do gazu ziemnego), uniezależniamy się od importu paliw kopalnych z zagranicy.

Prezydent Andrzej Duda mówi wiele o zapewnieniu Polsce bezpieczeństwa – akcentując jednak zwykle kwestie militarne. Być może powinien się też zainteresować tematem ER?

Potrzeba stabilizacji (energetycznej)

Jako argument przeciwko ER, zwłaszcza w odniesieniu do OZE, podnosi się problem utrudnień związanych z utrzymywaniem stabilności sieci energetycznej. Masowe korzystanie ze stosunkowo niestabilnych – bo uzależnionych ściśle od nieprzewidywalnych czynników pogodowych – źródeł OZE znacząco zwiększa ryzyko destabilizacji sieci, która może prowadzić do rozległych awarii zasilania (tzw. blackoutów). To bardzo poważne zagrożenie – można je jednak zminimalizować:

  1. Na system ER może składać się energetyka konwencjonalna. Jednostki wytwórcze wykorzystujące silniki spalinowe czy niewielkie turbiny gazowe mogą z powodzeniem pełnić rolę stabilizatorów sieci energetycznej. Tak ograniczone zapotrzebowanie na gaz mogą pokryć biogazownie, działające w gospodarstwach rolnych czy wysypiskach śmieci.
  2. Na świecie rozwijają się technologie magazynowania energii, co może otwierać kolejne możliwości stabilizowania sieci. „Bateryjne magazyny budowane są i rozwijane na wszystkich kontynentach” – pisze prof. Konrad Świrski z Politechniki Warszawskiej. „Będzie [je] można zobaczyć już niedługo w Camzow w Niemczech niedaleko polskiej granicy”.
  3. Nie wszystkie instalacje i mikrosieci muszą być włączone do państwowego systemu energetycznego – wtedy problem destabilizowania sieci centralnej nie występuje. Stosunkowo niewielka elektrownia słoneczna, wiatrowa czy biogazowa może służyć jako jedyne źródło energii elektrycznej (czy docelowo ciepła) dla pojedynczych gospodarstw korzystających z instalacji niepodłączonych do sieci. Nie każdy producent energii musi być jednocześnie sprzedawcą.

Minister Tchórzewski: „To nie wpisuje się w cel Ministerstwa Energii”

Przeszkody są raczej polityczne, niż techniczne. W Polsce regulacje są nadal projektowane dla energetyki scentralizowanej – a ER nie ma szans na zasadach gry sprzyjającej centralizacji.

Rząd, z odpowiedzialnym ze energetykę ministrem Krzysztofem Tchórzewskim na czele, zdaje się nie przywiązywać do tematu należytej wagi. Energetyka rozproszona pojawia się niekiedy jako hasło (2 marca premier Mateusz Morawiecki mówił, że „idziemy na pewno w kierunku energetyki rozproszonej”, podobne ogólne deklaracje składali już ministrowie Emilewicz i Gowin), jednak konkretnych rozwiązań brak. Miały zostać uregulowane ustawą zapowiedzianą już w 2017 roku, lecz od tego czasu nie słychać nic o znaczących postępach w pracach.

Minister energii nie słucha nawet tak silnej grupy interesu, jak rolnicy. Szef Rolniczego Związku Zawodowego „Solidarni” Marcin Bustowski, żalił się w lipcu 2018 roku w wywiadzie dla portalu wPolityce.pl, że prośby rolników, by mogli budować bioelektrownie w swoich gospodarstwach, zostały zignorowane.

„Krzysztof Tchórzewski nie był zainteresowany tematem, kiedy organizowaliśmy konferencję na temat OZE pt. »Energia przyszłością polskiego rolnictwa«. Otrzymaliśmy informację, że nie wpisuje się to w cel Ministerstwa Energii” – mówił Bustowski.

Chociaż opublikowany w listopadzie 2018 roku dokument Ministerstwa Energii Polityka energetyczna Polski do 2040 zawiera kilka pozytywnych stwierdzeń odnoszących się do zagadnienia systemu ER i klastrów energii, niemniej dość ogólnych i osłabionych przez wyraźne ukłony względem energetyki scentralizowanej.

„Potrzeba dywersyfikacji struktury wytwarzania energii elektrycznej będzie przyczyniać się do zmniejszenia roli węgla w bilansie, jednak bezwzględne (ilościowo) wykorzystanie tego surowca przez energetykę zawodową w perspektywie najbliższych kilkunastu lat nie ulegnie znaczącym zmianom” – zapowiada rządowy dokument.

Do podobnych wniosków skłaniają plany uruchomienia do 2043 roku sześciu bloków jądrowych o łącznej mocy ok. 6-9 GW – choć w tym przypadku trudnym do zignorowania w kontekście zmian klimatycznych argumentem jest bezemisyjność tej technologii.

Wyścig technologiczny

W strategicznym wyborze modelu energetyki nie chodzi „tylko” o środowisko naturalne i doraźne korzyści gospodarcze. „Przede wszystkim chodzi o wyścig technologiczny” – pisze prof. Popczyk. „Ten, kto wygra go w obecnej dekadzie, będzie dominował w długim horyzoncie (2050). A kto się nie włączy, zostanie trwale zdominowany”.

Koszmary prezesa Kaczyńskiego o Polsce pod niemieckim butem mogą się okazać rzeczywistością – i to jego własne ugrupowanie może się do tego przyczynić.

Maciek Piasecki
Maciek Piasecki

Maciek Piasecki (1988) – studiował historię sztuki i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o relacjach między kulturą a sprawami społecznymi, radykalizmie politycznym czy dyskryminacji w dostępie do usług publicznych. Debiutował w „Machinie”, publikował m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Dwutygodniku” i „VICE”. Prowadzi wolontariat „Kotexpol”, który pomaga w opiece nad kotami, promując adopcję ze schronisk.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym