Lewica w roli establishmentu obsadza bankierów, arystokrację. Prawica - „liberalne media”, „kawiorowych socjalistów” czy „żyjących w wieżach z kości słoniowej” lewicujących akademików. Jakub Majmurek przygląda się karierze pojęcia „establiszment” i pyta, czy silny establiszment polityczny sprzyja demokracji, czy przeciwnie

Żadne chyba słowo nie ma ostatnio w polityce tak złej prasy, jak establishment. Buntem przeciw establishmentowi miał być Brexit i zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Stanach, poparcie dla francuskiego Frontu Narodowego i Alternatywy dla Niemiec (AfD).

Choć tego terminu nie tak często używa się w polskiej debacie politycznej, także „dobra zmiana” miała wynikać z odrzucenia przez Polki i Polaków liberalnego establishmentu.

Co mówią liczby

Dziennikarze amerykańskiego radia publicznego NPR policzyli artykuły, w których pojawiał się termin „polityczny establishment”. Analizą objęli cztery najbardziej opiniotwórcze amerykańskie dzienniki, w miesiącu poprzedzającym konwencje Iowa, rozpoczynające zwyczajowo walkę o nominację dwóch głównych partii, a w konsekwencji o Biały Dom. W latach 2000-2012 ta liczba nie przekraczała 45. W 2016 wyniosła 128.

Jak przyznają dziennikarze NPR, nie da się oszacować, jak często o „establishmencie” pisała w tym okresie blogosfera – ale można założyć, że znacznie częściej.



Ten podły establishment

„Oxford Dictionary” definiuje „establishment” jak „grupę wpływowych osób w jakiejś dziedzinie” i jako „grupę osób, która posiada w społeczeństwie wpływ na kwestie polityki, opinii, gustu, opierającą się zmianom”. Jak widzimy nawet słownikowa definicja „establishmentu” zawiera w sobie komponent oceny.

Jeszcze gorzej z neutralnością tego terminu jest, gdy próbujemy określić, kto właściwie jest establishmentem i w jakie sposób sprawuje w tej roli władzę i wywiera wpływy. Jak w książce „Establishment: And How They Got Away With It” zauważa brytyjski dziennikarz Owen Jones, najczęściej w debacie publicznej establishmentem nazywana jest ta wpływowa grupa, której używający tego terminu szczególnie nie lubi.

Na brytyjskim gruncie takie podejście zaczyna się w latach 50., za sprawą Henry’ego Fairlie. Ten konserwatywny dziennikarz relacjonował w połowie lat 50. na łamach „Spectatora” to, jak brytyjska prasa zamiotła pod dywan sprawę dwóch wywodzących się z elit brytyjskich szpiegów na rzecz ZSRR – Guya Burgessa i Donalda Macleana. W tekstach Fairlie atakował brytyjski establishment zawsze gotowy bronić swoich przedstawicieli.



To w dużej sprawie za sprawą tekstów Fairliego establishment zaczął oznaczać na Wyspach Brytyjskich wąską, powiązaną więzami rodzinnymi, uprzywilejowaną, zamkniętą (czasem kooptującą nowych członków) grupą osób formalnie i nieformalnie sprawującą władzę w kluczowych dla życia społecznego dziedzinach i dbającą przede wszystkim o bezpieczeństwo i interesy jej członków.

Ataki na tak rozumiany establishment są od tej pory przewidywalną częścią brytyjskiej debaty publicznej.

Lewica w roli establishmentu obsadzać będzie bankierów z City, generalicję, arystokrację, elitę służby cywilnej i rodzinę królewską; populistyczna prawica „liberalne media”, „kawiorowych socjalistów”, czy „żyjących w wieżach z kości słoniowej” lewicujących akademików.

Wszystkie establishmenty

Jak widać, wśród poddanych Elżbiety II nikt nie chce być establishmentem, a establishmentów jest wiele. Podobne użycie tego terminu występuje w USA. Tam także establishment nie ma dobrej prasy. Nigdy też nie występuje w liczbie pojedynczej.

Swój establishment ma krąg zajmujący się polityką międzynarodową i bezpieczeństwa Stanów, gromadzący blisko powiązanych ze sobą ekspertów obu partii; swój – sektor bankowy; inny – wydobywczy i filmowy.

W Stanach o każdej ważnej grupie w jakimś polu mówi się jako o establishmencie.

Swój establishment mają też dwie wielkie partie – Demokraci i Republikanie.



Składa się on z sieci najbardziej wpływowych urzędników publicznych, darczyńców, partyjnych bossów, właścicieli sympatyzujących mediów, kierowników bliskich danej partii think tanków itd. Wszystkie te struktury tradycyjnie pośredniczyły między partią i jej wyborcami. Dostarczały im zarysów polityk. Równoważyły demokratyczny żywioł, wyrażający się w takich instytucjach jak prawybory i wybory, wpływając na najważniejsze partyjne nominacje. Pomagały politykom zdobywać środki na kampanię, rozdając nagrody i kary zarządzały ich karierą.

Bunt dzięki słabości

Od lat 60. establishment obu partii jest pod odstrzałem. Z jednej strony za sprawą mobilizacji pokolenia ’68; z drugiej wolnorynkowych konserwatystów i przeciwników praw obywatelskich. Bazie Republikanów udało się wbrew własnemu partyjnemu establishmentowi wybrać Barry’ego Goldwatera jako kandydata partii na prezydenta w 1964 roku. Bazie Demokratów George’a McGoverna w 1972. Obaj przegrali wybory, ale odtąd żądania większej transparentności działania obu partii, odebrania ich establishmentowi i przekazania wyborcom staną się stałą częścią amerykańskiej polityki. Paliwa doda im afera Watergate.

Trump jest więc kolejnym aktem ciągnącego się od dekad przedstawienia. A przy tym można się spierać, czy obecny bunt przeciw establishmentowi to wynik jego nieliczącej się z głosem dołów władzy w obu partiach, czy wręcz przeciwnie – efekt jego słabości. Tak twierdzi badacz Brookings Institution Jonathan Rauch. Jego zdaniem

gdy establishment partyjny faktycznie pozostawał silny – w latach 50. – ani Trump, ani Bernie Sanders, ani Ted Cruz nie mieliby szans zostać gwiazdami prawyborów.

Rauch wierzy w sens istnienia partyjnych instytucji pośredniczących między wyborcami, a politykami, partyjnego establishmentu sensownie zarządzającego partiami. Jego zdaniem reformy ostatnich 30 lat pozbawiły partie efektywnych narzędzi, by dyscyplinować swoich polityków, skłaniać ich do kompromisów i zespołowej pracy. Partie utraciły wpływ na nominacje na wybieralne stanowiska, nawet olbrzymia część środków przepływa dziś nie przez partie, a zależne od kilku bogatych darczyńców komitety wspierające poszczególnych polityków.

W efekcie, mamy dziś Kongres złożony nie tyle z partii, co pojedynczych polityków zabiegających o uwagę mediów, zdeterminowanych grup często skrajnych wyborców i bogatych darczyńców.

Na takiej scenie politycznej coraz trudniej o kompromis i praktyczne negocjowanie odpowiadających wszystkim rozwiązań.

Łatwo wyrosnąć za to na tym gruncie komuś takiemu jak Trump – kto tak naprawdę w żaden sposób nie czuje, że zawdzięcza karierę partii i nie daje gwarancji, że pozostanie wobec niej lojalny.

Niekoniecznie dobra zmiana

Czy Trump ułoży się z republikańskim establishmentem, czy będzie prowadził politykę przeciw niemu? Jaki nie będzie kierunek jego polityki, sam przykład jego sukcesu pokazuje, jak słaby jest partyjny establishment i jak łatwo jest w zasadzie wrogo przejąć partię zdeterminowanej jednostce. Na fali rozliczeń wyborczych w Partii Demokratycznej możliwy jest także tam jeszcze ostrzejszy bunt przeciw partyjnemu establishmentowi. Jeśli nie uda się mu przejąć partii, Demokratów może czekać powtórka z ich własnym, lewicowym odpowiednikiem Tea Party.



Słoweński lewicowy filozof Slavoj Žižek zadeklarował, że gdyby mógł, to zagłosowałby na Trumpa, gdyż jego zwycięstwo doprowadzi do radykalnego przebudzenie i przemeblowania amerykańskiej sceny politycznej. Jonathan Rauch odpowiedziałby, że pogłębi ono tylko obecny stan – głęboko spolaryzowanej, niezdolnej do kompromisu i pracy zespołowej polityki, w której politycy nie są się w stanie porozumieć co do najprostszych rzeczy, nie mówiąc o jakimś skutecznym programie zmian.

Sukces Trumpa nie oznacza też z pewnością bardziej demokratycznej, bliższej ludziom polityki. Wręcz przeciwnie, już w pierwszych kadrowych wyborach Trumpa widać, że ekipa zajmująca się przejęciem władzy od administracji Obamy pełna jest przedstawicieli różnych lobby – głównie naftowego i finansowego – z których wpływów Trump miał rzekomo oczyścić Waszyngton.

Ponieważ nie ma jednego establishmentu, osłabienie tego politycznego nie musi osłabiać np. naftowego.

Owen Jones we wspomnianej książce szeroko definiuje establishment, jako grupę ludzi połączonych wspólnymi interesami i ideologią, której kluczowym elementem jest postulat takiego urządzenia demokracji, by wybory nigdy nie zagroziły stosunkom własności i władzy, jaka się z nimi wiąże.

Tak rozumiany establishment może chronić swoje interesy równie dobrze w ramach systemu, gdzie proces polityczny kontrolują struktury zawodowych polityków skupione w dwóch, lub kilku partiach; jak i takiego, gdzie polityka opiera się na niezapośredniczonym przez żadne ciała pośrednie kontrakcie między populistycznym politykiem, jego darczyńcami, a mniej, lub bardziej przypadkową i amorficzną jego wyborców. W tej perspektywie Trump stanowić może raczej prezent niż zagrożenie dla establishmentu.


Abonament na wolność słowa

Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) “Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym