0:00
17 maja 2021

Pielęgniarki mają dość. Dziś rozmowy ostatniej szansy z ministerstwem zdrowia

Krystyna Ptok: "Liczę na otrzeźwienie ministra. Że oceni nasz protest nie jako histerię ze strony pielęgniarek, ani jakąś fanaberię. Tylko, skoro jest ekonomistą, niech rzetelnie przeanalizuje twarde dane, co się dzieje z liczbą pielęgniarek i jakie są zapotrzebowania w Polsce"

Wydrukuj

Sławomir Zagórski, OKO.press: 12 maja 2021 w Warszawie miał miejsce protest pielęgniarek. Co było bezpośrednią przyczyną wyjścia na ulice?

Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych: W 2015 roku byłyśmy na ogromnym proteście. Przepraszam, powinnam powiedzieć „byliśmy”, bo mężczyźni też wykonują zawód pielęgniarza i położnego.

W każdym razie po 2015 roku udało nam się w ciągu trzech lat opracować projekt „Strategii na rzecz rozwoju pielęgniarstwa i położnictwa w Polsce”. Już wtedy mówiliśmy, że brak jest zastępowalności pokoleniowej. Współczynniki opieki pielęgniarskiej na tysiąc mieszkańców stale w naszym kraju maleją. Jesteśmy poniżej nie tylko średniej OECD czy europejskiej, ale także poniżej średniej państw z Grupy Wyszehradzkiej. Stale rośnie wiek pielęgniarek.

W tej chwili na tysiąc mieszkańców przypada u nas 6,7 pielęgniarki. Średnia europejska to 8,4. W Danii ten wskaźnik wynosi 16,9, w Finlandii 14,3.

6,7 to zawyżona liczba. Jakiś czas temu ten współczynnik wynosił 5,7. Teraz jest niewiele powyżej 6, ale na pewno nie 6,7. Trzeba pamiętać, że w różnych regionach kraju sytuacja jest różna. Źle jest w zachodniopomorskim. Tam pielęgniarki pracują za zachodnią granicą, bo mają blisko.

Wracając do „Strategii na rzecz rozwoju pielęgniarstwa i położnictwa”. Ten dokument został przyjęty przez obecny rząd, podpisany przez premiera Morawieckiego. Dobrze nie było, ale tak jakby lekko po 2015 roku drgnęło i zaczęło iść w dobrym kierunku.

Jesteśmy związkiem zawodowym - największym zrzeszającym pielęgniarki i położne w Polsce - i dla nas najistotniejsze jest, żeby walczyć o zabezpieczenie właściwych warunków pracy i obsad.

Wynagrodzenia też są istotne, ale są na drugim planie. Najważniejsze są dla nas warunki pracy.

Co mam na myśli? Np. normy zatrudnienia pielęgniarek na oddziale szpitalnym. Zostały opracowane takie normy dla oddziałów zabiegowych i zwykłych, ale w czasie epidemii minister je zawiesił. One są nadal zawieszone.

Pielęgniarki coraz częściej pracują na kilku etatach. W efekcie są coraz bardziej zmęczone, a to wadliwie działający system ochrony zdrowia tworzy takie warunki, żeby podejmować pracę w kilku miejscach.

W tej chwili jest tak źle z kadrą pielęgniarską, że jak byśmy chciały pracować w piątym i kolejnym miejscu, to rynek nas przyjmie.

Ale przecież nie o to chodzi. Kierowcy transportu drogowego mają tachografy, mają konieczne przerwy w pracy, żeby nie stwarzać zagrożenia w ruchu drogowym. Niestety, lekarzy, pielęgniarek takie przepisy nie obowiązują. A to nie jest dobra sytuacja ani dla nich, ani - przede wszystkim - dla pacjentów.

Łatwiej wyliczyć takie normy niż je wcielić w życie. Dyrektor małego powiatowego szpitala tłumaczył mi, że dla niego to jest zabójcze. Szpitala po prostu nie stać na zatrudnienie tylu pielęgniarek.

Z pracowników na ogół próbuje się wyciągnąć jak najwięcej jak najmniejszym kosztem.

Mamy więc sytuację złego finansowania ochrony zdrowia, niezadowolenia pacjentów, niezadowolenia pracowników. A my mówimy o tym, że jeżeli jest nas mniej, to jest to niebezpieczne dla pacjentów.

Prekursorka nowoczesnego pielęgniarstwa Florence Nightingale 150 lat temu tłumaczyła generałom, królowej angielskiej, że konieczna jest większa grupa pielęgniarek w szpitalach polowych w czasie wojny. Żołnierze leżeli w tych szpitalach w fatalnych warunkach, niezaopiekowani, brudni, z nieczyszczonymi ranami. Śmiertelność wynosiła 48 proc. A po wdrożeniu jej sugestii spadła do kilku proc.

Międzynarodowa organizacja pielęgniarek i położonych w 2002 roku przeprowadziła badania, które dowodzą, że po tych 150 latach nic się nie zmieniło. Potwierdzono, że właściwa liczba pielęgniarek wpływa na proces dochodzenia pacjentów do zdrowia.

Nie wystarczy przeprowadzić operację, trzeba się jeszcze tym pacjentem po zabiegu we właściwy sposób zaopiekować. Obsada ma wpływ na zakażenia wewnątrzszpitalne, zdarzenia niepożądane, na zakażenia dróg moczowych i śmiertelność.

Obniżanie liczby pielęgniarek, niezwracanie uwagi na to, żeby system ochrony zdrowia był nasycony właściwą ich liczbą, wpływa negatywnie bezpośrednio na samych pacjentów. I to nie jest już w tej chwili wyłącznie nasza, pielęgniarska sprawa. Przede wszystkim to społeczeństwo powinno dostrzec problem i zacząć się nim martwić.

Rozmawiając nazajutrz po naszym proteście z ministrem Adamem Niedzielskim powiedziałam, że dojdzie do sytuacji, że będzie trzeba zamykać oddziały szpitalne. Mamy w tej chwili sygnały, że np. w jednym z dużych podmiotów leczniczych brakuje ok. 40 pielęgniarek i położonych, że pielęgniarki przechodzą z oddziału na oddział, bo nie można ułożyć im harmonogramów pracy i zabezpieczyć pacjentów w opiekę pielęgniarską.

Nie mamy rezerwy osobowej, by móc pójść na urlopy. Mamy niewykorzystane urlopy z poprzedniego roku. Walczyłyśmy o urlopy szkoleniowe, które nie są nam udzielane, bo nie ma komu pracować. To łamanie naszych praw pracowniczych.

Jeżeli założymy, że mamy 6 pielęgniarek na 1 000 mieszkańców, kraje ościenne mają 8, a średnia krajów OECD wynosi 9,3, to widać wprost, że

nam brakuje ok. 40 proc. personelu pielęgniarskiego.

To naturalnie nie stało się z dnia na dzień, to wynik wieloletnich zaniedbań.

Pracodawcy mówią, że nie mają pieniędzy. Zgoda. Ale należy też powiedzieć, że dobrze wynagradzają lekarzy, bo się z nimi liczą. A z naszą grupą zawodową nie liczy się nikt. Lekceważą ją zarówno pracodawcy, jak i minister zdrowia. Dlatego mamy powody, żeby być na ulicy.

Średnia wieku pielęgniarki wzrosła u nas do 53 lat. I rośnie dalej.

W kraju pracuje w tej chwili 225 tys. pielęgniarek i 25 tys. położonych, razem ok. 250 tys. osób. Tych powyżej 60. roku życia jest w systemie aż 75 tys. Z kolei tych liczących 50-60 lat - 80 tysięcy.

Perspektywa jest taka, że w 2030 przeciętna pielęgniarka będzie miała 60 lat!

Osób najmłodszych, w wieku 20-30 lat, mamy w systemie ochrony zdrowia ok. 10 tys. W tym roku prawa emerytalne nabywa grupa 10 tys. pielęgniarek i położnych. Ta młodzież, która podejmowała w ostatnim okresie pracę, zostanie w pewnym momencie sama. Nie wiem, czy ma być jedna pielęgniarka na 30 pacjentów? Ja sobie tak zorganizowanego systemu zdrowia nie wyobrażam. To jest niemożliwe.

Czyli trzeba będzie zamykać szpitale?

Obawiam się, że tak. Proszę zwrócić uwagę na śmiertelność Polaków w okresie pandemii. Ja nie patrzyłam na osoby zakażone w tych codziennych raportach. Zwracałam uwagę na osoby, które umierają. Niestety, współczynniki umieralność, określono to jako "nadumieralność", mieliśmy „najlepsze” na świecie. Szliśmy ramię w ramię z Brazylią [PKB per capita w Brazylii - 8 717 $, w Polsce 15 693 $; dane z 2019 roku]. To jest po prostu hańba.

To wynika właśnie z tego, jak istotną funkcję pełnią w systemie ochrony zdrowia pielęgniarki. Ja zresztą powiedziałam ministrowi, że informacje, które dostawaliśmy od personelu, były porażające. Choćby ta sytuacja z Poznania, gdzie zabrakło tlenu i pielęgniarki zgłaszały sytuację wcześniej, o 06:00 rano. Ktoś na to odburknął, że nie jest rolą pielęgniarki mówienie o tym, że brakuje tlenu. Po czym, jakiś czas później, to właśnie pielęgniarka jechała samochodem po tlen do szpitala obok.

Uważa się, że nie jesteśmy wiodące w systemie, a ja uważam, że należy nas słuchać, bo jesteśmy zawsze najbliżej pacjentów i obserwujemy co się u nich dzieje. Usłyszałam też od wielu koleżanek zaniepokojenie, że organizujemy łóżka, respiratory, tymczasem personel w szpitalach tymczasowych stale rotował. Ludzie się nie znali, a przecież my tworzymy grupy współdziałających, znających się osób, znających strukturę szpitala.

Te ostatnie miesiące powinny skłonić do refleksji i to do głębokiej refleksji.

W ministerstwie pani tej refleksji nie dostrzega?

Nie. Minister na ostatnim spotkaniu przekazał nam, że to my po pandemii powinniśmy zweryfikować swoje oczekiwania, postępowanie i sposób myślenia. Tymczasem ustawa, którą w tej chwili minister zdrowia pcha siłą do realizacji, powoduje, że wszyscy pracownicy medyczni - podkreślam - wszyscy pracownicy medyczni – zapisami tej ustawy zostaną dyskryminowani przez ministra.

Pan Adam Niedzielski mówi o wyrównywaniu rachunków krzywd, ponieważ uważa, że krzywdą było przyznanie w 2015 roku pielęgniarkom dodatku do pensji, a innym nie. Należy podkreślić, że pomimo uruchomienia tej tzw. zembalówki pielęgniarki na rynku pracy wciąż są deficytową grupą zawodową. Możemy pokazać jak się te nasze zarobki miały do minimalnej pensji krajowej. Dziś minimalna krajowa wynosi 2800 zł brutto, a mamy pielęgniarki, które zarabiają 3200 zł. brutto. Pytam, czy to jest pensja dla specjalisty poszukiwanego na rynku pracy!?

Ustawa, którą przygotowuje w tej chwili ministerstwo do publikacji w zakresie wynagrodzeń, powoduje sytuację, w której zrównujemy pensję osoby ze średnim wykształceniem niewykonującej zawodu medycznego z pensją pielęgniarki po liceum medycznym.

Ministerstwo w demokratycznym państwie zapomina o instytucji Międzynarodowej Organizacji Pracy i opracowanym schemacie genewskim który odnosi się do oceny i wartościowania pracy. Tym bardziej taką wiedzę powinny posiadać organizacje związkowe z historią, którą się chlubią.

W 2017 roku moja centrala związkowa, w której jest OZZPiP, czyli Forum Związków Zawodowych, nie przyłożyło ręki do tej ustawy. Teraz liczyliśmy na nowelizację i rzetelne podejście posłów i senatorów do ustawy, która ma określać wynagrodzenia w ochronie zdrowia, a tymczasem rząd popełnia kolejny błąd. Dla mnie to jest prowizorka, a niestety wiemy, że prowizorki u nas w kraju mają długi okres trwania.

Uważam, podobnie jak Międzynarodowa Organizacja Pracy, że nie tylko wykształcenie jest elementem, który powinien wpływać na wartościowanie pracy. Dlatego jednym z haseł naszego protestu jest „Godna praca po wartościowaniu, a nie po uważaniu”.

Minister zdrowia nie potrafi wyjaśnić metodologii tworzenia tej ustawy. Przekonujemy, że w opracowanych stawkach nie uwzględnia się doświadczenia, nie bierze się pod uwagę środowiska pracy, odpowiedzialności.

Pracownicy niemedyczni nie zawsze pracują w takich warunkach, jak my, a przede wszystkim nie ponoszą takiej odpowiedzialności. Nie można porównywać pewnych kwestii, które nie są porównywalne. To nie jest brane pod uwagę. Robi się bardziej politykę, niż myśli się o właściwej polityce kadrowej w ochronie zdrowia.

Minister uważa, że dodatki, które dostały pielęgniarki w 2015 roku, czyli wspomniane zembalówki [od ówczesnego ministra zdrowia prof. Mariana Zembali], są niesprawiedliwe, ponieważ ratownicy, diagności, fizjoterapeuci są w jeszcze gorszej sytuacji.

Nie. Ratownicy po naszym ruchu w 2015 roku byli wściekli, ale zorganizowali się, podjęli działania i w pewnym momencie nawet podziękowali. Przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych Piotr Dymon powiedział: „Byliśmy na was wściekli, ale potem poszliśmy tą samą drogą”.

W efekcie ratownicy dostali pieniądze. Pieniądze dostali też lekarze po proteście rezydentów. A teraz, w związku z tą regulacją, od lipca 2021, mamy mieć wszyscy je zapewnione w ramach ustawy. Tylko że ona jest bardzo źle, niesprawiedliwie zrobiona.

Wcześniej w przypadku pielęgniarek to był nieustawowy dodatek do pensji?

Wcześniej dyrektorzy podmiotów leczniczych dostawali jakąś pulę pieniędzy i było powiedziane: „To dla lekarzy, to dla pielęgniarek, to dla ratowników”. W tej chwili te pieniądze mają dostać w puli kontraktu. Jak będą dawane, nie wiedzą, co początkowo ich niepokoiło. Ale potem poszli ze stroną ministerialną, że tak powiem, ramię w ramię. A mogliśmy - uważam - razem wywalczyć więcej, tzn. oczekiwane przez nas wszystkich zmiany systemowe.

I do dzisiaj nikt nie wie, jaki będzie mechanizm przekazywania tych środków. Czy szpitale na tym stracą, czy zyskają.

Pracownicy również nie wiedzą, czy będą zabezpieczone ich pieniądze. Myślę, że stracić mogą jedni i drudzy. Bo w przypadku pielęgniarek już w tej chwili pracodawcy wypowiadają ten dodatek z dniem 30 czerwca tego roku, obawiając się, że od 1 lipca tych pieniędzy z systemu mieć nie będą.

Rozumiem, że to, co was w tej nowelizacji ustawy bardzo boli, to nie tylko równanie pensji pracowników medycznych i niemedycznych, ale także uzależnienie zarobków bezpośrednio od poziomu wykształcenia, a nie doświadczenia. Kiedyś pielęgniarki szły do pracy po liceum, dziś kończą studia.

Są w Polsce pielęgniarki po liceach medycznych, po dwu- lub trzyletnim pomaturalnym studium pielęgniarskim. Są takie, które mają licencjaty. Takie, które mają tytuły magistrów. Wreszcie takie, które zrobiły jeszcze dwuletnią specjalizację, zakończoną państwowym egzaminem. Także poziom ich wykształcenia jest różny.

Natomiast proszę popatrzeć, co robi ministerstwo w ustawie. Mamy pielęgniarkę po liceum medycznym, która ma w tej chwili 55 lat i stwierdziła, że już tych uzupełniających studiów licencjackich nie ma co robić, bo jest dobrym specjalistą, skończyła wiele kursów zawodowych. Ale ona będzie teraz zakwalifikowana na najniższym poziomie płac.

A z drugiej strony mamy pielęgniarkę, która kończy studia licencjackie, potem od razu idzie na magisterkę i wchodzi do systemu z tytułem magistra.

Pielęgniarstwo to jest zawód mistrza i czeladnika - zawsze to powtarzam. Ten młody, wchodzący, nigdy nie będzie posiadał umiejętności tego, który wykonuje tę pracę 10 lat, albo więcej.

Tymczasem ustawa prowadzi do tego, że mistrz będzie miał niższe uposażenie zasadnicze niż ten wchodzący do systemu.

Na nasze protesty ministerstwo powiedziało, że to wszystko powinni wyrównać pracodawcy. Mam pismo sygnowane przez ministra, więc będziemy się teraz domagać od pracodawców, żeby zróżnicowali nasze wynagrodzenie, biorąc pod uwagę wszystkie czynniki. Ale czy tak będzie? Czy to nie powinno być od razu inaczej rozwiązane w ustawie?

Mówiliśmy o normach zatrudnienia pielęgniarek, które miały obowiązywać od 1 stycznia 2019. Ale one nigdy nie zostały spełnione! Od momentu, jak weszły, nie było mowy, że pracodawcy to rzeczywiście zrobią. I pandemia nadeszła szybciej niż pracodawcy zdążyli te normy spełnić.

Jest też logika w lepszym wynagradzaniu wykształconej, młodej kadry. Nie powinny jednak na tym tracić starsze pielęgniarki, które wyrastały w czasach, kiedy w ogóle nie było magisterskich studiów pielęgniarskich.

Były studia, tylko od razu pięcioletnie. A ośrodków na terenie Polski - przynajmniej, jak ja kończyłam liceum – było tylko dwa. Dwa uniwersytety, w Warszawie i Lublinie, które kształciły na poziomie magisterskim.

Dziś wszystkie pielęgniarki muszą mieć studia wyższe i tytuł licencjata. To pani zdaniem była słuszna decyzja?

Tak. Tytuł zawodowy pielęgniarki, położnej uzyskujemy kończąc licencjat. Natomiast uważam, że dyrektorzy szpitali mają zbyt nisko wycenione procedury, jest za mało pieniędzy, żeby zatrudniać sanitariuszy, opiekunów medycznych. Proszę spytać dyrektorów szpitali, kogo na to stać.

Uważamy, że część zadań związanych z higieną pacjentów czy np. towarzyszeniem im w drodze na badania diagnostyczne mógłby wykonywać sanitariusz albo opiekun medyczny. W oddziałach szpitalnych powinno też pracować więcej sekretarek, nie tylko do pomocy lekarzom, ale również w prowadzeniu dokumentacji medycznej. Przy takim braku pielęgniarek i słabych perspektywach wyjścia z tego kryzysu, to byłoby jakieś rozwiązanie. Ale dyrektorzy nie chcą się na to godzić. Mówią, że mają długi, muszą bilansować szpital, utrzymywać płynność. Wszystko jest postawione na głowie.

Powiedziała pani, że po 2015 roku przez chwilę było lepiej.

Tak, bo to był ten czas, gdy podsekretarzem stanu była pani minister Józefa Szczurek-Żelazko. To pielęgniarka, która przeszła wszystkie szczeble w hierarchii zawodowej i od najniższej pozycji w zawodzie doszła do funkcji dyrektora szpitala. Dlatego też miała pojęcie o tym, jak się na poziomie szpitala działa, jakie są potrzeby, jakie relacje, jakie problemy i rozumiała także, o czym my mówimy.

Udało się zwiększyć liczbę ośrodków szkolących pielęgniarki na studiach wyższych. W tej chwili jest ich chyba 113, a było 73. W regionach które były białymi plamami na mapie Polski zaczęły się kształcić się pielęgniarki i położne.

Wcześniej, pojawiła się wspomniana „zembalówka”, która wynosiła ok. 1 200 zł, i to wpłynęło na to, że pojawiły się ponownie w zawodzie pielęgniarki, które skończyły studia, a nie pracowały w systemie ochrony zdrowia tylko, np. pracowały w butikach. Te 1 200 zł. do podstawy, spowodowało większe zainteresowanie i sytuacja się trochę poprawiła.

Niestety, na niedługo. W 2019 roku studia pielęgniarskie i położnicze skończyło 5 600 osób, tymczasem prawo wykonywania zawodu odebrało tylko 3 600.

Teraz ustawa, którą przygotowało ministerstwo zdrowia, będzie moim zdaniem gwoździem do trumny. Bo jak pielęgniarka, która ma 60 lat zobaczy, że młoda osoba wchodząca do systemu dostanie wyższe wynagrodzenie od niej, to czym prędzej pójdzie na emeryturę. No bo po co ona być w tym systemie, być dla tej osoby mistrzem i dostawać od niej niższe uposażenie.

W tej chwili w Polsce nadal pracuje prawie 75 tys. pielęgniarek i położnych, które uzyskały uprawnienia emerytalne. Ale duża grupa spośród osób, które mogły już pobierać emeryturę, odeszła w czasie pandemii, co dodatkowo pogorszyło sytuację.

Dziś po południu [17 maja] rozmowy ostatniej szansy w Ministerstwie Zdrowia. Jest szansa, na dogadanie się?

Po ostatnim spotkaniu z ministrem zdrowia Adamem Niedzielskim i wiceministrem Maciejem Miłkowskim podczas posiedzenia Zarządu Krajowego naszego związku nadzieje mamy nikłe. Mam wrażenie, że minister nie do końca rozumie w jakiej jesteśmy sytuacji.

Minister jest ekonomistą, nigdy nie pracował w szpitalu.

Obydwaj panowie ministrowie są ekonomistami.

Proszę przejrzeć portale. Poprosimy koleżanki z oddziałów szpitalnych, żeby robili sobie zdjęcia i pokazali kto w ciągu pięciu lat odejdzie z pracy, a kto w ciągu kolejnych pięciu. Zobaczymy kto zostanie.

Oglądałem oferty pracy dla pielęgniarek w Polsce i za granicą. Można jechać do Niemiec, Holandii, Włoch. A lista miejsc w Polsce jest bardzo długa.

Ja też przeglądałam ostatnio oferty i zauważyłam, że chyba w powiecie wieruszowskim była oferta pracy dla pielęgniarki w ośrodku POZ [Podstawowa Opieka Zdrowotna]. 3 800 brutto. W tym samym Wieruszowie w Powiatowym Urzędzie Pracy była oferta dla dojarza, tj. kogoś, kto będzie mechanicznie doił krowy - 5 000 zł.

Powiem, że w zakresie odpowiedzialności i ponoszonego ryzyka wolałabym być dojarzem.

Czym to się zakończy?

Liczę na otrzeźwienie ministra. Że oceni nasz protest nie jako histerię ze strony pielęgniarek, ani jakąś fanaberię. Tylko, skoro jest ekonomistą, to niech usiądzie i rzetelnie przeanalizuje twarde dane, co się dzieje z liczbą pielęgniarek i jakie są zapotrzebowania systemu ochrony zdrowia w Polsce.

Wydaje się pani, że po tylu tragicznych miesiącach, po tylu zgonach spowodowanych pandemią, społeczeństwo lepiej rozumie, jaka jest wasza sytuacja i stoi za wami? Powiedziała pani, że to nie jest już w tej chwili wyłącznie wasza, pielęgniarska sprawa.

Mam wrażenie, że jesteśmy wszyscy ze swoimi problemami bardziej sami. Tak się porobiło, przynajmniej jeśli chodzi o nasze grupy zawodowe.

Oczywiście przed pandemią czytaliśmy na portalach, że pielęgniarki to siedzą, piją kawki w dyżurkach i nic nie robią. Ale chcę też przypomnieć, że nasza praca polega m.in. na interweniowaniu. Nie czeka się do ostatniej chwili, żeby skutecznie podejmować pewne interwencje. Bo to jest trochę taka praca jak strażaków.

W kwestii zaufania społecznego jesteśmy na drugim miejscu. Ale z drugiej strony ostatnio zrobiono takie badania: „Czy zachęciłbyś swoje dziecko do podjęcia nauki w zawodzie pielęgniarki?”. I jedna trzecia respondentów z Polski opowiedziała się kategorycznie, że nie. Nie widzi swojego dziecka w takim zawodzie.

Jeżeli ktoś okazuje zrozumienie dla naszej pracy to ten, kto dłużej leżał w szpitalu i widział, kto jest najbliższej jego w czasie choroby. Ci doceniają. A tak, to jeśli nie dotyka nas jakiś problem, myślimy, że jesteśmy poza nim.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne