Posłowie PiS, prezentując projekt wprowadzenia "opłaty drogowej", mówili o specjalnym wsparciu dla biedniejszych regionów kraju. W istocie jednak podwyżka cen paliwa będzie najdotkliwsza dla niezamożnych kierowców, dla których dojazd do pracy samochodem jest koniecznością. Podatki tego typu należą bowiem do najmniej sprawiedliwych.

Przedstawiony przez posłów PiS projekt wprowadzenia nowego podatku drogowego, który ma być głosowany 14 lipca 2017, będzie wiązać się z podwyższeniem ceny paliwa o około 25 groszy za litr. Część tych pieniędzy ma zasilić specjalnie utworzony Fundusz Dróg Samorządowych. „Bardzo sprawnie rozwija się w Polsce sieć autostrad i dróg ekspresowych, ale znacznie gorzej jest z drogami samorządowymi” – mówił na konferencji w sejmie poseł PiS Zbigniew Dolata.

Dodał też, że na drogach gminnych i powiatowych rocznie dochodzi do blisko połowy wszystkich wypadków. I właśnie temu mają zaradzić remonty dróg finansowane z nowego funduszu. Wpływy z nowego podatku szacowane są na ok. 5 mld rocznie.

Ekspresowy projekt

Pomysł nie jest nowy – pojawił się już w kwietniu 2016 roku. Jednak wówczas minister infrastruktury i budownictwa Andrzej Adamczyk szybko zrezygnował z zamiaru podniesienia opłaty paliwowej. Podobne rozwiązanie sugerował niedawno rządowi Marek Pol, były minister infrastruktury w lewicowych rządach, który z rozbrajającą szczerością mówił: „Wprowadziliśmy 10 gr od litra i nikt tego nie zauważył.”

Dziś PiS wraca do tego planu. I przedstawia go w formie projektu poselskiego, co sprawia, że ścieżka legislacyjna jest w tym wypadku bardzo szybka – w przeciwieństwie do rządowych projektów nie będzie on wymagał konsultacji publicznych.

A szkoda, bowiem projektowi można wiele zarzucić – między innymi to, że jest po prostu niesprawiedliwy.

Im mniejsze zarobki, tym większy ciężar

Planowana przez PiS „opłata drogowa” – wynosząca według projektu 200 zł za 1000 l benzyny lub oleju napędowego, jest typowym podatkiem pośrednim. Jest to rodzaj podatku, który płacimy, ilekroć nabywamy jakiś towar bądź usługę. Nie jest on zatem wrażliwy na poziom naszych dochodów (w przeciwieństwie do – nieznacznie, ale jednak – progresywnego podatku dochodowego).

Ma to swoje konsekwencje: takie podatki nie stanowią jednakowego ciężaru dla wszystkich. Choćby dlatego, że im większe mamy dochody, tym mniejszy jest udział wydatków w tych dochodach. Według danych GUS w 2016 roku najmniej zarabiający wydawali blisko 115 procent swoich dochodów (zadłużając się), najlepiej zarabiający – jedynie 68 procent. Mamy więc tutaj do czynienia z sytuacją, w której ci pierwsi płacą de facto proporcjonalnie większe podatki niż ci drudzy. „Podatek drogowy” wpisuje się w ten model.

Szczególnym rodzajem wydatków są dobra, które są nam niezbędne do życia. Wszyscy kupujemy żywność, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby biologiczne. Dla rodzin najmniej zamożnych owe podstawowe wydatki stanowią jednak znacznie większą część budżetu domowego niż dla rodzin o wyższych dochodach. Dlatego takie rodziny stosunkowo bardziej odczułyby podwyżkę VAT na żywność.

Dla mieszkańców wielu regionów kraju takim podstawowym dobrem jest również paliwo. A to dlatego, że nie mają wyboru – aby w ogóle zarabiać, muszą jeździć samochodem. Nowy podatek paliwowy najbardziej uderza właśnie w nich.

Autobusowe i kolejowe pustynie

Od lipca 2017 z prowadzenia stałych połączeń zrezygnował ostatni duży przewoźnik autobusowy w Bieszczadach. W kilku tamtejszych powiatach, liczących łącznie kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, nie ma już możliwości skorzystania z transportu publicznego. A są to powiaty dotknięte wysokim bezrobociem. Taka sytuacja dotyczy też innych niezamożnych regionów kraju. Podobny kryzys dotknął polską kolej – popularność tej formy transportu spadła z 951,5 mln pasażerów rocznie (1989) do 269,9 mln (2013). Podstawową przyczyną było zamykanie lokalnych połączeń.

Wobec zapaści komunikacji publicznej, to właśnie samochód osobowy umożliwia wielu mieszkańcom powiatowej Polski podjęcie pracy poza miejscem zamieszkania. Taki transport jest oczywiście droższy i mniej ekologiczny od transportu publicznego, jednak plany rozwijania tego drugiego nie są w tej chwili szczególnie imponujące. Podróżowanie samochodem pozostaje więc koniecznością. Za chwilę, za sprawą projektu PiS, ta konieczność stanie się znacząco droższa.


Redaktor i dziennikarz OKO.press. Tłumacz literatury. Pisze o pracy, podatkach i polityce społecznej.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press