W sobotę 14 kwietnia 2018 w sali BHP w dawnej Stoczni Gdańskiej odbył się ogólnopolski zjazd ONR. Pod logo „Solidarności” prelegenci mówili, że Polska powinna być „jednolita kulturowo i homogeniczna etnicznie”. Lech Wałęsa zareagował na Twitterze, a my wyjaśniamy, czym różni się ONR od „Solidarności” i dlaczego to było świętokradztwo

Zjazd Obozu Narodowo-Radykalnego odbył się w 84. rocznicę powstania tej organizacji. Miejscem zjazdu była sala BHP dawnej Stoczni Gdańskiej – miejsce, w którym w sierpniu 1980 roku Lech Wałęsa podpisał z władzami PRL Porozumienia Sierpniowe, kończące strajk w Stoczni Gdańskiej, w których m.in. komunistyczne władze Polski zgodziły się na powstanie niezależnych związków zawodowych.

„Solidarna i Wielka Polska dla Polaków – to nasz cel” – pisał na Twitterze ONR. Wrzucił także na niego zdjęcia byłego przewodniczącego, który mówił o tym, że „Polska musi pozostać jednolita kulturowo i homogeniczna etnicznie” oraz że „musimy bronić naszych granic przed imigrantami”. Aktualny przewodniczący – nazwisk nie wymieniamy, żeby nie reklamować tych panów – mówił: „Stocznia Gdańska to wyjątkowe miejsce. Miejsce, w którym nastąpiła rewolucja godności. Ta rewolucja jest znów potrzebna polskim rodzinom”.

Miejsce zatem zostało wybrane przez kierownictwo ONR nieprzypadkowo – ze względu na historyczne znaczenie kolebki „S”. Później ONR przemaszerował ulicami Gdańska z flagami – w paradzie, którą wielu obserwatorów porównywało do powitania Hitlera w Gdańsku przez nazistów w 1939 roku.

Na gdański festiwal skrajnej prawicy zareagował były przewodniczący „S” oraz były prezydent RP Lech Wałęsa. „Czy o takie »wartości« Polacy walczyli w Grudniu 1970 i Sierpniu 1980 w Gdańsku?” – pytał.

Wałęsa nie wyjaśnił do końca, o co mu chodziło – więc zrobimy to za niego. Wyjaśniamy, czym różni się ONR od „Solidarności” i dlaczego „godność”, o której mówi skrajna prawica jest czymś zupełnie innym niż godność, o którą walczyli stoczniowcy – z Wałęsą na czele – w sierpniu 1980.

Celem ONR była zamiana Polski w katolicko-narodową dyktaturę. Wzorowali się na włoskim faszyzmie i hitlerowskim nazizmie, które podziwiali m.in. za brutalność, sprężyste działanie, zdecydowane rozprawianie się z wrogami. Ich projekt rządów w Polsce był programem totalitarnym, w którym wszystko i wszyscy są podporządkowani woli jednego wodza i jednej organizacji. Sprzeciw nie miał być tolerowany.

Cel „Solidarności” był dokładnie odwrotny: związek walczył o wolność i demokrację. Dążył do obalenia rządów komunistów, zniesienia cenzury, wolności wygłaszania wszystkich poglądów politycznych. Projekt „S” dla Polski to Rzeczpospolita demokratyczna, samorządna, otwarta na świat. Z „Solidarności” narodziła się III RP – z jej swobodami obywatelskimi, wolnorynkową gospodarką, wolnymi wyborami i wolnymi mediami. ONR był wrogiem tego wszystkiego.

ONR był zafascynowany przemocą. Działacze tej organizacji uważali, że przemoc jest normalnym sposobem na uprawianie polityki. Bili przeciwników politycznych – w tym siebie wzajemnie, bo organizację trapiły rozłamy – i uważali, że władzę można przejąć w wyniku zamachu stanu. Między innymi za to – bo niestety nie za skłonności do faszyzmu – zdelegalizowano ONR w 1934 roku. (opisaliśmy tę sprawę dokładnie tutaj).

Solidarność” programowo wyrzekała się przemocy. Do swojego celu zmierzała drogą pokojowych protestów: strajków, demonstracji, negocjacji z władzami. Istnieje wiele powodów, dla których „S” wyrzekła się przemocy – wspomnienie przegranego Powstania Warszawskiego i katastrofy II wojny światowej było jednym z nich (powstanie „S” od wojny dzieliło, jak łatwo policzyć, tylko 35 lat; wielu ludzi więc ją jeszcze doskonale pamiętało).

ONR miał antysemicką obsesję. Skrajna prawica przed wojną o większość polskich problemów – zwłaszcza powszechną nędzę – obwiniała Żydów. ONR nie tylko atakował Żydów na ulicach i na uniwersytetach, ale także zabiegał o usuwanie ich ze stowarzyszeń zawodowych (np. architektów czy prawników) oraz o ograniczenie możliwości studiowania na uniwersytetach dla młodzieży żydowskiej. Żydów polskich chciał zmusić naciskiem ekonomicznym, terrorem na ulicach i administracyjną presją do wyjazdu z Polski. Dzisiejszy ONR nie mówi już o Żydach, ale dużo o uchodźcach z Bliskiego Wschodu i Afryki. „Płaczą Niemcy, płacze Francja, tak się kończy tolerancja” – skandowali uczestnicy ochranianego przez policję marszu ONR w Warszawie w kwietniu 2017 roku.

Solidarność” była tolerancyjna dla wszystkich. Była ruchem obywatelskim, a nie etnicznym. Zabiegała m.in. o większe prawa dla mniejszości narodowych w Polsce. Odrodzenie się życia społeczności żydowskiej w wolnej już Polsce w latach 90. było możliwe dzięki politycznemu zwycięstwu „Solidarności”.

Krótko: kiedy ONR mówi o „godności”, ma na myśli zupełnie co innego niż godność, o którą walczyła „Solidarność”. Historycznemu ONR chodziło o wolność bicia wszystkich, którzy nie są Polakami. Historycznej „Solidarności” – o wolność po prostu. A hasła, które ONR głosi dzisiaj wskazują, że od 100 lat nic się w tej organizacji nie zmieniło.

Dlatego Lech Wałęsa ma rację: zawłaszczanie przez ONR sali BHP w Gdańsku to uzurpacja i bezczelność.

Po spotkaniu w stoczni ONR przemaszerował przez Gdańsk [zdjęcia pochodzą z filmu portalu Media Narodowe dostępnego na youtube]:


Historyk i socjolog, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017).
W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym