Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Giuseppe CACACE / AFPGiuseppe CACACE / AF...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Z dużą ostrożnością, ale bez paniki – tak obserwatorzy rynku surowców podchodzą do sytuacji po izraelsko-amerykańskim ataku na Iran. Wymiana ognia objęła kraje odpowiadające za 20 proc. światowych dostaw ropy, a jednocześnie sojuszników USA w regionie Bliskiego Wschodu. Iran skierował swoje ataki przede wszystkim na obiekty wojskowe Stanów Zjednoczonych w Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Bahrajnie. Irańskie władze zapewniły, że nie mają na celu wejścia w konflikt z tymi krajami, jednak w poniedziałkowy poranek (2 marca 2026) atak dronów unieruchomił rafinerię Ras Tanura, największy zakład saudyjskiego Aramco. To instalacja odpowiadająca za przerób ponad 550 tys. baryłek ropy dziennie.

Ormuz – wąskie gardło, dla którego nie ma alternatywy

Największym problemem jest jednak zablokowanie cieśniny Ormuz, kontrolowanej przez Iran. Oddziela ona Zatokę Perską od Zatoki Omańskiej i otwartego akwenu Morza Arabskiego. Tamtędy przechodzi większość eksportu ropy z Kuwejtu, Bahrajnu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej. To około 20 procent całkowitych światowych dostaw tego surowca. W basenie Zatoki Perskiej utknęło ponad 150 tankowców. Alternatywy dla cieśniny Ormuz istnieją, jednak jej nie zastąpią. Arabia Saudyjska posiada rurociąg umożliwiający przekierowanie dostaw w kierunku Morza Czerwonego, a Zjednoczone Emiraty Arabskie mogą wspomóc się zwiększeniem transportów przez znajdujący się już za cieśniną terminal Fudżajra.

„Przez cieśninę przepływają duże ilości ropy naftowej, a w przypadku jej zamknięcia istnieje bardzo niewiele alternatywnych możliwości transportu ropy poza cieśninę. W 2024 roku średni poziom przepływu ropy przez cieśninę wynosił 20 mln baryłek dziennie, co stanowiło około 20 proc. światowego zużycia materiałów ropopochodnych” – oceniała amerykańska Agencja Informacji Energetycznej.

Przeczytaj także:

Ropa w górę – bez zaskoczeń

W weekend analitycy byli pewni, że poniedziałkowe otwarcie notowań giełdowych przyniesie wzrosty ceny baryłki ropy, nie wiadomo było jednak, jak duży będzie to wstrząs. W sobotę mówiło się o wzroście cen z nieco ponad 70 do nawet 150 dolarów za baryłkę. Taki scenariusz w razie zablokowania cieśniny Ormuz przedstawiał szwedzki bank SEB. Eksperci brytyjskiego Barclays mówili z kolei o możliwym wzroście ceny do 100 dolarów za baryłkę. Na razie najbardziej pesymistyczne prognozy się nie spełniają. Wczesnym popołudniem w poniedziałek (2.03) cena baryłki stabilizuje się na poziomie nieco poniżej 80 dolarów.

Cenowy szok amortyzuje między innymi zwiększone uprzednio wydobycie wśród państw naftowego kartelu OPEC, skupiającego kraje Zatoki Perskiej i północnej Afryki.

W poniedziałkowe przedpołudnie trzy scenariusze dla rynku ropy przedstawiła firma konsultingowo-analityczna Berstein. W przypadku konfliktu trwającego od miesiąca do trzech miesięcy cena baryłki wzrosłaby do poziomu około 80 dolarów. Wpłynąłby na to rynkowy deficyt o wysokości 1,8 miliona baryłek dziennie, wobec poprzednich prognoz mówiących o nadwyżce wynoszącej 2,8 mln baryłek na dobę. Przeciągający się konflikt groziłby z kolei trwałym wzrostem cen do około 110 dolarów i zwiększeniem dziennego deficytu do 5,6 mln baryłek, co mogłoby grozić recesją.

„Przy rezerwach OPEC wynoszących około 3,0 mln baryłek dziennie, scenariusz zamknięcia (cieśniny Ormuz – przyp. aut.) na 6 miesięcy miałby potencjalnie poważne konsekwencje dla światowej gospodarki” – wskazywali analitycy Bersteina. W swojej analizie ocenili też, że alternatywne dla cieśniny Ormuz szlaki mogą zapewnić zaledwie 15 proc. jej przepustowości, a możliwości te już teraz są niemal całkowicie wykorzystane.

Eksperci tonują nastroje

Sytuacja musi wpłynąć na ceny na stacjach paliw. W Polsce rodzi skojarzenia z pierwszymi tygodniami po pełnoskalowym ataku Rosji na Ukrainę, gdy koszt zakupu litra przekraczał 8 złotych, a w niektórych miejscach brakowało benzyny i diesla. Cenowa zwyżka jest nieunikniona, ale na razie nie ma mowy o powtórce scenariusza z 2022 roku – twierdzi dr Jakub Bogucki z branżowego portalu E-Petrol.

– Zarówno Ministerstwo Energii, jak i PERN (spółka kontrolująca terminale polskie naftowe – przyp. aut.) zapewniają, że mamy wystarczające zapasy i dobrą dywersyfikację, jeśli chodzi o zaopatrywanie naszego kraju w ropę i w paliwa gotowe. Również PKN Orlen sugeruje, że nie ma powodów do paniki i nie ma mowy o brakach, chociażby na stacjach paliw – zauważa Bogucki.

„Obecna sytuacja na Bliskim Wschodzie nie wpływa na ciągłość dostaw ropy naftowej i paliw do Polski. System logistyczny działa stabilnie, a dostawy realizowane są zgodnie z harmonogramem. Bezpieczeństwo energetyczne kraju w sektorze naftowym pozostaje zapewnione. Polska dysponuje rozbudowaną infrastrukturą magazynową ropy i paliw gotowych” – czytamy w oświadczeniu PERN.

Orlen uspokaja

Również Orlen zapewnia o zróżnicowania kierunków, z których ściągana jest do Polski ropa naftowa, i braku zagrożenia dla realizacji podpisanych kontraktów. Około jedna trzecia dostarczanego do naszego kraju surowca pochodzi z Norwegii. Wciąż jednak około połowy polskiego zapotrzebowania zapewniały dostawy z Arabii Saudyjskiej, szczęśliwie dysponującej ograniczonymi możliwościami transportu ropy przez swój rurociąg, a następnie Morze Czerwone.

– Oczywiście te zwyżki są naturalną reakcją rynków na to, co się dzieje w regionie, tą premią ryzyka, w przełożeniu także i na ceny paliw w Polsce. Natomiast na razie nie ma powodów do paniki, panicznego tankowania na stacjach, bo ceny jeszcze tam nie rosną. Na pewno nie dojdzie do sytuacji, w której paliwa na stacjach zabraknie – zapewnia dr Bogucki. Analitycy prognozują, że podwyżki na razie mogą sięgnąć 6,20-6,50 za litr benzyny. Największym zagrożeniem jest panika zakupowa, która wpłynęłaby na lokalne, tymczasowe braki i znacznie wyższe wzrosty cen.

– ORLEN jest przygotowany na różne scenariusze rozwoju sytuacji międzynarodowej, w tym ewentualne zmiany kierunków dostaw surowców – usłyszeliśmy w biurze prasowym Orlenu. – Obecnie nie przewidujemy przerw, przestojów ani spadków produkcji paliw w rafineriach Grupy ORLEN w związku z napięciami w regionie Bliskiego Wschodu. Obecnie nie widzimy scenariusza, który zakładałby problemy z dostępnością paliw w Polsce. System zabezpieczenia rynku, w tym zapasy obowiązkowe i strategiczne, stanowi istotny bufor bezpieczeństwa na wypadek przejściowych zakłóceń w handlu międzynarodowym.

Ropa ropą, a co z gazem?

– Na razie wiemy, że rynki zareagowały dosyć gwałtowną podwyżką cen i ropy, i paliw gotowych. Zmiana dotyczyć także musi oczywiście gazu LNG, który jest z Kataru importowany przez wiele krajów i dla niego również cieśnina Ormuz jest takim ważnym, wąskim gardłem, jeżeli możemy tak powiedzieć, do dostania się do ostatecznych odbiorców – zauważa Bogucki.

Udział katarskiego gazu w zużyciu w całej Unii Europejskiej sięga 10 proc. I w tym przypadku eksperci studzą nastroje, wskazując na stosunkowo wysokie zapełnienie polskich magazynów gazu (50 proc. pod koniec sezonu grzewczego). Powodów do niepokoju mimo to nie brakuje. Po atakach na kompleks przemysłowy w Ras Laffan koncern QatarEnergy wstrzymał produkcję skroplonego gazu ziemnego (LNG). To między innymi katarskim LNG uzupełniliśmy deficyty po rezygnacji z dostaw z Rosji. Cena gazu pochodzącego z potężnego holenderskiego hubu TTF skoczyły w poniedziałek o 45 proc.

– Jeśli chodzi o dostawy LNG, udział gazu z Kataru w portfelu ORLEN ma dziś charakter uzupełniający, a nie dominujący. W 2025 roku do terminalu LNG w Świnoujściu odebrano 81 ładunków skroplonego gazu ziemnego, z czego 17 pochodziło z Kataru, co stanowi ok. 21 proc. całości. Zdecydowana większość dostaw realizowana była z innych kierunków, przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych – przekazuje nam biuro prasowe Orlenu, który po przejęciu PGNiG odpowiada za dostawy gazu w Polsce.

Podsumowując: kierowcy zapłacą więcej, Orlen będzie musiał zastanowić się nad zwiększeniem dostaw gazu z innych kierunków.

Trudno ocenić, w którą stronę rozwinie się sytuacja, choć na horyzoncie – przynajmniej z polskiej perspektywy – nie widać na razie katastrofy. Wiele będzie zależało od rozwoju konfliktu – tego, ile potrwa, w jakim stopniu ucierpią energetyczni giganci Zatoki Perskiej, i ile jeszcze zablokowana będzie cieśnina Ormuz. Przedłużająca się wojna z pewnością wpłynie na koszty dla gospodarstw domowych i przemysłu, a w końcu i inflację.

;
Na zdjęciu Marcel Wandas
Marcel Wandas

Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.

Komentarze