Trudno znaleźć Izraelczyka, który nie popierałby ataku na Iran. Trudno też znaleźć kogoś, kto wypowiadałby się źle o Irańczykach. A dla Netanjahu nowa wojna jest szansą zmycia z siebie hańby 7 października 2023, kiedy Izrael dał się zaskoczyć Hamasowi
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyInformacja o izraelskim ataku na Iran obudziła nas w sobotę 28 lutego o 08:13 czasu lokalnego; to wtedy wszystkie telefony w Jerozolimie, a prawdopodobnie i całym kraju, wyświetliły informację, żeby znaleźć najbliższą bezpieczną przestrzeń. Od tego czasu w różnych częściach Izraela syreny zawyły jeszcze ponad 50 razy; służby mówią o ponad 100 pociskach balistycznych wysłanych w kierunku Izraela. Za każdym razem Izraelczycy zbiegają do najbliższego schronu; w naszym przypadku jest to duża, prostokątna piwnica z dwoma wejściami dla mieszkańców dwóch budynków. W środku nic ciekawego: krzesła, koce, kaloryfer. Gdy do schrony trafiliśmy pierwszy raz, zastanawialiśmy się, czyim pomysłem było powiesić na ścianach obrazy przedstawiające lasy i morze. Być może ma to nam pomóc ze stresem.
Od tego ciągłego przesiadywania w schronie wszyscy sąsiedzi zdążyli się już lepiej poznać: ja najwięcej rozmawiałem ze starszą Miriam, która, jak się dowiedziałem, do Izraela przyjechała jako dziecko ze Słowacji w 1949 roku. To doktor literatury hebrajskiej, która ochoczo politykuje ze wszystkimi w mikalcie [hebr. schron]. Raz wyśmiewa Netanjahu, raz chwali decyzję o zaatakowaniu Iranu. Wszyscy kiwają głową, gdy Miriam opowiada nam o odwadze i męstwie jej wnuków, którzy są w armii i którzy, podobnie jak tysiące innych Izraelczyków, zostali dzisiaj powołani do służby rezerwowej.
Czasami w krótką dyskusję wchodzi z nią kilka młodych dziewczyn, które nie ukrywają swojej frustracji na kolejną wojnę. W schronie jest też dużo dzieci, kilku amerykańskich turystów i pracowników fizycznych z Tajlandii. Część osób spędza pod ziemią cały dzień, reszta wychodzi nawet szybciej, niż rekomendują władze.
Sytuacja jest zdecydowanie trudniejsza w sercu kraju: szczególnie w Tel Awiwie, gdzie syreny wyły prawie cały dzień. Wieczorem w Szaronie, zamożnej dzielnicy Tel Awiwu, spadły też odłamki rakiety; na jednej z ulic wybuchł pożar, kilka osób zostało przetransportowanych do szpitala.
To nie oznacza, że w Jerozolimie sytuacja jest stabilna: co jakiś czas słyszymy wybuchy, często drżą ściany. Chciałbym napisać coś więcej o tym, co widać na ulicach, ale wyszedłem tylko dwa razy i to na krótko: żeby zobaczyć, czy jeżdżą samochody i czy ktoś idzie jeszcze do naszego schronu.
Zasadność ataku na Iran jest tutaj sprawą praktycznie oczywistą.
Dzięki Miriam, która jako jedyna ma zasięg w schronie, oglądamy wspólnie cały dzień 12-stkę, centrowy, mainstreamowy kanał informacyjny i nie usłyszałem ani jednego sceptycznego słowa na temat kolejnej wojny z Iranem. Pozytywnie i optymistycznie wypowiedzieli się na jej temat praktycznie wszyscy liderzy partii politycznych od lewicowych liberałów w postaci Jaira Golana, przez centrowego lidera opozycji Jaira Lapida aż po skrajnie prawicowego Ministra Bezpieczeństwa Narodowego, Itamara Ben-Gwira; ten ostatni dodał, że władze „odetną głowę” każdemu sojusznikowi Iranu w Izraelu.
Jedynie Ajman Odeh z socjalistycznej żydowsko-arabskiej partii Hadasz powiedział, że pokój z Iranem można było osiągnąć innymi sposobami. Polecił też Izraelczykom zaopiekować się sobą nawzajem, bo „stało się jasnym, że rząd dla nich tego nie zrobi”.
Sprzeciw wobec ataku wyraził też największy żydowsko-palestyński ruch społeczny Omdim Bejahad [hebr. Stoimy razem], który wypomniał Netanjahu, że ten obiecał, że czerwcowa wojna z Iranem miała przynieść Izraelczykom pokój „na pokolenia”.
Gdy mówię o izraelskim konsensusie na temat Iranu, to mam na myśli pogląd, według którego Islamska Republika Iranu jest inherentnym zagrożeniem wobec Izraela i jego obywateli. Iran utrzymywał przecież jeszcze do niedawna siatkę organizacji terrorystycznych w całym regionie i wielokrotnie wzywał publicznie do anihilacji Izraela, nazywając go „rakiem Bliskiego Wschodu”. Stosunek Izraela do Iranu jest podobny do tego, jak w Europie Środkowo-Wschodniej mówi się o Rosji: państwie autokratycznym i imperialnym, które domaga się podporządkowania i zniszczenia swoich sąsiadów.
Izraelczycy zmęczeni są wielofrontową wojną, ale Iran zdaje się jedynym frontem, który w większości popierają. Atmosfera w schronie jest więc niejednoznaczna – z jednej strony zdeterminowana i pełna nadziei na zwycięstwo; z drugiej – napięta i skonfundowana. W tle słychać przecież huki rakiet i nie wiadomo, jak długo potrwa ta wojna i jaki będzie jej wynik. Netanjahu zapowiedział, że w ciągu następnych kilku dni izraelskie wojsko przeprowadzi jeszcze tysiące ataków. Także rzecznik izraelskiej armii powiedział, że Izraelczycy powinni się przygotować na „dłuższą i bardziej poważną” konfrontację z Iranem niż ta, która miała miejsce w czerwcu zeszłego roku. Jeśli ufać przewidywaniom moich sąsiadów w schronie – wojna potrwa jeszcze przez najbliższy tydzień.
Ważnym kontekstem jest też tutejsze nastawienie do Irańczyków, które jest zupełnie inne od tego, jak Izraelczycy postrzegają Palestyńczyków i w ogóle Arabów. Izraelczycy ukrywający się w schronach przed rakietami z Gazy czy Libanu często dawali upust swojej niechęci wobec drugiej strony – powszechne były niepochlebne, czy po prostu rasistowskie wypowiedzi na temat Palestyńczyków. Z Irańczykami sprawa ma się inaczej. Przez Izraelczyków postrzegani są jako szlachetny, lecz ciemiężony naród, z którymi dzielą wspólnych oprawców: kastę ajatollahów.
Trzeba się naprawdę postarać, żeby spotkać Izraelczyka, który otwarcie powiedziałby coś obraźliwego o Irańczykach.
Dużo otuchy i pewności siebie dodaje też Izraelczykom fakt, że atak w Iranie przeprowadzono wspólnie z Amerykanami. Tak potężnej operacji nie sposób przecież przeprowadzić w pojedynkę, a Izrael ma na Iran plany duże i kreatywne: zmiana reżimu, porzucenie islamistycznej polityki czy upadek siatki stowarzyszonych z Iranem organizacji terrorystycznych.
Prezydent Izraela, Isaak Herzog, podziękował Donaldowi Trumpowi za atak na Iran, nazywając go „dramatycznym i historycznym krokiem”. W konflikt zostali włączeni także pozostali amerykańscy sojusznicy w regionie: Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Bahrajn czy Jordania; wszystkie z nich padły ofiarą irańskiego odwetu i wszystkie z nich pośrednio bądź bezpośrednio przystąpiły do walki przeciwko Iranowi. Szczególnie dająca do myślenia jest stanowcza reakcja Arabii Saudyjskiej, która potępiła atak Iranu na swoich sąsiadów oraz zagroziła podjęciem bardziej zdecydowanych kroków. Arabia Saudyjska, podobnie jak Katar czy Kuwejt, nie utrzymują stosunków dyplomatycznych z Izraelem, ale ze względu na swoją bliskość ze Stanami Zjednoczonymi, nieoczekiwanie znalazły się z nim po tej samej stronie konfliktu. Dzisiaj widać wyraźnie, że antyirański front jest zdecydowaną większością na Bliskim Wschodzie.
To, że nadchodzi wojna z Iranem, było jasne dla każdego, kto choć trochę śledzi bliskowschodnią politykę. Izraelski premier, Benjamin Netanjahu, który od ponad dwudziestu lat wydawał się zdolny przechytrzyć każdego politycznego konkurenta, przedstawiciela systemu czy nawet społeczeństwo jako takie, 7 października 2023 roku dowiódł swojej słabości. Bibi został ograny i uśpiony: dla Izraelczyków jego nazwisko na zawsze zostanie związane z prawdopodobnie największym nieszczęściem, które spotkało ich kraj.
Bibi próbował wielu sztuczek, żeby pozbyć się tej skazy: zrzucić winę na dowództwo armii, wyeliminować Hamas czy oskarżyć o odpowiedzialność „skrajną lewicę”. Nic z tego nie wyszło.
W Izraelu polityka bezpieczeństwa jest podstawą polityki jako takiej; Golda Meir na zawsze została skojarzona z krwawą wojną Jom Kipur, Ehud Olmert ze wstydliwą drugą wojną w Libanie, a Benjamin Netanjahu – z atakiem 7 października i wojną w Gazie. Bibi wiedział, że jednym sposobem nie tylko na przysposobienie popularności swojemu rządowi i zapewnienie sobie szansy na wygranie kolejnych wyborów, ale też oczyszczenie własnego imienia w oczach Izraelczyków, byłoby pokonanie najpoważniejszego wroga Izraela: Islamskiej Republiki Iranu. Kluczowi nie są wcale Palestyńczycy, którzy są okupowanym narodem i nie mogą tym samym militarnie zagrozić Izraelowi.
Liczy się Iran, który od lat napędza i sponsoruje uzbrojonych przeciwników Izraela w regionie.
Wśród Izraelczyków, izraelskich mediów i polityków panuje przekonanie, że obecna wojna z Iranem nie jest zwykłą wymianą ognia między dwoma pretendentami do regionalnej hegemonii. Obie strony reprezentują fundamentalnie różne interesy oraz wizje Bliskiego Wschodu, a także widzą siebie nawzajem jako najpoważniejsze zagrożenie dla swoich wartości i przetrwania.
Wygląda więc na to, że kolejne dni będą tak naprawdę gigantycznym wyścigiem między oboma reżimami, ale także między ich obywatelami i ich wytrzymałością.
Zakończenie gorącej fazy wojny w Gazie przywróciło izraelskiemu społeczeństwu wiarę we własne siły i odporność; jasne jest, że Netanjahu nie mógł sobie pozwolić na tak szeroko zakrojoną konfrontację z Iranem, gdy w Gazie nadal przebywali zakładnicy. Teraz Izraelczykom dużo łatwiej przełknąć myśl o tym, że to ostatnia poważna wojna, że muszą wytrzymać jeszcze tylko trochę. Netanjahu, atakując Iran, postawił wszystko na jedną kartę; ponoć operacja ta była także Donaldowi Trumpowi opisywana przez doradców jako “high risk, high reward”.
Bibi widzi w potencjalnym zwycięstwie, którego definicja jest szeroka, szansę na swoją osobistą high reward. Czas pokaże, czy na najważniejszej w historii konfrontacji między Izraelem a Iranem skorzystają także zwykli ludzie.
Na zdjęciu: stacja metra w Ramat Gan służąca jako schron, 28 lutego 2026. Fot. Oded Ballity/AP
Dziennikarz, autor reportażu o izraelskich aktywistach i dysydentach, student historii i socjologii na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie; związany z ruchem pokojowym w Izraelu, pisze o historii i teraźniejszości konfliktu izraelsko-palestyńskiego, antysemityzmie oraz o lokalnych inicjatywach solidarnościowych i społeczeństwach Bliskiego Wschodu.
Dziennikarz, autor reportażu o izraelskich aktywistach i dysydentach, student historii i socjologii na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie; związany z ruchem pokojowym w Izraelu, pisze o historii i teraźniejszości konfliktu izraelsko-palestyńskiego, antysemityzmie oraz o lokalnych inicjatywach solidarnościowych i społeczeństwach Bliskiego Wschodu.
Komentarze