„Pedagogika wstydu” to według prawicy spisek liberalnych elit, które mają odebrać Polakom dumę z przeszłości. Problem w tym, że takiego projektu nigdy nie było

Jednym z wymiarów „dobrej zmiany” miał być „koniec pedagogiki wstydu”. Fraza ta ciągle wraca w dyskusjach nad polityką historyczną w ostatnim roku. „Koniec pedagogiki wstydu” – pisał o niedawnym wyborze Jarosława Szarka na szefa IPN „Tygodnik Solidarność”. „Ofensywa pedagogiki wstydu przegrywa” – ogłosił Jarosław Kaczyński 2 maja, w trakcie święta flagi. Czym w ogóle była „pedagogika wstydu”?

Kto rozsiewa pedagogikę wstydu

Prawica intelektualna i polityczna określała tak prace naukowe, teksty kultury czy wypowiedzi polityków zajmujące się ciemnymi strona naszej historii: polskim antysemityzmem, zbrodniami popełnianymi przez Polaków na Żydach i przedstawicielach innych mniejszości narodowych, uwłaszczeniem Polaków na pożydowskim majątku. Jak ujął to Michał Karnowski „pedagogika wstydu” to:

próba drastycznego zaniżenia samooceny Polaków poprzez odebranie nam dumy z przeszłości, zwłaszcza tej związanej z walką i martyrologią II Wojny Światowej. Czasu, kiedy nasi ojcowie i dziadowie powiedzieli NIE dwóm bezbożnym, pogańskim totalitaryzmom: niemieckiemu i sowieckiemu, czasu bohaterstwa i poświęcenia.

Na „pedagogikę wstydu” składają się więc książki Jana Tomasza Grossa, od Sąsiadów poczynając, badania takich historyczek jak Barbara Engelking, Nasz klasa Tadeusza Słobodzianka, Pokłosie Władysława Pasikowskiego, Prześniona rewolucja Andrzeja Ledera czy Ida Pawła Pawlikowskiego. Politycy i publicyści prawicy nie rozpatrują ich w kategoriach naukowej prawdy czy ekspresji artystycznej, ale ataku na Polskę i Polaków. Jan Pospieszalski pisał w ten sposób o Pokłosiu:

Polska wieś sportretowana jest tak karykaturalnie, jakby Pasikowski korzystał z propagandowych hitlerowskich pisemek, w których obok Żydów roiło się od brudnych, leniwych, wiecznie pijanych Polaczków. […] Zamiast zmierzenia się z trudną historią, wyszedł ahistoryczny, antypolski paszkwil. […] Kiedyś, gdy powstanie katalog dzieł z gatunku „pedagogika wstydu” – Pokłosie będzie tam na czołowym miejscu. Wejście na ekrany tego filmu w przeddzień narodowego święta Polaków [11 listopada – JM] to przejaw perwersyjnych skłonności twórcy albo prymitywna prowokacja.

Ten paranoiczno-insynuacyjny styl czytania tekstów kultury przeważa w prawicowych narracjach o „pedagogice wstydu”. Wysyp narracji eksponujących ciemne strony polskiej historii rzekomo nie jest przypadkiem:

III RP widzi za słuszne prowadzenie narracji, która ma obniżać poczucie dumy narodowej, przywiązania do polskości i zniechęcać do czczenia realnych polskich bohaterów. […] prace i dzieła kultury wskazujące na niegodziwe wątki polskiej historii mogą zyskać poklask i wymierne wsparcie w Polsce. Prace dotyczące takich bohaterów, jak Pilecki, o. Kolbe, czy Żołnierze Wyklęci nie tylko nie są wspierane, ale wręcz III RP je zwalczapisał rok temu Stanisław Żaryn.



 Reduta Dobrego Imienia walczy z Idą”

Do czego III RP potrzebna była taka „pedagogika wstydu”? Prawica ma spójną odpowiedź. Chodzi o polityczną pacyfikację Polaków przez komunistów i zwolenników kompromisu z nimi po 1989 roku – uznał w styczniowym wystąpieniu w szkole ojca Rydzyka Jarosław Kaczyński. Wraz z nihilistyczną popkulturą i „działaniami demobilizacyjnymi” takimi jak apolityczne akcje Owsiaka czy Kotańskiego „pedagogika wstydu” miała osłabiać „polskie zasoby będące źródłem siły społecznej” i utrzymać przy władzy elity III RP, uniemożliwiając uzyskanie przez naród prawdziwej suwerenności.


Pamięć

A zwłaszcza „bitwa o pamięć” odnosi się do zamachu smoleńskiego. Inne narodowe krzywdy muszą ustąpić pola, nawet cierpienia żołnierzy wyklętych. „Naszą pamięć chciano zabić, bo jej się bano. Bo za tę tragedię, niezależnie od przyczyn, ktoś odpowiada, przynajmniej moralnie. Odpowiada za to poprzedni rząd. Nie ten oczywiście pani Kopacz, ale ten Donalda Tuska. Oni czynili wszystko, na wszystkie możliwe sposoby, łamiąc wszystkie reguły, żeby ta pamięć umarła. Ale to się nie udawało. Pamięć trwała. Pojawiły się pierwsze tablice, obchody. To przedsięwzięcie, prowadzone z ogromną zaciekłością, poniosło fiasko”. W kampanii wyborczej o tej bitwie PiS niemal zapomniał, teraz okazuje się, że jest ona najważniejszym celem politycznym, edukacyjnym i moralnym.

Co więcej, „pedagogika wstydu” miała osłabić i spacyfikować Polskę na arenie międzynarodowej. To przez nią Polska jest bezradna w wojnach o pamięć z innymi państwami, toleruje stwierdzenia o „polskich obozach śmierci” i próby zrzucania na Polaków odpowiedzialności za zagładę Żydów. Gdy w 2012 roku sformułowanie o „polskich obozach zagłady” pojawiło się w wypowiedzi prezydenta Obamy, Jarosław Kaczyński grzmiał:

Trzeba sobie dzisiaj jasno powiedzieć […] koniec z pedagogiką wstydu, koniec z tą nieustanną ekspiacją naszego narodu nie wiadomo za co, samooskarżaniem się, bo to właśnie ułatwia i wręcz zachęca do tego rodzaju działań, to powoduje dla nas straszliwe straty.

Walką z „pedagogiką wstydu” na międzynarodowym froncie zajmować się ma Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom, która wśród swoich celów wymienia wspieranie „działań mających na celu prostowanie nieprawdziwych informacji na temat historii Polski, a szczególnie przebiegu II wojny światowej, udziału w niej Polaków, stosunku Polaków do Żydów”.

Liga – w której radzie zasiada obecny minister kultury, prof. Piotr Gliński – zasłynęła walką z filmem Ida, według niej antypolskim. Działacze Ligii wystosowali apel do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, przekonujący, że Ida może wprowadzić widzów błąd, że „zabójstwa Żydów w Polsce są na porządku dziennym i że historyczne wydarzenie jakim był Holocaust jest zawiniony przez Polaków”. Dlatego domagali się umieszczenia w czołówce filmu informacji o m. in. o niemieckiej okupacji Polski w czasach II wojny światowej, karach dla Polaków za ukrywanie Żydów w jej trakcie itd.

Pedagogika, której nie było?

Na ile ta narracja o „pedagogice wstydu” trzyma się rzeczywistości? Bardzo średnio – podobnie jak narracja PiS o postkomunistycznym układzie. O ile można sensownie wskazywać na rolę wstydu w ramach dyskursów po roku 1989, próbujących „zawstydzić Polaków” do rynkowej i demokratyczno-liberalnej modernizacji – czemu zawadzać miały takie figury jak „homo sovieticus” – to prawicowa narracja łącząca działania z bardzo różnych pól w jeden „spisek” mający odebrać Polakom dumę i podmiotowość rozłazi się w szwach.



Spójrzmy na dziedzinę kultury. Pokłosie Pasikowskiego nie powstawało w szczególnie cieplarnianych warunkach. O publiczne finansowanie Pasikowski i jego producenci walczyli przez 6 lat. W ciągu 10 lat istnienia PISF oprócz Pokłosia czy Idy finansował obrazy o Polakach ratujących Żydów w trakcie wojny (W ciemności); zwycięskiej bitwach: warszawskiej 1920 roku czy wiedeńskiej z 1683 roku; Katyniu; zamęczonym przez komunistyczną bezpiekę generale Fieldorfie-Nilu i Powstaniu Warszawskim – żadnego z tych tytułów za „pedagogikę wstydu” uznać nie sposób.

Ida okazała się najszerzej komentowanym polskim filmem na łamach prasy międzynarodowej od długiego czasu. W recenzjach z „New Yorkera”, „Le Monde’a” czy „Guardiana” można znaleźć zachwyty nad formą filmu, próby dialogu z polską historią czy nawet teologiczną lekturę obrazu Pawlikowskiego – wszystko tylko nie oskarżenia, o wzbudzanie których film oskarżała Reduta Dobrego Imienia.

Także poza kulturą trudno w ostatnim dziesięcioleciu znaleźć miejsca ofensywy na rzecz „pedagogiki wstydu”. Rządy PO odwoływały się do dumy z powierzchownej modernizacji mierzonej w kilometrach wybudowanych autostrad. To zdominowany przez PO Sejm ustanowił Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, to w trakcie rządów tej partii w Warszawie rósł kult powstania warszawskiego jako mitu nadającego tożsamość stolicy.

Duma i szantaż

Co prawica proponuje zamiast „pedagogiki wstydu”? Nową pedagogikę narodowej dumy. W jej ramach państwo wspierać będzie kult żołnierzy wyklętych i powstania warszawskiego. Rozsadnikiem tej polityki historycznej będą kolejne muzea prezentujące „polską wrażliwość historyczną” i niepozostawiającą miejsca na niuanse albo umieszczenie polskiego doświadczenia w szerszej perspektywie.



Suweren

Inaczej naród, „większość społeczeństwa”, czyli ci, którzy głosowali na PiS. Chodzi o niecałe 38 proc. wyborców (czyli 19 proc. wszystkich obywateli/lek), ale suweren jest najważniejszy. PiS wszystko robi w imieniu suwerena i dla suwerena. Rolą suwerena jest głosować, a potem tworzyć „armię wierną i patriotyczną” (patrz: Armia Krajowa), która m.in. bierze udział w wiecach.

Głos suwerena jest rozstrzygający i ostateczny. Przypomniał o tym Trybunałowi Konstytucyjnemu Jarosław Kaczyński 3 maja: ”To jest stawianie się [przez Trybunał] ponad konstytucją. To jest mówienie o sobie, że w gruncie rzeczy nie naród jest suwerenem – a naród jest reprezentowany przez parlament – tylko Trybunał jest suwerenem. Na to się nie zgodzimy. TVN24 zapytał 25 kwietnia 2016 r. wicepremiera Glińskiego, dlaczego PiS upiera się przy swoim zdaniu o Trybunale Konstytucyjnym „skoro większość członków TK, większość korporacji prawniczych, większość byłych prezesów TK, jest innego zdania. Czy oni  się wszyscy mylą?”. “Większość sędziów to nie jest suweren w Polsce i w demokracji” – odpowiedział Gliński. Oczywiście ktoś, kto nie rozumie języka PiS, mógłby się dziwić, skąd wicepremier zna poglądy suwerena, a nawet zwrócić uwagę, że w kwietniowych sondażach aż dwie trzecie badanych było zdania, że rząd powinien opublikować wyrok Trybunału z 3 grudnia 2015 r. To nie ma znaczenia. Suweren, który stanowi większość i zarazem jest tożsamy z narodem, popiera PiS nie tylko przy urnie wyborczej, ale także w każdej decyzji czy każdej opinii. Suweren myśli tak jak PiS i jego Prezes. Są tożsami.


Państwo będzie zachęcało filmowców do kręcenia jeszcze większej liczby historycznych widowisk dla kina i telewizji. Maciej Chmiel, zanim odwołano go z kierowania telewizyjną Dwójką, zamówił m.in. serial o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ. Ministerstwo kultury ogłosiło też konkurs na scenariusz filmu o historii Polski.

Narracje krytyczne na różne sposoby będą wyciszane lub relatywizowane. Prawicowi historycy wzywają nową dyrekcję IPN, by ponownie dokonała ekshumacji wzrok w Jedwabnem, by wyjaśnić, „co tam naprawdę zaszło”, gdyż wersja podana przez Grossa „nie trzyma się kupy”. Na razie nowy prezes Instytutu wyrzucił z pracy Krzysztofa Persaka, autora wydanego przez IPN wyboru dokumentów o Jedwabnem i konsultanta przy Pokłosiu.

Nowej pedagogice dumy towarzyszył też będzie najprawdopodobniej moralny szantaż. Jak wiemy z mów prezesa Kaczyńskiego, kto rozsiewa pedagogikę wstydu, ten mentalnie związany jest z postkomunistycznym układem, osłabia żywotne siły Polaków i pozycję państwa polskiego w świecie. Na swój sposób sam więc wyklucza się z polskości. A z pewnością będzie z niej wykluczany przez medialny i polityczny front „dobrej zmiany”.


Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) “Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym