Prawa autorskie: Anna Lewanska / Agencja GazetaAnna Lewanska / Agencja Gazeta
02 września 2021

Osoby z obniżoną odpornością dostaną przypominającą dawkę szczepionki. Co z resztą?

128 tys. osób z obniżoną odpornością ma już skierowania na dodatkową, przypominającą dawkę szczepionki przeciw COVID-19. Tymczasem w świecie medycznym trwa dyskusja, czy te dodatkowe dawki są potrzebne - i etyczne

O skierowaniach ministerstwo zdrowia poinformowało w środę 1 września. Podanie osobom o obniżonej odporności dawki przypominającej jest zgodne z rekomendacjami Rady Medycznej przy premierze.

Szczepionkę, najwcześniej po 28 dniach od pełnego szczepienia (dwoma dawkami Pfizera, Moderny, AstraZeneki, lub jedną dawką preparatu Johnson&Johnson), otrzymają osoby z zaburzeniami odporności:

  • otrzymujące aktywne leczenie przeciwnowotworowe;
  • po przeszczepach narządowych, przyjmujące leki immunosupresyjne lub terapie biologiczne;
  • po przeszczepie komórek macierzystych w ciągu ostatnich dwóch lat;
  • z umiarkowanymi lub ciężkimi zespołami pierwotnych niedoborów odporności;
  • zakażone wirusem HIV;
  • leczone aktualnie dużymi dawkami kortykosteroidów lub innych leków, które mogą hamować odpowiedź immunologiczną;
  • dializowane przewlekle z powodu niewydolności nerek.

Decyzja o dawce przypominającej nastąpiła w momencie, gdy w Polsce dynamiczniej ruszyła przewidywana 4. fala epidemii. 1 września zanotowano 366 nowych przypadków SARS-Cov-2. To o ponad 50 proc. więcej niż w zeszłym tygodniu (średnia ruchoma z 7 dni).

Biorąc pod uwagę doświadczenia innych krajów (np. USA) o podobnym poziomie wyszczepienia jak Polska (49 proc. populacji), można się spodziewać dużej ilości zakażeń, w tym także częściowo – choć w mniejszym stopniu – wśród osób zaszczepionych.

Dane z USA, Wielkiej Brytanii czy Izraela pokazują jednak, że zaszczepieni są dobrze chronieni przed ciężkim przebiegiem choroby (około 90 proc. skuteczności). Osoby z obniżoną odpornością mogą być jednak bardziej narażone od reszty zaszczepionych.

Izrael szczepi, WHO jest sceptyczne

Decyzja polskiego resortu zdrowia jest jednak konserwatywna na tle polityki zdrowotnej innych krajów, np. Izraela, który boryka się z potężną 4. falą (przy zaszczepieniu 62 proc. populacji). Tam od 30 lipca dawkę przypominającą mogła dostać każda osoba 60+, a od 20 sierpnia – 40+.

Przyjęło ją już 24 proc. mieszkańców, w tym 80 proc. osób powyżej 70 roku życia. Wstępne dane sugerują, że istotnie zmniejsza to ryzyko zakażenia.

Dawki przypominające dla osób 65+ i z obniżoną odpornością zapowiedziała właśnie Francja (65,6 proc. populacji zaszczepione). Stany Zjednoczone chcą zacząć doszczepiać wszystkich powyżej 12 roku życia od września (musi minąć 8 miesięcy od przyjęcia drugiej lub jedynej dawki).

Tymczasem świat medyczny wcale nie jest zgodny co do konieczności dawki przypominającej. Naciskają za to na nią producenci szczepionek, przede wszystkim największy z nich, czyli Pfizer.

Jak pisze „The Financial Times", firma zatrudnia marketerów, którzy mają ją promować, podpisała też w tym celu kontrakt z agencją reklamową Ogilvy.

Sceptyczna jest jednak Światowa Organizacja Zdrowia, tradycyjnie bardzo konserwatywna i niezadowalająca się niewielką ilością badań – tak jak było w przypadku stosowania maseczek, które nosiło już pół globu, a WHO wciąż czekało na wyczerpujące, zrecenzowane, zreplikowane analizy.

A badania nad dawką przypominającą trwają zaledwie od kilku miesięcy – zapoczątkowane przez koncerny farmaceutyczne, teraz badacze mają do dyspozycji coraz bogatsze dane z Izraela. Równolegle trwają również analizy poziomu odporności po szczepieniu.

Bruce Aylward, doradca dyrektora generalnego WHO mówił magazynowi „Science": „Nie wiemy, kto powinien dostać dawkę przypominającą, jak długo po poprzedniej, ani jaka kombinacja szczepionek najlepiej działa. Trzeba to zrozumieć zanim podejmie się decyzję".

Z kolei prof. Akiko Iwasaki z Yale, światowy autorytet w dziedzinie immunologii, uważa, że trzecia dawka to dobry pomysł: „Powinny ją najpierw dostać osoby z grup ryzyka. Jeśli będzie wystarczająca ilość dawek, myślę, że ogół społeczeństwa na tym zyska". Naukowczyni, który bada tzw. długi COVID, podkreślała w „Science", że nawet łagodne zakażenie może prowadzić do długotrwałych konsekwencji zdrowotnych.

W przypadku wielu szczepionek dawka przypominająca jest konieczna, bo ta odporność z czasem maleje. Szczepimy na przykład dzieci przeciw odrze, śwince i różyczce w wieku 13-15 miesięcy i powtarzamy szczepienie, gdy dziecko kończy 6 lat. Nastolatki muszą zaś powtórzyć szczepienie przeciw tężcowi i błonicy.

Brytyjscy badacze z Oksfordu i Narodowego Biura Statystyki porównali wyniki testów PCR z okresu, kiedy dominował wariant Alfa i Delta korononawirusa. Wyniki ich analizy sugerują, że ochrona przed zakażeniem może z czasem maleć – w dwa tygodnie po drugiej dawce szczepionki Pfizer/BioNTech jej skuteczność, mierzona wysokim stężeniem wirusa w organizmie w przypadku zakażenia, wynosiła 92 proc. Po 30 dniach 90 proc., po 60 dniach 85 proc., a po 90 dniach – 78 proc. W przypadku AstryZeneki po 14 dniach skuteczność sięgała 69 proc., a po 90 dniach 61 proc.

Również w Izraelu zaobserwowano, że im wcześniej ktoś się zaszczepił, tym większą miał szansę na zakażenie pomimo szczepienia. Te dane zakłóca jednak fakt, że najwcześniej szczepiły się osoby najstarsze, które z reguły nabywają mniejszą odporność.

Z kolei obiecujące są jak na razie wyniki badań dotyczących odporności komórkowej, czyli „pamięci" organizmu, który potrafi rozpoznać zagrożenie i uruchomić produkcję przeciwciał. Wydaje się ona być trwała. No i skuteczność szczepionek w ochronie przeciw ciężkiemu przebiegowi COVID jest nadal wysoka – według ostatnich danych z Izraela 92 proc. w przypadku osób 50- i 85 proc. u 50+.

Biedniejsze państwa marzą o pierwszej dawce

Z „mody" na dawkę przypominającą bardzo niezadowolone jest WHO, które wskazuje, że podczas gdy bogaty świat zużywa kolejne szczepionki, ten biedniejszy nadal czeka na swoją szansę.

Według UNDP w krajach o wysokim dochodzie co najmniej jedną dawkę dostało już ponad 57 proc. populacji, podczas gdy w tych o średnim i niskim dochodzie - 2,14 proc.

Tych drugich zwyczajnie na to nie stać - żeby zaszczepić 70 proc. ludności, musiałyby zwiększyć wydatki na ochronę zdrowia o ponad 56 proc., podczas gdy bogate zaledwie o 0,8 proc. Dlatego są zdane na programy pomocowe, jak schemat COVAX.

Tymczasem nawet abstrahując od wymiaru humanitarnego – zapobiegania ciężkiej chorobie i śmierci mieszkańców biedniejszych krajów – także naszej części świata powinno zależeć na tym, żeby wszyscy mogli się szczepić w miarę równomiernie.

W komentarzu redakcyjnym „The Lancet" pisze: „Nikt nie jest bezpieczny, póki wszyscy nie są bezpieczni. Jeśli wirusowi pozwoli się rozprzestrzeniać, to będzie on mutował jak szalony, a to oznacza nowe niebezpieczne warianty, które mogą pokonać odpornościowe bariery po szczepieniu czy po poprzednim zakażeniu. Pozwolenie wirusowi na to, żeby swobodnie krążył w krajach o niskim i średnim dochodzie, gdzie ludzie żyją blisko siebie i trudno jest wprowadzić ograniczenia, bo ludzie pracują za dniówki (jak w Indiach), obserwując, jak szybko kraje bogate mogą przeprojektować szczepionki, żeby zwalczyć kolejny wariant, który pojawi się w krajach biednych, byłoby perwersyjnym społecznym eksperymentem".

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne