Prawa autorskie: Roman Bosiacki / Agencja GazetaRoman Bosiacki / Age...
06 maja 2020

Papryka po 20 zł? Szalone ceny owoców i warzyw to m.in. wina koronawirusa. Skutki suszy w pełni dopiero odczujemy

Jeszcze niedawno Andrzej Duda mówił: może chleb drożeje, ale olej tanieje! Dziś mógłby mówić o maśle, bo wszystkie inne rodzaje żywności drożeją. Wysokie ceny papryki to wynik sytuacji w Hiszpanii i Włoszech. Susza w Polsce dopiero uderzy w nasze portfele. Drożyznę najbardziej odczuwają niezamożni Polacy, którzy wydają na żywność ponad 30 proc. dochodów

Dlaczego papryka kosztuje nawet 24 złote, a paliwo jest tańsze niż zwykle?

Rosnące ceny żywności to splot wielu czynników. Istotna jest susza, ale jej skutki w tym roku dopiero odczujemy. W zeszłym roku pisaliśmy o jej wpływie dla cen warzyw w lipcu. Wówczas mieliśmy też problem z cenami benzyny, energii elektrycznej i wody, które są dla rolnictwa niezbędne. Stąd ceny pietruszki rok temu sięgały nawet 20 złotych.

Dziś ceny paliw są najniższe od 4 lat. To skutek spadku popytu z powodu lockdownu i kłótni państw eksporterów ropy. Państwa OPEC i Rosja od miesięcy negocjują ewentualne ograniczenie wydobycia ropy, aby spowolnić spadek cen. Nie mogą się dogadać, dlatego ceny spadają.

Ale koszty transportu nie są jednak na tyle ważące w procesie sprzedaży żywności, żeby niższe ceny paliwa wpłynęły pozytywnie na ceny żywności.

Inflacja wysoka głównie przez ceny żywności

Najnowszy Tygodnik Gospodarczy Polskiego Instytutu Ekonomicznego w całości jest poświęcony suszy, żywności i jej cenom w najbliższym czasie.

Od lipca 2019 wzrost cen żywności znacznie przyspieszył. W porównaniu rok do roku to wzrost o ponad 6 proc. Średnia z ostatnich 10 lat to 2,5 proc. Przekłada się to na stosunkowo wysoką inflację.

Najnowsze dane dotyczące inflacji z GUS mówią nam, że ceny towarów nieżywnościowych w marcu 2020 w stosunku do lutego minimalne spadły. To podkreśla, że rośnie przede wszystkim cena żywności. Ta w stosunku do lutego wzrosła o 0,8 proc.

A to właśnie żywność jest największym składnikiem koszyka inflacyjnego ZUS.

Według najnowszych danych GUS, inflacja w marcu 2020 wyniosła 4,6 proc. (to zmiana rok do roku - w stosunku do marca 2019). Jednak towary w kategorii „żywność i napoje alkoholowe” to wzrost w tym samym okresie o aż 8 proc. To najwyższa wartość spośród wszystkich monitorowanych kategorii. Na drugim miejscu mamy nośniki energii, których cena powędrowała w górę o 7,5 proc., restauracje i hotele to 6,3 proc.

Owoce o 20 proc.

W czasach, gdy mieliśmy normalną kampanię wyborczą, hitem Internetu stało się nagranie, na którym Andrzej Duda podczas jednego ze swoich wystąpień na zarzut, że zdrożał chleb i cukier odpowiadał: „ale w ogromnym stopniu potaniał olej”. Dziś prezydent nie mógłby już powiedzieć nawet tego. W stosunku do marca 2019 oleje roślinne zdrożały o 1,3 proc., w stosunku do poprzedniego miesiąca – o 0,6 proc. Andrzejowi Dudzie zostaje więc już tylko masło. To staniało w stosunku do zeszłego roku. Z drugiej strony, wobec lutego 2020 mamy już wzrost cen o 0,8 proc.

Cała reszta grup towarów spożywczych drożeje.

Najwyższe podwyżki to (w stosunku do marca 2019):

  • Owoce 19,3 proc.
  • Mięso – 15,3 proc. (wieprzowina – 27,1 proc.).
  • Pieczywo – 8,5 proc.

To przedsmak tego, co może czekać nas latem.

Bez śniegu, bez deszczu

W prawie całej Polsce tę zimę zapamiętamy jako zimę bez śniegu. Według autorów opracowania z PIE, średnia dni z opadami śniegu w każdym miesiącu tej zimy była znacząco niższa niż średnia z lat 1979-2000.

  • W grudniu – 40 proc. średniej;
  • W styczniu – 37 proc. średniej;
  • W lutym – 63 proc. średniej.

Nawet jeśli śnieg spadł, nie miał szansy się utrzymać. Globalne ocieplenie jest faktem, dotyka także nas w Polsce. Średnia miesięczna temperatura w Warszawie w lutym 2020 wyniosła 3,9 stopnia – o 4,7 stopnia wyżej niż średnia z lat 1979-2000. W marcu było to 5 stopni – o 2,2 stopnia więcej. A to powoli rozpuszczający się śnieg, szczególnie na wiosnę, jest przez glebę lepiej absorbowany.

W znacznej części Polski tego zjawiska po prostu nie było. W marcu spadło najmniej deszczu od 30 lat, w kwietniu statystyki nieco poprawiły 28 i 29 kwietnia, ale kilka pojedynczych deszczowych dni nie zmienia ogólnej sytuacji. Ziemia jest sucha i już teraz ma to odzwierciedlenie w cenach warzyw.

Z suszą mieliśmy też do czynienia w zeszłym roku. Ma mieć wpływ np. na ceny owoców zbieranych jesienią. Stąd wysoki wzrost cen.

Brakuje rąk do pracy

Problemem jest też brak pracowników sezonowych, którzy normalnie zbierali warzywa czy owoce. To często praca, którą zajmują się imigranci. W Polsce np. Ukraińcy. Dziś mogą mieć problem z wjazdem do Polski. W połowie kwietnia organizacje przetwórców owoców i warzyw zgłosiły się z apelem do premiera o ułatwienie pracownikom sezonowym wjazdu do Polski. Na początku maja pismo do premiera w tej sprawie wysłał też Związek Sadowników. Na razie jednak rząd się tym problemem nie zajmował.

Bez rąk do pracy warzyw i owoców na rynku będzie mniej. A ich ceny będą przez to wyższe.

Rekordowa papryka

Cen poszczególnych warzyw czy owoców nie zbiera Główny Urząd Statystyczny. Pojedyncze obserwacje mogą być obarczone błędem, ale wskazują, że ceny już dziś są wysokie. Na razie cenowym rekordzistą jest papryka. We Wrocławiu pod koniec kwietnia cena kilograma czerwonej papryki wahała się między 18 a 24 złote. Według analityków mBanku 21 kwietnia hurtowa cena papryki wynosiła 15,60 zł i była najwyższa od 2012 roku, odkąd prowadzą taką statystykę. To prawie dwa razy (85 proc.) więcej niż rok temu.

Cena papryki nie jest spowodowana suszą. To warzywo sprowadzamy przede wszystkim z południa Europy – Hiszpanii i Włoch. A to kraje najmocniej dotknięte koronawirusem. Przez epidemię i obostrzenia brakuje rąk do pracy.

Co będzie w Polsce odpowiednikiem zeszłorocznej pietruszki za 20 złotych, dopiero się przekonamy. Sezon na świeże warzywa jeszcze się na dobre nie zaczął.

Najbardziej tracą najubożsi

Na wzroście cen żywności najbardziej tracą najubożsi, szczególnie w stosunku do dochodu. Odsetek dochodów, jakie wydajemy na żywność, jest jednym ze wskaźników zamożności. Ogólna zasada jest taka, że im jest mniejszy, tym jesteśmy zamożniejsi. Wraz ze wzrostem dochodów kupujemy droższą żywność, ale w pewnym momencie jej udział zaczyna spadać. Poza skrajnymi przypadkami wysokie dochody oznaczają niski odsetek pieniędzy wydawanych na żywności. Spójrzmy, jak to wygląda w Polsce na przykładzie grup kwintylowych (I grupa kwintylowa – najbiedniejsze 20 proc. Polaków, V grupa – najbogatsze 20 proc.):

Dopiero od czwartej grupy kwintylowej odsetek ten zaczyna wyraźnie spadać. Pokazuje to dwie rzeczy: Polacy wciąż nie są zamożnym społeczeństwem, a większość z nas na żywność wydaje znaczną część swoich dochodów. Pamiętajmy, że powyżej średniej pensji, czyli ok. 5 tys. złotych brutto, zarabia jedynie jedna trzecia Polaków.

Według danych Eurostatu z 2017 roku Polacy wydawali na żywność 16,7 proc. swoich miesięcznych wydatków. To inna metodologia, dlatego dane się różnią, są natomiast porównywalne między państwami UE. Średnia unijna wynosi 12,2 proc. Więcej od nas wydawali mieszkańcy dziewięciu krajów Unii.

Autorzy raportu PIE zwracają uwagę, że w czasie epidemii na żywność wydajemy jeszcze większy odsetek naszego miesięcznego budżetu - niektóre inne wydatki (np. na kulturę) są utrudnione lub niemożliwe.

W wielu gospodarstwach domowych zmniejszył się też miesięczny budżet, przez utratę pracy lub obniżenie pensji. W czasach koronakryzysu wzrost cen żywności będzie dla wielu szczególnie odczuwalny.

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne