17 sierpnia 2022

"Urodziłam się nad Odrą. Teraz przeżywam żałobę". Cztery głosy znad rzeki

"Kiedy ktoś umiera, to znika. Nie ma go, nie widzimy go. A nam umarła rzeka i wciąż ją widzimy. Płynie. To trudne do pojęcia i zaakceptowania" - mówi Magdalena Bobryk z Krosna Odrzańskiego. Wysłuchałam czterech opowieści znad zatrutej rzeki

Katastrofa na Odrze to nie tylko dramat dla ekosystemu rzecznego. To również tragedia tysięcy osób, które żyją nad Odrą, korzystają z niej, budują wokół niej biznesy albo angażują się w jej obronę.

Wysłuchałam czterech osób, które właśnie tracą ukochaną rzekę. Oddaję im głos.

Magdalena Bobryk, mieszkanka Krosna Odrzańskiego (woj. lubuskie), współzałożycielka Stowarzyszenia 515:

Magdalena Bobryk, fot. Stowarzyszenie 515

Urodziłam się nad rzeką, na jej 515 kilometrze. Od samego początku mieszkam nad Odrą, wyjeżdżałam stąd po edukację, po rozwój, ale zawsze wracałam. Jestem związana z tą rzeką od ponad 40 lat.

Teraz przeżywam żałobę.

Kiedy ktoś umiera, to znika. Nie ma go, nie widzimy go. A nam umarła rzeka i wciąż ją widzimy. Płynie. To trudne do pojęcia i zaakceptowania. Chcielibyśmy, żeby było jak wcześniej, ale nie jest. I zaczynamy się jej bać, bo nie wiemy, co w niej jest, ile zanieczyszczeń nią spływa. Nie wiemy, czy nasze wejścia do rzeki, kiedy się kąpaliśmy, kiedy wchodziliśmy po kolana, szukając skarbów, odkrywając rośliny, były bezpieczne. Czy już wtedy nie narażaliśmy swojego zdrowia?

Zmieniła mi się perspektywa patrzenia na tę rzekę, zmieniły się emocje, kiedy nad nią idę. Martwię się o nią, jak o żywą istotę, bo tak ją traktuję. Ale z drugiej strony patrzę jak na coś, co zniszczyło mi znany dobrze model życia. Nam, społecznikom, zmieniła też trochę przyszłość, mieliśmy plany, gdzie zbudujemy ścieżki edukacyjne, mieliśmy robocze projekty odrzańskie, które chcieliśmy składać w przyszłym roku.

Czy teraz będą miały sens? Wiele osób przeżywa to ze swoimi przedsiębiorstwami. Ludzie mają wypożyczalnie kajaków, organizują wycieczki, wybudowali agroturystyki. A teraz Odra nie będzie nikogo tutaj przyciągać.

O tym, że do Odry są wlewane różne rzeczy, pisaliśmy już od dawna.

Jako społecznicy wskazywaliśmy, że woda ma dziwny zapach i kolor. Specjalnie wróciłam do historii naszych postów - pierwszy z nich pojawił się jesienią zeszłego roku. Do Krosna Odrzańskiego zbliżał się wlany do rzeki fenol. Ponawialiśmy informację w listopadzie, w wolny dzień - bo wtedy najczęściej dochodzi do zrzutów - gdy nie pracują instytucje.

1 sierpnia widzieliśmy, że coś się dzieje na 200. kilometrze Odry - ale nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie skali tej katastrofy. Chciałam jakoś rozładować oburzenie na to, że nikt nie reaguje, że służby są głuche na zgłoszenia. Zeszłam nad Odrę, bo przyroda mnie zazwyczaj uspokaja, koi. Zobaczyłam wtedy amura, rozpaczliwie szukającego ratunku, konającego na moich oczach. Wtedy zrozumiałam, że to jest zagłada.

Dziś na Odrze wzmożony ruch.

Widać służby poruszające się po rzece, pierwszy raz widzę inspektorów WIOŚ, którzy zebrali próbki do trzech lodówek. Ale nie jestem optymistką.

Nie mam wiary w to, że decydenci zauważą, że Odrę powinno się zostawić w spokoju. Powinna mieć zakola, meandry, starorzecza, powinna być zrenaturyzowana. Ale tak się nie stanie, bo w rzece są pieniądze. Tu można robić biznes. Mieszkamy w państwie, w którym zapomina się, że rzeki dają życie, karmią nas.

Jeśli jest ktoś, kto będzie chciał ją uratować, to będą to ludzie nieobojętni na obecny stan przyrody. Ludzie świadomi zbliżającej się katastrofy klimatycznej, nikt inny.

Ryszard Matecki, mieszkaniec Zatoni Dolnej (woj. zachodniopomorskie), grafik ilustrator, nadodrzański przedsiębiorca, właściciel foodtrucka:

Ryszard Matecki w swoim foodtrucku, fot. Piotr Fischer Rosiński

Do Zatoni przeprowadziłem się w 1994 roku. Wcześniej też mieszkałem nad Odrą, w Szczecinie, ale nie miałem wtedy takiego kontaktu z rzeką. W Zatoni zamieszkałem na terenie parku krajobrazowego, w pradolinie Odry. Magiczne miejsce. Tak przyciągające, że nawet kiedy na rok uciekłem w piękne Kaszuby, to z tęsknoty musiałem wrócić.

Odra połączyła mnie z ludźmi mieszkającymi wzdłuż rzeki - nie tylko tutaj, ale też przy górnym biegu. Mieliśmy wspólne wyprawy po rzece, mój przyjaciel Michał Zygmunt uczył nas, jak jej słuchać. Biwakowaliśmy na brzegach w różnych porach roku. Nauczyliśmy się - mówię w liczbie mnogiej, bo była nas spora grupa - czytać tę rzekę.

Odra była regularnie zatruwana, szczególnie w górnym biegu.

To duża rzeka, zawsze sobie radziła. Do nas, do dolnego biegu, zanieczyszczenia docierały mocno rozcieńczone. Nie byliśmy więc zaskoczeni, jak usłyszeliśmy o kolejnym zatruciu - wiedzieliśmy o nim od początku, moi przyjaciele z górnego biegu nas alarmowali. Zaskoczyła nas skala.

Te tysiące nieżywych ryb i innych stworzeń, ten chemiczny zapach wody. Widzieliśmy już klęski - byłem tu w 1997 i 2010 roku, kiedy Odra buntowała się i wzbierała. Widzieliśmy jej siłę i teraz widzimy, jaka potrafi być słaba. Jak dziadek, którego w dzieciństwie podziwiamy, widzimy w nim silnego mężczyznę. A kiedy dorastamy, mamy przed sobą schorowanego, słabnącego człowieka. Taka jest teraz Odra.

Mając sygnały o zanieczyszczeniu, zacząłem obdzwaniać zaprzyjaźnionych ludzi z nadodrzańskich gmin.

Pytałem, czy wiedzą, że to za chwilę dotrze, czy ostrzegają ludzi. Większość odpowiadała, że nic nie wie. Trochę się pukano w głowę, każdy jednak mówił z ostrożnością, że zweryfikujemy, poczekamy na oficjalny komunikat. Dopiero po moim wierceniu dziury w brzuchu zaczęli pytać WIOŚ i Wody Polskie - dostawali enigmatyczne odpowiedzi, że badamy, czekamy, nic się nie dzieje.

Skala tragedii zaskoczyła samorządy, nie byli na to przygotowani. Kiedy wszystko zaczęło wychodzić na jaw, sąsiedzi mieli do mnie pretensje. "Dlaczego nas nie ostrzegałeś?" - pytali. "A uwierzylibyście?" - odpowiedziałem. Przyznali, że nie.

W pierwszych dniach sami wywieszaliśmy kartki przy brzegu, żeby nie wchodzić do wody.

W ostatniej chwili powstrzymałem niemieckich turystów, którzy chcieli wodować kajak.

Teraz nad Odrą pojawiły się służby. Byłem w okolicy mostu w Krajniku Dolnym, gdzie przebiega graniczna ścieżka rowerowa. Postawiono tam zaporę, koparka wyławia martwe ryby. Pracują strażacy, wędkarze, społecznicy. Pojechałem tam z moim foodtruckiem, żeby nakarmić tych ludzi. W Zatoni nic się nie dzieje. Wczoraj spotkałem grupę przyrodników na wizji lokalnej. A ryby zalegają, rozkładają się.

Boję się, co będzie dalej. W naszym regionie powstała wielka koalicja, która od lat budowała markę ujścia Odry. To niezwykłe miejsce, gdzie zbierają się ptaki, gdzie wylewa Odra, tworząc dla nich wielką stołówkę. Turyści przyjeżdżali od marca do listopada, nie tylko w sezonie letnim. Powstały inwestycje, ścieżki rowerowe, platformy widokowe, atrakcje nad odrą, na południu.

To była fajna strategia, tworzona razem z Niemcami. My tutaj żyjemy razem, w zgodzie - za oknem widzę niemiecki Park Narodowy Doliny Dolnej Odry.

Narracja o martwej Odrze zburzy to, co budowaliśmy latami.

Upada cały sektor usług. Ja sam prowadząc malutkie przedsiębiorstwo, foodtruck, w którym służę jedzeniem, piciem i informacją turystyczną, odczułem z dnia na dzień 80-procentowy spadek klientów. Niemcy mają zakaz zbliżania się do wody, ludzie się boją tu przyjeżdżać. Wypożyczalnie kajaków się zwijają, bo pod Odrze nie będą pływać, a turyści odwołują nawet wycieczki po dopływach rzeki.

To nic, że woda pod górę nie płynie. Cała ta katastrofa odbije się na gastronomii, sklepach, turystyce.

Odbije się też na naszych stosunkach z Niemcami. Mają pretensje, że nie byli wcześniej poinformowani, mówią, że może dało się jakoś wspólnie temu zaradzić. Moi znajomi, którzy pracują po niemieckiej stronie mówią, że nie mogą patrzeć Niemcom w oczy, kiedy temat rozmowy schodzi na Odrę.

Łamie mi się głos, kiedy o tym wszystkim mówię.

Krzysztof Smolnicki, wrocławianin, prezes Fundacji EkoRozwoju:

09.11.2016 Wroclaw , Ekocentrum . Krzysztof Smolnicki z Fundacji EkoRozwoju  .
fot . Kornelia Glowacka-Wolf / Agencja Gazeta
Krzysztof Smolnicki, fot. Kornelia Glowacka-Wolf / Agencja Wyborcza.pl

Co poczułem najpierw? Wkurzenie. Na państwo, na służby, na to, że obywatele musieli przejąć ich rolę. Potem pomyślałem: kurczę, jednak ludzie się zmobilizowali, nawet jak państwo nie działa, to zaczęli po prostu reagować. Przypomniałem sobie, że podobnie było w czasie powodzi w 1997. Wtedy też obywatele zaczęli ratować sytuację.

Z czasem przyszedł smutek.

Tak dużej katastrofy jeszcze nie było. Te miliony martwych ryb - mówię "miliony", bo nie mogę zaakceptować opowiadania o tonach ryb. Nikt nie mówi o tonach ofiar ludobójstwa. Ryby też są żywymi istotami, które zostały zamordowane. Ale to nie tylko o nie chodzi - są przecież jeszcze małże, ślimaki, one nie wypływają na powierzchnię, im nie zrobimy zdjęcia.

Rzeczywistość jest tragiczna, bo mamy do czynienia nie z pojedynczymi gatunkami, ale z całym ekosystemem.

Rzeki są arteriami życia.

W naszym krajobrazie rzeki są odpowiednikami Puszczy Amazońskiej. Zniszczenie, zaburzenie ekosystemu może mieć gigantyczne efekty domina. Wiem jednak, że przyroda po jakimś czasie sobie poradzi. Ta równowaga będzie inna, Odra będzie inna. Może się odrodzić za kilka lat, a może dopiero następne pokolenie będzie mogło to obserwować. Nie wiemy - i to jest trudne.

Państwo nas zawiodło i boję się, że nie wykorzysta tego dobrego momentu na zmiany. W debacie publicznej widać próbę odwrócenia narracji. Słyszymy, że to wszystko wina ekologów, że jesteśmy finansowani przez Niemców i chcemy zablokować plany żeglugowe. Chcemy, bo przywracanie żeglugi na Odrze jest przez zmianę klimatu niemożliwe, a do tego jest niepotrzebne. Zarobi na tym garstka osób, a mieszkańcy stracą. W takim kanale, jakim miałaby być Odra po użeglownieniu, zanieczyszczenia przepływałyby jeszcze szybciej. Byłoby jeszcze gorzej.

Tli się gdzieś we mnie nadzieja, że się opamiętamy.

Przy okazji tej katastrofy poczułem, dla jak wielu ludzi ważna jest rzeka. Mówiło się, że ludzie się odwrócili od rzek, że dopiero teraz to wraca, że w miastach są plaże, knajpy, kajaki. Ale tu nie chodzi o knajpę czy plażę - dla ludzi ważna jest sama obecność rzeki.

We Wrocławiu poruszenie jest niesamowite. Widzę to po sąsiadach, po znajomych. Ludzie zaczepiają mnie na ulicy i pytają, co będzie z rzeką. Pytanie, jak długo to przetrwa. Trzeba tę złość, smutek i rozgoryczenie przekuć w działania. Zmienić prawo, nadać rzekom osobowość prawną. Działanie, nie rozpacz. Bo ile można się katować zdjęciami martwych ryb?

Ktoś powie wreszcie: trzeba zacząć normalnie żyć. Ale to życie jest związane z rzekami. Naszego Wrocławia by nie było, gdyby nie Odra.

Dominik Dobrowolski, wrocławianin, kajakarz, organizator akcji Czysta Odra:

02.07.2015 Szczecin , nabrzeze Kapitanat Portu . Dominik Dobrowolski przeplynie kajakiem ze Szczecina do Gdyni w ramach akcji  Recykling Rejs - odzyskuj tworzywa sztuczne .
Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta
Dominik Dobrowolski, Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl

Co roku organizuję "Odyseje", czyli akcje sprzątania. Sprzątałem już plaże nad Bałtykiem, idąc wzdłuż morza 500 km, w zeszłym roku góry - od Bieszczadów po Sudety. W tym roku była Wisła. Byłem na wysokości Bydgoszczy, kiedy usłyszałem, że coś złego dzieje się z Odrą. Wyławiałem śmieci z Wisły, a tymczasem po Odrze przepływała fala martwych zwierząt.

Odra jest mi bardzo bliska.

Na przełomie kwietnia i maja zebraliśmy się międzynarodową grupą, 15 tysięcy wolontariuszy, na sprzątanie Odry. I teraz, kiedy doszło do tej katastrofy, dostałem mnóstwo maili od tych ludzi - pytali, co robimy, wysyłali zdjęcia, alarmowali. Ta sprawa wywołała ogromne poruszenie.

A tak się składa, że dwa miesiące temu skończyłem trzeci międzynarodowy spływ kajakowy Odra - Sprewa. Ten spływ to sposób na promocję Odry, turystyki rzecznej, nadodrzańskiej przyrody i na pokazanie kajakarzom, że można wsiąść na kajak we Wrocławiu i dopłynąć do Berlina. Płynęliśmy kilka dni, pogoda była cudowna, a woda tak czysta, że co godzinę ktoś z ekipy wskakiwał się wykąpać. Nie pamiętam czystszej wody w Odrze. A teraz? Szok, przerażenie.

Ale zamiast skupiać się na tym, co złe, wolałbym na tym, co dobre.

Podczas mojej Odysei Bałtyckiej sprzątałem plaże samotnie. Środek pandemii, ludzie pozamykani w domach, ale dostałem pozwolenie na tę akcję. Szedłem sto kilometrów i nie spotkałem ani jednej osoby. Ale nie byłem sam: na piasku wylegiwały się sarny, foki, dziki z rodzinami, lisy baraszkowały na wydmach, przy brzegu było widać ławice ryby. Jak człowiek ustąpił, to przyroda wyszła z zakamarków, z ukrycia. Mam pewność, że tak będzie z Odrą. Musimy tylko dać jej spokój.

Nie wiemy, co stoi za katastrofą, ale wiemy, że skumulowało się wiele zjawisk - niski poziom wody, wysoka temperatura, zrzuty z różnych źródeł. brak monitoringu, lekceważenie doniesień. Do tego mamy ukamieniowanie Odry, kanalizowanie. Na tych najmocniej uregulowanych odcinkach sytuacja jest najgorsza, tam zginęło najwięcej ryb i innych zwierząt.

Odra się odrodzi, choć już nigdy nie będzie taka, jak dawniej.

Ale żeby się odrodziła musimy przestać ją masakrować, musimy ją renaturyzować, objąć opieką całe dorzecze. Kiedy pojawi się czysta woda, pojawi się też życie.

Na razie z pewnością możemy powiedzieć jedno: za tą katastrofą stoi człowiek. Człowiek, który zatruwał Odrę od lat.

Może tym razem już nie dała rady?

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne