Temat „Żydów w UB” wraca w wielkim stylu, a obecny klimat nacjonalistycznej euforii sprzyja tej fascynacji. Tymczasem w całym aparacie bezpieczeństwa – do czasu czystki w 1956 roku - Ubeków-Żydów było kilkuset. To statystyczna nadreprezentacja, ale mały ułamek ówczesnej społeczności żydowskiej. Piotr Osęka wyjaśnia, o jakim zjawisku w rzeczywistości mówimy

Kilkunastominutowy blok głównego wydania „Wiadomości” był 1 marca 2019 poświęcony obchodom dnia „żołnierzy wyklętych”. Pokazywano sylwetki partyzantów, ale także funkcjonariuszy UB. „Naszym obowiązkiem jest mówić, że kierownictwo UB było złożone z określonych osób. Byli to ludzie często pochodzenia żydowskiego” – usłyszeli widzowie. Pouczono ich również, czas przestać „przejmować się posądzeniem o antysemityzm” i „skończyć z polityczną poprawnością”.

Temat „Żydów w UB” powraca w wielkim stylu, zaś obecny klimat nacjonalistycznej euforii będzie sprzyjał tej fascynacji. Prawicowo-rządowe media przypomniały sobie o potencjale drzemiącym w wątku „żydokomuny” i myślę, że nieprędko odpuszczą. Warto zatem uzmysłowić sobie, o jakim zjawisku tak naprawdę mówimy.

Kilkuset Żydów w całym aparacie bezpieczeństwa

Od kilku lat zajmuję się biografią zbiorową (prozopografią) aparatu bezpieczeństwa. Ubecy-Żydzi, którzy rozpalają takie emocje na prawicy, są także bohaterami moich tabel i baz danych. Według różnych szacunków w całym aparacie bezpieczeństwa – do czasu czystki w 1956 rok – było ich kilkuset; najwięcej na stanowiskach kierowniczych w MBP, gdzie stanowili trzecią część zatrudnionych. Jeśli w rachunkach uwzględnimy jeszcze pozostałe ministerstwa i urzędy centralne, doliczymy się zapewne kilku tysięcy. To statystyczna nadreprezentacja, ale jednocześnie zaledwie procent, może dwa ówczesnej społeczności żydowskiej w Polsce. Losy Żydów-komunistów to raczej część historii polskiego komunizmu, niż stosunków polsko-żydowskich.

Narodowość: polska

Właściwie, co to znaczy Żydzi-komuniści? W przypadku UB większość pisze w ankietach personalnych, to samo co ich „aryjscy” koledzy – „narodowość: polska”. Czasami: „polska, pochodzenie żydowskie”. Polskość deklarowali m.in. Brystygierowa, Różański, Czaplicki, Okręt, Kratko, Andrzejewski.

Dopiero na dalszych stronach ankiet znajdujemy informację, że rodzice byli wyznania mojżeszowego. Oraz wpisy w rubryce „dane o rodzeństwie/krewnych”: „nikt z rodziny nie przeżył okupacji”, „wszyscy zginęli w Treblince”, „zamordowani przez okupanta”.

Ich obecność w bezpiece to pokłosie sytuacji przedwojennej. W szeregach partii i organizacji komunistycznych działających na terenie II Rzeczypospolitej również było nieproporcjonalnie wielu działaczy wywodzących się z domów żydowskich – chociaż stanowili mniej niż promil ówczesnej populacji polskich Żydów. Wybuch wojny doprowadził do swoistej galwanizacji w ruchu komunistycznym. Działacze „nie-aryjscy” uciekają przed Niemcami do Związku Radzieckiego. W 1944 wrócą wraz z Armią Czerwoną, by brać udział w budowaniu struktur nowej władzy. Owładnięty paranoją Stalin nie ufał komunistom działającym po drugiej stronie frontu: nagminnie podejrzewał ich o współpracę z Gestapo albo zachodnimi wywiadami. Zaufaniem (także niebezwarunkowym) obdarzał wyłącznie tych działaczy, których NKWD nigdy nie straciło z oczu.

Mit „żydokomuny”

Wysoka pozycja osób o żydowskich nazwiskach w strukturach policji politycznej umacniała oczywiście przedwojenny mit „żydokomuny”. Często miało to tragiczne skutki, bowiem poakowska partyzantka skłonna była traktować wszystkich ocalałych z Zagłady jako agentów reżymu.

Także społeczeństwo obsesyjnie liczyło Żydów w bezpiece, dodając sobie w ten sposób otuchy, że nowy system jest z gruntu obcy narodowej tożsamości. Nie bez znaczenia było też poczucie winy wyniesione z czasów okupacji – stereotyp „żydokomuny” pozwalał utwierdzić się w przeświadczeniu, iż Żydzi nie zasługiwali na pomoc, której im nie okazano.

Nie umiem powiedzieć, czy „Żydzi w UB” uważali się za Polaków, czy Żydów i czy w ogóle myśleli o swojej tożsamości w tych kategoriach. Zapewne mamy do czynienia z całym wachlarzem postaw, przy czym na plan pierwszy wysuwała się identyfikacja z Polską Ludową: byli oficerami polskiego wojska, funkcjonariuszami polskiego państwa. Zmiany nazwisk (a także imion zmarłych rodziców) symbolicznie wieńczyły budowę nowej tożsamości, chociaż w antysemickich broszurach niezmiennie opisywane są jako forma przebiegłego kamuflażu.

Od „bezwyznaniowego” do „rzymskiego katolika”

Niektóre historie osobiste są znamienne i można jest potraktować jako pars pro toto. Bolesław Krzywiński (a przed 1944 Bernard Schildhaus), jeden z szefów lubelskiego UB, wstępując do służby w 1944 r. w ankiecie personalnej, wpisał „bezwyznaniowy”. Tak postępowała większość kandydatów pochodzenia żydowskiego, etniczni Polacy pisali jeszcze wtedy „rzymski katolik”. Po kilku latach funkcjonariusze musieli ponownie wypełniać ankiety personalne (sprawdzano, gdzie napiszą to samo, a gdzie nie). Ci, którzy wcześniej deklarowali się jako katolicy, teraz zmieniali na „bezwyznaniowy”.

Nieoczekiwanie Krzywiński wpisał „rzymski katolik”, co oficer kadrowy skwitował podkreśleniem i dużym znakiem zapytania. A jednak ten pozornie irracjonalny gest (Krzywiński żadnej religii nie praktykował, a już na pewnie nie w 49 w UB) nabiera sensu, jeśli spojrzymy na niego jako na ostatni etap w drodze do polskości.

Dopiero jako szef wojewódzkiej bezpieki, Krzywiński poczuł się w Polsce obywatelem pierwszej kategorii – pełnoprawnym Polakiem-katolikiem.

Ideowi komuniści

Prawie wszyscy funkcjonariusze żydowskiego pochodzenia byli komunistami jeszcze od czasów przedwojennych. Czyni to z nich najbardziej ideową (lub jak ktoś woli: fanatyczną) grupę w resorcie. Związali się z ruchem w czasach, w których taki wybór oznaczał wyłącznie represje i więzienie, zatem ich zapał i lojalność uznawano za niepodlegające dyskusji. Gwoli sprawiedliwości: byli wśród nich i tacy, którzy szybko odkrywali, że przyszło im pracować w rzeźni. Porzucali wtedy zapał, lojalność oraz – tak prędko, jak się dało – szeregi resortu.

Jest jeszcze jednak cecha, wyróżniająca „Żydów-ubeków” na tle ogółu funkcjonariuszy – wykształcenie. Większość, zwłaszcza na stanowiskach kierowniczych, miała co najmniej małą maturę, wielu – ukończone, lub chociaż zaczęte studia. Często mówili w obcych językach. Wśród dziesiątków tysięcy półanalfabetów jako niemal jedyni znali kody kultury wysokiej i posługiwali się literacką polszczyzną. Prowadzili kursy i szkolenia, na których oczywiście wpajali doktrynę i miłość do Związku Radzieckiego, ale też nauczali o „postępowych tradycjach” w narodowej historii i literaturze.

Jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało, Żydzi w UB byli nie tyle obcą naroślą, ile właśnie krzewicielami polskości.

Dr. hab. Piotr Osęka jest historykiem, badaczem najnowszej historii Polski, profesorem w Instytucie Studiów Politycznych PAN, autorem wielu książek historycznych, a także publicystą.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym