To wizja autorytarna – jednolitego narodu, skupionego wokół jednej władzy, z obsesją siły i potęgi, ufundowanego na katolicyzmie. W ten sposób partia rządząca wyobraża sobie patriotyzm. Pokazują to wypowiedzi polityków PiS i bliskich im intelektualistów po święcie 11 listopada. W dodatku uważają, że mają na patriotyzm monopol

Politycy PiS – z ważnym wyjątkiem prezydenta Andrzeja Dudy – ignorowali, lekceważyli lub pomniejszali znaczenie haseł rasistowskich i ksenofobicznych, które pojawiły się na Marszu Niepodległości 11 listopada 2017. Mariusz Błaszczak, minister spraw wewnętrznych, oświadczył na konferencji po marszu, że „osobiście ich nie widział”.

Bardzo ważne jest to, żeby wszystkiego nie przyrównywać do tezy

mówił.

W „Sygnałach dnia” w poniedziałek 13 listopada Błaszczak posunął się dalej – chwalił zabezpieczenie święta, a brutalnie potraktowanych przez policję działaczy KOD oskarżył o prowokowanie „awantury”. 11 listopada, zdaniem Błaszczaka, jest świętem „wolności i radości”.

Widać jest taka grupa ludzi w Polsce, którzy nie cieszą się z tego, że Polska jest niepodległa

oświadczył.

Ministrem Błaszczakiem nie powinniśmy być zaskoczeni – już w październiku 2016 roku pisaliśmy, jak bardzo stara się nie dostrzec narastającej w Polsce fali ataków na tle rasistowskim i ksenofobicznym. Także inni politycy PiS marszem woleli się zachwycać – np. dla Antoniego Macierewicza był to „wspaniały fenomen”.

Inni, jak wicepremier Morawiecki, odcinali się od „wszelkiego rasizmu”, dodając jednak, że wytykanie tych haseł to wyolbrzymianie incydentów bez znaczenia. „Oczywiście że polski rząd odcina się od wszelkiego rasizmu i nigdy tego nikt nie kwestionował. To co się teraz dzieje, jest taką bardzo niezasłużoną próbą zdeprecjonowania, zdezawuowania tego marszu. Apeluję też do wszystkich, którzy robią z igły widły i dmuchają ten balon, żeby tak nie robić, bo też widziałem wielki marsz, który był bardzo pięknym, niepodległościowym marszem”.

A zatem: Polacy, nic się nie stało, żadnego rasizmu na marszu nie było. Nie widzieliście tych transparentów – a jeśli je widzieliście, to zapomnijcie o nich, ponieważ były marginesem tego szlachetnego przedsięwzięcia.

Duda: chorobliwy nacjonalizm

Od tego zgranego chóru wyraźnie odciął się tylko prezydent Andrzej Duda. Podczas wystąpienia w Krapkowicach 13 listopada potępił rasizm oraz „chorobliwy nacjonalizm”. Powiedział, że z rasistowskimi transparentami niesionymi na marszu „nikt uczciwy się w Polsce nie zgodzi”. Mówił:

„Nie można postawić znaku równości między patriotyzmem a nacjonalizmem. Nacjonalizm to spojrzenie negatywne, że nasz kraj jest tylko dla nas. To nieprawda. Nasz kraj jest dla wszystkich, którzy chcą żyć uczciwie i go budować (…) Nie ma w naszym kraju miejsca na ksenofobię, chorobliwy nacjonalizm, antysemityzm. Taka postawa oznacza wykluczenie z naszego społeczeństwa. Tacy ludzie są wykluczeni”.

Zdecydowane odrzucenie nacjonalizmu – a nawet samo przyznanie, że może być „chorobliwy” – pokazuje ewolucję Andrzeja Dudy. Daleko odszedł już od stajni polityków PiS, którzy wszyscy mówią jednym głosem.

Kaczyński: to prowokacja

Znamienna była reakcja Jarosława Kaczyńskiego w wywiadzie dla TVP Info, który dostrzegł prowokację: „Doszło do incydentów skrajnie niefortunnych, skrajnie złych, niedopuszczalnych. Polska tradycja, do której się odwołujemy, nie ma nic wspólnego z antysemityzmem. Jesteśmy od tego jak najdalsi. Chciałbym jedną rzecz powiedzieć. To był margines marginesu i to w ogóle jest margines marginesu w Polsce, a po drugie bardzo prawdopodobna jest prowokacja„.

Trzy kryteria minimum patriotycznego

Przy okazji refleksji po marszu Polacy mogli dowiedzieć się od polityków PiS, jak wyobrażają sobie oni patriotyzm, który wychwalają. W programie TVN „Arena Idei” prof. Andrzej Zybertowicz, socjolog związany z PiS, wyłożył jasno trzy kryteria minimalne polskiego patriotyzmu. Mówił: „Nie ma dwóch plemion, plemion jest wiele, a naród jest jeden. Do narodu należy każdy, kto spełnia wszystkie trzy warunki minimum patriotycznego. A minimum patriotyczne mówi, że:

  • Polsce i Polakom jest potrzebne własne, niezależne i sprawne państwo.
  • Punkt drugi: nieważne czy jesteś wierzący, czy jesteś niewierzący, czy też może masz niewyrobione zdanie w tej sprawie – nie możesz lekceważyć roli Kościoła katolickiego. Był on kośćcem polskości przez wieki.
  • Po trzecie: historię Polski można krytykować, ale nie wolno się od niej odwracać ani jej fałszować.

Wszystkie trzy warunki „minimum patriotycznego” są pełne pułapek. „Własne, niezależne i sprawne państwo” jest potrzebne Polakom, ale w ustach PiS może to oznaczać to samo, co dla każdej autorytarnej władzy – państwo policyjne, inwigilujące. Łatwo jest utożsamić dyktaturę ze sprawnością.

Drugi warunek oznacza w praktyce zgodę na supremację polityczną Kościoła Katolickiego w Polsce – nie do przyjęcia dla znacznej części polskiej tradycji patriotycznej (zwłaszcza tej demokratycznej i lewicowej, ale nie tylko).

I po trzecie: co to znaczy, że historię Polski „wolno krytykować, ale nie ją fałszować”? To, co dla jednego jest krytyką – np. książki Jana Tomasza Grossa – dla innych jest fałszem. Kto przy tym ma decydować, co jest krytyką, a co fałszem? „Sprawne państwo” ministra Błaszczaka?

O sile i sprawności państwa jako fundamencie patriotyzmu mówił także w TVP Info minister obrony Antoni Macierewicz.

„Odpowiedzialność, siła, gospodarcza sprawność i sprawiedliwość społeczna. Sojusze są funkcją, konsekwencją siły wewnętrznej. Jeżeli nie ma siły wewnętrznej to sojusze są tylko pustym słowem, które nie jest w stanie sprostać w godzinie próby”.

Przełóżmy to na język polski: dla Macierewicza Polska i polscy patrioci są otoczeni przez wrogów, powinni więc zewrzeć szeregi i budować państwo silne, odpowiedzialne i bogate. Nie ma tu nawet wzmianki o równości, sprawiedliwości (w tym sprawiedliwości społecznej) i demokracji. Ona w ogóle w tej definicji się nie pojawia!

Także dla Macierewicza hasło marszu „My chcemy Boga” jest „fundamentem moralnym”, na którym buduje się siłę polityczną i militarną.

Jest to wizja autorytarna – jednolitego narodu, skupionego wokół jednej władzy, z obsesją siły i potęgi, ufundowanego na katolicyzmie (ale specyficznie rozumianym, bo nie obejmującym już np. moralnego nakazu przyjmowania uchodźców z terenów ogarniętych wojną).

Zachód atakuje „znak silnej polskości”

Stąd biorą się ostre ataki polityków PiS na media zachodnie (i rodzime), które dostrzegają ten autorytarny i ksenofobiczny trend w forsowanym przez rządzących pojęciu patriotyzmu.

„Wszystko co ma znak silnej polskości jest opisywane jako coś skrajnego” – podsuwał w TVP Info Michał Karnowski (kalecząc przy tym język ojczysty, bo co znaczy „znak silnej polskości”?). Stąd agresja wobec orędzia Grzegorza Schetyny z PO z okazji 11 listopada. Karnowski komentował je:

„Idea niezła, bo jakość naszego życia politycznego buduje też opozycja. Była to szansa na jakiś krok do przodu, jakieś pogodzenie się z faktem istnienia państwa polskiego, którego obywatele cenią sobie europejskość, ale nie uważają jej za równoprawną polskości, a swojego państwa nie chcą rozpuścić w brukselsko-berlińskiej dominacji.”

Szantaż i manipulacja

Cała ta retoryka służy dwóm celom: moralnemu szantażowi i historycznej manipulacji. Szantaż polega na wmawianiu odbiorcy, że poza patriotyzmem w wersji PiS nie ma nic godnego szacunku – tylko „brukselsko-berlińska dominacja”. Albo, drogi Polaku, idziesz w marszu niepodległości, albo „stoisz tam, gdzie stało ZOMO” (zacytujmy w tym miejscu klasyka).

Historyczna manipulacja polega na włączeniu do PiS wszystkich tradycji patriotycznych – a mamy w Polsce więcej niż jedną. Najlepiej zrobił to w wywiadzie dla wPolityce.pl prof. Jan Żaryn, senator PiS. Żaryn mówi, że to PiS jest najbliższa polskiemu patriotyzmowi.

„W moim pojęciu to jest dzisiaj PiS i ta propozycja łączenia różnych nurtów ideowych, które mają miejsce w tej partii. Znajdziemy tu ludzi o konserwatywnych poglądach, narodowych, takich jak ja, czy piłsudczykowskich, które niewątpliwie w PiS dominują. Ale równocześnie odnajdziemy tutaj ludzi o głębszej wrażliwości socjalistycznej (socjalizmu niepodległościowego), czy ludowej. Jest to jakaś propozycja kontynuacji licznych naszych wrażliwości polskich, które powstawały właśnie w przededniu odbudowania niepodległej w 1918 roku. W związku z tym, jeżeli zaprasza się Polaków myślących inaczej do tego wspólnego dziedzictwa, to może jest to taka droga pt. konwersja zawsze jest mile widziana w tradycji polskiej. Konwersja w cudzysłowie, bo nie chodzi tylko o wyznanie, ale o pozytywne nastawienie do tego wspólnego dziedzictwa”.

Żaryn manipuluje, wrzucając wszystkie „wrażliwości polskie” do PiS. Polski patriotyzm ma bogatą tradycję demokratyczną i lewicową, świecką i uznającą zrównanie społecznych szans za jedną z naczelnych wartości polskiego patrioty. To była tradycja Towarzystwa Demokratycznego Polskiego czy socjalistów Piłsudskiego w czasach rewolucji 1905 roku. Dmowski i Piłsudski – dwaj śmiertelni wrogowie, którzy Polskę wyobrażali sobie zupełnie inaczej – nagle stają się fundatorami PiS.

A sama partia zmienia się we Front Jedności Narodu. Pozostałe partie są więc z definicji niepatriotyczne. Jeden naród, jedna partia, jeden prezes – mówi nam PiS z okazji Święta Niepodległości.


Pomóż nam prowadzić śledztwa dziennikarskie


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym