0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Michał Borowczyk / Agencja Wyborcza.plFot. Michał Borowczy...

Inicjatywa referendalna zmierzająca do odwołania Rafała Trzaskowskiego nagle zaczyna nabierać realnych kształtów. Jej uruchomienie zbiegło się z publikacją materiałów o warszawskim Szpitalu Południowym na portalu Krzysztofa Stanowskiego. Dokładnie w tym samym czasie powstała specjalna strona internetowa sor.waw.pl, a twarzą przedsięwzięcia został Maciej Wilk – były szef kanadyjskich linii lotniczych Flair Airlines, wcześniej inicjator obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej TAKdlaCPK, aktywnie wspierającej w kampanii prezydenckiej Karola Nawrockiego, a także pomysłodawca zapomnianego już trochę projektu referendum ogólnokrajowego dotyczącego zmian ustrojowych.

Sama strona internetowa inicjatywy pozwala prześledzić specyficzną ewolucję tego pomysłu. Początkowo plan zakładał pozyskanie 300 wolontariuszy w ciągu dwóch dni. Po krótkim czasie zniknął licznik odliczający czas, choć cel pozostał niezmieniony. Gdy liczba zgłoszeń mozolnie wzrosła z około 80 do niewiele ponad 100 osób, zniknął zgłoszeń również licznik wolontariuszy. Zastąpiła go informacja, że właściwa akcja rozpocznie się w połowie lipca, a organizatorzy będą mieli 60 dni na zebranie wymaganych podpisów.

Nie wiadomo jeszcze, czy formalnie został powołany komitet referendalny i zawiadomiono właściwego komisarza wyborczego. To ważne, ponieważ od chwili rejestracji rozpoczyna się ustawowy termin 60 dni na zebranie około 132 tysięcy ważnych podpisów. Można przypuszczać, że organizatorzy świadomie odwlekają formalny start, chcąc najpierw przygotować zaplecze organizacyjne.

Gdzie lider i skąd pieniądze?

Jeżeli organizatorzy referendum w Warszawie korzystają z doświadczeń krakowskich i jednocześnie nie chcą podzielić losu nieudanej inicjatywy referendalnej we Wrocławiu, podpisy powinny być zbierane (albo nawet zebrane) już teraz – jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnej procedury. Wówczas formalna zbiórka byłaby przede wszystkim dobrze przygotowaną akcją medialną z ulicznymi punktami, wolontariuszami, banerami i odpowiednią oprawą.

Jeżeli jednak realne zbieranie podpisów rozpocznie się dopiero po rejestracji komitetu, organizatorzy zderzą się z wyjątkowo trudnym okresem.

Wakacyjna Warszawa oznacza rozproszenie mieszkańców oraz dużą liczbę osób spoza stolicy, których podpisy nie będą miały żadnej wartości.

Krakowskie doświadczenie pokazuje, że powodzenie takich przedsięwzięć nie zależy wyłącznie od politycznej woli. Potrzebna jest wieloletnia praca organizacyjna, konsekwentnie budowane zaplecze społeczne oraz precyzyjnie zaplanowana strategia oparta na badaniach i analizach. Wszystkimi tymi elementami dysponował Łukasz Gibała, który swoją pozycję w Krakowie budował od 2010 roku. Oprócz doświadczenia potrzebne są jeszcze dwa zasoby: wyrazisty lider oraz odpowiednie finansowanie. W Krakowie oba zapewniała jedna osoba.

Przeczytaj także:

W Warszawie sytuacja wygląda inaczej. Nie widać dziś naturalnego lidera, który byłby politycznym beneficjentem sukcesu referendum. Nie widać również oczywistego źródła finansowania przedsięwzięcia. Jeżeli środki się pojawią, zapewne będą musiały pochodzić od partii politycznych, bo w tak krótkim czasie trudno zbudować szerokie finansowanie społeczne. Bez lidera, bez pieniędzy, bez struktur, w wakacje zebranie ponad 130 tysięcy podpisów będzie niezwykle trudnym przedsięwzięciem.

Warszawa to nie Kraków

Jeszcze większą różnicę stanowią nastroje społeczne. Kraków i Warszawa znajdują się dziś w zupełnie innych momentach politycznego cyklu. Po wieloletnich rządach Jacka Majchrowskiego w Krakowie narastało oczekiwanie nowego otwarcia i nowej wizji rozwoju miasta. Wielu mieszkańców uznało później, że Aleksander Miszalski nie spełnił tych oczekiwań, a jednocześnie zepsuł część mechanizmów, które za jego poprzednika funkcjonowały dobrze.

Warszawa jest w zupełnie innej sytuacji. Zmiana po Hannie Gronkiewicz-Waltz dokonała się już ładnych kilka lat temu, a Rafał Trzaskowski pozostaje prezydentem zasadniczo dobrze ocenianym przez mieszkańców.

Trudno wskazać jedną politykę miejską, która mogłaby stać się zapalnikiem szerokiego społecznego buntu.

Nawet sprawa Szpitala Południowego, choć medialnie nośna, wydaje się zbyt słaba, by skłonić znaczącą część warszawiaków do poparcia referendum odwoławczego.

Potwierdzają to również wyniki wyborów. W ogólnokrajowych wyborach prezydenckich w 2025 Rafał Trzaskowski uzyskał w Warszawie około 42 proc. głosów już w pierwszej turze, podczas gdy w Krakowie zdobył około 35 proc. Kandydaci obecnej koalicji rządzącej uzyskali w Warszawie około 54 proc. głosów (Trzaskowski, Biejat, Hołownia), podczas gdy w Krakowie było to o 7 punktów mniej. Stolica pozostaje więc politycznie znacznie bardziej przychylna obecnemu obozowi rządzącemu.

Długi marsz do wyborów?

Nie oznacza to jednak, że ta inicjatywa jest pozbawiona politycznego sensu. Już samo doprowadzenie do referendum byłoby dla obozu prawicy dużym sukcesem. Głosowanie przeprowadzone zapewne jesienią, na rok przed wyborami parlamentarnymi, oznaczałoby wielomiesięczne utrzymywanie presji politycznej na Rafała Trzaskowskiego i Koalicję Obywatelską. Nawet gdyby referendum zakończyło się niepowodzeniem, sama kampania zbierania podpisów, a następnie kampania referendalna stałyby się wygodnym narzędziem budowania ogólnopolskiej narracji o kryzysie rządzących i projekcji lokalnych emocji Warszawy na poziom krajowy.

Jednocześnie sposób organizacji przedsięwzięcia pozostaje politycznie bardzo bezpieczny dla Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji. Inicjatywa formalnie pozostaje przedsięwzięciem środowiska Macieja Wilka i kierowanej przez niego Fundacji Polskiego Rozwoju. Prawicowe partie mogą wspierać ją nieformalnie, nie ponosząc właściwie odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenie. Jeżeli nie uda się zebrać podpisów lub referendum okaże się nieważne, polityczny koszt poniosą przede wszystkim organizatorzy, a nie ugrupowania parlamentarne.

W tym miejscu warto przypomnieć referendum z 2013 roku, zainicjowane przez burmistrza warszawskiego Ursynowa Piotra Guziała. Samo głosowanie zakończyło się niepowodzeniem z powodu zbyt małej frekwencji, ale przez wiele miesięcy stanowiło polityczne paliwo dla opowieści o słabnącej pozycji Platformy Obywatelskiej i PSL. Dziś mechanizm wydaje się bardzo podobny. Stawką nie musi być wyłącznie odwołanie Rafała Trzaskowskiego. Równie ważne może być stworzenie długotrwałej narracji o dekompozycji obozu rządzącego.

Ostatecznie powodzenie całego przedsięwzięcia będzie zależało nie tyle od medialnej atrakcyjności pomysłu, ile od zasobów organizacyjnych i finansowych. Można to więc sprowadzić do prostego pytania – czy inicjatorzy dysponują ludźmi, pieniędzmi i doświadczeniem pozwalającym przeprowadzić operację logistyczną porównywalną z Krakowem. Jeżeli tak – Warszawę i Polskę czeka kilka miesięcy bardzo intensywnej kampanii politycznej. Jeżeli nie – inicjatywa może podzielić los wielu podobnych przedsięwzięć, które kończyły się znacznie wcześniej, niż zaczynała się właściwa kampania referendalna.

Na zdjęciu Marcin Duma
Marcin Duma

Badacz opinii publicznej i procesów politycznych, założyciel Instytutu Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS

Komentarze