Do Polski przyjechał abp Charles Scicluna, po którego raporcie o tuszowaniu pedofilii w Chile tamtejszy episkopat podał się do dymisji. Czy podobny los czeka polskich biskupów? Nic z tego. Najpierw musimy rozliczyć ich sami. My, czyli społeczeństwo obywatelskie - pisze dla OKO.press prof. Stanisław Obirek i tłumaczy czym Polska różni się od Chile

W Wałbrzychu i Świdnicy 13 i 14 czerwca odbywa się zebranie Episkopatu Polski, poświęcone m.in. ochronie dzieci i młodzieży. Na zaproszenie polskich biskupów przyjechał na nie specjalizujący się w tym temacie abp Charles Scicluna, arcybiskup Malty, sekretarz pomocniczy Kongregacji Nauki Wiary. W piątek 14 czerwca wystąpi na konferencji podsumowującej zebranie.

O tym, czego możemy się spodziewać po jego wizycie, pisze dla OKO.press prof. Stanisław Obirek, antropolog kultury i historyk, były jezuita.


Kilka dni, jakie na początku 2018 roku papież Franciszek spędził w Chile, nie wstrząsnęły tamtym Kościołem, a biskupi, nawet ci najbardziej krytykowani, pozostali na swoich stanowiskach. Co więcej, tego najbardziej znienawidzonego przez własnych parafian papież osobiście wziął w obronę i oskarżycielom zarzucił oszczerstwa.

Dopiero gdy kilka miesięcy później wrócił z Chile jego specjalny wysłannik abp Charles Scicluna z opasłym tomem, opisującym nie tylko przypadki pedofilii księży, ale i mechanizmy ich chronienia przez konkretnych hierarchów, posypały się głowy. Nie dziwne, że

podobne nadzieje wielu z nas łączy z przyjazdem do Polski tego hierarchy. Są to nadzieje nieuzasadnione.

Najpierw przypomnijmy, co wydarzyło się w Chile.

Franciszek bronił sprawcy

Wiadomo, że podczas pobytu w Santiago de Chile, papież Franciszek spotkał się z ofiarami księży pedofilów. Co więcej, „papież wysłuchał ich, a także modlił się i płakał razem z nimi”. Również podczas spotkania z przedstawicielami władz Chile, papież mówił o skandalu pedofilii w tamtejszym Kościele katolickim. Powiedział m.in., że „nie jest w stanie wyrazić bólu i wstydu, jakie odczuwa w obliczu niemożliwych do naprawienia szkód, wyrządzonych dzieciom przez sługi Kościoła”. Wszystko to piękne i poruszające. Ale jednocześnie ten sam papież bronił mianowanego przez siebie biskupa diecezji Osorno, że wobec niego „padają kalumnie”. A właśnie biskup Barros Madrid był wspólnikiem księdza pedofila Fernanda Karadimy i pomagał tuszować jego czyny.

Wtedy do słów papieża odniósł się kardynał Sean O’Malley z Bostonu, który stał wówczas na czele powołanej przez papieża komisji do walki z pedofilią.

Napisał on: „Zrozumiałe jest to, że wypowiedź papieża Franciszka jest źródłem wielkiego bólu dla ofiar seksualnego wykorzystywania ze strony duchowieństwa czy innych sprawców”.

Miał oczywiście rację.

Tym bardziej, że Franciszek nie spotkał się z trzema ofiarami Karadimy i dał do zrozumienia, że ich oskarżenia pod adresem Barrosa są niewiarygodne. A to właśnie zeznania Juana Carlosa Cruza, Jose Andresa Murillo i Jamesa Hamiltona doprowadziły w 2004 roku do oskarżenia księdza i do skazania go siedem lat później przez watykański sąd kościelny oraz sąd cywilny w Chile. Pierwszy z nich komentował: „To znaczy, że może powinienem sobie zrobić selfie z księdzem Karadimą jak mnie molestował, i księdzem Barrosem, który się przyglądał”. Zdecydowanie ofiar się opłaciło, ich głos został wysłuchany choć z opóźnieniem.

Franciszek: popełniłem błąd

Już w drodze powrotnej z Chile do Rzymu papież Franciszek w czasie rozmowy z dziennikarzami przeprosił za swoje niefortunne słowa związane z obroną biskupa Barroso. Otóż papież powiedział, że popełnił błąd i zdaje sobie sprawę, że jego słowa były „policzkiem dla ofiar pedofilii” i że kardynał O’Malley miał rację zwracając mu uwagę na ich niestosowność. Dodał jednak, że biskup pozostaje na swoim miejscu, bo nie ma dowodów, że krył księdza pedofila. Żaden z poprzedników Franciszka nigdy do błędów się nie przyznał. Nikt nigdy nie wątpił w dogmaty papieskiej nieomylności. Stąd większość problemów tej instytucji i to nie tylko w związanych z pedofilami w sutannach.

Papież zmienił zdanie po lekturze raportu Scicluny i spotkaniu z ofiarami Karadimy.

W czerwcu 2018 przyjął dymisję Barrosa, a we wrześniu wydalił ze stanu kapłańskiego Karadimę. Stało się tak dzięki presji społecznej (dochodziło nie tylko do protestów, ale i palenia kościołów), konsekwentnej postawie mediów i dokładnemu opisowi nadużyć przez Sciclunę. Najmniej zrobili sami biskupi i tamtejszy kler, potwierdzając znaną zasadę, że Kościół nigdy nie zmienia się bez przymusu zewnętrznego.

Polska prawie jak USA

A jak jest w Polsce? Owszem, są protesty społeczne (choć raczej nieliczne i słabo słyszalne), media regularnie informują o nadużyciach pedofilskich kleru i opieszałych reakcjach państwa. Jednak sprawą najważniejszą jest brak raportu Scicluny. Mamy raport o biskupach ukrywających sprawców, sporządzony przez Fundację „Nie Lękajcie się”, z którym zapoznał się papież Franciszek (a przynajmniej obiecał, że się zapozna). Jego wiarygodność jest jednak ciągle podważana przez samych biskupów i media prawicowe.

Podobnie jak Kościół amerykański mamy za sobą oczyszczające przeżycie dwóch ważnych filmów, jakimi były „Kler” Wojciecha Smarzowskiego i „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego (w USA był to „Spotlight” oparty na głośnych reportażach dziennikarzy z „Boston Globe”). To te filmy sprowokowały ogólnonarodową debatę na temat miejsca Kościoła i kleru w życiu publicznym. Po tym drugim biskupi polscy wydali ważne oświadczenie, przypominające deklarację papieża Franciszka (tę sprzed dymisji episkopatu chilijskiego), ale poza tym cisza. Żadnych działań uwiarygodniających pobożne slogany.

Biskupi obiecują poprawę…

Mimo wszystko list biskupów odczytany w kościołach 26 maja (choć nie wszystkich!) zatytułowany „Wrażliwość i odpowiedzialność” warto odnotować. Zdaniem jego autorów przestępstwa seksualnego wykorzystania dzieci przez niektórych duchownych „są powodem wielkiego zgorszenia i domagają się całkowitego potępienia, a także wyciągnięcia surowych konsekwencji wobec przestępców oraz wobec osób skrywających takie czyny”.

Do dzieła zatem, przecież znani są przestępcy, znane są też osoby, które skrywały ich czyny. Czekam więc, kiedy wobec jednych i drugich wspomniane konsekwencje zostaną wyciągnięte.

Biskupi mogą liczyć na ekspercką pomoc prawników. Dla mnie szczególnie przekonujące są teksty publikowane przez Piotra Kardasa i Macieja Gutowskiego. Już w styczniu na łamach „Rzeczpospolitej” napisali, byśmy nie odwracali się od problemu pedofilii w Kościele, a kilka miesięcy później postawili kropkę nad „i” pisząc, że „Kościół może odpowiadać prawnie za czyny pedofilów z filmu Sekielskich”. A skoro tak, to stosujmy prawo. Tym bardziej, że sami biskupi deklarują gotowość współpracy z państwowymi organami. Piszą bowiem we wspomnianym liście: „Będziemy też nadal zgłaszać przestępstwa państwowym organom ścigania”. Jak dotąd nie była to powszechna praktyka. Wręcz przeciwnie. Bez konkretnych działań słowa biskupów pozostaną pustą deklaracją.

…ale nie robią nic

List zawiera trzy ważne wymiary problemu pedofilii w Kościele. Mowa jest w nim o świadectwie cierpienia ofiar, przejmująco pokazane w filmie Sekielskich, o koniecznej wrażliwości nas wszystkich i o odpowiedzialności sprawców.

Biskupi deklarują „zrobimy wszystko, co w naszej mocy”. Po tej deklaracji pora powiedzieć: sprawdzam! Do tej pory biskupi zrobili niewiele.

Żaden z nich nie wypowiedział się krytycznie o zaniedbaniach braci w biskupstwie. Nie napiętnowali też obraźliwych opinii wyrażanych pod adresem ofiar i piszących o nich w pogardliwym tonie publicystach. Mimo wyrażonej werbalnie wdzięczności za dokument braci Sekielskich nie zrobili nic, by film zmienił postawy wiernych nadal uparcie broniących sprawców i atakujących ofiary. Co więcej, nie spotkałem się z żadnym potępieniem mowy nienawiści, która coraz obficiej wylewa się z portali prawicowych i mediów społecznościowych.

Kard. Dziwisz śpi spokojnie

Czy to się zmieni po dwudniowej wizycie Scicluny? Szczerze wątpię. Tym bardziej, że „dostojny gość” będzie dobrze strzeżony na Dolnym Śląsku z dala od wścibskich dziennikarzy. Najlepiej powody mego sceptycyzmu wyraża znakomity artykuł opublikowany w OKO.press przez Andrzeja K. Sidorskiego, a odnoszący się do kolejnego oświadczenia kardynała Stanisława Dziwisza. Autor w tytule swego tekstu stawia pytanie: „Czy Jan Paweł II był bezkompromisowy wobec pedofilii w Kościele?”.

Wynik tego sprawdzianu jest dla Dziwisza druzgocący. Dowody na półprawdy i fałsze Dziwisza są nie do obalenia.

Myślę, że tutaj tkwi główne źródło różnicy między Polską i Chile. W odróżnieniu od tego drugiego kraju w Polsce nikogo nie stać na skonfrontowanie nie tylko Dziwisza,

który jest współodpowiedzialny za większość fatalnych nominacji biskupich w naszym episkopacie, ale również za jeden z największych skandali pontyfikatu Jana Pawła II, jakim było chronienie przestępcy i notorycznego pedofila Marciala Maciela Degollado. Jak rozumiem, ta odpowiedzialność będzie rozliczona albo przez sąd w Meksyku albo na Sądzie Bożym. Pewnie to drugie jest bardziej prawdopodobne.

Również nikt nie zwróci się z pytaniami do emerytowanego nuncjusza Józefa Kowalczyka, by wyjaśnił jak to się stało, że wiadomości o wieloletnim procederze demoralizacji kleryków przez abp. Juliusza Paetza były blokowane

i dopiero bezpośrednia interwencja przyjaciółki papieża Wandy Półtawskiej położyła mu kres. Takich pytań byłemu nuncjuszowi powinno się zadać więcej. Podobne pytania powinien usłyszeć bp Piotr Libera, który w tajemniczych okolicznościach udaje się na półroczną pokutę do kamedułów. On jako najbliższy współpracownik Kowalczyka, a później sekretarza episkopatu zapewne posiada wiedzę, która pozwoli rozjaśnić wiele tajemnic okalających ten najbardziej solidarny związek zawodowy, jakim są polscy biskupi. Dotyczy to każdego z wymienionych w dokumencie Sekielskich biskupów.

Abp Scicluna nie rozliczy episkopatu

Tak więc abp Scicluna spędzi na Dolnym Śląsku dwa intensywne dni, szkoląc polskich biskupów, jak radzić sobie z pedofilią. Rzecznik episkopatu, ks. Paweł Rytel-Andrianik, słusznie podkreśla, że przyjeżdża on na zaproszenie polskich biskupów i dodaje, że to właśnie biskupi „poprosili abp. Sciclunę, aby przeprowadził dzień studyjny podczas zebrania plenarnego biskupów, bo chcą skorzystać z jego wiedzy i doświadczenia”.

Trudno przypuszczać, by gość chciał sprawić im przykrość i by nie docenił ich dobrej woli. A o. Adam Żak, koordynator ds. ochrony dzieci i młodzieży przy Episkopacie, ma świętą rację, gdy powtarza jak mantrę, że

Scicluna „nie przyjedzie, by rozliczyć episkopat”. Nie ma powodu, by im nie wierzyć. Kto więc rozliczy episkopat? Tylko my. Polskie społeczeństwo obywatelskie.

Tylko nasze skoordynowane działania i wspólna wola wyeliminowania z życia publicznego zachowań, godzących w istotę demokracji, może pomóc rozliczyć nie tyle episkopat, co konkretnych przestępców i tych, którzy ich nadal chronią. Na koniec chcę zacytować słowa weterana walki z pedofilią w kościele amerykańskim, dominikanina Thomasa Doyle’a. Otóż pod wrażeniem medialnego sukcesu filmu „Spotlight” napisał w 2016 roku kilkustronicowy tekst zatytułowany „Przed Spotlight”, który udostępnił w Internecie. Jest to rodzaj podsumowania walki trwającej już dziesięciolecia.

Oto dwa zdania otwierające refleksję dominikanina: „Przez ostatnie 32 lata nauczyłem się być sceptyczny wobec większości spraw związanych z seksualnymi nadużyciami kleru. Mój sceptycyzm jest zakorzeniony przede wszystkim w pojawiających się nieprzerwanie deklaracjach biskupów i papieży”. Cały tekst w pełni uzasadnia taką postawę. Jestem przekonany, że kurtuazyjna wizyta papieskiego „czyściciela pedofilii w Kościele” jedynie potwierdzi sceptycyzm Doyle’a.


Zachęcamy także do przeczytania wywiadu z ks. prof. Andrzejem Kobylińskim, który także jest raczej sceptyczny wobec samoczyszczenia polskiego Kościoła:


Pilnujemy rozdziału Państwa od Kościoła.
Daj na tacę OKO.press.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press